Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 10/21/2019 in all areas

  1. 11 points
  2. 9 points
    Nad Wielkim Stawem Polskim 4 października ❤
  3. 6 points
    Spotkałam pana Krzysztofa kiedyś w schronisku w Roztoce i porozmawialiśmy trochę. To świetny gawędziarz!!! Byłam też na kilku spotkaniach z nim i wrażenie super !!! Fajna wycieczka i fajne spotkanie 👍👍👍
  4. 5 points
    Szlak na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem.
  5. 5 points
  6. 4 points
    Hamowania czekanem uczyła mnie koleżanka na...Pilsku ;P wystarczy kawałek stromej górki z dość ubitym śniegiem i ktoś kto objaśni podstawy a potem pozostaje trenować wszystkie kombinacje :D - najtrudniejsza dla mnie była na plecach głową w dół :P pewnie w tym roku też się wybiorę potrenować żeby stało się to intuicyjne bo w trudniejszych warunkach nie ma czasu na myślenie, a tu piękny przykład dlaczego warto to trenować :)
  7. 4 points
    Kto był , jakie wrażenia itp ????
  8. 4 points
    Witam. Mamy 110 rocznice powstania TOPR wiec pokarzmy ratowników w akcji. dawajcie co macie zdjęcia nowe i stare , a czy starsze ty lepiej. Zobaczymy co z tego wyjdzie. PS. Wszystkiego najlepszego naszym ratownikom tyle samo wyjść co szczęśliwych powrotów.
  9. 4 points
    Nebelhorn( 2224 ) obowiązkowo bo widok z niego na ponad czterysta szczytów zapiera dech w piersiach!!!!!! Taras widokowy na szczycie i pyszne ciastko też obowiązkowo! Ze szczytu można zejść do stacji Höfatsblick i szlakiem nr. 4 do jeziora Seealpsee. Można również wjechać na Fellhorn i z górnej stacji przejść w kierunku Kanzelwand ścieżką przyrodniczo edukacyjną. To tyle bo po dwóch dniach zepsuła się pogoda i nici z zaplanowanej na trzeci dzień wycieczki.
  10. 3 points
    Zapomniałaś : Metro pod Czerwonymi i kolejka na Orlej dwukierunkowa , może być jeszcze winda na Gerlach !!!! 😉😁😂😃
  11. 3 points
  12. 3 points
    Drugi krąg wtajemniczenia – Mnich i Cubryna Od chwili wyjazdu z Tatr w 1961 roku pilnie przygotowuję się do następnego sezonu. Trenuję koszykówkę w Łódzkim Klubie Sportowym, w domu mam prymitywną, ale praktyczną siłownię, bardzo dużo czytam na tematy górskie. Zaliczam teoretyczny kurs wspinaczkowy i wstępuję do Koła Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego. Kompletuję najprostszy sprzęt turystyczny i trzydziestopięciometrową linę asekuracyjną, z sizalu, a jakże. Gdyby dziś wymienić wszystkim wspinaczom poliamidowe liny na sizalowe lub z manili to wielu przepłaciłoby to zapewne życiem, tylko prawdziwi górscy dziadkowie nie poczuliby się z nimi w skale nieswojo. Ze sprzętu wspinaczkowego nic innego poza liną nie można było oficjalnie kupić w Łodzi, linę kupiłem nomen omen w składnicy harcerskiej na rogu Piotrkowskiej i Roosevelta. Szorstkość sizalu budziła ongiś w dłoniach uczucie zaufania, zapach sizalu, bardzo specyficzny i niepowtarzalny kojarzy mi się do dziś z zapachem wspinaczki, o ile takowy istnieje. Kończy się rok szkolny, zbyt długi, abym mógł pojechać na kurs skałkowy. W końcu czerwca jestem już wraz z mamą na Skibówkach u pani Katarzyny Walczak. Niestety, pogoda na początku lata nie sprzyja ambitniejszym planom. Cofam się ze Żlebu Kirkora zabetonowanego starym śniegiem, w gradzie zbiegam z Ciemniaka, kluczę w gęstej mgle na Orlej Perci, wykorzystuję krótsze przejaśnienia na treningi wspinaczkowe na Jasiowych Turniczkach w dolinie za Bramką, ćwiczę zjazdy na linie w coraz to większym lufcie. Nadchodzi w końcu upragniony początek dobrej pogody, odwiedzam zatem małą klitkę w parterowym, od dawna już nie istniejącym domku na ulicy Kościuszki blisko Krupówek – mieści się tam zakopiańskie biuro Orbisu. Za jedyne siedemdziesiąt parę złotych wykupuję pięć noclegów wytyczających trasę planowanego wypadu na Słowację. Skala cen. Porządne górskie wibramy kosztowały wówczas około pięciuset złotych, dziś buty relatywnie tej samej klasy, uwzględniając postęp w technologii, kupić można za pięćset, sześćset złotych, co stanowi równowartość od dziesięciu do trzynastu noclegów np. w Morskim Oku. Łatwo policzyć jak zdrożały noclegi w schroniskach, nawiasem mówiąc po polskiej stronie Tatr nie ma w chwili obecnej nawet połowy tych miejsc noclegowych, jakie turysta bądź taternik miał do dyspozycji w roku pańskim 1962. Przed wyjazdem w Tatry załatwiłem odpowiednie formalności, postarałem się o tak zwany tymczasowy dowód osobisty i przepustkę turystyczną opiewającą na dni sześć w Tatry Słowackie, bo ukończyłem 16 lat i z formalnego punktu widzenia było to możliwe. 