Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 08/07/2019 in all areas

  1. 42 points
    Właśnie przekroczyliśmy liczbę 1000 zarejestrowanych Użytkowników na Forum! Z tej okazji mała niespodzianka dla Was w postaci możliwości darmowego pobrania e-booka edukacyjnego "Panoramy Tatrzańskie. Doliny, Polany, Podtatrze" ? (możliwość pobrania tylko dla zalogowanych) Miłej "nauki"! Panoramy Tatrzańskie.pdf
  2. 26 points
    Szpiglasowy Wierch (widok na stronę Szpiglasowej Przełęczy).
  3. 21 points
    Czerwiec tego roku w drodze na Małołączniak.
  4. 20 points
    Witajcie. W miniony weekend udało mi się wyrwać na Słowacką stronę Tatr. Prognozy pogody były obiecujące, tak więc pociąg, busik i ląduje w Starym Smokowcu. Zaczynamy nocne podejście do śląskiego domu, skąd dalej plan wycieczki miał wieść na szczyt Kończystej. Przed wschodem meldujemy się pod hotelem. Krótka przerwa, śniadanie, przepakowanie plecaków i w drogę. Pogoda zaczęła się lekko psuć. Chmury otulały wyższe partie Tatr. W po chwili meldujemy się nad Batyżowieckim stawem. Za rozstajem szlaków na Wyżnie Hagi pojawia się kopczyk i wyraźna ścieżka prowadząca na grań Kończystej. Niestety pogoda nie daje za wygraną. Chmury robią się coraz bardziej gęste. Czasem pojawia się widok na Gerlach. Jednak im wyżej tym są jakieś przebicia, lekkie promyki słońca, aczkolwiek widoków na pobliskie szczyty brakuje. Po kilkudziesięciu minutach wychodzimy ponad pułap chmur. Dalsza droga jest dość dobrze oznaczona kopczykami, mimo mleka bez problemu udaje nam się odnaleźć poprawną trasę (z małymi wyjątakmi). Trasa sama w sobie nie obfituje w trudności techniczne. Jest okropnie długa, męcząca i nudna. Była chwila zwątpienia, ale ciśniemy dalej. Widok na szczyt (Trochę po lewo od centrum kadru można zobaczyć ułamane kowadło) Ostatnie podejście to trawers do żlebu wprowadzającego na przełęcz między szczytami kończystej. Nie sprawia on jednak trudności. Po chwili jesteśmy na przęłęczy. Zdobywamy oba szczyty. Niestety cały czas nic nie widać, widoków zero!!! Nie ma co czekać na poprawę pogody, ciśniemy na dół. Jeszcze ciekawe formację z chmur... Przy hotelu Śląski dom robimy dłuższą przerwę i ruszamy w stronę Polskiego Grzebienia. Pogoda nadal się nie poprawia. Morale są niskie, siły się kończą, a plany ambitne. Długi Staw: W końcu nadeszła chwila, kiedy wychodzimy nocną porą na Polski Grzebień. Postanowiliśmy zobaczyć Wschód Słońca z Małej Wysokiej. Na szczycie Vychonej Vysokiej meldujemy się jakoś około 4:00. Widoki zapierają dech w piersiach. Pogoda zrobiła się przepiękna. Kilka zdjęć z przed wschodu, z samego wschodu i po wschodzie. Po przepięknym spektaklu udajemy się znów na Polski Grzebień, skąd schodzimy okropnie długim szlakiem do Łysej Polany. Wycieczka kończy się szczęśliwie, wracamy cali i zdrowi na busa do Zakopanego. Wyprawa ta chyba była jedną z najlepszych w moim życiu. Wschód słońca z Małej Wysokiej przy morzu chmur na wysokości około 2200 to niesamowite przeżycie. Widoki bajka. Szkoda mi trochę, że nic nie zobaczyłem z Kończystej, ale mimo to było warto.
  5. 19 points
    Wschody i zachody słońca, mgły i chmury w górach są piękne , ale jest ich wiele z każdej strony. Tym razem troszkę inne spojrzenie na góry, ponieważ czasami sie mówi , że góry wyglądaja kosmicznie, a więc trochę kosmosu w postaci księżyca wschodzącego właśnie zza szczytu Zirmesspitze w Astriackich Alpach. Jaki będzie odbiór.... zobaczymy ?
  6. 18 points
    Zwykle nie chwale się jakoś za bardzo swoimi trasami, ale ta będzie wyjątkiem. Bo nie codziennie robi się samotnie drogę Lublin-Zakopane, 10-godzinną trasę po górach i powrót Zakopane-Lublin w ciągu 24 godzin. To było czyste szaleństwo ale jestem z tego dumny, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem pasonatem :D Start 0:45 z Lublina, 6:15 Zakopane, 6:45 Kuznice, nastepnie Przełęcz Miedzy Kopami przez Boczan -> Murowaniec -> Czarny Staw -> Zawrat -> D5S -> Szpiglasowa Przelecz i Szpiglasowy Wierch - Morskie Oko -> 16:45 Palenica Bialczanska, bus do Zakopanego, 18:00 wyjazd do Lublina, 23:45 na miejscu :)
  7. 18 points
    Zachodnie zbocza Ciemniaka
  8. 17 points
    Zatytułowałam dla wszystkich, ponieważ zarówno bardzo zaawansowany tatrołaz może mieć ochotę na lekki spacer w pięknej scenerii tatrzańskiej, jak i ktoś, kto pierwszy raz chodzi po Tatrach zimą. Bardzo dużo chodzę po Tatrach, ale zawsze było to latem, jesienią, nigdy zimą. Parę dni temu, całkiem spontanicznie wylądowałam w Tatrach. Trafiłam na pogodę można powiedzieć "brzytwa", bardzo mało ludków - było to 6 stycznia, kiedy znakomita większość wyjeżdżała już z Tatr. W Murowańcu pustki, żadnych kolejek, cichutko. Pierwszy raz chodziłam w raczkach, bardzo mi się to spodobało i nawet ani razu nie udało mi się wyrżnąć ? ? Trzy dni chodzenia szlakami, które latem przeszłam kilkakrotnie, jakże inaczej to wszystko wygląda zimą - po prostu zabójczo pięknie. Zacznę od Doliny Gąsienicowej (7 stycznia), która zawsze jest piękna i tego dnia również nie zawiodła ? Zero wiatru, cały dzień słoneczko, mróz ok. -10 (na jednym ze zdjęć pokazany jest mój podmarznięty warkocz). Zobaczcie, jak pięknie wyglądała Gąska tego dnia ?
  9. 17 points
    Zachodnie Tatry Słowackie, wydają się tak zapomniane, albo robią wrażenie zapomnianych, a mają tak wiele do zaoferowania, poniżej zbiór zdjęć z tego pięknego zakątka na ziemi ? Ciągle widzę zdjęcia z naszych Tatr i znanych mi miejsc, może macie coś wartego uwagi w swoich szufladach by pokazać? Oczywiście z zachodnich Tatr Słowackich. Chętnie poznam nowe miejsca i zainspiruje się na kolejne wycieczki ?
