Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 06/03/2020 in all areas

  1. 16 points
    Cześć W sobotę miało być pięknie,miało być okno pogodowe i ... było😉 Postanowiliśmy,iż pojedziemy w Tatry.Dojechaliśmy do Brzezin przed czwartą rano i ruszyliśmy czarnym szlakiem aby dojść do Psiej Trawki. Zapowiadało się dobrze.Było rześko,ptaki śpiewały,szumiał potok i my mieliśmy niedobór tatrzańskich wędrówek. Następnie podreptaliśmy do Równi Waksmundzkiej.Posiedzieliśmy chwilkę i ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę Gąsienicowej. Odbiliśmy na czarny szlak,którym po chwili dotarliśmy do szlaku żółtego. Naszym celem była Przełęcz Krzyżne. Pogoda była wymarzona.Przy Czerwonym Stawie w Dolinie Pańszczycy zrobiliśmy drugą małą przerwę.Kilka fajnych fotek udało się pstryknąć🙂. Samo podejście na Krzyżne troszkę nas rozgrzało.Słońce coraz mocniej świeciło,a my w górę i w górę... Bluzy schowaliśmy do plecaków i założyliśmy okulary słoneczne.Dobrze,że ich ponownie nie zapomniałem w samochodzie😄. I... przydały nam się raki na ten fragment trasy.Myślę,że w raczkach także dałoby rady. I w końcu cel osiągnięty😀.Krzyżne w bieli pierwszy raz odwiedziłem i warto było❄️☀️. A widoki ...hmmm bajka😊. Siedzieliśmy i delektowaliśmy się.I posiłek smakował wyjątkowo. Wracaliśmy żółtym szlakiem przez Dolinę Pańszczycy,a następnie zielonym do Murowańca. W Murowańcu,co było do przewidzenia jak w ulu.Nie zatrzymywaliśmy się i ruszyliśmy czarnym szlakiem w stronę Brzezin. Po trzynastu godzinach byliśmy na parkingu,zmęczeni,z przemoczonymi butami ale bardzo,bardzo zadowoleni. Mogę stwierdzić,że była to jedna z fajniejszych tatrzańskich wycieczek,z rakami w czerwcu😁.
  2. 14 points
    Cóż... Pisarz ze mnie żodyn, ale może komuś się tekst spodoba, a może nawet zainspiruje do biegania czy speedhikingu po górach 🙂 Jeszcze tak tytułem wstępu, by uniknąć popularnych, fejsbukowych pytań w stylu "po co biegać po górach, nic wtedy nie zobaczysz". Powiem tak: g*wno prawda 😁, a wręcz przeciwnie 🙂 Dzięki temu, że w miarę sprawnie zdobywam wysokość to mogę sobie pozwolić na dłuższy pobyt na szczycie, czy w innym wybranym miejscu oraz na kontemplację widoków, a samych ciekawych miejsc jestem w stanie odwiedzić dużo więcej podczas jakiegoś okresu czasu. Każdy powinien spędzać czas tak, jak lubi i nic nikomu do tego 😉 Od 13-14 roku życia zacząłem się poruszać troszkę szybszym tempem po górach, a zainspirował (po prostu nie miałem wyboru, jeśli nie chciałem zostać w tyle 😛) mnie do tego wujek - jak razem gdzieś szliśmy po Beskidzie Żywieckim to jak najszybciej w górę, a później w miarę sił zbieg. Cóż, ambitny byłem, więc jako mały łepek starałem się cisnąć ile fabryka dała 😃 Dodatkowo 3 lata temu poznałem mojego serdecznego ziomka, który biega ultra, (co zawsze mi imponowało), więc trochę załapałem od niego bakcyla. Troszkę zacząłem biegać większe dystanse 2 lata temu, później przerwa przez niedoleczone kontuzje (biegi zamieniłem na rower), a we wrześniu ubiegłego roku musiałem zacząć naukę do ciężkich egzaminów, które zakończyłem w grudniu. Tak czy siak, po 3 miesiącach siedzenia dzień w dzień od rana do wieczora przed komputerem i klikania durnych pytań na egzaminy, stwierdziłem, że czas wrócić do życia 🙂 Wróciłem do sportu jak feniks z popiołów 😛 Z powodu koronki odpadły mi planowane dwa wypady w góry, ale w końcu na Boże Ciało udało się wyjechać! Po paru krótkich i dosyć spokojnych trasach, stwierdziłem, że przydałoby się zrobić coś ciekawszego, mój głód gór po 4 miesięcznej przerwie był gigantyczny. Pomyślałem "a może spróbować przebiec troszkę Tatr Zachodnich🤔"?Otworzyłem mapę turystyczną, pociągnąłem kreskę (na mapie 😉) od Kir do Siwej Polany przez Ornak, Starorobociański, Kończysty, Jarząbczy, Wołowiec, Rakoń i Grzesia, wyszło 32,1 km. W Beskidach biegałem po ok. 25km z gorszą kondycją, także stwierdziłem, że powinienem dać radę (a jak nie, to zawsze mogłem skrócić z Kończystego czy z przełęczy Zawracie). Trasa zaplanowana, bukłak napełniony, kiełbasa w plecaku - można działać! Pobudka 4:45, do tego 5 min standardowej drzemki, zerknięcie na kamerki czy pogoda git, sprawdzenie aktualnej prognozy, można się zbierać 😉 5:57 start i... no masakra 😂 Z natury jestem nocnym markiem, mój szczyt możliwości fizycznych przypada na 20-23 (dlaczego żadne zawody w takich porach się nie zaczynają?!), więc Dolina Kościeliska o tej porze to była istna droga przez mękę. Z przerwą na rozgrzewkę o 6:33 melduję się na Hali Ornak 🙂 Knopersik na doładowanie, kijki w dłoń i lecimy na Iwaniacką. W końcu zaczęły się moje ukochane podejścia, troszkę się rozgrzałem i porzuciłem myśli o zakładaniu bluzy 😃 Chwilkę po 7 zbijam pionę sam ze sobą na przełęczy i odbijam w lewo na Ornak. Już przy podejściu się cieszyłem z doboru odpowiedniego kierunku trasy, bo wysokie stopnie podczas podchodzenia skutecznie by mnie zajechały na końcowym zejściu. A co do samego Ornaku - bardzo lubię ten masyw. Fajna ścieżka z niewielkimi przewyższeniami, widokowo, a i opowieści z nim związane są bardzo ciekawe (na jego zachodnich zboczach znajdowały się sztolnie, a ścieżki do nich są w miarę widoczne), ponadto parę ciekawych wypadków lawinowych jest związanych z tym miejscem (można poczytać o nich w "Wołaniu w górach"). Przed ósmą melduję się się na Siwych Skałach (kolejne fajne miejsce w masywie Ornaku) i szybko zbiegam na Siwą Przełęcz. Wyciągam Snickersa i doładowuje się przez chwilę w marszu. Swoją drogą uwielbiam widok z Siwej na Bystrą i Starorobociański. To są taaaakie kolosy z tej perspektywy, że głowa mała 🙂 Od startu już minęły ponad 2h, więc w podejściu na Siwy Zwornik w moich myślach przewija się coraz częściej kiełbasa swojska, która szczelnie jest owinięta w reklamówkę (na wypadek konfrontacji z misiowatym 😉). Na Siwym Zworniku melduję się 8:20 i wręcz huraganowy wiatr odbiera mi mowę 😄 Zakładam bluzę, z utęsknieniem patrzę na moją ukochaną Bystrą, ale jako przykładny obywatel ją odpuszczam ze względu na zamknięte granice (no i nie chce mi się z powrotem wracać na Siwy Zwornik). Ostatnie podejście w I etapie mojej wycieczki i cyk, 8:45 rozwalam się na szczycie Starorobociańskiego niczym król 😎 Wyciągam wafle ryżowe, kiełbasę i rozkoszuję się widokami. Świetnie z tego miejsca widać prawie całe Tatry Zachodnie, więc ćwiczę swoją znajomość topografii i próbuję nazwać każdy szczycik, który widzę. Pojedyncze Cumulusy na niebie sugerują, że póki co pogoda będzie ładna, więc mogę napierać dalej (taki pro tip dla zainteresowanych meteo - jak mocno wieje to wiatr jakby "podcina" termikę, co zapobiega budowaniu się chmur burzowych 😉) . Przed 9:20 pakuję manatki i po 12 minutach jestem na Kończystym. Minutka na oglądanie piękniutkich Raczkowych Stawów (dla mnie te mało popularne słowackie doliny są po prostu magiczne) i trasy, którą dotychczas przebyłem, po czym rozpoczynam podejście na Jarząbczy Wierch, na którym melduję się po kolejnych 20 minutach. Pobliska Jakubina kusi jak cholera, ale te granice... No i wiatr, skubany, dmuchał niemiłosiernie. Nigdy nie sądziłem, że mój kaptur może wpadać w takie wibracje, które totalnie zagłuszały mi myśli 😂 Ale na swój sposób, miało to swój urok 🙂 Czas na fragment, którego obawiałem się najbardziej - zbieganko na Niską Przełęcz, jednak nie taki diabeł straszny jak go malują 😛 Poszło całkiem przyjemnie, bez uszczerbku na udach. Zerknięcie z przełęczy na Jarząbczy utwierdza mnie w przekonaniu, że zdecydowanie te 300m przewyższenia wolę robić w dół niż w górę. W ogóle trochę bez sensu