22 lipca przekraczam most graniczny na Łysej Polanie i ruszam w stronę Polskiego Grzebienia niosąc w plecaku spirytusowy kocher, zapas żywności, ciepły sweter z wielbłądziej wełny i nieodzowny, brezentowy skafander. Wieczorem zasypiam już po południowej stronie Tatr w Bilikowej Chacie na Siodełku. Następny dzień jest deszczowy, ale nie przeszkadza mi to zbytnio, bo i tak miałem go spędzić u podnóża Tatr. Zwiedzam Stary Smokowiec, Tatrzańską Łomnicę i Szczyrbskie Jezioro, gdzie nocuję w tzw. nocleharni. Podczas zwiedzania dokonuję zakupów, przede wszystkim kupuję słowacki plecak wspinaczkowy zwany powszechnie horolezką – będzie mi służył ponad ćwierć wieku. Oprócz tego zaopatruję się w pierwsze trzy tomy słowackiego przewodnika wspinaczkowego autorstwa Arno Puskasa, kilka map i podobnie, jak wielu, kupuję zestaw sześciu, różnokolorowych ołówków automatycznych, są sprawne po dzień dzisiejszy. Trzeciego dnia startuję skoro świt, przechodzę Dolinę Furkotną, wchodzę na Furkotną Przełęcz i na Furkot, a z Furkotu dalej, we mgle na Hruby. Wracam do Szczyrbskiego przez Bystry Przechód i Dolinę Młynicką, a nocuję w schronisku nad Popradzkim Stawem, schronisko to wkrótce zniknie zastąpione przez Horsky Hotel. Czwarty dzień to wejście na Rysy, zejście do Popradzkiego i przejście via Batyżowiecki Staw do Śląskiego Domu w Dolinie Wielickiej, gdzie spędzam noc po raz pierwszy i ostatni, gdyż sympatyczne to schronisko spłonie w listopadzie, a na jego miejscu powstanie kolejny horsky hotel brzydki jak nieszczęście – skrzyżowanie biurowca ze schronem przeciwatomowym. Nazajutrz opuszczam Śląski Dom przy pięknej pogodzie kierując się ku Polskiemu Grzebieniowi i Rohatce i dalej – przez Dolinę Staroleśną i Czerwoną Ławkę do Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Wszędzie, wysoko, dużo starego i twardego śniegu, sporo tablic informujących, iż odradza się przejście ze względu na niebezpieczeństwo. Czesi i Słowacy są zdyscyplinowani, niewielu z nich mija te tablice, którymi wcale nie przejmują się Niemcy i Polacy. Na Czerwonej Ławce odbijam w bok ze znakowanego szlaku i wbiegam, bo pora już późna, na Mały Lodowy Szczyt, po czym wracam na Czerwoną Ławkę i dalej w dół do schroniska zwanego Terinką. O wschodzie słońca dzień nie zapowiada się optymistycznie, odległe szczyty stoją w czerwonym blasku tak blisko, jak rzut kamieniem, niebo ołowiane. Starzy wyjadacze twierdzą w takich chwilach, iż najdalej za dwie, trzy godziny zacznie lać, i to długo, przynajmniej do wieczora. Nie mam więc czasu do stracenia, plecak ze stelażem zostaje w schronisku, zarzucam na plecy horolezkę ze swetrem, skafandrem, manierką i tabliczką czekolady, start. Górna połać doliny cała pod śniegiem, co z rana podchodzenia nie ułatwia, bo śnieg po nocnym spadku temperatury bardzo twardy. Na azymucie Lodowy, jeden z najwyższych i najciekawszych szczytów tatrzańskich – na szczęście nikt dotychczas nie wpadł na pomysł, aby go popsuć kolejką linową lub turystycznym szlakiem, tego dnia nikt poza mną nań się nie wybiera, jestem sam. Dochodzę już do sławnego, skalnego konia na jego grani. Przewodniki wyliczają: dwadzieścia dwa metry długości i radzą pokonać go okrakiem. Tak też próbuję i po dwu czy trzech metrach stwierdzam, iż na takie zabawy koń ma grzbiet za szeroki, lepiej spróbować swoistej woltyżerki. Staję więc na grzbiecie konia i wyprostowany