  10. 16 points
    Polana Huciska-Polana Chochołowska-Grześ-Rakoń-Wołowiec-Łopata-Jarząbczy Wierch-Kończysty Wierch-Trzydniowiański Wierch-Dolina Jarząbcza-Schronisko w Dolinie Chochołowskiej-Siwa Polana Jarząbczy Wierch był moim ostatnim nieodwiedzonym szczytem po polskiej stronie Tatr Zachodnich(no, dobra jeszcze został nieszczęsny Giewont🙄) Ale z której strony go ugryźć, by było to jak najmniej bolesne? Otóż z żadnej, gdyż Jarząbek usytuowany jest w takim miejscu, że z każdej strony na niego daleko. Trzeba po prostu wstrzelić się w jakiś dzień ze stabilną pogodą, najlepiej by był to dzień czerwcowy(czytajcie: długi). No i taki dzień nadarzył się 06.06.2020. Ponieważ należę do forumowego klubu "nienawidzę Chochołowskiej", zawsze staram ją sobie skrócić traktorem, przynajmniej w jedną stronę. I tak to o godzinie 8 z minutami wsiadamy na przyczepę, która kilkanaście minut później wypluwa nas na Polanie Huciska. Stąd do schroniska jest około godzinki drogi. Przy schronisku(nie wchodzimy do środka, szkoda czasu) robimy pierwszy odpoczynek po czym ruszamy na Grzegorza szlakiem żółtym(zielony to w dolnej części potok błota, w górnej prawie pełnia zimy-stan na 06.06) Idzie mi się jakoś wybitnie ciężko i przed Grzesiem prawie wypluwam płuca. Chyba, kurde nie dam rady 😞 Na Grzesiu jedzenie picie, fotki i siły wracają. I jeszcze ludzie mówią, że podobają im się kolor moich spodni więc humorek mam dobry 😉 Szlak Grześ-Rakoń-Wołowiec był jednym z pierwszych jakie przeszłam w Tatrach i z wycieczki sprzed 8 lat zapamiętałam, że odcinek od Grzesia do Rakonia to płaska i szeroka autostrada. Tymczasem jakieś mniejsze górki i dołki się zdarzają. Na podejściu na Rakoń znów wypluwam płuca i marudzę. Ale odkrywam też przyczynę niedyspozycji- targam w plecaku jakieś półtora kilo żelastwa(dla takiego kurdupelka jak ja 1,5 kg na pleckach to dużo). Przypadkowo idę jednak z tragarzem(czytajcie: z towarzyszem moim górskich i nie tylko wędrówek). Tragarz proponuje, że zabierze ode mnie te cholerne raki(on swoich ze sobą nie brał). Noo, tak to mogę iść 😉 Jetem na siebie trochę zła, bo jak zwykle trzęsę portkami, bo komunikaty, że w wyższych partiach zima. Tymczasem warunki na szlaku były prawie letnie. Miejscami tylko trafiał się jakiś płat śniegu, zwykle zupełnie bezproblemowy do przejścia. Na podejściu na Wołowiec już nie wypluwam płuc, bez zbędnego balastu idzie mi się o wiele lżej. Na szczycie obowiązkowa przerwa na podziwianie widoków. Zwykle przed wycieczką czytam opisy innych osób, tym razem nie było inaczej. No i przez te opisy ogromnie bałam się zejścia z Wołowca- miał być niekończący się piarg na którym nie idzie ustać na dwóch nogach. Tymczasem szlak został wyremontowany i obecnie wygląda tak: Ja wiem, że te jutowe worki są tu jakby od czapy, dziwnie to dość wygląda...Ale jak szybko i wygodnie się po nich schodzi! 😄 Szlak okazał się najciekawszy właśnie na odcinku Wołowiec-Łopata. Idzie się tutaj wąską granią, i jak na standardy Tatr Zachodnich to jest tu całkiem przepaściasto. Czasem musiałam powiedzieć sobie dla świętego spokoju "nie patrz w dół". Zarejestrowałam też ze 2 trudniejsze technicznie miejsca, ale tak naprawdę to łatwe 😉 Przede wszystkim droga jest fenomenalna widokowo. Rohacz Ostry z tej perspektywy prezentuje się jak Matternhorn : Wierzchołek Łopaty trawersuje się po słowackiej stronie(czy to teraz legalne??), ale my jesteśmy czasem sieroty i oczywiście przegapiamy znak i pakujemy się na grań po jakiś niewygodnych, mokrych skałach. W końcu udaje się odnaleźć właściwą ścieżkę: Najgorsze dopiero przed nami. Jarząbczy Wierch(a w zasadzie wejście na niego) z okolic Niskiej Przełęczy prezentuje się niezwykle dołująco 😞 W rzeczywistości jednak nie jest takie złe. Szlak jest dość wygodny, z równych kamiennych schodków, więc myślę, że całkiem dobrze się tędy schodzi(ja akurat lubię zejścia typu schodkowego, nie lubię takich stromych "równi pochyłych", szczególnie jak są przysypane piargiem). Trochę trzeba się jednak wysilić, po raz ostatni tego dnia wypluć płuca i oto jesteśmy na Jarząbczym. Z którego widoki są bardzo przyjemne: Oczywiście znów długa przerwa, w takim tempie to my na parkingu będziemy o 23. Ale kto by się tym przejmował. Dalsza droga to już w zasadzie miły spacerek po grani, po tej stronie jest nieco więcej śniegu, ale przeważnie w płaskich miejscach. Odcinek od Kończystego do Trzydniowiańskiego jest nam już znany z wycieczki na Starego Robota 5 lat temu, toteż nie zachwycamy się już jakoś bardzo 😉 Wierzchołek Trzydniowiańskiego mijamy bokiem, bo się da, po czym schodzimy w stronę Doliny Jarząbczej, którą również jeszcze nigdy nie szliśmy. Na początku jest stromo(worki jutowe już się trochę zdezelowały na tym odcinku) więc marudzę 😉 Pod koniec zejścia zaczynają już bardzo boleć mnie stopy więc marudzę nieco bardziej 😉 Jestem też głodna, skończyła nam się woda i w ogóle spadły wszystkie nieszczęścia. Ale najgorsze jest to, że nasz szlak nie kończy się tuż przy schronisku. Trzeba kawałek się cofnąć i podejść na górkę. Jakieś pięć minut, ale to o pięć za dużo 😉 Daleko jeszcze? W schronisku, ku utrapieniu innych turystów zdejmuję buty 😄 Za to piwko i schabowy po takim spacerku smakują jak ósmy cud świata. Siedzimy tu jakąś godzinkę, no ale w końcu trzeba zejść. O ile do Hucisk idzie mi się w miarę dobrze, to już ostatni, asfaltowy odcinek Doliny Przekletej, tfu, Chochołowskiej jest prawdziwym pasmem udręki. W końcu jednak doczłapujemy do samochodu i tak kończy się nasza wycieczka. Tatry nas nieco sponiewierały, ale tego było nam trzeba! Do zobaczenia lub przeczytania 😉
  11. 16 points
    Cześć W sobotę miało być pięknie,miało być okno pogodowe i ... było😉 Postanowiliśmy,iż pojedziemy w Tatry.Dojechaliśmy do Brzezin przed czwartą rano i ruszyliśmy czarnym szlakiem aby dojść do Psiej Trawki. Zapowiadało się dobrze.Było rześko,ptaki śpiewały,szumiał potok i my mieliśmy niedobór tatrzańskich wędrówek. Następnie podreptaliśmy do Równi Waksmundzkiej.Posiedzieliśmy chwilkę i ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę Gąsienicowej. Odbiliśmy na czarny szlak,którym po chwili dotarliśmy do szlaku żółtego. Naszym celem była Przełęcz Krzyżne. Pogoda była wymarzona.Przy Czerwonym Stawie w Dolinie Pańszczycy zrobiliśmy drugą małą przerwę.Kilka fajnych fotek udało się pstryknąć🙂. Samo podejście na Krzyżne troszkę nas rozgrzało.Słońce coraz mocniej świeciło,a my w górę i w górę... Bluzy schowaliśmy do plecaków i założyliśmy okulary słoneczne.Dobrze,że ich ponownie nie zapomniałem w samochodzie😄. I... przydały nam się raki na ten fragment trasy.Myślę,że w raczkach także dałoby rady. I w końcu cel osiągnięty😀.Krzyżne w bieli pierwszy raz odwiedziłem i warto było❄️☀️. A widoki ...hmmm bajka😊. Siedzieliśmy i delektowaliśmy się.I posiłek smakował wyjątkowo. Wracaliśmy żółtym szlakiem przez Dolinę Pańszczycy,a następnie zielonym do Murowańca. W Murowańcu,co było do przewidzenia jak w ulu.Nie zatrzymywaliśmy się i ruszyliśmy czarnym szlakiem w stronę Brzezin. Po trzynastu godzinach byliśmy na parkingu,zmęczeni,z przemoczonymi butami ale bardzo,bardzo zadowoleni. Mogę stwierdzić,że była to jedna z fajniejszych tatrzańskich wycieczek,z rakami w czerwcu😁.