by tyle ciągnąć pod górę, by później to stracić, no ale cóż, taki urok gór 😉. Dalej już szybko leci. Non stop jestem wpatrzony w Jamnickie Stawy i piękniutkie Rohacze (uwielbiam widok z tej perspektywy na Rohacza Ostrego, wygląda tak piekielnie niedostępnie). Przypadkowo odnajduję też to skalne okienko na trawersie Łopaty przez które oczywiście wyglądam, ale wiatr nie pozwala mi tam zbyt długo usiedzieć, także ruszam dalej. Mam w końcu okazję wytestować te jutowe worki na podejściu na Wołowiec - idzie się po tym super 😄 Schodzi zresztą też. Pamiętam, w jakim stanie był ten szlak, gdy szedłem nim ostatnio, więc to naprawdę miła odmiana. Na Wołowcu melduję się 11:05 i rozpoczynam niecałe 25 minut zasłużonej przerwy 🙂 Tym razem w ruch idą żelki i orzeszki, z widokiem na Rohacze i Dolinę Rohacką, a w moim sercu znowu rozterka - Rohacz Ostry na wyciągnięcie ręki, nawet ludzie na niego idą (niepokorni 😛), ale ostatnie 0,5l wody w bukłaku podpowiada mi, żeby nie kozakować i śmigać dalej. Mrugnięciem okiem żegnam się z Orlą Percią Tatr Zachodnich i ruszam. Po 15 minutkach melduję się na Rakoniu, gdzie wiatr trochę cichnie, temperatura rośnie, a ja dalej w bluzie atakuję dalej 😁 Ostatnie na dziś zerknięcie na Dolinę Rohacką i pomykam jak łania w kierunku Grzesia. Uwielbiam ten odcinek - jest szeroko, w miarę płasko i baaardzo widokowo. Można podziwiać widoczki nie patrząc pod nogi 🙂 Po 12:05 witam się z ludźmi i Grzechem, ładuje bluzę do plecaka, biorę ostatniego łyka wody i truchtam w dół. Zaliczam pierwszą i ostatnią, w miarę kontrolowaną, glebę, ale humor dopisuje mimo wszystko. W połowie zbiegu Wspólnota Leśna 8 Wsi urządziła sobie standardowo grę wieloosobową pod tytułem "omiń błoto i nie pozwól, by inni cię ochlapali", także uwaliłem się aż po same kolana 😁 Chwilę po 12:30 wpadam do schroniska, uzupełniam w toalecie wodę w bukłaku i jestem gotowy na najgorsze wyzwanie tego dnia - znienawidzoną Chochołowską. Naprawdę, żadne podejście czy zejście nie potrafi mnie tak dojechać jak ta chora dolina. Do tego jest totalny upał - jak od Siwego Zwornika miałem nadzieję, że w końcu przestanie wiać, tak od schroniska miałem nadzieję, że zacznie wiać 🙂 Ale moje przygody z tą ubojnią mają znamiona syndromu sztokholmskiego - co rusz do niej wracam, bo jedno trzeba jej przyznać - szlaki, które od niej odchodzą są świetne 😉 13:40 szczęśliwie udaje mi się dotrzeć do Siwej Polany, i o dziwo, mam nadal siły na góry! Tylko nie na Chochołowską😂 Tak czy siak w nagrodę wlatuje zimna coca-cola, a pierwszy bieg po Tatrach zaliczam do bardzo udanych 😉 Jeśli kogoś interesują czasy to całość zajęła 7h 43min, a odliczając dwa, zaplanowane (wycieczka w góry bez podziwiania widoków to nie wycieczka 😁) postoje na Starorobociańskim i Wołowcu + uzupełnienie wody w schronisku to 6h 36min. Myślę, że jak na mój amatorski poziom wytrenowania to czas jest w miarę ok 🙂 Mam nadzieję, że fotorelacja Wam się podobała 🙂
  3. 13 points
    Polana Huciska-Polana Chochołowska-Grześ-Rakoń-Wołowiec-Łopata-Jarząbczy Wierch-Kończysty Wierch-Trzydniowiański Wierch-Dolina Jarząbcza-Schronisko w Dolinie Chochołowskiej-Siwa Polana Jarząbczy Wierch był moim ostatnim nieodwiedzonym szczytem po polskiej stronie Tatr Zachodnich(no, dobra jeszcze został nieszczęsny Giewont🙄) Ale z której strony go ugryźć, by było to jak najmniej bolesne? Otóż z żadnej, gdyż Jarząbek usytuowany jest w takim miejscu, że z każdej strony na niego daleko. Trzeba po prostu wstrzelić się w jakiś dzień ze stabilną pogodą, najlepiej by był to dzień czerwcowy(czytajcie: długi). No i taki dzień nadarzył się 06.06.2020. Ponieważ należę do forumowego klubu "nienawidzę Chochołowskiej", zawsze staram ją sobie skrócić traktorem, przynajmniej w jedną stronę. I tak to o godzinie 8 z minutami wsiadamy na przyczepę, która kilkanaście minut później wypluwa nas na Polanie Huciska. Stąd do schroniska jest około godzinki drogi. Przy schronisku(nie wchodzimy do środka, szkoda czasu) robimy pierwszy odpoczynek po czym ruszamy na Grzegorza szlakiem żółtym(zielony to w dolnej części potok błota, w górnej prawie pełnia zimy-stan na 06.06) Idzie mi się jakoś wybitnie ciężko i przed Grzesiem prawie wypluwam płuca. Chyba, kurde nie dam rady 😞 Na Grzesiu jedzenie picie, fotki i siły wracają. I jeszcze ludzie mówią, że podobają im się kolor moich spodni więc humorek mam dobry 😉 Szlak Grześ-Rakoń-Wołowiec był jednym z pierwszych jakie przeszłam w Tatrach i z wycieczki sprzed 8 lat zapamiętałam, że odcinek od Grzesia do Rakonia to płaska i szeroka autostrada. Tymczasem jakieś mniejsze górki i dołki się zdarzają. Na podejściu na Rakoń znów wypluwam płuca i marudzę. Ale odkrywam też przyczynę niedyspozycji- targam w plecaku jakieś półtora kilo żelastwa(dla takiego kurdupelka jak ja 1,5 kg na pleckach to dużo). Przypadkowo idę jednak z tragarzem(czytajcie: z towarzyszem moim górskich i nie tylko wędrówek). Tragarz proponuje, że zabierze ode mnie te cholerne raki(on swoich ze sobą nie brał). Noo, tak to mogę iść 😉 Jetem na siebie trochę zła, bo jak zwykle trzęsę portkami, bo komunikaty, że w wyższych partiach zima. Tymczasem warunki na szlaku były prawie letnie. Miejscami tylko trafiał się jakiś płat śniegu, zwykle zupełnie bezproblemowy do przejścia. Na podejściu na Wołowiec już nie wypluwam płuc, bez zbędnego balastu idzie mi się o wiele lżej. Na szczycie obowiązkowa przerwa na podziwianie widoków. Zwykle przed wycieczką czytam opisy innych osób, tym razem nie było inaczej. No i przez te opisy ogromnie bałam się zejścia z Wołowca- miał być niekończący się piarg na którym nie idzie ustać na dwóch nogach. Tymczasem szlak został wyremontowany i obecnie wygląda tak: Ja wiem, że te jutowe worki są tu jakby od czapy, dziwnie to dość wygląda...Ale jak szybko i wygodnie się po nich schodzi! 😄 Szlak okazał się najciekawszy właśnie na odcinku Wołowiec-Łopata. Idzie się tutaj wąską granią, i jak na standardy Tatr Zachodnich to jest tu całkiem przepaściasto. Czasem musiałam powiedzieć sobie dla świętego spokoju "nie patrz w dół". Zarejestrowałam też ze 2 trudniejsze technicznie miejsca, ale tak naprawdę to łatwe 😉 Przede wszystkim droga jest fenomenalna widokowo. Rohacz Ostry z tej perspektywy prezentuje się jak Matternhorn : Wierzchołek Łopaty trawersuje się po słowackiej stronie(czy to teraz legalne??), ale my jesteśmy czasem sieroty i oczywiście przegapiamy znak i pakujemy się na grań po jakiś niewygodnych, mokrych skałach. W końcu udaje się odnaleźć właściwą ścieżkę: Najgorsze dopiero przed nami. Jarząbczy Wierch(a w zasadzie wejście na niego) z okolic Niskiej Przełęczy prezentuje się niezwykle dołująco 😞 W rzeczywistości jednak nie jest takie złe. Szlak jest dość wygodny, z równych kamiennych schodków, więc myślę, że całkiem dobrze się tędy schodzi(ja akurat lubię zejścia typu schodkowego, nie lubię takich stromych "równi pochyłych", szczególnie jak są przysypane piargiem). Trochę trzeba się jednak wysilić, po raz ostatni tego dnia wypluć płuca i oto jesteśmy na Jarząbczym. Z którego widoki są bardzo przyjemne: Oczywiście znów długa przerwa, w takim tempie to my na parkingu będziemy o 23. Ale kto by się tym przejmował. Dalsza droga to już w zasadzie miły spacerek po grani, po tej stronie jest nieco więcej śniegu, ale przeważnie w płaskich miejscach. Odcinek od Kończystego do Trzydniowiańskiego jest nam już znany z wycieczki na Starego Robota 5 lat temu, toteż nie zachwycamy się już jakoś bardzo 😉 Wierzchołek Trzydniowiańskiego mijamy bokiem, bo się da, po czym schodzimy w stronę Doliny Jarząbczej, którą również jeszcze nigdy nie szliśmy. Na początku jest stromo(worki jutowe już się trochę zdezelowały na tym odcinku) więc marudzę 😉 Pod koniec zejścia zaczynają już bardzo boleć mnie stopy więc marudzę nieco bardziej 😉 Jestem też głodna, skończyła nam się woda i w ogóle spadły wszystkie nieszczęścia. Ale najgorsze jest to, że nasz szlak nie kończy się tuż przy schronisku. Trzeba kawałek się cofnąć i podejść na górkę. Jakieś pięć minut, ale to o pięć za dużo 😉 Daleko jeszcze? W schronisku, ku utrapieniu innych turystów zdejmuję buty 😄 Za to piwko i schabowy po takim spacerku smakują jak ósmy cud świata. Siedzimy tu jakąś godzinkę, no ale w końcu trzeba zejść. O ile do Hucisk idzie mi się w miarę dobrze, to już ostatni, asfaltowy odcinek Doliny Przekletej, tfu, Chochołowskiej jest prawdziwym pasmem udręki. W końcu jednak doczłapujemy do samochodu i tak kończy się nasza wycieczka. Tatry nas nieco sponiewierały, ale tego było nam trzeba! Do zobaczenia lub przeczytania 😉