przechodzę go do końca. W zejściu biję wszystkie rekordy prędkości, bieg, ześlizg, slalom na butach między wystającymi tu i ówdzie ze śniegu głazami. Pogoda wytrzymała do końca dnia, wieczorem jestem już na Skibówkach. Następnego dnia opuszczam Zakopane na dwa tygodnie, bo czeka mnie przymusowy obóz przysposobienia wojskowego w Tomaszowie Mazowieckim. Tam też maszeruję do woli w stalowym garnku na głowie i z przedwojennym Mauserem na ramieniu. Mauser ma wywierconą dziurę w boku lufy, gdy przychodzi czas na strzelanie strzelamy nie z Mauserów, ale karabinków Mosina. Cecha szczególna, przyzwoity odrzut i szansa na zdemolowanie szczęki, gdy nie domknie się zamka. Czas szybko mija i znowu jestem w Tatrach. Wymazuję kolejne białe plamy na mojej prywatnej mapie Tatr – odnajduję zarzucony już, przedwojenny „trudniejszy szlak” Orlej Perci wchodząc na Wielką Buczynową Turnię, wchodzę na wierzchołek Zamarłej Turni. Kolej na otoczenie Morskiego Oka, kto by tam jeździł autobusem, we mgle i mżawce idę przez Halę Gąsienicową, Kozią Dolinkę, Żleb Kulczyńskiego i Granaty, Orlą Percią na Krzyżne, skąd schodzę do Starej Roztoki, gdzie nocuję. Następnego dnia podchodzę do Morskiego Oka i Doliny za Mnichem, marzy mi się wejście na Mnicha, ale prawdę powiedziawszy nieco się boję. Pytam kręcącego się po Mnichowych Plecach trzydziestolatka, czy przypadkiem nie wybiera się na Mnicha – we dwóch byłoby raźniej. Trzydziestolatek okazuje się Niemcem: Nein, nein, nicht seil. No ja, moja seil też leżeć na Skibówkach. Niemiec znika gdzieś wśród want, a ja podchodzę pod blok szczytowy. Do licha, z bliska nie wygląda to groźnie, trzeba spróbować. Parę chwil i już jestem na środku sławetnej Płyty. W tym właśnie z drugiej strony wyłazi na płytę moje Niemczysko – śmiejemy się obaj z obustronnego zaskoczenia. Minuta czy dwie i już ściskamy sobie dłonie na wierzchołku. Gdy nadchodzi pora powrotu proponuję kompanowi spróbowanie wariantu zejściowego polecanego przez Mistrza Paryskiego, jako najodpowiedniejszego bez zjazdu na linie, a tożsamego z końcowym fragmentem klasycznej drogi na pd.-zach. ścianie. Niemiec wraca do Morskiego Oka na obiad, a ja wyruszam na szukanie drogi na Cubrynę. Po skraju Zadniej Galerii Cubryńskiej błąka się dwu ludzi, szukali drogi na Cubrynę przez Galerie i Hińczową Przełęcz, nie znaleźli. Dziś może to budzić zdziwienie, ale w tamtych czasach nie było jeszcze tam przedeptanej perci i można było mieć istotne wątpliwości, w którym miejscu zacząć zejście na Małą Galerię. Błyskawicznie podejmuję decyzję, proponuję wejście na Cubrynę przez Przełączkę pod Zadnim Mnichem, Dolinę Piarżystą i Cubryńską Przełączkę – trudności orientacyjnych nie powinno tam być żadnych, a drogę przez Galerie odnajdziemy w zejściu, tak będzie łatwiej. Młodszy z napotkanych ma dosyć na dzisiaj, schodzi w dół. Starszy, po pięćdziesiątce, z twarzą intelektualisty i w eleganckich okularach rusza ze mną na podbój Cubryny. Po drodze usiłuję odgadnąć jego profesję, stawiam na zawód lekarza. Odpowiedź symptomatyczna: Byłeś blisko, jestem księdzem, profesorem teologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Wkrótce mam kłopot i to psychologicznej, a nie topograficznej natury: mój towarzysz bezpardonowo zmusza mnie do zwracania się do niego zgodnie z alpejskim obyczajem po imieniu – alpejskim, bo za młodu, jak zaznacza, chodził po Alpach. Na wierzchołku Cubryny gotuję dla nas herbatę na kostkach skondensowanego spirytusu, smakuje znakomicie, herbata, nie spirytus. Mamy świadomość, iż musimy dziś odnaleźć drogę przez Hińczową Przełęcz, bo powrót przez Dolinę Piarżystą byłby zbyt ryzykowny, rynna, którą weszliśmy na Cubryńską Przełączkę okazała się bardzo kruchą, a w dodatku na niektórych odcinkach wypełniał ją śnieg. Droga przez Galerie jest dla nas w zejściu całkiem niekłopotliwą, ale na Zadniej Galerii słyszę słowa: Teraz mogę ci się przyznać. Dziunia zaklinała mnie dziś rano na wszelkie