  12. 16 points
    Zdjęć do wyboru dużo, ale sentyment mam do tej fotki - Krywań w pierzynce.
  13. 15 points
    Czas i miejsce tego wydarzenia nie były przypadkowe😉 Pogodny, słoneczny dzień (28 lipca) był starannie wyszukany na kapryśnej mapie pogodowej a Kozi Wierch już od dawna mnie intrygował. Zdobycie Orlej Perci jest poza moim zasięgiem, dlatego bardzo chciałam kiedyś przynajmniej dotknąć tego szlaku. Jedyną realną szansą było właśnie zdobycie Koziego Wierchu. Wyjechałyśmy z domu dosyć wcześnie rano, dzięki czemu udało się uniknąć korków na Palenicy i (przynajmniej rano) tłumów na szlaku. Wejście od Doliny Pięciu Stawów nie jest trudne, są tylko dwa miejsca, w których trzeba użyć wszystkich kończyn i głowy ( żeby pomyśleć) i uważnie przejść. Kiedy zbliżałam się do czerwono znaczonego odcinka Orlej Perci, którym dochodzi się na szczyt emocje (duma i radość) szybowały w górę i chyba mnie niosły jak na skrzydłach, bo mimo że trudności techniczne wzrastały, dosyć szybko i sprawnie udało nam się stanąć na szczycie. Z góry widok przy takiej lampie był naprawdę niesamowity. Cudne widoki i satysfakcja ze zdobycia 2291 metrów sprawiły, że o mało nie zapomniałam o zrobieniu zdjęć, co byłoby chyba niewybaczalne😉 Niestety na szczycie zastałyśmy już sporo ludzi i trudno było się tam przemieszczać żeby wszystko dokładnie pooglądać. Mimo to chwile odpoczynku spędzone w gronie zdobywców jak zwykle są bezcenne😆 Przede wszystkim jednak podziwiałyśmy bezkresne piękno, jakie roztaczało się wokół nas♥ Schodzenie wymagało jak zwykle trochę więcej uwagi ale było nieźle i nawet udało się obfocić moje ulubione stawy😍 Żeby nie tracić uroku całej udanej wyprawy szybko przeszłyśmy przez bardzo zatłoczoną Piątkę, ominęłyśmy oblężone schronisko i czarnym szlakiem ruszyłyśmy w dół. Co tu dużo mówić 😏 chodzenie po górach jest piękne ale chodzenie po górach przy słonecznej pogodzie jest...♥♥♥
  14. 15 points
    Pogoda w te wakacje nie rozpieszcza, na szczęście nam się udało wpaść w słoneczne okienko 🙂 w niedziele 5.07 Trasa Chochołowksa, Grześ, Starorobociański, Trzydniowiański, Chochołowksa. Niestety nie zabraliśmy kremu do opalania, wiec następne parę dni spędziliśmy w cieniu umilając sobie czas zrywaniem spalonej skóry 😞 We wtorek wyruszyłem samotnie na Świnicę. Piękny poranek jednak nie wystarczył,żeby zdobyć szczyt. Tuż przed wierzchołkiem napotkałem na trudności w postaci mocno oblodzonego szlaku i braku ubezpieczeń, więc zrezygnowałem, mając złe przeczucie. Serce pchało w górę, ale rozum zwyciężył, dobrze szło bo z Kuźnic na przełęcz świnicką dotarłem w 2:40h, ale strach był. Może jeszcze w tym roku uda się drugie podejście. Więc szybko na Kasprowy i do domu. A nie jeszcze mi się zachciało na Nosal wbiec:
  15. 15 points
    Najlepsze Waszym zdaniem zdjęcie, które do tej pory udało Wam się zrobić w Tatrach. Jedno na osobę, wrzucamy 🙂 Ja zaczynam dość starym już, zrobionym w 2013 roku zdjęciem Kościelca. Swego czasu wygrało nawet pewien konkurs. Nie wiem czy najlepsze w moim portfolio, ale mam do niego wciąż duży sentyment...
  16. 15 points
    Cóż... Pisarz ze mnie żodyn, ale może komuś się tekst spodoba, a może nawet zainspiruje do biegania czy speedhikingu po górach 🙂 Jeszcze tak tytułem wstępu, by uniknąć popularnych, fejsbukowych pytań w stylu "po co biegać po górach, nic wtedy nie zobaczysz". Powiem tak: g*wno prawda 😁, a wręcz przeciwnie 🙂 Dzięki temu, że w miarę sprawnie zdobywam wysokość to mogę sobie pozwolić na dłuższy pobyt na szczycie, czy w innym wybranym miejscu oraz na kontemplację widoków, a samych ciekawych miejsc jestem w stanie odwiedzić dużo więcej podczas jakiegoś okresu czasu. Każdy powinien spędzać czas tak, jak lubi i nic nikomu do tego 😉 Od 13-14 roku życia zacząłem się poruszać troszkę szybszym tempem po górach, a zainspirował (po prostu nie miałem wyboru, jeśli nie chciałem zostać w tyle 😛) mnie do tego wujek - jak razem gdzieś szliśmy po Beskidzie Żywieckim to jak najszybciej w górę, a później w miarę sił zbieg. Cóż, ambitny byłem, więc jako mały łepek starałem się cisnąć ile fabryka dała 😃 Dodatkowo 3 lata temu poznałem mojego serdecznego ziomka, który biega ultra, (co zawsze mi imponowało), więc trochę załapałem od niego bakcyla. Troszkę zacząłem biegać większe dystanse 2 lata temu, później przerwa przez niedoleczone kontuzje (biegi zamieniłem na rower), a we wrześniu ubiegłego roku musiałem zacząć naukę do ciężkich egzaminów, które zakończyłem w grudniu. Tak czy siak, po 3 miesiącach siedzenia dzień w dzień od rana do wieczora przed komputerem i klikania durnych pytań na egzaminy, stwierdziłem, że czas wrócić do życia 🙂 Wróciłem do sportu jak feniks z popiołów 😛 Z powodu koronki odpadły mi planowane dwa wypady w góry, ale w końcu na Boże Ciało udało się wyjechać! Po paru krótkich i dosyć spokojnych trasach, stwierdziłem, że przydałoby się zrobić coś ciekawszego, mój głód gór po 4 miesięcznej przerwie był gigantyczny. Pomyślałem "a może spróbować przebiec troszkę Tatr Zachodnich🤔"?Otworzyłem mapę turystyczną, pociągnąłem kreskę (na mapie 😉) od Kir do Siwej Polany przez Ornak, Starorobociański, Kończysty, Jarząbczy, Wołowiec, Rakoń i Grzesia, wyszło 32,1 km. W Beskidach biegałem po ok. 25km z gorszą kondycją, także stwierdziłem, że powinienem dać radę (a jak nie, to zawsze mogłem skrócić z Kończystego czy z przełęczy Zawracie). Trasa zaplanowana, bukłak napełniony, kiełbasa w plecaku - można działać! Pobudka 4:45, do tego 5 min standardowej drzemki, zerknięcie na kamerki czy pogoda git, sprawdzenie aktualnej prognozy, można się zbierać 😉 5:57 start i... no masakra 😂 Z natury jestem nocnym markiem, mój szczyt możliwości fizycznych przypada na 20-23 (dlaczego żadne zawody w takich porach się nie zaczynają?!), więc Dolina Kościeliska o tej porze to była istna droga przez mękę. Z przerwą na rozgrzewkę o 6:33 melduję się na Hali Ornak 🙂 Knopersik na doładowanie, kijki w dłoń i lecimy na Iwaniacką. W końcu zaczęły się moje