  4. 12 points
    Miło się czyta takie podziękowania 🙂 "Szanowni Państwo, Dokonując podsumowania współpracy z Partnerami Fundacji Ratownictwa Tatrzańskiego TOPR, chcielibyśmy w szczególny sposób docenić zaangażowanie zespołu tworzącego portal Tatromaniak i podziękować za wsparcie jakie otrzymujemy od Państwa w realizacji misji ratowania zdrowia i życia ludzkiego w Tatrach. Wartości takie jak bezinteresowne niesienie pomocy w każdych warunkach były przekuwane w działania podczas służby pełnionej od 110 lat przez kolejne pokolenia ratowników i stanowią dla nas najwyższe zobowiązanie wobec wszystkich czerpiących z potencjału jaki oferują Tatry. Ostatni rok wyraźnie pokazał, że wobec narastającego ruchu turystycznego w Tatrach, wyzwania przed jakimi stają ratownicy TOPR są najwyższej próby – przywołując choćby masowe porażenia piorunami na Giewoncie czy głośny wypadek w Jaskini Wielkiej Śnieżnej. Rocznie TOPR podejmuje działania ratunkowe blisko tysiąc razy, z czego ponad trzysta to działania przeprowadzane w skrajnie trudnych warunkach, wymagające zaawansowanej pomocy medycznej. Wiele wskazuje na to, że w obecnej sytuacji związanej ze stanem pandemii i utrudnionym międzynarodowym ruchem turystycznym, dla wielu Polaków Tatry staną się w tym roku docelowym miejscem spędzenia urlopu, a co za tym idzie, może być to również intensywny czas pod względem działań ratowniczych dla TOPR. Prowadzenie efektywnych działań ratowniczych wymaga nie tylko najwyższych kompetencji, ale również odpowiedniego zaplecza sprzętowego. Dlatego też, niezwykle doceniamy wsparcie jakie otrzymujemy od Państwa. Dzięki zbiórce funduszy prowadzonej przez portal Tatromaniak udało nam się zakupić sprzęt, który już kilkadziesiąt razy został wykorzystany w trakcie działań ratunkowych. Cieszymy się z możliwości współpracy z takim Partnerem jakim jest Tatromaniak - głęboko rozumiejącym wyzwania jakie może nieść ze sobą przebywanie w górach, promujący piękno Tatr, ale także bezpieczny sposób korzystania z możliwości, które oferują. Dziękujemy za Państwa wsparcie w kampanii medialnej „1% dla Fundacji TOPR”, oraz innych inicjatyw, bez których TOPR nie mógłby funkcjonować tak efektywnie. Na koniec jeszcze raz chcielibyśmy gorąco podziękować za Państwa zaangażowanie w ratowanie zdrowia i życia ludzkiego w Tatrach. Z górskim pozdrowieniem, Robert Kidoń Prezes Zarządu Fundacja Ratownictwa Tatrzańskiego TOPR"
  5. 12 points
    Drodzy, Pewnie z wielu Was wie, a Ci którzy nie wiedzą, to właśnie się dowiadują, że wczoraj nasz ulubiony portal obchodził swoje 7. urodziny. Z tej okazji chciałbym złożyć na ręce Krzysztofa vel @tatromaniak najserdeczniejsze życzenia i podziękowania. Życzę przede wszystkim siły i zapału w dalszym prowadzeniu portalu, jak najwięcej pozytywnych newsów, nieustannej kreatywności, pięknych spotkań na tatrzańskich szlakach i samych, zadowolonych Czytelników. Odporności na hejt i kolejnych, wystrzałowych pomysłów. Niech moje słowa, a także setki pozytywnych komentarzy i podziękowań, które miałem przyjemność przeczytać na FB będą dla Ciebie nie tylko wyrazem wdzięczności, ale też motywacją do dalszego rozwoju Tatromaniaka. Korzystając z okazji chciałbym podziękować wszystkim forumowiczom, zarówno tym aktywnym, jak i tym zaglądającym tu sporadycznie. Bez Was nasza społeczność nie byłaby takim przyjaznym miejscem. To dzięki Waszej aktywności, zdjęciom, relacjom, wciągającym dyskusjom każdego dnia z przyjemnością loguję się na nasze forum. Niech ten wczorajszy jubileusz będzie naszym wspólnym świętem. Kochani, serdeczne dzięki!
  6. 11 points
    Na czerwcowy wyjazd czekałem z wyjątkowym utęsknieniem, zamknięcie Tatr i hoteli sprawiło, że przepadły mi wyjazdy w marcu i kwietniu a co za tym idzie - w górach na dłużej nie gościłem od 5 miesięcy, co dla mnie jest wiecznością 🙂 Odliczałem dni, planowałem trasy i... ostatnie słowo, jak zwykle, miała pogoda. W Tatrach aura jest kapryśna, lecz w najczarniejszych koszmarach nie spodziewałbym się, że tak się sprawy potoczą. No dobra - zarówno rok, jak i dwa lata temu, gościłem w Zakopanem w podobnym okresie i było mokro, ale z reguły po czasie wychodziło słońce, a nawet jeśli nie, to było coś widać. Tym razem, widoczność była przez cały tydzień znikoma. Gdyby nie to, że podczas wycieczek szło się pod górę, można by było stwierdzić, że wcale w górach się nie jest, nie było ich widać zupełnie, przez większość czasu nie widziałem nawet pół góry, choćby Gubałówki 😛 I gdy już straciłem praktycznie nadzieję na cokolwiek, nadszedł czwarty dzień wyjazdu, który trochę "uratował" cały pobyt. Co ciekawe, tego dnia, postanowiłem dłużej pospać. W poprzednie dni nastawiałem budzik na wczesne pory, jednak widoki zza okna (a raczej ich brak) sprawiały, że przewracałem się na drugi bok i dopiero później ruszałem na szlak na spacer czy pobiegać. Tym razem budzika nie nastawiłem i mógł to być wielki błąd. Zupełnym przypadkiem obudziłem się bowiem o 4.30 i półprzytomnymi oczami spojrzałem w stronę okna, gdzie...zobaczyłem niebo! oraz blask wschodzącego słońca. Jeszcze tylko szybkie spojrzenie na kamerki w Internecie i dosłownie 10 minut później byłem w drodze na szlak. Zupełnie spontanicznie, bez planu, idę przed siebie, póki pogoda się nie zepsuje. Nogi chyba chciały obudzić resztę, bo skierowały mnie na Nosal, zwykle nocuję dosłownie 5 minut od wejścia na szlak, który dosyć szybko pnie się w górę, ale dzięki temu jest dobry na rozruch i obudzenie się. No i szybko, bo już może po 30 minutach, stanąłem na wierzchołku, w końcu widząc góry 🙂 Dobrze, że wybrałem tę opcję, myślałem jeszcze chwilkę o pójściu w stronę Hali Kondratowej, jednak tam konkretne widoki zaczynają się po dość długim spacerze, poza tym kamulce z podejścia do Kalatówek to niekoniecznie było to, czego chciałem doświadczyć z samego rana :) Z Nosala najbardziej naturalną opcją wydała mi się wycieczka w stronę Hali Gąsienicowej. 