świętości, abym nią nie szedł, bo tam bardzo dużo śniegu. Do MOka docieramy, gdy zapada już zmrok, kuchnia już zamknięta, kiepska sprawa. Wtedy to z kuchennego zaplecza wypływa rzeczona pani Dziunia vel Wanda Łapińska, żona kierownika. Na nasz widok uśmiecha się szeroko i domyślnie pyta: Witam księdza profesora, ksiądz profesor pewnie głodny? Krótka, rzeczowa odpowiedź: I mój towarzysz też! - To proszę siadać. Po chwili kelner zwany Stefanem przynosi na tacy dwa obfite i smaczne obiady. Żegnamy się późnym wieczorem, ksiądz profesor namawia mnie na wspólny wypad na Mięgusza, obiecuje pożyczyć linę od Czesia Łapińskiego. Chciałaby dusza do raju, ale mam być jutro po południu na Skibówkach, zero szans na powiadomienie mamy, iż się spóźnię. Z żalem odmawiam i wcześnie rano ruszam z Roztoki przez Polanę pod Wołoszynem i Psią Trawkę do Zakopanego. Na Równi Waksmundzkiej spoglądam wstecz ku Mięguszom, zasłania je szara kurtyna deszczu, nie był nam pisany tego dnia Mięgusz, zmyłoby nas z niego. To ostatnia tatrzańska eskapada tego lata, wracamy do Łodzi nazajutrz. Za rok przyjadę w Tatry nieco później, bo czeka mnie matura i egzaminy wstępne na fizykę. Fotografa przy tym nie było, ale był dwa lata później. Przed trzecim wejściem na Mnicha, a pierwszym z liną (jeszcze sizalową) i pierwszym w roli nieformalnego przewodnika.
  13. 3 points
    Z Rysów i morze chmur w oddali
  14. 3 points
    Hruba Turnia, na drugim planie Litworowy Szczyt - Październik 2019
  15. 3 points
    Roztokę zaczęto remontować , mikro odcinek od Wodogrzmotów i tyle jak na razie :)
  16. 3 points
    Oby więcej takich osób na drodze każdego z nas 😉 Brawo dla Tatromaniaczek !!! 💪
  17. 2 points
    Tutaj też pustki, nie może byc!
  18. 2 points
    Doszliście już? Czy dalej jesteście w drodze? 😉 Wchodził już ktoś na to, co pozostało z kowadła, czy strach?
  19. 2 points
    Tak naprawdę to minęliśmy ją 15 minut wcześniej. Przeszła 20-30 metrów obok, nic sobie z nas nie robiąc. Mam jedną "kozice" w ekipie ale tej nie da się wypłoszyć, oswojona .😁🤫👆
  20. 2 points
    Kwietny biwak. W latach dziewięćdziesiątych bardzo polubiliśmy z Alą przejście przez grań główną Tatr z Tatrzańskiej Kotliny do Jaworzyny Spiskiej przez Przełęcz pod Kopą. Ten idylliczny, górski spacer ma swoje niebagatelne zalety estetyczne, bo wiedzie przez kwietne latem łąki Wspólnej Pastwy, Przednich i Zadnich Koperszadów okraszone piękną panoramą doliny Kieżmarskiej, jest to inny świat w porównaniu z surowym pięknem większości dolin Tatr Wysokich. Wielokrotnie zdarzało się nam, iż przechodząc przez piękne miejsca w Tatrach czuliśmy żal, iż musimy się spieszyć, aby zdążyć na nocleg do schroniska czy taborowego namiotu. Jednym z takich właśnie miejsc jest Wspólna Pastwa, rozległa polana przechodząca wyżej w strome trawniki i łany kosówki uwieńczone białą koronką skałek na grani. Dlatego też ruszyłem pewnego pięknego do Tatrzańskiej Kotliny, aby przejść z niej do Javoriny biwakując dwukrotnie po drodze. Z Podsarnia wyruszamy we troje, bo Magda chce zapoznać Mieszka z otoczeniem doliny Kieżmarskiej – chcą nocować w schronisku nad Zielonym Stawem Kieżmarskim. Korki na gościńcu Oswalda Balzera i niezbyt przyjazny dla turystów rozkład jazdy słowackich autobusów sprawia, iż docieram do Tatrzańskiej Kotliny stosunkowo późno. Mając sprzęt biwakowy w plecaku nie muszę się spieszyć, skoro do rozbicia namiotu potrzebuję niespełna dwóch metrów kwadratowych w miarę równej powierzchni. Skoro tak, to mogę sobie pozwolić na zjedzenie smacznego obiadu zakrapianego czapowanym czyli beczkowym piwem w sympatycznej knajpce u Furmana. Przed laty pierwszy etap wędrówki prowadzący do małego schroniska zwanego przez Słowaków Plesnivcem czyli Szarotką wiódł wśród gęstego lasu, teraz po klęsce huraganu i ciągłych atakach kornika co chwila odsłaniają się tam ładne panoramy. Pogoda nie sprzyja podchodzeniu ze sporym obciążeniem, słońce pali, jest parno, idzie mi się