ukochane podejścia, troszkę się rozgrzałem i porzuciłem myśli o zakładaniu bluzy 😃 Chwilkę po 7 zbijam pionę sam ze sobą na przełęczy i odbijam w lewo na Ornak. Już przy podejściu się cieszyłem z doboru odpowiedniego kierunku trasy, bo wysokie stopnie podczas podchodzenia skutecznie by mnie zajechały na końcowym zejściu. A co do samego Ornaku - bardzo lubię ten masyw. Fajna ścieżka z niewielkimi przewyższeniami, widokowo, a i opowieści z nim związane są bardzo ciekawe (na jego zachodnich zboczach znajdowały się sztolnie, a ścieżki do nich są w miarę widoczne), ponadto parę ciekawych wypadków lawinowych jest związanych z tym miejscem (można poczytać o nich w "Wołaniu w górach"). Przed ósmą melduję się się na Siwych Skałach (kolejne fajne miejsce w masywie Ornaku) i szybko zbiegam na Siwą Przełęcz. Wyciągam Snickersa i doładowuje się przez chwilę w marszu. Swoją drogą uwielbiam widok z Siwej na Bystrą i Starorobociański. To są taaaakie kolosy z tej perspektywy, że głowa mała 🙂 Od startu już minęły ponad 2h, więc w podejściu na Siwy Zwornik w moich myślach przewija się coraz częściej kiełbasa swojska, która szczelnie jest owinięta w reklamówkę (na wypadek konfrontacji z misiowatym 😉). Na Siwym Zworniku melduję się 8:20 i wręcz huraganowy wiatr odbiera mi mowę 😄 Zakładam bluzę, z utęsknieniem patrzę na moją ukochaną Bystrą, ale jako przykładny obywatel ją odpuszczam ze względu na zamknięte granice (no i nie chce mi się z powrotem wracać na Siwy Zwornik). Ostatnie podejście w I etapie mojej wycieczki i cyk, 8:45 rozwalam się na szczycie Starorobociańskiego niczym król 😎 Wyciągam wafle ryżowe, kiełbasę i rozkoszuję się widokami. Świetnie z tego miejsca widać prawie całe Tatry Zachodnie, więc ćwiczę swoją znajomość topografii i próbuję nazwać każdy szczycik, który widzę. Pojedyncze Cumulusy na niebie sugerują, że póki co pogoda będzie ładna, więc mogę napierać dalej (taki pro tip dla zainteresowanych meteo - jak mocno wieje to wiatr jakby "podcina" termikę, co zapobiega budowaniu się chmur burzowych 😉) . Przed 9:20 pakuję manatki i po 12 minutach jestem na Kończystym. Minutka na oglądanie piękniutkich Raczkowych Stawów (dla mnie te mało popularne słowackie doliny są po prostu magiczne) i trasy, którą dotychczas przebyłem, po czym rozpoczynam podejście na Jarząbczy Wierch, na którym melduję się po kolejnych 20 minutach. Pobliska Jakubina kusi jak cholera, ale te granice... No i wiatr, skubany, dmuchał niemiłosiernie. Nigdy nie sądziłem, że mój kaptur może wpadać w takie wibracje, które totalnie zagłuszały mi myśli 😂 Ale na swój sposób, miało to swój urok 🙂 Czas na fragment, którego obawiałem się najbardziej - zbieganko na Niską Przełęcz, jednak nie taki diabeł straszny jak go malują 😛 Poszło całkiem przyjemnie, bez uszczerbku na udach. Zerknięcie z przełęczy na Jarząbczy utwierdza mnie w przekonaniu, że zdecydowanie te 300m przewyższenia wolę robić w dół niż w górę. W ogóle trochę bez sensu by tyle ciągnąć pod górę, by później to stracić, no ale cóż, taki urok gór 😉. Dalej już szybko leci. Non stop jestem wpatrzony w Jamnickie Stawy i piękniutkie Rohacze (uwielbiam widok z tej perspektywy na Rohacza Ostrego, wygląda tak piekielnie niedostępnie). Przypadkowo odnajduję też to skalne okienko na trawersie Łopaty przez które oczywiście wyglądam, ale wiatr nie pozwala mi tam zbyt długo usiedzieć, także ruszam dalej. Mam w końcu okazję wytestować te jutowe worki na podejściu na Wołowiec - idzie się po tym super 😄 Schodzi zresztą też. Pamiętam, w jakim stanie był ten szlak, gdy szedłem nim ostatnio, więc to naprawdę miła odmiana. Na Wołowcu melduję się 11:05 i rozpoczynam niecałe 25 minut zasłużonej przerwy 🙂 Tym razem w ruch idą żelki i orzeszki, z widokiem na Rohacze i Dolinę Rohacką, a w moim sercu znowu rozterka - Rohacz Ostry na wyciągnięcie ręki, nawet ludzie na niego idą (niepokorni 😛), ale ostatnie 0,5l wody w bukłaku podpowiada mi, żeby nie kozakować i śmigać dalej. Mrugnięciem okiem żegnam się z Orlą Percią Tatr Zachodnich i ruszam. Po 15 minutkach melduję się na Rakoniu, gdzie wiatr trochę cichnie, temperatura rośnie, a ja dalej w bluzie atakuję dalej 😁 Ostatnie na dziś zerknięcie na Dolinę Rohacką i pomykam jak łania w kierunku Grzesia. Uwielbiam ten odcinek - jest szeroko, w miarę płasko i baaardzo widokowo. Można podziwiać widoczki nie patrząc pod nogi 🙂 Po 12:05 witam się z ludźmi i Grzechem, ładuje bluzę do plecaka, biorę ostatniego łyka wody i truchtam w dół. Zaliczam pierwszą i ostatnią, w miarę kontrolowaną, glebę, ale humor dopisuje mimo wszystko. W połowie zbiegu Wspólnota Leśna 8 Wsi urządziła sobie standardowo grę wieloosobową pod tytułem "omiń błoto i nie pozwól, by inni cię ochlapali", także uwaliłem się aż po same kolana 😁 Chwilę po 12:30 wpadam do schroniska, uzupełniam w toalecie wodę w bukłaku i jestem gotowy na najgorsze wyzwanie tego dnia - znienawidzoną Chochołowską. Naprawdę, żadne podejście czy zejście nie potrafi mnie tak dojechać jak ta chora dolina. Do tego jest totalny upał - jak od Siwego Zwornika miałem nadzieję, że w końcu przestanie wiać, tak od schroniska miałem nadzieję, że zacznie wiać 🙂 Ale moje przygody z tą ubojnią mają znamiona syndromu sztokholmskiego - co rusz do niej wracam, bo jedno trzeba jej przyznać - szlaki, które od niej odchodzą są świetne 😉 13:40 szczęśliwie udaje mi się dotrzeć do Siwej Polany, i o dziwo, mam nadal siły na góry! Tylko nie na Chochołowską😂 Tak czy siak w nagrodę wlatuje zimna coca-cola, a pierwszy bieg po Tatrach zaliczam do bardzo udanych 😉 Jeśli kogoś interesują czasy to całość zajęła 7h 43min, a odliczając dwa, zaplanowane (wycieczka w góry bez podziwiania widoków to nie wycieczka 😁) postoje na Starorobociańskim i Wołowcu + uzupełnienie wody w schronisku to 6h 36min. Myślę, że jak na mój amatorski poziom wytrenowania to czas jest w miarę ok 🙂 Mam nadzieję, że fotorelacja Wam się podobała 🙂
  17. 15 points
    "Upolowany" w piątce około 10 metrów od szlaków, liczył turystów ?