2 dni wcześniej szedłem tam we mgle przez Boczań i mimo okropnego błota, szło się dosyć szybko, podążyłem zatem tą samą drogą. Po wyjściu z lasu złapała mnie lekka niemoc, spowodowana zapewne krótkim snem, skromnym śniadaniem i wycieczkami z poprzednich dni. Krótki odpoczynek zbiegł się z nadejściem sporej ilości białych obłoków, które, muszę przyznać, w połączeniu z górami, mają swój urok 🙂 Przy okazji doświadczyłem zjawiska, które do tej pory znałem ze zdjęć i opowieści. Przesądny nie jestem, ale dla świętego spokoju ponoć lepiej zobaczyć to jeszcze co najmniej dwa razy 😛 Widoków z Hali Gąsienicowej nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać i wychwalać. Jest to chyba najczęściej odwiedzanie przeze mnie miejsce, ale zawsze zachwyca na nowo. Szczególnie lubię jej odsłonę późną wiosną, kiedy na szczytach jest jeszcze trochę śniegu, wygląda to szczególnie malowniczo, zarówno z samej Hali, jak i położonego nieopodal Czarnego Stawu Gąsienicowego. Dawno mnie tam nie było, więc po niespełna 25 minutach byłem już nad wodą. Podczas odpoczynku nad stawem uznałem, że dobrą opcją jest wejść na Karb. Spojrzenie na Czarny Staw zawsze cieszy oczy, z samej przełęczy widać też bardzo dobrze malowniczą Zieloną Dolinę, czuć też potęgę Kościelca. Poza tym - na Karb zawsze wchodziłem od strony Zielonego Stawu a schodziłem do Czarnego, przyszedł czas wypróbować drugą opcję. Wejściu towarzyszyło pojawienie się po raz kolejny białego obłoku wokół mnie i po raz kolejny komponował się kapitalnie z otoczeniem 🙂 Wejście od strony Czarnego Stawu bardzo przyjemne, lubię tak szybko nabierać wysokości, zejście trochę niepewne ze względu na ostatnie opady - skała była dosyć śliska, ja w testowych butach, szlak w pewnym momencie dosłownie zniknął pod większym niż zwykle potokiem 😛 Krótki odpoczynek nad niezwykle spokojnym, emanującym ciszą, Zielonym Stawem i jak się okazało, trzeba było wracać, gdyż na rozwidleniu szlaków w stronę Kasprowego, zaczęło padać. Doświadczałem już burz w górach i jak je zapowiadają a zaczyna się robić nieciekawie, to mam tendencję do kierowania się w dół, nie w górę 🙂 Gdy dotarłem z powrotem do okolic Murowańca, wszystko spowiła już gęsta mgła. Ta wycieczka, mimo, że relatywnie krótka, na pewno na długo zostanie w mojej pamięci. Te kilka godzin okna pogodowego pokazały, że nie warto się poddawać i czasem oplaca się bardzo wcześnie wstać 🙂 Szkoda tylko, że to były jedyne widoki, jakie ujrzałem podczas tygodnia spędzonego pod Tatrami. Pocieszam się faktem, że wkrótce znów ruszam na południe, oby wtedy pogoda dopisała, Odliczanie czas zacząć - 16 🙂
  7. 11 points
    Wołowiec - Najdalej wysunięty na zachód dwutysięcznik w Polskich Tatrach. Szczyt mierzy 2064 m.n.p.m.. Wejść na niego można czerwonym szlakiem graniowym od Jarząbczego Wierchu lub niebieskim z Doliny Chochołowskiej. Od Jarząbczego nie miałem jeszcze przyjemności tam wchodzić, jednak z chochołowskiej szlak jest przyjemny, bez żadnych trudności, bardzo malowniczny z przepięknymi panoramami. Śmiało mogę polecić niedoświadczonym turystom jako pierwsza wyprawa w Tatry. Szczególnie fajna jest droga przez Grzesia, gdzie już do samego szczytu otwierają się wspaniałe widoki. Poniżej kilka zdjęć z Wołowca i trasy. Z długiego upłazu Wschód słońca gdzieś z okolic Rakonia Pan Wołwiec Na Rohacze Słowackie Tatry Zachodnie W kierunku Tatr Wysokich Rakoń Wersja Zimowa
  8. 11 points
    Kto w środku nocy wstaje, temu Kopa widoki daje 😜 Pozdrowionka👋
  9. 10 points
    Plecaki spakowane, autko zatankowane, kierunek - Tatry. Kolejny trip zaczyna się o 18:30 dnia 22 września 2019r. Mniej więcej o tej porze wyjeżdżamy wraz z Kacprem z Warszawy. Podróż mija szybko, ja skupiony na drodze, Kacper na książce. Około 23:00 dojeżdżamy do Zakopca na parking pod skocznią. Darmowy! 😄 Wysiadamy z auta, jest piękne bezchmurne niebo oraz chłodne i rześkie powietrze. Aż nie chce się wierzyć, że za mniej niż 10 godzin będzie padać. Czekamy na ostatniego członka tej wyprawy - Mateusza, który też śmiga autkiem i melduje się jakieś 30 minut po nas. Zbijamy piąteczki, chwila gadki i robimy przepak do jego bagażnika, bo wiadomo, mniejsze spalanie = lepiej 😄 Przed północą wyruszamy w stronę Kościeliska i stacji BP, na którym dokupujemy trochę szamki - żelki, batoniki i inne hotdogo-kanapki. Posilamy się na miejscu, ładujemy się z powrotem do auta (normalnie zawsze jedna osoba podróżuje w bagażniku, ale tam nie było miejsca 😜) i przez Chochołów opuszczamy Polskę. Prowadzi nas GPS, do celu niecałe 2 godzinki. Patrząc nad Tatry widzę powoli nasuwające się chmury altocumulus. Kurde, chyba deszczu nie unikniemy. Podróż mija przyjemnie, Kaper śpi, Mateusz prowadzi i ze mną rozmawia. Po przekroczeniu granicy, chwilę jazdy prosto, później skręt w lewo, mijamy jakieś zabudowania. Prócz nas nikogo na drodze. Po chwili ogarniamy, że jesteśmy na totalnym zadupiu. Naprawdę nic nie jedzie, ostatnie budynki to chyba były z 10min temu. Śmiejemy się, że to chyba najgorsze miejsce do rozkraczenia się samochodu, bo na ewentualną pomoc czekalibyśmy do świtu 😄 A co dopiero zimą! To byłaby prawdziwa walka o przetrwanie 😛 Mijamy Liptovski Mikulas i Tatralandię, a po chwili skręcamy w lewo w kierunku wsi Jałowiec. Jedziemy dalej po wiejskich drogach, mijamy jakiś (chyba) magazyn i de facto za nim kończy nam się asfalt. Z Matim mamy chwilę konsternacji. - Wiesz co, Mati, to chyba nie tu. - Też mi się tak wydaje. - Chyba zjeba*em. Tą pinezkę na mapie walnąłem mniej więcej w okolicy, ale nie bawiłem się w dokładne wyznaczenie pozycji początku szlaku😛 Ustawiłem więc tym razem Rozejście na Tokarinach. Słyszymy krótkie polecenie "Zawróć", więc potulnie się słuchamy. Wjeżdżamy na dobrą drogę, mijamy jakiś rozjazd na którym skręcamy w prawo. Widać niewiele, ale poruszamy się dalej drogą utwardzoną. Nagle przejeżdżamy przez jakąś bramę, stoi tu budynek, w środku jakieś posągi z kamienia, ogólnie WTF, to jakiś ośrodek kultu czy co? (teraz sprawdziłem, że to był hotel 😛). - Łukasz, to chyba nie ten parking XD - Chyba nie 😄 Musimy stanąć na tej zatoczce, którą minęliśmy przy tym rozjeździe. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy! Jest grubo po 2, nie mamy w planach żadnego wschodu słońca (który jest koło 6:30) czy coś, więc decydujemy się na kimacza. Wyciągamy śpiwory specjalnie przygotowane na tą okazję (baliśmy się, że może być zimno), delikatnie uchylamy okno by był przewiew i kimka. Komfort spania w aucie, jak to w aucie, jakieś 2/10 😛 Ponadto Mati ma baaardzo szczelne auto 😄 Z doświadczenia wiem, że w samochodzie potrafi się robić dosyć zimno, a u niego było tak ciepło, że ten śpiwór to w sumie był tylko dla picu 😛 Budzik dzwoni jakoś przed 6, Kacpra trzeba trochę szturchnąć by zechciał wstać, ale opuszczamy naszą sypialnię. Niebo jaśnieje, przyjemny chłód powietrza. Czas na śniadanko. Herbatka z termosa + małe co nieco. Następnie przebieramy się do wyjścia w góry, więc zakładamy termoaktywki, bluzy i klapki. W międzyczasie, gdy kolejna porcja herbatki stała na dachu przychodzi... kot. Śmiejemy się, "oho, pewnie wyczuł naszą kiełbasę" (którą jak zawsze miałem w plecaku 😜). Kotek (nie jestem ekspertem, ale myślę, ze miał coś około 6-12 miesięcy) w ogóle się nas nie bał. Cały czas tylko chodził wokół nas i "miau, miau, miau". My oczywiście, jako rozsądni turyści, nie dokarmiamy dzikich zwierząt, więc o naszej szamce to mógł tylko pomarzyć. W końcu się spakowaliśmy, kot w tym czasie stwierdził, że to dobry moment na wypróżnienie się koło auta. Zrobiliśmy jeszcze foty tęczy o wschodzie słońca(na zdjęciu widać jej fragment po prawej stronie) i ruszamy. A kot z nami. Na początku idziemy wygodną asfaltową drogą w kierunku Babek. Powoli dogrzewamy mięśnie, skręcamy w lewo i dochodzimy do jakby takiego osuwiska. Idziemy dalej, ale szlak nam "dziczeje". Mówię do chłopaków: - Chłopaki, widzieliście ostatnio jakieś niebieskie oznaczenie szlaku? Chwila zamyślenia. - Nie. - Kurde, chyba musimy się cofnąć. Cofamy się z 3 minuty, a tam na drzewie jest niebieski znaczek i odchodzi jakaś ścieżynka od niego. To chyba tędy 😛 Schodzimy z