ciężko – to pierwszy w tym sezonie wypad z kompletem sprzętu biwakowego. Koło godziny piątej docieram do schroniska i aż korci mnie, aby w nim spędzić noc, ostatni turyści już je opuścili, jest tu przytulnie i miło. Póki co postanawiam się pokrzepić piwem i parówkami. Konsekwencje tego posiłku są zbliżone, a właściwie identyczne, jak kiedyś w Morskim Oku. Wówczas zimową porą opuściłem Roztokę w siąpiącym pomimo zimy deszczyku, który na wysokości Włosiennicy przemienił się w prawie poziomo padający śnieg, bo nieźle piździło czyli wiało. Do schroniska nad Morskim Okiem wszedłem z mocnym postanowieniem zjedzenia tam drugiego śniadania, posiedzenia na werandzie i powrotu do Roztoki. No cóż, MOko to prawie półtora roku mojego życia, na werandzie spędziłem praktycznie niepoliczalną liczbę godzin i przywiązałem się do tego miejsca niebywale, co zresztą było nie tylko moim udziałem, vide Miejsce przy stole Andrzeja Wilczkowskiego będące swoistą sagą werandy. Oczywiście w miarę, jak ubywało mi włosów na czubku głowy, a potem przybywało siwych włosów w brodzie weranda przestawała być werandą w starym stylu z racji przekształcania się MOka ze schroniska w garkuchnię wypełnioną obficie zwiedzaczami Morskiego Oka, dla których owa garkuchnia i bufet stanowią znacznie większa atrakcję, od tego, co na zewnątrz. Tego dnia pogoda była jednak na tyle niemiłą, iż mało kto dotarł z parkingu nad Morskie Oko. Jak wiadomo wszystkim bywalcom tego schroniska od momentu, kiedy goście przestali być obsługiwani przez kelnerki i kelnerów posiłki zamawia się tudzież odbiera w otwartych na rozcież drzwiach prowadzących zarówno do kuchni, jak i dawnej świetlicy, zamienionej bardzo dawno temu na reprezentacyjny gabinet Łapińskich. Stojąc w tychże drzwiach poprosiłem o porcję parówek i dwie szklanki wina, w tym jedną na gorąco. Po spożyciu owego śniadania zakropiłem je jeszcze jedną szklanką wina, założyłem kurtkę i czapkę, zarzuciłem plecak na ramiona, wyszedłem na zewnątrz, po czym przypiąłem raki i ruszyłem przez skute lodem jezioro w stronę progu Czarnego Stawu – co mi tam pogoda! Co wrażliwszych czytelników uspokajam, mój organizm w takich warunkach bardzo szybko spala alkohol, tam, gdzie należało już uważać byłem trzeźwy jak grzeczne niemowlę. I miałem góry tylko dla siebie, bo naśladowców tego dnia nie znalazłem. Teraz, w pełni lata butelka dobrego piwa wystarczyła, kwadrans przed szóstą opuściłem Szarotkę kontynuując marsz w stronę Wspólnej Pastwy. Na leśnych zakosach perci napotkałem kilku zapóźnionych turystów schodzących w dół, zbliżając się do celu mojej wędrówki nie sądziłem, abym jeszcze kogoś napotkał. I pomyliłem się – w stronę Szarotki podążali jeszcze dwaj rowerzyści nieźle wyekwipowani. Gdy słońce chyliło się już ku zachodowi zszedłem z perci oddalając się od niej na jakieś sto metrów i rozbiłem namiot na kwietnym dywanie mając w zasięgu wzroku wspaniałą panoramę otoczenia Doliny Kieżmarskiej. Ten biwak miał jeszcze jeden aspekt poza estetycznym, aspekt sentymentalny. Czterdzieści siedem lat temu podczas naszego pierwszego, wspólnego tatrzańskiego lata Ala i ja spędziliśmy tydzień nad Zielonym Stawem Kieżmarskim, teraz w tym samym schronisku układali się do snu Mieszko i Magda. Wracają wspomnienia sprzed lat: odwrót spod oblodzonych Baranich Rogów we mgle i sierpniowej śnieżycy, szadź na Kołowym Szczycie, wygrzebywanie spod śniegu chwytów i stopni na Jastrzębiej Turni, ogromny, pomarańczowy księżyc nad Kieżmarską, gdy nocą wracaliśmy z nieistniejącej już Kieżmarskiej Chaty do Brnčalki. Ej, łezka się w oku kręci! Poranek jest piękny, szybko zwijam mokry od rosy namiot, pakuję plecak i opuszczam miejsce niecnego przestępstwa. Szlak wiodący z Białych Stawków Kieżmarskich do Szarotki jest w środku lata licznie uczęszczany, ale o tak wczesnej porze nikogo na nim nie napotykam, co dla mnie jest dość istotną wartością. Nad stawkami stoi wygodna wiata, do wody tylko parę kroków, idealne