  18. 15 points
    Zdjęcie wykonane 4 lata temu (ponad) dokładnie w marcu 2015 r (uwielbiam zimowe, marcowe zwłaszcza Tatry) - to było moje pierwsze zetknięcie z nimi. W jeden dzień zrobiliśmy trasę samochodem z Bieszczad (tam mieszkam) w Tatry. Przeszliśmy z plecakami o 3 nad ranem do schroniska w chochołowskiej w śnieżycy. Szliśmy bez latarek - bo gruby śnieg odbijał się od światła co jeszcze bardziej przeszkadzało. Z racji, iż tam nie ma opcji na pobłądzenie - doszliśmy do schroniska i się zameldowaliśmy. Podjęliśmy decyzję, że przeczekamy - ale ciekawość nas zjadała i w końcu (późno) wyszliśmy - cel Wołowiec. Ponownie się zaczęły zbierać chmury a dzień, krótki się kończył... Całe szczeście, załamanie nie nastąpiło, a my wróciliśmy. Noc już była gwieździsta, mroźna (ok. -20). Zmęczeni, wypiliśmy kilka piw na zewnątrz oglądając niebo pełne gwiazd. Pamiętam to jak dzisiaj.. od tej chwili jeżdżę w Tatry głównie zimą. Zdjęcie wykonane tuż pod Wołowcem Nikon D750 + Tamron SP 24-70mm f/2.8 Di (VC)* USD 24mm ƒ/6.3 1/1250s ISO 10 https://500px.com/photo/101836879/Destination-by-Krystian-Bigos?ctx_page=1&from=user&user_id=5357908
  19. 15 points
    Zdjęcie zrobione przy stawie obok Zbójnickiej Chaty - widok m.in. na Pośrednią Grań
  20. 14 points
    Trasa: Dolina Jaworzynka - Hala Gąsienicowa - Zielona Dolina Gąsienicowa - Karb - Kościelec. Powrót tą samą drogą. Zawsze chciałam wejść na Kościelec i zawsze miałam pietra :D Teraz, gdy mam to już za sobą, powiem krótko, nie taki diabeł straszny :) Chyba gorsze, bo dłuższe było podejście pod Kościelec na Karb. Samo wejście na Kościelec, owszem jest dosyć strome, ale w końcu to są góry. Nie było ani jednego momentu z ekspozycją, a przecież mam jakiś tam lęk wysokości. Oczywiście, jak ktoś chce może sobie stanąć nad przepaścią, tylko po co? Są po drodze płyty, inne mniejsze i większe trudności, ale dla mnie jeden moment tylko był trudny, już pod samym szczytem. Dosyć wysoko trzeba było się wspiąć, a nie bardzo było za co chwycić się. To samo było z zejściem w tym miejscu. Ale jakoś poszło, oczywiście z pomocą :D Bardzo drastycznie musiałam zmniejszyć pojemność zdjęć, więc ich jakość może być nie bardzo ?
  21. 14 points
    Ja także zacząłem zimowe przygody w Tatrach. W niedziele zaliczyłem Grześ, Rakoń, Wolowiec. Raki od około 1800 założyłem. Pogoda taka, że dwie osoby w koszulkach minąłem ?
  22. 14 points
    Nad Wielkim Stawem Polskim 4 października ❤
  23. 14 points
    Lustro na Czarnym Stawie pod Rysami ?
  24. 13 points
    To było wczoraj czyli 1 lipca. Trasa z Kuźnic przez Świnickią Przełęcz, Liliowe, Beskid, Kasprowy, Goryczkową Czubę, Kopę Kondradzką, Kondradzką Przełęcz do Kuźnic. Przygód i kotów😏 na szlaku brak (w okolicach Goryczkowej Czuby spotkałam jaszczurkę ale była tak malutka że to chyba się nie liczy) za to widoki przy wczorajszej lampie były naprawdę nieziemskie. Gdziekolwiek spojrzałam wszędzie widziałam Krywań😂 Szlak dosyć łatwy, tylko w niektórych miejscach trzeba było użyć czterech kończyn i ewentualnie tyłka. Przejście zajęło nam ok 8h ale trzeba wliczyć w to moje stałe zagapianie się na zielone stawki, Krywań i inne takie... no i oczywiście foty, żeby można się było pochwalić 😋
  25. 13 points
    W końcu nadszedł długo wyczekiwany wyjazd – tym razem nie samotnie a w towarzystwie dwójki wspaniałych ludzi. Wypad w pierwszej wersji miał się odbyć w kwietniu, jednak ze względu na pandemię i zamknięcie granic, musieliśmy poczekać do lipca. Wyjątkowo zależało mi na powodzeniu tego wyjazdu, w ciągu ostatnich dwóch lat w tym składzie byliśmy w Tatrach 3 razy, jednak za każdym razem pogoda krzyżowała nam plany. Miałem nadzieję, że tym razem będzie inaczej i wrócę z gór z poczuciem dobrze wykorzystanego czasu. Prognozy co prawda nie napawały specjalnym optymizmem, jednak już wielokrotnie miałem okazję się przekonać, że pogodowe przewidywania to jedno a rzeczywistość – drugie. Co ma być, to będzie – pomyśleliśmy i pojechaliśmy. W związku z tym, że przez pierwsze dwa dni towarzyszyła nam jeszcze jedna osoba, która w górach wcześniej nie była, w dniu przyjazdu wybraliśmy się na Halę Gąsienicową i Kasprowy Wierch. Muszę przyznać, że uwielbiam to miejsce, widoki za każdym razem powalają i lubię tam wracać, pomimo tłumów. Przez większość dnia pogoda była dla nas bardzo łaskawa, jedynie późnym popołudniem nadeszły prognozowane opady. Sytuacja zmieniła się na tyle szybko, że musieliśmy skorzystać z kolejki. Nie przepadam za tym środkiem transportu, jednak uznaliśmy, że bezpieczeństwo przede wszystkim i nie ma co ryzykować nawet zwykłym przeziębieniem, które mogłoby zepsuć resztę wyjazdu Wtorek przywitał nas na tyle niepewnymi warunkami, że jedyne na co nas było tego dnia stać, to wizyta na Krupówkach. Cóż, taki luźniejszy dzień też ma sens, zdołaliśmy bowiem nabrać sił na kolejne wyprawy, ja z tym większego problemu nie mam, ale moi towarzysze w górach bywają rzadziej i to na ich samopoczucie zwracałem największą uwagę. Wieczorem uznaliśmy, że kolejny dzień zaczniemy od wizyty w Dolinie Pięciu Stawów i spróbujemy wejść na Kozi Wierch. Plan na środę zrealizowaliśmy w 100%. Na Kozim byłem w zeszłym roku w podobnym czasie, wtedy widoczność była idealna, tym razem było nieco słabiej i dosyć chłodno, ale warunki nie zdołały ostudzić naszych zapałów. Podczas wejścia szczyt na zmianę pojawiał się i znikał w chmurach, jednak gdy już osiągnęliśmy wierzchołek, warunki były zadowalające. Podtrzymuję zdanie, że jest to bardzo ciekawa góra z przepięknymi widokami a sam szlak z Palenicy przez Dolinę Roztoki niesamowicie różnorodny, taki, który zadowoli nawet najbardziej wybrednego towarzysza podróży. Ekipie szlak się bardzo podobał. Szkoda trochę, że dopiero dzień później została otwarta droga znad Morskiego Oka bo powrót przez Świstówkę mógł być bardzo fajnym uzupełnieniem wycieczki. Z drugiej strony nie ma co wybrzydzać, mocno zmęczeni, ale w doskonałych nastrojach, wróciliśmy do Zakopanego, gdzie zaplanowaliśmy kolejny dzień. W czwartek w końcu udało mi się przepchnąć temat Tatr Zachodnich. Bywam w nich dosyć rzadko i bardzo zależało mi na tym, żeby podczas tego wyjazdu choć raz udać się w tamte rejony. Moi współtowarzysze chyba mieli na ich temat błędne mniemanie, bo kręcili nosem na każde moje wspomnienie, jednak w końcu zaakceptowali moje wskazanie na Trzydniowiański Wierch, jako dobrą opcję na „luźny” dzień i rozgrzewkę przed piątkiem. Niechęć mógł spotęgować również fakt, że trzeba było przejść Doliną Chochołowską i dosyć stromym podejścien, co przy ich zakwasach, było z pewnością sporym wyzwaniem. Finalnie chyba nie wyszło źle, w obie strony skorzystaliśmy z ciuchci, trasa na szczyt spotkała się z dobrym przyjęciem, widoki i charakter szlaku zachęciły natomiast do kolejnych wizyt w tej części Tatr. Ja sam mam nadzieję w przeciągu około dwóch tygodni zaliczyć pętelkę od Grzesia przez Wołowiec i Starorobociański, chęci są, wolne też się znajdzie, zadecyduje, jak zwykle – pogoda, cóż, pożyjemy, zobaczymy. Wyjazd zbliżał się do końca, jednak zanim spakowaliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy w stronę Krakowa, została jeszcze jedna góra do zdobycia. Kościelec, bo o nim mowa,już dawno chodził nam po głowie. Ja sam byłem na nim prawie 2 lata temu, wtedy wchodziłem w pojedynkę i muszę przyznać, że z towarzystwem i do tego tak zacnym, to zupełnie inne doznanie. Pogodę mieliśmy świetną, chociaż od Karbu tak wiało, że niektórzy zastanawiali się, czy uda się wejść na sam szczyt. Weszliśmy. I znów miałem okazję doświadczyć tego uczucia, gdy zdobywa się szczyt po przełamaniu własnych słabości. I znów zastanawiałem się, jak ja stamtąd zejdę (na szczęście na szczycie nie byłem osamotniony), co zwykle idzie mi gorzej niż wchodzenie. I znów okazało się to względnie proste. W ogóle nie taki ten Kościelec straszny, jak go malują. Moi towarzysze byli chyba podobnego zdania, gdyż na koniec dziękowali mi, że ich tam zabrałem, mimo że pierwsze komentarze nie były zbyt przychylne. Zgodnie przyznaliśmy, że na Kościelec w przyszłości na pewno jeszcze wrócimy. Po powrocie na Karb pozostało nam zejście do Zielonej Doliny i powrót przez Halę Gąsienicową i Dolinę Jaworzynki. Ostatnie spojrzenie na przepiękną Halę w stronę Koziego i Kościelca, zdobytych podczas tego wyjazdu oraz na Świnicę, która jest moim kolejnym celem i trzeba było się pożegnać z górami, przynajmniej na jakiś czas… Wyjazd zdecydowanie spełnił moje oczekiwania, bardzo się cieszę, że pogoda dopisała, bo dobrze wiem, że ona sama może zniweczyć najbardziej ambitne plany, choćby wszystko inne się super układało. Fajnie, że udało się pokazać towarzyszom nowe dla nich miejsca i jeszcze bardziej zachęcić do kolejnych wyjazdów. Szkoda, że z racji odległości podobne wycieczki odbywają się dosyć rzadko, ale tym bardziej będę czekał na kolejną wyprawę. Dla takich chwil zdecydowanie warto żyć i realizować swoją górską pasję!