asfaltu, wchodzimy w las. Droga pnie się całkiem przyjemnie pod górę. Idziemy, a za sobą słyszymy co chwilę "miau, miau". No cóż, nasz mały kompan chyba też ma ochotę na spacer. Ciekawe czy był już na Banikovie? W pewnym momencie dochodzimy do rozejścia. Oczywiście, jak to u Słowaków, wszelkich wskazów co do drogi brak. No dobra, stosujemy starą, plemienną metodę - jedna osoba w jedną stronę, druga w drugą. Ja żadnego oznaczenia szlaku w zasięgu wzroku nie widzę, ale po chwili Kacper woła, że znalazł. W tych Tatrach Słowackich jednak trzeba się pilnować 😛 Tak w ogóle te szlaki u naszych sąsiadów są bardzo mało zadbane. Strasznie pozarastane, czasem to aż niemalże trzeba łamać gałęzie kosówki by móc iść dalej. Widzimy też już ścianę deszczu nad zachodnią częścią Tatr Niżnych. W takiej sytuacji podejmujemy jedyną i słuszną decyzję - czas na II śniadanko. Znowu wlatuje herbatka i inne łakocie. Wtedy też mały towarzysz utwierdził mnie w przekonaniu, że mu chodziło o tą kiełbasę - zaczął wchodzić mi do otwartego plecaka leżącego na ziemi, więc musiałem się pilnować, by swojego dobytku nie stracić 😛Szamki od nas nie dostanie, ale odcięliśmy denko pustej butelki i nalaliśmy mu trochę wody by uzupełnił płyny. Zanurzył język z 3 razy i tyle. Niewdzięczny. Ruszamy dalej, kot zamiast pomagać (upolowałby nam czy coś) to bardziej przeszkadza, bo biegnie do przodu, nagle idzie w bok, a później nas dogania wchodząc w nogi. Zastanawiamy się, ile wytrzyma, w drodze już 1,5h, powoli dochodzimy do kosówki, a on dalej z nami. W pewnym momencie mijamy otwartą przestrzeń i nie słyszymy już "miau, miau". Chwila namysłu - trochę chłodno, co by tu robić. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy po tego kota i zaliczy tripa w Tatrach Zachodnich. Przecież go nie zostawimy. Cofam się, z naprowadzaniem wzrokowym chłopaków udaje się go zlokalizować. Pierwsza misja naszego Rescue Teamu udana. Nikt jednak kota nie zamierza nosić na rękach, więc wykombinowaliśmy, że umieścimy kotka w plecaku, by sobie odpoczął. Mój plecak i Matiego był za mały, ale plecak Kacpra - idealny. Niósł w nim dużo naszych ubrań (w stylu kurtki itp, bo do naszych by się już nie zmieściły), więc powinno mu być miękko i wyodnie. Zrobiliśmy mu "gniazdko" z moich spodni, po czym zapoznaliśmy kota, z regulaminem, że jak zleje się na moje spodnie to zostanie wykastrowany 😛 Nie wiem czy to był "on" czy "ona", ale za takie przewinienie na pewno w plecaku by już nie siedział 😂. Szedł tak z 10 minut, ale stwierdził, że chyba ma dosyć i wyskoczył. Stwierdziliśmy, no dobra, idziemy dalej, jednak mały towarzysz cały czas szedł za nami zostając coraz bardziej w tyle. Kolejna decyzja - doładujemy go. Wyciągam kiełbasę, aby miał trochę więcej energii, zjadł ją, po czym został załadowany do plecaka ponownie. Znowu chwilę posiedział i wyskoczył. Stwierdzamy, dobra do 3 razy sztuka. Kot znów się oddala, robimy przerwę na krótką szamkę. Czworonóg dostał znowu trochę jedzenia, wody i ponownie został umieszczony w plecaku (byliśmy już powyżej 1500m n.p.m., więc naprawdę nie chcieliśmy go zostawić), ale stwierdził, że woli iść. Cóż, zostawał coraz bardziej w tyle odskakując co chwilę gdzieś w bok, więc nasze drogi się rozeszły. Po chwili przyszedł pierwszy deszcz, podczas którego mieliśmy przerwę. Zaczęło padać tak, że byliśmy zmuszeni założyć kurtki przeciwdeszczowe. Morale spadło naprawdę nisko, bo co to za przyjemność, gdy leje, ale wzięliśmy się w garść i ruszamy dalej. Mijamy Ostrą i w końcu go widzimy - Siwy Wierch! Cóż, ładnie prezentuje się ten szary wierzchołek. Foteczka, podziwianie widoczków i zejście. Widzimy kolejny nasz cel - Przełęcz Palenica. Kurde, jak to nisko. Tyle w dół... Trudno, idziemy, taki urok gór. Zejście po łańcuchach po mokrej skale nie jest może zbyt szybkie, ale ważne by było bezpiecznie 🙂 - ogólnie początkowy fragment zejścia jest dosyć stromy. Dochodzimy do przełęczy, znów leje. Czuję delikatne obtarcie na stopie, więc oprócz przerwy na jedzenie jest też przerwa dla medyka. Mamy też poważny dylemat, gdyż kontuzja kolana Matiego odradza się coraz bardziej. O ile podejścia nie sprawiają mu dużego problemu, tak schodzenie jest walką. Po naradzie Mati stwierdza, "no dobra, spróbujmy", więc ciśniemy dalej w kierunku Brestovej. Idzie się monotonnie, co chwila w deszczu, w chmurze, co jakiś czas tylko ukazują nam się widoki. Robimy przerwę - stawiam kijki na krzyż i rozkładam na nich zimową kurtkę, którą w międzyczasie założyłem i zmoczyłem. Widoki mocno średnie, jednak trzeba przyznać jedną rzecz - tak intensywnej czerwieni w Tatrach jak na zboczach Brestovej to nie widziałem. Po 15 minutach zaczęło się robić zimno, więc dla rozgrzewki przemieszczamy się w stronę Salatyna. W deszczu, chmurwach i niskiej temperaturze docieramy na jego wierzchołek, jest mniej więcej 15:30. Z pogarszającą się kontuzją Matiego wiemy, że nie dojdziemy do planowanego Banikovskiego Sedla. W takim razie decydujemy się na odpoczynek i podziwianie (niezbyt bogatych) widoków. Około 15:50 Mati zaczyna schodzić i idzie naprawdę powoli... To co on robi w 3 minuty my z Kacprem przechodzimy w minutkę. Widać, że każdy krok sprawia mu ból, a zwłaszcza na tym początkowym, bardziej stromym zejściu. Dwa razy w życiu zastanawiałem się poważnie nad wezwaniem pomocy - pierwszy raz zimą na Pilsku, gdy schodząc myślałem, że zaraz stracę palce u rąk z zimna, a drugi właśnie wtedy. Ubezpieczenie mieliśmy wykupione, ale summa summarum dusza wojownika mojej mordki wygrała. Stwierdził, że nie odpuści. I nie odpuścił 🙂 Próbowałem go dopingować, w dole było widać jakąś szerszą ścieżkę, mówiłem mu, że to droga (to tak wyglądało 😛) ale okazało się, że to potok. Po ponad godzince powoli docieramy do granicy lasu i wchodzimy w nasuwającą się z dołu chmurwę. Po kolejnych 45 minutach dochodzimy w końcu do doliny Parzychwost, gdzie skręcamy w prawo. Całość tej Doliny Jałowieckiej wygląda naprawdę dziko, więc wypatrujemy potencjalnych innych drapieżników niż my (głównie misiów 😀). W końcu, grubo po 19, w świetle czołówek udaje nam się dojść z powrotem do parkingu. Kminimy co dalej - początkowo mieliśmy szukać noclegu w Popradzie i spotkać się tam z ostatnim członkiem ekipy, ale podobny dystans mieliśmy do Zakopca, w którym prościej nam było zjeść coś ciepłego, znaleźć nocleg i uzupełnić prowiant, także zdecydowaliśmy, że czas wrócić do Polski. Po 21 meldujemy się w restauracji, gdzie w końcu jemy pierwszy, ciepły posiłek, a w międzyczasie dociera do nas Piter. Niestety, z powodu kontuzji nie udało się dokończyć całej grani, ale cóż, co odwlecze to nie uciecze 😛 Będzie chociaż 3. część tej opowieści. Na początku planowaliśmy wystartować z Przełęczy Huciańskiej, by była to faktycznie cała grań Tatr Zachodnich, ale podobno na początku tam nie jest zbyt ciekawie, a i powrót w tamto miejsce byłby bardziej skomplikowany. A co do samej trasy - spotkaliśmy jedną osobę i widzieliśmy dwie za nami. Także było naprawdę dziko i bezludnie. Jeśli ktoś lubi takie klimaty to na pewno słowacka część Tatr mu podpasuje 🙂 Cała trasa: Bobrovecka Vapenica - Babki - Siwy Wierch - Brestova - Salatin - Parichvost - Bobrovecka Vapenica
  10. 10 points
    Czerwcowa Gąsienicowa(12.06.). Wejście przez Boczań, zejście Jaworzynką. Trafiłam ze znajomymi na jedną burzę, akurat pod Murowańcem, druga złapała nas już na samym dole Jaworzynki. Weszliśmy też nad Czarny Staw. Pod koniec podejścia jest trochę śniegu, ale daliśmy radę przejść. Zdjęcia robiłam telefonem, więc jakość może być średnia.