miejsce na spożycie śniadania. Po śniadaniu czekało mnie nudne i nużące z racji wagi plecaka podejście na Przełęcz pod Kopą. Chętnie spędziłbym najbliższą noc na grani, ale brak tam wody, a jest bardzo upalnie. Decyduję się więc na długą sjestę na przełęczy, a później na biwak na dnie Doliny Zadnich Koperszadów. Chwilę po rozpoczęciu zejścia napotykam dwóch starszych panów mozolnie podchodzących na przełęcz i wypowiadam do nich te oto słowa: Stara Gwardia się nie poddaje, choć czasami mówi mérde ! Starszy z turystów odpowiada: A czasami gorzej… i zaczyna się rozmowa, rozmowa cokolwiek nietypowa w tym miejscu. O Polsce i Polakach, Łodzi i renomowanych, przedwojennych gimnazjach. Ojciec mojego interlokutora kończył przed wojną gimnazjum (według dzisiejszej terminologii – i liceum) Zimowskich, w murach którego, choć już pod inną nazwą spędziłem całe lat jedenaście. Trzy godziny później będę rozmawiał po raz wtóry tego dnia, ale tenor tej rozmowy będzie diametralnie różny. Schodząc szybko z przełęczy układam sobie plan na resztę dnia – postanawiam odwiedzić miejsce, o którym słyszałem, ale nigdy tam nie byłem, jak mi się tam spodoba to spędzę tam noc. Nazwa tego miejsca jest zachęcająca, choć jak na Tatry nieco egzotyczna – Chata na Burdeli. Po przekroczeniu potoku na Krzyżówce opuszczam znakowany szlak, skręcam w lewo, omijam szlaban z odpowiednim zakazem i po kilkunastu minutach niespiesznego marszu wchodzę na śródleśną polanę ze stojącą tam sporą i solidną chatą. Chata sprawia wrażenie aktualnie nie zamieszkałej, o czym świadczą solidnie zablokowane okiennice. Otoczenie świetnie się na biwak nadaje, wyciągam zatem z plecaka wilgotny jeszcze po porannej rosie namiot, aby go wysuszyć, spożywam kolację, odpoczywam. Niestety, pod wieczór okazuje się, iż chata ma jednak lokatorów – zjawia się bardzo sympatyczna dziewczyna w towarzystwie niezbyt sympatycznego jegomościa. Rozszyfrować tych dwoje to żaden problem, on to kostyczny, zrzędliwy pracownik naukowy, najprawdopodobniej specjalista od jakiejś roślinki rosnącej w Tatrach w przedziale wysokości od … do … na podłożu … (wpisać odpowiednie dane!), ona to ani chybi jego doktorantka. Po paru chwilach rozmowy jest dla mnie jasne, iż poza wysokospecjalizowaną pracą naukową zrzęda nie ma nic wspólnego z górami, trzęsie portkami, iż mógłby mnie tu zastać wraz z nim jakiś strażnik, namawia mnie do szybkiego opuszczenia polany, bo nadchodzi gwałtowna burza! Taki z niego przyjemniaczek. Nie mam gwarancji, czy cichcem nie sięgnie po telefon, aby mi filanców na kark sprowadzić, dla świętego spokoju wrzucam suchy już namiot do plecaka i opuszczam polanę. Chętnie bym zrzędzie coś do słuchu na odchodne powiedział, ale żal mi dziewczyny, bo tego pokroju ludzie lubią sobie odbijać własne porażki na innych, zwłaszcza, jeśli są ich podwładnymi. Wracam na szlak i szybko schodzę w dół Doliny Zadnich Koperszadów aż do momentu, gdy zaczyna zapadać zmrok i jednocześnie zaczynają spadać pierwsze krople deszczu – szybki odskok z pięćdziesiąt metrów w las i błyskawiczne rozbijanie namiotu w pomrukach nadchodzącej burzy. Rano wczesna pobudka, pakowanie się w leciutkiej mżawce przy świetle czołówki, a potem ściganie się z deszczem – byle do wiaty przy moście nieopodal leśniczówki na Gałajdówce. Tuż po mnie do wiaty dobiega zaawansowany już w latach ratownik TOPR z bardzo wysoką, znaną mi z widzenia, wspinającą się dziewczyną. Palę fajkę, ratownik pali papierosa za papierosem, na zewnątrz wiaty leje nieprzytomnie – zgadzamy się obaj, że to niezdrowa pogoda, zużycie tytoniu rośnie niepomiernie. Szybko okazuje się, iż mamy wspólnych znajomych, wspominamy dawne czasy i akcje, dyskutujemy, á propos pogody o różnych modelach synoptycznych. Po mniej więcej godzinie lejba przechodzi w mżawkę, dziewczyna z ratownikiem czekają na dalszą poprawę pogody, a ja ruszam w kierunku Jaworzyny, aby jeszcze dziś o przyzwoitej porze znaleźć się w Podsarniu.