  26. 13 points
    Miło się czyta takie podziękowania 🙂 "Szanowni Państwo, Dokonując podsumowania współpracy z Partnerami Fundacji Ratownictwa Tatrzańskiego TOPR, chcielibyśmy w szczególny sposób docenić zaangażowanie zespołu tworzącego portal Tatromaniak i podziękować za wsparcie jakie otrzymujemy od Państwa w realizacji misji ratowania zdrowia i życia ludzkiego w Tatrach. Wartości takie jak bezinteresowne niesienie pomocy w każdych warunkach były przekuwane w działania podczas służby pełnionej od 110 lat przez kolejne pokolenia ratowników i stanowią dla nas najwyższe zobowiązanie wobec wszystkich czerpiących z potencjału jaki oferują Tatry. Ostatni rok wyraźnie pokazał, że wobec narastającego ruchu turystycznego w Tatrach, wyzwania przed jakimi stają ratownicy TOPR są najwyższej próby – przywołując choćby masowe porażenia piorunami na Giewoncie czy głośny wypadek w Jaskini Wielkiej Śnieżnej. Rocznie TOPR podejmuje działania ratunkowe blisko tysiąc razy, z czego ponad trzysta to działania przeprowadzane w skrajnie trudnych warunkach, wymagające zaawansowanej pomocy medycznej. Wiele wskazuje na to, że w obecnej sytuacji związanej ze stanem pandemii i utrudnionym międzynarodowym ruchem turystycznym, dla wielu Polaków Tatry staną się w tym roku docelowym miejscem spędzenia urlopu, a co za tym idzie, może być to również intensywny czas pod względem działań ratowniczych dla TOPR. Prowadzenie efektywnych działań ratowniczych wymaga nie tylko najwyższych kompetencji, ale również odpowiedniego zaplecza sprzętowego. Dlatego też, niezwykle doceniamy wsparcie jakie otrzymujemy od Państwa. Dzięki zbiórce funduszy prowadzonej przez portal Tatromaniak udało nam się zakupić sprzęt, który już kilkadziesiąt razy został wykorzystany w trakcie działań ratunkowych. Cieszymy się z możliwości współpracy z takim Partnerem jakim jest Tatromaniak - głęboko rozumiejącym wyzwania jakie może nieść ze sobą przebywanie w górach, promujący piękno Tatr, ale także bezpieczny sposób korzystania z możliwości, które oferują. Dziękujemy za Państwa wsparcie w kampanii medialnej „1% dla Fundacji TOPR”, oraz innych inicjatyw, bez których TOPR nie mógłby funkcjonować tak efektywnie. Na koniec jeszcze raz chcielibyśmy gorąco podziękować za Państwa zaangażowanie w ratowanie zdrowia i życia ludzkiego w Tatrach. Z górskim pozdrowieniem, Robert Kidoń Prezes Zarządu Fundacja Ratownictwa Tatrzańskiego TOPR"
  27. 13 points
    Ja mam 3 takie momenty i nie potrafię wybrać najlepszego 😊 1. Wycieczka na Granaty - warun życia ❤️ Nie mogę się napatrzeć na te górki i kolory, a minęło ponad pół roku. 2. Zimowa wycieczka na Ornak - Tatry niczym Alpy ❄️ 3. Nie Tatry, a Pieniny. Konkretnie Sokolica - trzecie podejście do wschodu słońca i warto byłoby iść tam nawet 100 razy, żeby w końcu coś takiego zobaczyć 🌄
  28. 13 points
    Nie wiem, co te Tatry mają w sobie, ale podpisuję się pod słowami Zielińskiego. "Widziałem góry większe, wspanialsze i bardziej majestatyczne. W góry piękniejsze od Tatr jednak nie wierzę." Na Kozi Wierch wyruszyłyśmy (moja przyjaciółka i ja) rano ze schroniska w Dolinie Pięciu Stawów (tam nocowałyśmy). Warunki zapowiadały się idealne i takie też były! 🙂 Raki i czekan wyciągnęłyśmy gdzieś w połowie podejścia. Gdybyśmy nie miały sprzętu, nie ryzykowałybyśmy wejścia na szczyt - było bardzo ślisko. Z Koziego Wierchu zeszłyśmy z powrotem do Doliny Pięciu Stawów, chociaż kolejny nocleg miałyśmy zarezerwowany w Murowańcu. Respekt do Orlej (zwłaszcza, że obawiałyśmy się pozostałości śniegu i zlodowaceń) nie ma sobie równych, żadne argumenty z nim nie wygrają. 🙂 Kolejny dzień (19.05.2020) dla nas to luźne podejście z Murowańca do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Siedziałyśmy nad tym stawem prawie 2 godziny. Oprócz szczytów, obserwowałyśmy płaty śniegu na początkowym (bardzo stromym) odcinku szlaku od stawu na Kościelec. W pewnym momencie usłyszałyśmy krzyk i okropny, głuchy dźwięk - spadło kilka wielkich kamieni na tym właśnie odcinku. Serca nam prawie stanęły ze strachu, kiedy szukałyśmy wzrokiem czy i gdzie ktoś spada, przygotowane na ewentualne wezwanie ratunku. W tamtym momencie (na całe szczęście) nikt nie ucierpiał. Dopiero po południu dowiedziałyśmy się o tragicznym wypadku na Kościelcu i komentarz mamy tylko jeden. Spoczywaj w Pokoju, Julka! I niech w tym Pokoju towarzyszy Ci widok wszystkich tatrzańskich szczytów, od których przecież nie ma piękniejszych. 🧡
  29. 13 points
    Wiem, że już tu było (i też coś wygrało 🙂), ale, jak do tej pory najbardziej je lubię, mimo, że nie zrobione w Tatrach a ponad nimi 🙂
  30. 13 points
    Chcę w tym wątku oglądać Wasze najlepsze zdjęcia wykonane na Kasprowym Wierchu lub w najbliższych okolicach. Zasada prosta. Jeden autor, jedno zdjęcie na dzień. Zdjęcie nie starsze niż dwutygodniowe. Zaczynam ja ?