  11. 10 points
    I ja mam ulubionych zdjęć więcej.To jedno z nich.Pogoda była idealna,słonecznie i mroźno. Trochę sobie posiedziałem na Kozim🙂
  12. 9 points
    Witam wszystkich, mam na imię Tomek - mieszkam na Slasku - po Tatrach wlocze sie juz prawie 20 lat. Milo mi dolaczyc do spolecznosci ludzi, ktorzy maja taka sama pasje. Do zobaczenia w Schroniskach i na szlakach 😉
  13. 9 points
    Początkiem czerwca miałam okazję lecieć samolotem w okolicach Tatr😍😍 cudowne przeżycie i niezapomniana przygoda😃. Kilka zdjęć z przelotu. ONE są piękne z każdej perspektywy 😍😍😍
  14. 9 points
    Dobrze, że jest takie miejsce gdzie można dowiedzieć się dużo rzeczy odnoście wyprawy w nasze ukochane góry. Ja jako osoba mało doświadczona i jeżdżąca tylko raz w roku mogę poczytać o szlakach, fajnych miejscach i realnie na zdjęciach zobaczyć jak to wygląda i czy dam radę. Także Tatromaniak i cała społeczność forum robi super robotę 🥰 👍 A przy okazji czytając opisy Waszych wycieczek chociaż wirtualnie przenoszę się w miejsca które kocham 💗 Do zobaczenia na szlaku! ❤️
  15. 9 points
    Sto lat, sto lat, sto lat, sto lat niechaj żyje nam ... 😉 Dobra robota! Zawsze, kiedy tu jestem coraz mocniej uświadamiam sobie, że już tylko 3 tygodnie i kierunek: Tatry 😉 Pozdrowienia dla wszystkich Forumowiczów, a w szczególności dla tych których poznam osobiście we wrześniu! 🙂
  16. 9 points
    Ja również dołączam się do życzeń! Chciałabym dodać coś od siebie, ale @Mnich Moderator chyba zwięźle ujął wszystko, co najważniejsze 🙂 Dziękuję zatem za źródło wielu cennych informacji i znajomości, i mam nadzieję, że to dopiero początek. Liczę na wspólne wyjścia, spotkania integracyjne, rozwiązywanie problemów, rozwiewanie wątpliwości, porady oraz humor i rozrywkę w górskiej tematyce 😉 @tatromaniak stworzył miejsce, a my - użytkownicy - powinnyśmy z tego korzystać i dbać, aby rozwijało się ono i dawało nam same pozytywy. Życzę kolejnych owocnych lat, wytrwałości, żeby założycielowi nigdy nie zabrakło chęci, motywacji i czasu do prowadzenia Tatromaniaka 😉 Wszyscy obecni mamy wspólną pasję. Góra z górą się nie zejdzie, ale my - Tatromaniacy - owszem, tak więc niech to miejsce będzie coraz lepsze i z naszym udziałem rozwija się! 🙂 Powodzenia i do zobaczenia na szlaku!
  17. 9 points
    No i udało się 😄 prognozy na dzisiaj się, sprawdziły. Dzisiejsze inwersja spowodowała piękne morze chmur 🙂 warto było wcześnie wstać 😁 na dole chmury, na górze lampa!
  18. 9 points
    Z Wierchów na Tatry Zachodnie I Tatrzańskie kolosy
  19. 9 points
  20. 8 points
    Przeglądając wątek o Koprowym Szczycie zauważyłem, że zdecydowana większość forumowiczów preferuje najkrótszą drogę do celu czyli start od Popradzkiego Plesa w kierunku Hińczowego Stawu. Może niepotrzebnie założyłem ten wątek, bo dzięki takiemu podejściu zdecydowanie mniej turystów przemierza Koprową Dolinę. No ale dni są teraz długie i może znajdzie się tutaj miłośnik (miłośniczka) szlaków zapomnianych. Albo częściowo zapomnianych, bo na asfaltowym odcinku Koprowej ruch jest w weekendy jednak spory, szczególnie w godzinach popołudniowych - spacerowicze z dziećmi i rowerzyści, którzy mogą legalnie dojechać do Niżnej Niefcyrskiej Siklawy. Za to dalej w głąb doliny mało kto zagląda (tak samo jak wcześnie rano na początkowy odcinek). A przecież tą doliną można dostać się do Hlińskiej i dalej na Koprowy, lub nad Ciemnosmreczyński Staw albo na Gładką Przełęcz. Chyba właśnie zamknięcie szlaku na Gładką od strony Pieciu Stawów spowodowało mniejsze zainteresowanie tą doliną. Może ktoś z Was jednak przemierzał Koprową i jej odnogami i podzieli się tu relacją ? Ja może zacznę od spaceru do Ciemnych Smreczyn. Kmietov Vodopad czyli Niewcyrska Siklawa - miejsce w którym kończy się asfaltowa część szlaku. Kaskady na Koprowej Wodzie. Ciemne Smreczyny rozstaj szlaków w kierunku Piarżystej ( Ciemnosmreczyńskiej) i na Gładką ( z której da się legalnie przejść na Kasprowy gdyby nie konieczność powrotu do auta) Temnosmrečinský vodopád widziany z podejścia do Kobylej Dolinki( niestety nie dysponuje wyraźniejszym zdjęciem) Nižné Temnosmrečinské pleso. Dotąd da się dojść znakowaną ścieżką - dalej to już dużo mniej legalnie nad Wyżni staw i ewentualnie na Wrota Chałubińskiego ,żeby nie było - nie namawiam do łamania przepisów, podaję tylko możliwość 😛
  21. 8 points
    Koronawirus. To to drobnoustrojstwo zmusiło pewnie nie tylko mnie do rozłąki z tatrzańskimi szlakami. Sama myśl, że od stycznia nigdzie nie udało się wdrapać, ani choćby posiedzieć w jakimś miłym schronisku, powodowała spory ból głowy. Gdy wreszcie łaskawie zaczęto nam luzować obostrzenia, zaczęło się oczekiwanie na otwarcie schronisk. I gdy już szło w dobrą stronę, naprzeciw wszystkiemu stanęła pogoda. A to leje, a to sypie…, a teraz już grzmi, no tak, w końcu zrobił się czerwiec. Mijały dni kolejne, aż nadszedł czas długiego weekendu. Nie… Prognozy? Burze. Perspektywa jazdy zakopianką w czasie wzmożonych urlopów? A kto by się tam pchał. Nocleg? W schroniskach brak miejsc – dzwoniłem do kilku. Czyli nie da rady. Ok. To nie jadę. Może jeszcze jednak dla pewności zadzwonię do Roztoki, czy ktoś nie zrezygnował z przyjazdu w ostatniej chwili, choćby ze względu na aurę… Niemożliwe – jedno miejsce się zwolniło. Jadę bez względu na wszystko. Co tam deszcze, burze, korki na zakopiance… Droga ze Śląska o dziwo mija spokojnie. Na Głodówce mały przystanek na widoczki i kawę. Widoczki mocno średnie, za to deszcz nie odpuszcza. Na Palenicy mimo godz. 18.30 jeszcze ogromny tłum wracający z Moka. Ok, ruszam do Roztoki. Mija wieczór. Prognoza wskazuje na dzień jutrzejszy burzę ok. godz. 11. Budzik ustawiam na 4.15 z myślą, że jutrzejszy dzień będzie ok. O 2 w nocy potężna burza wybudziła chyba pół schroniska. Taki mały Armageddon. Ledwo zamknąłem oczy, a tu już budzik…dobra, ogarnąć się i do góry. Kierunek Pięć Stawów. Marszu przez Dolinę Roztoki nie ma co opisywać. Nie wiedzieć czemu zdecydowałem się odwiedzić schronisko w Stawach w pierwszej kolejności, co wepchnęło mnie na czarny szlak. Praktycznie żadnych kłopotów i już po czasie szybka kawka pod schronem. Spoko. To gdzie dalej. W zasadzie to najbardziej ograniczała mnie ta nadchodząca burza. Przez chwilę myślałem o Szpiglasowej, raki i czekan obecne, więc…Nie! Kozi! Idę na Kozi Wierch. Postanowione. Śmiałym krokiem ruszam przez Dolinę, podziwiając jej piękno po raz 173459 😉 Odbicie na czarny szlak i do góry. Spoglądając w niebo, nie wiedziałem czego się spodziewać. Na szczęście w razie „w” szlak pozwala na szybki wycofa. Spokojny spacer tak do ok. 2/3 wysokości góry. Pojawia się pierwszy „surprise”. Szlak niknie pod sporym płatem śniegu. E tam, da się to obejść bokiem – po trawie i drobnych kamyczkach. Ale poślizgnąć się też można, zatem kask na głow ę. Znowu trochę do góry i…jest sobie takie ładne pole śnieżne, po którym trzeba przejść. Chwila zastanowienia…raki, czekan i przeszkoda ominięta. Patrząc w dół, poślizgnięcie na takim płacie może się skończyć szybkim zjazdem. Odpinam raki, mocuje czekan do plecaka, aż tu…następne takie poletko zlodowaciałego śniegu, choć nieco mniejsze. Qr…sam czekan wystarczył. Teraz jeszcze chwilka do góry…tu już bez żadnych trudności. Pogoda nadal jest wielką niewiadomą. Melduje się na szczycie. Wraz ze mną kilka osób. Radość. Wielka radość. Nie dogonił mnie korona wirus, nawet mimo, że jestem ze Śląska. Uciekłem przed nim na najwyższą górę w całości położoną w Polsce. To co z tą pogodą…chmurki krążą w jedną, w drugą, jednak pomruków słyszalnych brak. Troszkę nasila się wiatr. Widoki piękne we wszystkich kierunkach, ale rozsądek każe wracać na dół. Mam także w głowie te płaty śniegu do przejścia, a widzę, że z dołu podchodzi coraz więcej osób. Schodzenie. Bez większych atrakcji. 