  21. 2 points
    Nie śmiejcie się, ale moją Nemezis nadal pozostaje Grześ i nie jest to absolutnie kwestia trudności. Po prostu ile razy znajdowałam się na jego zboczach, tyle razy okazywało się, że jest za późno, żeby dojść na górę i wrócić przed zmrokiem albo że pogoda się psuje, albo że towarzysz wycieczki źle się poczuł. Zawracanie pod Grzesiem to moje największe górskie poczucie porażki i ile razy wracam w Tatry, obiecuję sobie, że tym razem na pewno się uda - i znów coś przeszkadza już po drodze 😉 Ale ogólnie nie mam problemu z tym, żeby się poddać na drodze, bo dla mnie w górach nie chodzi o to, żeby dojść, ale żeby iść. Wchodzenie na trudny szlak tylko po to, żeby przejść kawałek i zawrócić przed trudnościami, też jest dla mnie przyjemnością 🙂
  22. 2 points
    Dzień dobry. Raczków na zimę nie polecam. Moje się zepsuły na pierwszej wyprawie Tatrzańskiej na Kozi Wierch. Śnieg był przepascisty, gdzie nie gdzie wywiany do granitu i lodu. Solidne raki to podstawa. Jak najbardziej raki + czekan, ewentualnie kijki. Czasem nawet na prostych drogach raki się mocno przydają. Pamiętam grudniowe zejście ze Szrenicy... W dzień wiało niemiłosiernie, temperatura lekko na plusie. Wieczorem ścisnął mróz i zrobiła się ślizgawica jakich mało. Nawet przy bardzo małym nachyleniu nie szło ustać na takim lodzie. Przy lawinowej 1 śmiało te 3 trasy masz do przejścia 🙂
  23. 2 points
    Czy to będzie Miedziana Siklawa?
  24. 2 points
    Kilka razy byłam na Pilsku, ale zdjęcia mam w starym telefonie. W tym roku tylko Hala Miziowa-bardzo lajtowy wypad, bym powiedziała plażing😜
  25. 2 points
    Sądząc po obuwiu, plecaku i tych super łydkach to tak na oko wysoki! przystojny!wysportowany!!!! Jednym słowem prawdziwy Tatromaniak 👍
  26. 2 points
    Wybieram się ze znajomymi, ja pierwszy raz w polskim schronisku. Sam zawsze nocuję w Zakopcu pod Kuźnicami i tak gnam w górę i w dół codziennie. Dlatego pytam, jak to tu wygląda. Wielkie dzięki za odpowiedzi.
  27. 2 points
    Ja pare razy, zimą z MOKa szłam po ciemku i powiem Ci, że myślałam całą drogę o tym, żeby żadnego nie spotkać 😉
  28. 2 points
    Nie zawsze jest taki wstydliwy !!!!
  29. 2 points
    Wow! 😮 Gratulacje!
  30. 2 points
    @Q'bot ja się chyba nie do końca precyzyjnie wyraziłam. Te buty to nie jakieś typowe skorupy zimowe, tylko trochę twardsze od tych co miałam do tej pory, wygląda na to, że w miękkich kapciach musiałam śmigać dotychczas. Spróbuję je jakoś rozchodzić, bo kupować jeszcze jedne to nie uśmiecha mi się.
  31. 2 points
    No nie😁 specjalnie je przecięłam, żeby nie być na pierwszym planie !!! Choć mam nazwisko wskazujące na zwierze to jednak nie chciałam chłopakom robić konkurencji 😂😂😂
  32. 2 points
    A ja jestem zwolenniczką zakazu spożywania alkoholu na szlakach. Piwo w schronisku po zejściu oczywiście jak najbardziej !!! Ale w trakcie wędrówki a szczególnie wysoko według mnie zawsze stwarza zagrożenie. Nie jestem jakąś ortodoksyjną abstynentką ale góry i alkohol jakoś mi nie grają !
  33. 2 points
  34. 2 points
    Zachodnie Tatry Słowackie, wydają się tak zapomniane, albo robią wrażenie zapomnianych, a mają tak wiele do zaoferowania, poniżej zbiór zdjęć z tego pięknego zakątka na ziemi 🙂 Ciągle widzę zdjęcia z naszych Tatr i znanych mi miejsc, może macie coś wartego uwagi w swoich szufladach by pokazać? Oczywiście z zachodnich Tatr Słowackich. Chętnie poznam nowe miejsca i zainspiruje się na kolejne wycieczki 🙂
  35. 1 point
    O tym pisałem , szewc bez butów !!!! 👍😂
  36. 1 point
    Czyli Czarna Jaworowa - jeszcze mnie tam nie było ;< Nie wiem jak trafić na jakieś przejście przez potok...
  37. 1 point
    Dokąd prowadzi ten żleb?