  31. 13 points
    Zejście z Bystrej przez Błyszcz.
  32. 13 points
    Czas na opis wczorajszego przejścia. Krótko zwięźle i na temat. Było bosko. Zacznę od początku. Pobudka godzina 1:00 przygotować śniadanko kawę i w drogę po szwagra (jego 2 wypad w Tatry). Rozpoczynamy podróż do Zakopca o 2:00. Na parkingu meldujemy się o 4:45, szybko zmieniamy obuwie, ubiór i w drogę o równej 5 ruszamy z Drogi Oswalda Balzera w stronę Kuźnic. Z nami już grupka 8 osób, która wędruje w tym samym kierunku ku szczytom. Po 1h30 min meldujemy się w schronisku ,a o 8:50 czyli po prawie 4 h jesteśmy już na Zawracie. Ku chwale ruszamy o 9:10. Pierwszym trudniejszym fragmentem jest Atak na Kozi Wierch legendarna drabinka wcale nie jest taka straszna ? na Kozim meldujemy się o 11:22 czyli 2h 10 min od rozpoczęcia Orlej. Kolejnym takim naprawdę mocnym akcentem był 20 metrowy kominek pod Czarnym Mniszkiem. Od samego patrzenia kręci się w głowie. Na Zadnim Granacie meldujemy się o 13 przejście Granatów zajmuje nam około 20 min ze względu na dużą ilość ludzi woleliśmy nie czekać. Od zejścia z Granatów zaczyna się bardzo trudny etap, każdy fragment prowadzący północną stroną zboczy był mega śliski do tego drobny żwir, który uciekał spod nóg. Tutaj najbardziej bałem się o zdrowie, tłok na szlaku i krótkie nogi nie pomagają Orla Baszta z raczej zejście z niej fantastyczne. Radze poćwiczyć szpagaty bo to się przyda. Kolejne fragmenty Buczynowej też trudne technicznie. Później już z bez większych problemów w większości idzie się chodnikiem. Docieramy do Przełęczy Krzyżne o 15:36 czyli Orlą zrobiliśmy w 6h 26min. Po drodze zrobiłem ponad 500 zdjęć i filmików, do tego od Zawratu zmagałem się ze straszliwymi problemami żołądkowymi. większość Orlej pokonałem nic nie jedząc schodząc z Krzyżnego byłem już wykończony. Gdy doszliśmy do dna Doliny Pańszczycy dostaliśmy kolejną nagrodę od losu za trud, pięknie pozujące kozice. przy samochodzie byliśmy o 19:15 a do domu wróciłem o 23:30. Podsumowując przejechane samochodem 410km, piesza wędrówka 26,5km, Czas wędrówki 14h 15min. Czas całej podróży 21h30min. Pogoda fantastyczna przez cały dzień słaby wiaterek lub jego brak słońce zjarało mnie na twarzy i karku. ? Radość z życia bezcenna.
  33. 13 points
    Zdjęcia super, sam niespecjalnie się na fotografii niestety znam, więc pstrykam dla przyjemności, w tym miesiącu urzekł mnie taki widok:
  34. 13 points
    Dolina Pięciu Stawów Polskich, mostek na końcu zielonego szlaku nad potokiem Roztoka. DO
  35. 13 points
  36. 13 points
    W drodze z Małej Vysokiej do Doliny Białej Wody.
  37. 13 points
    Mnich - Kant Klasyczny - Drugi wyciąg ?
  38. 12 points
    W poniedziałek udało się nam zdobyć wędrówką ze Starego Smokovca Teryho chatę 😉. Dzieciaki 8 i 2,5 roku dały radę 🙂 💪🏻👍. Pogoda dopisała 😍
  39. 12 points
    Kozi Wierch, to mój pierwszy szczyt, zdobyty w środku zimy 🙂 Będąc po kursie turystyki zimowej, zapragnęłam zdobyć właśnie zimą, tę najwyższą górę, w pełni położoną w Polsce. Byłam już wcześniej min. nad Czarnym Stawem pod Rysami, czy na Szpiglasie wiosną, w warunkach zimowych, więc w końcu przyszła pora, na jakiś szczyt, w środku prawdziwej zimy. Wyruszyłyśmy z Roztoczki ok. 7:30. Był mroźny luty, niebo błękitne i my dwie ... górskie wesołe łaziki. Na szlaku nie było prawie nikogo i właśnie to kocham, w zimowych wędrówkach! Pustki na szlaku... dopiero przy Pięciu Stawach, parę napotkanych ludków. Jeszcze trafiłyśmy przy schronisku, na akcję chłopaków z TOPR'u - zabierali kogoś z odnowioną kontuzją kolana. Łyczek gorącej kawki, kanapka z serkiem, sprawdzenie w toalecie prognozy pogody i ruszamy dalej. Tak, okazuje się, że w Pięciu Stawach, Internet śmiga jak szalony, tylko hihi w kibelkach 😂 ale dobrze, że w ogóle jest. Prognozy były łaskawe, bo cały dzień miała być "patelnia", więc około 10:30 ruszyłyśmy dalej, w stronę Koziego... Oczywiście po drodze jeszcze sesja zdjęciowa, ale czego się nie robi, dla upamiętnienia wspomnień ☺️ Po jakimś niedługim czasie, stanęłyśmy pod górą. No i ... dylemat, iść prawą stroną od żlebu, czy lewą stroną. Prawą idą ludzie, jest ich może w sumie z 8 osób, w różnych odstępach, a lewą ani żywej duszy. Z opisów znalezionych w necie, wynikało, że lewą stroną również można pójść, jednak ostatecznie wybrałyśmy prawą stronę. Pomyślałyśmy wtedy, że lepiej iść z ludkami, bo zawsze jakoś tak raźniej, zapuścić się w nieznane... No to w górę! Powiem szczerze, że wchodziło się całkiem przystępnie i choć mróz już zelżał, szło się po śladach kolegów, jak po schodkach. Jedynie co jakiś czas, stopy uciekały lekko w głąb. Wchodziłyśmy w rakach, ale spokojnie można było iść bez, choć chyba w rakach, łatwiej było się nie zapadać. Stopniowo nabierałyśmy wysokości, aż doszłyśmy do skałki, nad którą robiło się już dość stromo. Tutaj postój na coś ciepłego i na podziwianie cudnej, zimowej tatrzańskiej bajki. Po chwili, ruszyłyśmy dalej, w stromą górę. W pewnym momencie, ślad zaczął skręcać w lewo, a tam zaczęła działać moja wyobraźnia ... Był to trawers, przecinający początek żlebu ... pomyślałam no dobra, tam o tam, już jest szczyt, więc wdech i wydech, maksymalne skupienie, czekan w prawej ręce, kijek w drugiej i trawersujemy. Po przejściu tego dość emocjonującego odcinka, już tylko kilka kroków i byłyśmy na szczycie! Radość, szczęście, uśmiechy od ucha do ucha i przepiękna zimowa panorama z Koziego Wierchu. C u d o w n a !!! I ta wszechobecna biel, pięknie współgrająca z błękitem nieba! 🙂 Na szczycie kameralnie, bo pięć osób tylko. Posiedziałyśmy trochę, chłonąc cudowne widoki, śnieżnobiałych szczytów, dolin i stawów. Jeszcze kilka fotek, filmików ze szczytu i schodzimy, bo robi się już późno, a była 14:00. Zimą, stwierdzenie "robi się późno", nabiera innego znaczenia 🙂 Zejście okazało się łatwiejsze niż wejście, śnieg tak zelżał, że szło się bardzo wygodnie i przyjemnie, co jakiś czas lądując na pupie 😂 Schodziłyśmy sobie powoli w zachodzącym słońcu, na ścieżce nie było już nikogo oprócz nas, gór, lekkiego wiatru i tego cudownego śniegu, który uwielbiam w górach ... w powietrzu czuło się jednak zmianę pogody. Wiatr się wzmagał, przysypując nasze wcześniejsze ślady i sypiąc nam w twarz lodowymi odłamkami śniegu, co nie było zbyt przyjemne, przy mocnych podmuchach wiatru. Na szczęście, były to tylko podmuchy, a nawet niekiedy następowała całkowita cisza ... Słońce zachodziło gdzieś za górami, a my schodziłyśmy już do doliny... Zmrok dopadł nas w lesie, ale wyposażone w czołówki, szybko dotarłyśmy do Roztoki. To był dobry dzień ... następnego wiał już halny. Mili ✌️
  40. 12 points
    Były wschody, to też i niech będą zachody. Bajkowy zachód słońca w Tatrach, z ostatniego czwartku.