2 x użycie raków. Patrzenie na zegarek. Na szczęście burza nie nadchodzi. Coraz więcej osób podchodzi do góry. Fajnie znowu mówić i słyszeć „cześć”. Poniżej 1672 m npm rzadko to jeszcze funkcjonuje. W końcu wracam do Doliny, podbudowany popandemicznym restartem. Pod schroniskiem już tłumy, ale także inna rzeczywistość, związana z obostrzeniami. Prawdę mówiąc, nie jest źle i nie ma co narzekać a i posiłek na zewnątrz potrafi równie dobrze smakować co w zatłoczonej jadalni schroniska. Hmm, to co tu zrobić dalej z tak miło przebiegającym dniem. Na początek spotykam człowieka zapoznanego w Chacie pod Rysami, z którym nie widziałem się już 3 lata. Tak na rozmowie mija jakieś 1,5h. Nie mam chęci wracać Roztoką w dół. Wybór drogi powrotnej do Schroniska pada na szlak przez Świstówkę do Morskiego Oka. Dla mnie trochę taki tatrzański klasyk. W sumie to nawet nie przeraża mnie to, co spodziewam się zastać na asfalcie do Moka. Dreptam dreptam,po drodze 1 nietrudny płat śniegu. Pożegnałem się już z widokiem na Stawy, przywitałem z Rybim Potokiem i tak już na Kępie poczułem, że chyba zaczyna kropić. Z dwojga złego to już wolę deszcz, niż burzę, która finalnie nie nadeszła. A deszczyk, postraszył 5 minut i tyle z tego wyniknęło. Nudne zejście przez kosówkę zakończyło się wśród tłumów na asfalcie, ale jakaś niepohamowana chęć skierowała mnie jeszcze na godzinne posiedzenie połączone z piciem kawy na ławach przed schroniskiem nad Morskim Okiem. Zebrałem się i ruszyłem asfaltem w drogę do Schroniska w Roztoce. Tam już było umówione wieczorne spotkanie z ludźmi poznanymi dzień wcześniej – kto ma wiedzieć ten wie… 😉 Swoją drogą pozdrowienia dla ekipy ze Schroniska 🙂
  22. 8 points
    Pod Tatrami lądujemy wraz z Igorem i Piterem w drugiej połowie czerwca ubiegłego roku. Pogodowo to nie był dobry strzał 😛 Parę dni wcześniej obserwowałem radary i kamerki - mimo burzowych prognoz dni były ładne i zachęcające do wędrówek. Mimo, że burze w prognozach były dalej obecne to stwierdziliśmy "Dobra, jedziemy, może się nie sprawdzą". Oczywiście jak przyjechaliśmy prognozy zaczęły się sprawdzać. Co do godziny. Ironia losu. Tak czy siak pierwszego dnia udało nam się obskoczyć Świnicę i Kościelec, drugiego dnia burze, trzeciego wlecieliśmy na zachód słońca pod Ciemniakiem (to też są ciekawe historie, może je kiedyś też opiszę 😄). Wracając do meritum - od ostatniego wypadu pod Ciemniak minął dzień. Burze i deszcz przechodziły non stop nie dając choćby promyka, promyczka, promieniunia nadziei na jakąkolwiek ciekawą trasę. Zbliża się ostatni dzień pobytu, zerkamy na prognozy. Ma nie padać! Tylko prawdopodobnie też nic nie zobaczymy przez chmury 😛Rzucam chłopakom pytanie: "Jaką trasę robimy?". W odpowiedzi słyszę "Od rana do wieczora, chcemy się do*ebać!". I takie odpowiedzi to ja lubię 😄 Odpalam apkę w tel, ciągnę kreskę by wyszło coś ambitnego. Z połączonych kropek wyszła traska: Siwa Polana - Grześ - Rakoń - Wołowiec - Rohacze - Trzy Kopy - Hruba Kopa - Banikov - Banikovskie Sedlo - Rohackie Plesa - Tatliakova Chata - Sedlo Zabrat - Rakoń - Siwa Polana. 38,1km, 2700m przewyższenia - do zrobienia! Dni w czerwcu długie, więc można napierać. Poszliśmy spać około północy, pobudka jakoś 3:30 + 5 minut standardowej drzemki, pakowanie wszystkich gratów do auta i ruszamy do wylotu Najbardziej Znienawidzonej Doliny. Jakoś około 4:20 rozpoczynamy wędrówkę - pogoda dla koneserów, nad głowami zawieszone chmury. No cóż, idziemy. Niestety, Igor w nocy nic nie spał, więc szedł wolniej. Wraz z Piterem zrobiliśmy jedyną słuszną rzecz - poszliśmy swoim tempem zostawiając go 😛 Po godzince z minutami meldujemy się pod schroniskiem i czekamy na spowalniacza. Po kolejnych 5 minutach dociera nasz kompan, rzucam do niego: - To co idziemy? - Nie nie, potrzebuję przerwy. - No dobra, odpocznij chwilę🙄 Podładował 10 minut energię i ruszamy. Pogody brak (a raczej widoczków), więc motywacja taka 5/10. Niewyspany Igor znowu spowalniał, więc standardowo poszliśmy dalej 😛 Po około godzince meldujemy się na Grzesiu, a widoki zapierają dech w piersiach! Pięknie malują się Rohacze, Trzy Kopy, Banikov! Na dodatek wiatr tak mroził 4 litery, że zarzuciłem wszystkie warstwy termo jakie miałem przy sobie + rękawiczki. Po dłuższej chwili z ostrego cienia mgły wyłania się Igor, my z Piterem rzucamy hasło "Biesiadę czas zacząć!", wyciągamy termos, kanapki i inne łakocie, a w tym czasie Igor już leży na plecaku ze sklejonymi oczami. Tak nam się go żal zrobiło, że myśleliśmy czy nie iść dalej, ale przykryliśmy go ładnie jeszcze kurtką, by się nam chłopak nie wyziębił. Trochę z Piterem pośmieszkowaliśmy, ale wyszliśmy z założenia, że może jak się trochę wyśpi to będziemy mogli iść szybciej. W ogóle to byliśmy zdziwieni, jak człowiek może spać, gdy jest naprawdę zmęczony. Temperatura była na oko mniejsza niż 10 st. C, a on drzemał sobie w najlepsze na gołej ziemi. Po przebudzeniu stwierdził, że nawet wygodnie mu było 😛 Tak czy siak po godzince spania ruszyliśmy dalej na Rakoń. Widoki tak jak wcześniej - obłędne. Na ostatnim podejściu pod Rakoniem znowu nasz śpioch zaczął się oddalać, więc standardowo - wraz z Piterem poszliśmy swoim tempem. Ponownie Igor po chwili dotarł i... ułożył się do snu. Tak nam zleciała kolejna godzina😂 W końcu udało nam się go obudzić i ruszamy na Wołowiec. Wejście poszło całkiem sprawnie, więc zapada decyzja - II śniadanie! Rozkładamy nasz obóz i szok! Robi się coraz jaśniej, morale rosną w oczach. Spoglądam w górę - już widać obrys tarczy słońca! Czyli wierzchołki tych chmur są maksymalnie kilkadziesiąt metrów nad nami! Może coś będzie widać! Już witamy się z gąską, wyciągamy krem do opalania, smarujemy się nim (tak serio to zrobiliśmy, choćby po to by poczuć ten zapach i poczuć się jak na gorącej plaży😂), już odliczamy sekundy by zobaczyć błękit nieba i... przychodzi grubsza chmura, która to przykrywa. 😑 Koniec opalania, możemy zwijać manatki. Pakujemy się, zaczynamy zejście w kierunku Jamnickiego Sedla. I wtedy, w końcu, uśmiech losu! Chmurki delikatnie się podnoszą, na tyle, że dostrzegamy zarys Rohacza Ostrego i fragmenty Doliny Jamnickiej i Rohackiej, morale szybują w górę, aparaty w dłoń, robimy parę zdjęć po czym siadamy i podziwiamy (skąpe, bo skąpe) widoki. Po chwili jednak, przychodzi ponownie chmurwa i to wszystko zasłania. No cóż, trzeba iść dalej. Rozpoczynamy podejście, siadamy okrakiem na rohackim koniu, później przechodzimy przez niezbyt wysoki kominek, pod którym ktoś zostawił kij z gałęzi (zabrałem go ze sobą) i po chwili meldujemy się na szczycie. Widoki jak na Grzesiu, jednak, co chwilkę odsłaniają się góry, więc pomykamy dalej. (Film poniżej nagrany na takiej ukośnej płycie, to nie Rohacki Koń. Szlak przechodzi na lewo poniżej tej płyty, co ogarnąłem, jak już na nią wszedłem 😛). VID_20190623_100616.mp4 Po ok. 45 minutach docieramy na Rohacza Płaczliwego. Nazwa bardzo adekwatna do pogody - gdyby zaczął wtedy padać deszcz to by naprawdę było "płaczliwo" 😛 Ku naszemu zdumieniu znowu wiatr trochę przegnał chmurki. Na tyle, że widzieliśmy Żarską Przełęcz i zbocza Smreka. Chłonęliśmy te widoki jak szaleni jedząc "obiad" - nieśmiertelna kiełbasa + chleb (w ogóle to ciekawe, rzadko wsuwam kiełbasę, ale w górach