  38. 1 point
    Spady - wodo - spady - wodo - spady !!!! 😉 20191014_142406.mp4
  39. 1 point
    Ja pierwszy raz przyodziewam buty i idę do lasu pobiegać - wtedy można dobrze poznać np. w jaki sposób wiązać sznurówki, by było wygodnie. A jeśli te buty chcesz stosować jaki zimówki, to nie przejmuj się ich sztywnością, gdyż zimą w rakach, to będzie ich główna zaleta 😉 A i amortyzacja śniegowa się pojawi.
  40. 1 point
    Trasa: Dolina Jaworzynka - Hala Gąsienicowa - Zielona Dolina Gąsienicowa - Karb - Kościelec. Powrót tą samą drogą. Zawsze chciałam wejść na Kościelec i zawsze miałam pietra :D Teraz, gdy mam to już za sobą, powiem krótko, nie taki diabeł straszny :) Chyba gorsze, bo dłuższe było podejście pod Kościelec na Karb. Samo wejście na Kościelec, owszem jest dosyć strome, ale w końcu to są góry. Nie było ani jednego momentu z ekspozycją, a przecież mam jakiś tam lęk wysokości. Oczywiście, jak ktoś chce może sobie stanąć nad przepaścią, tylko po co? Są po drodze płyty, inne mniejsze i większe trudności, ale dla mnie jeden moment tylko był trudny, już pod samym szczytem. Dosyć wysoko trzeba było się wspiąć, a nie bardzo było za co chwycić się. To samo było z zejściem w tym miejscu. Ale jakoś poszło, oczywiście z pomocą :D Bardzo drastycznie musiałam zmniejszyć pojemność zdjęć, więc ich jakość może być nie bardzo 😞
  41. 1 point
    Skok, ten szum trzeba usłyszeć :) VID_20190910_084252.mp4
  42. 1 point
    Trzy razy byłam na Szpiglasie, zawsze od strony Doliny Pięciu Stawów. Raz zdarzyło się w 2011, podejście pod same łańcuchy (tam jest glina) było po deszczu i nieprzyjemnie podchodziło się, ale za każdym razem miałam ładną, bezdeszczową pogodę 🙂
  43. 1 point
    To drugi sposób !!!!👍😂
  44. 1 point
    Miło zjeść wspólnie śniadanie !
  45. 1 point
    Ja tylko raz na sześć albo siedem wycieczek z postojem w Terince miałam słońce. Ze trzy razy zmokłam, grad tylko raz ale za to pod samą Lodową Przełęczą i przeważnie mgła i mało widoków 😂
  46. 1 point
    Ja trafiłem na nie najgorszą pogodę , obyło się bez deszczu ! Kiedyś było też tak że dzień wcześniej wróciliśmy ze Słowacji (trzy osoby) ze względu na pogodę nie weszliśmy na Łomnicę. Następny dzień był naszym ostatnim w górach. Postanowiliśmy że pójdziemy do 5-tki bo pogoda była kiepska. Decyzję mieliśmy podjąć w 5-tce gdzie pójdziemy. Niestety lało niemiłosiernie. Na schronie było około 15 osób (sala). Każdy wkurzony na maksa. Nie wytrzymaliśmy . Ubraliśmy się w przeciwdeszczowe i do wyjścia . Niektórzy byli w szoku! Pytali gdzie idziemy ! W takich warunkach mówimy że chociaż na Szpiglasa ! Myśleli że żartujemy a my w drzwi ! Poszliśmy ! W totalnej ulewie dotarliśmy na szczyt ! Zgnojeni totalnie , nic suchego , trochę wychłodzeni bo wiało ale jaka była radocha w tych warunkach na szczycie , jesteśmy , dotarliśmy , zdobyliśmy a przecież wyschniemy , przyjdzie na to czas !!!! Wróciliśmy na schron . W butach akwarium można było założyć ! Biegusiem dawaliśmy na górę do suszarni ! A jak jedzenie smakowało cieplutkie !Takie wyjazdy pamięta się na zawsze !!!! 😉👍Ps. Jak odszukam gdzieś te zdjęcia , (chyba jeszcze schną 😉), to wrzucę !!!!
  47. 1 point
    Jeżeli nocuję w Zakopanem to zwykle w pobliżu dworca busów by móc szybko z nich skorzystać i mieć blisko z/do kwatery. Busy jeżdżą dość często i praktycznie w każdym kierunku potrzebnym dla tatromaniaka. Koszt to kilka złotych a jesteś dowieziona w każde miejsce, zawsze można podpytać kierowcę gdzie należy wysiąść jeśli wysiadamy po trasie. Można też skorzystać z komunikacji miejskiej 🙂
  48. 1 point
    Kilka fotek ze szlaku na Starorobociański i z powrotem!
  49. 1 point
    Andrzej Chrobak !!!! Potwierdzam Mili !!! Widział że się boję i tak mnie zagadał że nie wiem kiedy już byliśmy na szczycie.
  50. 1 point
    Na odpoczynek i relaks najlepsze są baseny termalne a tych akurat pod Tatrami sporo chociaż ja wolę pojechać do Popradu albo bardziej kameralnie do Vrbowa!
×
×
  • Create New...