  41. 12 points
    Ostatniego dnia, już zmęczenie dawało o sobie znać, ale piękna pogoda motywowała! Palenica - 5 Stawów - Zawrat- Kozia Przełęcz - 5 Stawów - Palenica Piękna trasa, zwłaszcza że rano, mało ludzi, rześko. Tak oto w wielkim skrócie przedstawia się nasz wyjazd. W najbliższym czasie zaczną się ukazywać filmowe relację z tras, a na razie zapraszam na 3 minutowy skrót z wycieczki.
  42. 12 points
    Kolejny dzień, tak na luzie, Dolina Kościeliska, Wąwóz Kraków, Smreczyński Staw. Następnego dnia, znowu pogoda dopisała (wizualnie), więc poszliśmy na zacny Kościelec. Piękna pogoda, ale po dojściu do Czarnego Stawu Gąsienicowego zaczęło wiać. Nie, napieprzać wiatrem! Wiało z góry z dołu z lewej i prawej 😉 do Końca dnia. Wejście na górę było trochę utrudnione, ale się udało! Potem szybki obiad w Murowańcu i jeszcze na Kasprowy. A co , dawno mnie tam nie było ! 😛
  43. 12 points
    W trakcie mojej ostatniej wycieczki na Kozi Wierch było jeszcze sporo śniegu w górach, więc kiedy zobaczyłam na kilku zdjęciach TEN ZIELONY (ja to nazywam tatrzańskim zielonym, ale w sumie nie jest to jeden kolor, tylko dużo jego odcieni), to wiedziałam, że muszę się wybrać w Tatry Zachodnie! 😉 Z parkingu na początku Doliny Chochołowskiej wyruszyliśmy około 9. Pierwszy raz wypożyczyliśmy rowery na cały dzień (można podpiąć je pod schroniskiem, trzeba zwrócić przed 18:00) i dzięki temu, po tylu latach, polubiłam się z Doliną Chochołowską 😇 Do schroniska dotarliśmy w niecałą godzinkę (chyba 45 minut), szybka kawka i ruszyliśmy - najpierw na Grzesia, potem Rakoń i Wołowiec. Pogoda przepiękna. Chyba najbardziej dało się we znaki podejście na Rakoń, słonko mocno przygrzewało. Co góra, to długi przystanek na zachwyt widoczkami i zdjęcia. Schodziliśmy Wyżnią Doliną Chochołowską i podobało mi się tam - moim zdaniem szlak jest ciekawy i bardzo szybko traci się wysokość. Rowery to był strzał w dziesiątkę, zjazd zajmuje około 25 minut i jest to po prostu czysta przyjemność ❤️ Jeśli chodzi o sam Wołowiec, zaskoczył mnie widok na otoczenie Doliny Rohackiej. Poszarpane Rohacze naprawdę robią wrażenie. Na koniec zastanawialiśmy się nad wypadem w tamtym kierunku, ale zabrakło czasu (od tego kontemplowania widoków ☺️).
  44. 12 points
    Drodzy, Pewnie z wielu Was wie, a Ci którzy nie wiedzą, to właśnie się dowiadują, że wczoraj nasz ulubiony portal obchodził swoje 7. urodziny. Z tej okazji chciałbym złożyć na ręce Krzysztofa vel @tatromaniak najserdeczniejsze życzenia i podziękowania. Życzę przede wszystkim siły i zapału w dalszym prowadzeniu portalu, jak najwięcej pozytywnych newsów, nieustannej kreatywności, pięknych spotkań na tatrzańskich szlakach i samych, zadowolonych Czytelników. Odporności na hejt i kolejnych, wystrzałowych pomysłów. Niech moje słowa, a także setki pozytywnych komentarzy i podziękowań, które miałem przyjemność przeczytać na FB będą dla Ciebie nie tylko wyrazem wdzięczności, ale też motywacją do dalszego rozwoju Tatromaniaka. Korzystając z okazji chciałbym podziękować wszystkim forumowiczom, zarówno tym aktywnym, jak i tym zaglądającym tu sporadycznie. Bez Was nasza społeczność nie byłaby takim przyjaznym miejscem. To dzięki Waszej aktywności, zdjęciom, relacjom, wciągającym dyskusjom każdego dnia z przyjemnością loguję się na nasze forum. Niech ten wczorajszy jubileusz będzie naszym wspólnym świętem. Kochani, serdeczne dzięki!
  45. 12 points
    Nie wytrzymałem długo w Nowym Roku bez gór :) trochę myślałem, czy porzucić letnie standardy i wybrać się w Tatry w zimie czy jeszcze w tym roku odpuścić, postanowiłem się jednak przejechać i zdecydowanie nie żałuje :) Ostatnie 4 dni obfitowały we wrażenia i piękną pogodę... jeśli tak będzie co wyjazd to już się nie mogę doczekać kolejnych :) 1. Wierch Poroniec - Rusinowa Polana - Gesia Szyja 2. Kuźnice - Boczań - Dolina Gąsienicowa - Czarny Staw Gąsienicowy - Kasprowy Wierch 3. Kuźnice - Hala Kondratowa - Kondracka Przełecz - Kopa Kondracka - Przełecz pod Kopą Kondracką - Kuźnice 4. Cyrhla - Kopieniec Wielki - Cyrhla
  46. 12 points
    Taki spektakl pod Kościelcem ?
  47. 12 points
    Witajcie, chyba już ostatnia w tym roku jesienna wyprawa, tym razem padło po raz 4 na Kozi Wierch. Szlak : Palenica - Morskie Oko, Świstówka, 5 - tka, Kozi Wierch, Siklawa, Roztoka , Wodogrzmoty, Palenica . Czas przejścia około 11 godzin, kilometraż około 25 km. Pogoda wręcz idealna, czasami nawet słońce dawało w kość. Ilość turystów znikoma. Widoki jak zwykle - niesamowite. W dolinie Roztoki minął mnie Pan Krzysztof Wielicki , miło było Go spotkać na szlaku i wymienić parę zdań . Z przyczyn , że nie szedł sam nie poprosiłem o wspólne zdjęcie ( trochę głupie ale prywatność należało zachować ). Poniżej parę zdjęć z wyprawy.
  48. 12 points
  49. 12 points
    Świnica zdobyta ☺ Nie powiem, żeby było łatwo. Miałam chwilę zwątpienia, jak zobaczyłam dojście do "wrótek", już chciałam zawrócić, ale na szczęście pojawiła się pomocna dłoń i cel osiągnięty. Przy wchodzeniu cały czas myślałam jak zejdę, ale o dziwo zejście okazało się prostsze. Miałam też mały problem przy samym szczycie, jednak dla niższych osób ta półka może być wyzwaniem, ale znów pomocna dłoń i dałam radę ? Pozdrowienia dla Sławka ? Zdjęć z łańcuchów nie ma, zbyt byłam skupiona na wchodzeniu ?
  50. 12 points
    Ostatni wschód słońca 2014 roku na Połoninie Wetlińskiej (Bieszczady) Nikon D7100, 18-105, 24mm https://500px.com/photo/95864729/Sunshine-in-the-morning-by-Krystian-Bigos?ctx_page=1&from=user&user_id=5357908
×
×
  • Create New...