wchodzi mi wybitnie), żelki i batony. W tym czasie Igor robił to co do niego należało - zapadł w kolejną (na szczęście ostatnią😌), tego dnia drzemkę. Tak nam upłynęła kolejna godzina. Dobra, dochodzi południe, więc ruszamy dalej! Schodzimy z "płaczliwego" Rohacza Płaczliwego, a w międzyczasie znowu naszła chmura. Igor łącznie podczas tej wędrówki wyłapał już 3h snu (w sumie tyle co ja i Piter spaliśmy w nocy), więc zasugerowałem, żeby ruszył d*pę, bo nie mamy całego dnia. W odpowiedzi usłyszałem, że dalej spać mu się chce, ale już mu lepiej. Tak czy siak poszliśmy dalej z Piterem, ale delikatny wjazd na ambicję zadziałał. Po chwilę Igor nas dogonił i pozostałą część tripa szliśmy już razem 😛 Powoli dochodzimy do Smutnego Sedla, następnie zaczynamy podejście na Trzy Kopy. I tu się zaczyna cała zabawa. Łańcuchy ciągną się tutaj niemalże kilometrami. Jeden się kończy - kolejny zaczyna. Oczywiście, nie wszędzie są potrzebne, ale jednak w wielu momentach bardzo przydatne. Non stop idziemy góra, dół, góra dół. Która to kopa z Trzech Kop - nie mamy zielonego pojęcia. Widać tyle co nic, nie wiemy ile jeszcze przed nami, więc ten odcinek ciągnie się niemiłosiernie. W końcu wyciągam mapkę w telefonie, lokalizacja ON i analizuję izohipsy. Rozmowa w tym czasie wygląda mniej więcej tak: - Chłopaki, teraz w górę, ale zaraz w dół. - Za ile? - Za 10 minut mniej więcej. Po 10 minutach: - Łukasz, za ile ta część w dół?! - No nie wiem, za jakieś 10 minut! Kropka powoli leci po mapie. - Łukasz, miało być w dół! - To powinno być ostatnie podejście! I tak w koło Macieju 😛 Dodam jeszcze, że Igor to taki trochę "fan" łańcuchów. On od zawsze powtarzał "No ja lubię łańcuchy, można się trochę poczuć jak wspinacz". W pewnym momencie kończy się to żelastwo, idziemy 3 minuty po w miarę równej ścieżce, aż zza chmury wyłania nam się kolejne podejście - obite łańcuchami. Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak Igor wtedy się zatrzymuje, patrzy na nie i krzyczy: "K*rwaaaa, pie****one łańcuchy!" 😂 Także we wszystkim trzeba mieć umiar 😄 W końcu jakoś po 13 udaje nam się dotrzeć do Hrubej Kopy. Najciekawszym elementem panoramy był Krzyż zbudowany z nart i kijków. Czas nam ucieka, więc zmierzamy na 4. najwyższy szczyt Tatr Zachodnich - Banikov (swoją drogą, mega mi się podoba ta nazwa). Schodzimy kawałek w dół, metry powoli lecą, jednak przedostatniego naszego szczytu nie widać. Całe szczęście, że nie ma tu aż tyle tych fragmentów po łańcuchach, więc idzie się sprawniej. Według mapy to powinien być krótki odcinek, ale dla nas to niekończąca się opowieść. Ponownie wyciągam telefon. W teorii ostatnie 10-15 minut. Szczęśliwie mniej więcej w tym czasie udaje nam się dotrzeć. Jest takie mleko, że gdyby nie ludzie na szczycie i przewrócony szlakowskaz to nie wiedzielibyśmy, że na nim jesteśmy. Wyciągamy szamkę, chwilka odpoczynku. Zerkam na mapę: - Dobra chłopaki, teraz serio już tylko w dół. Według izohips chwila moment i dojdziemy na Banikovską Przełęcz. Jakieś 10-15 minut i jesteśmy. Pakujemy nasz bufet i niespiesznie ruszamy w dół zielonym szlakiem. Schodzi się przyjemnie. Mija 10 minut, przełęczy nie widać. Pada pytanie: - Łukasz, miała być przełęcz! - No pewnie jeszcze chwilka i jesteśmy! Schodzimy więc dalej. Nagle teren się wypłaszcza, żadnego odbicia zielonego szlaku w stronę Doliny Rohackiej nie widać, a co więcej! - zielone znaki każą nam się znowu wspinać w górę! - Łukasz, ku*wa, miało być w dół! Sam już trochę zdezorientowany wyciągam po raz kolejny telefon, włączam lokalizację i czekam, aż niebieska kropka zaczyta się na mapie. Po chwili wszystko stało się jasne. - Chłopaki XD mamy problem. Poszliśmy zielonym szlakiem ale nie w tą stronę XD. Musimy wrócić na Banikova i odbić w lewo. W odpowiedzi usłyszałem tylko krótkie "Ja pier*olę, znowu pod górę...". Cóż było począć - zwrot o 180 stopni i z motywacją sięgającą dna doliny mozolnie zaczęliśmy się cofać. Po około 15 minutach dostrzegliśmy szczyt Banikova, zaczęliśmy trawersować jego zbocze w lewo i po chwili wyszliśmy na docelowy szlak w kierunku Banikovskiego Sedla. Teraz poszło z górki. Po kilkunastu minutach zobaczyliśmy charakterystyczny czerwony daszek szlakowskazu. Doszliśmy do niego, pogratulowaliśmy sobie, upewniliśmy się czy na pewno TO zejście jest TYM zejściem i w dół, do Rohackich Ples (Plesów? nieważne, Stawów😛). Fajna droga zakosami po której dosyć szybko wytracało się wysokość. Mijaliśmy płaty śniegu, które na szczęście nie zalegały na szlaku (prócz jednego płaskiego miejsca). W końcu udaje też nam się wyjść z chmurwy, dzięki czemu widzimy nasz kolejny punkt trasy - rozejście Pod Hrubą Kopą. Na kilkadziesiąt metrów przed nim wchodzimy na skały by ominąć śnieg (bo kto wie jakie licho pod nim się kryje?). Po dotarciu do szlakowskazu, wlatuje małe co nieco, jednak chłopakom powoli kończy się woda. To oznacza, że lecimy już tylko na oparach z mojego bukłaka - nasz koniec jest bliski 😛 Ruszamy dalej - mijamy rozejście Pod Trzema Kopami i rozpoczynamy, hehe, podejście. Lubię podchodzić, ale w tym momencie wiele bym dał by te Stawy były jednak niżej niż my, a nie wyżej 😂 Mozolnie pniemy się w górę , całe szczęście, że już nie w chmurze, także chociaż możemy popatrzeć na Dolinkę. W końcu docieramy do Stawów (a raczej do pierwszego z nich - Wyżniego Stawu Rohackiego). Co mogę o nich powiedzieć - jest naprawdę pięknie. Cicho i spokojnie. Naprawdę dziko, trochę jak w jakiejś baśniowej krainie albo innych Bieszczadach. W zasięgu wzroku żadnej duszy, także w pięknych i pochmurnych okolicznościach przyrody wlatuje kolejny batonik. Kaczki chyba też były głodne, bo zaczęły do nas podchodzić, ale myślę, że dieta złożona ze snickersa nie jest tym, co kaczkom służy. Dalej już tylko w dół ku ogólnej uciesze 😄 Przechodzimy obok Pośrednich Stawów Rohackich, a następnie schodzimy do Niżnego Stawu Rohackiego. Mijamy chatkę THSu - wspominałem o niej na forum w dziale "Tatry Słowackie" - w której myśleliśmy czy by się nie skryć przed deszczem, bo właśnie zaczęło przelotnie padać. Było jednak całkiem wcześnie (jakoś koło 17), więc poszliśmy dalej. Swoją drogą z chęcią mógłbym mieć domek letniskowy w takich okolicznościach przyrody co ta chatka. Tak czy siak właśnie ruszył wyścig z czasem - my czy pragnienie, bo ostatnia kropla z mojego bukłaka wylądowała w moim żołądku. Na szczęście do schroniska było już bliżej niż dalej, a co więcej - na jakieś 10 minut przed schroniskiem można było uzupełnić wodę z czegoś na kształt wodopoju z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Nie ma to jak zimniutka, świeża, górska woda 😋 Jeszcze chwilka i dotarliśmy do Tatliakovej Chaty - położona w pięknej scenerii nad Stawem. Wparowaliśmy do środka, zaczęliśmy Wielkie Narodowe Suszenie przemoczonych ubrań, ale bufecik otwarty - żal nie skorzystać. Zerkamy w menu - ceny całkiem podobne jak w schroniskach w Polsce, można płacić w złotówkach, ale z przelicznikiem, że 1€ = 5 zł. Z tego co pamiętam to Piter brał jakieś parówki z chlebem, ja wziąłem rosół. Porcje jak w słoiku Bobovity, smacznie nie było, a mój "rosół" z rosołem wspólny miał tylko kolor. Tyle dobrze, że chociaż posiłki były ciepłe, dzięki czemu odnowiliśmy zapasy energii. Naładowani i troszkę wysuszeni opuściliśmy po prostu WSPANIAŁY (jak macie opcję, to bierzcie własne jedzenie😏) Bufet Rohacki i zaczęliśmy podchodzić pod Sedlo Zabrat. Po posiłku moc wróciła 😄 Bez zbędnego ociągania na przełęczy byliśmy po 40 minutach wchodząc z powrotem w chmurwę. Na przełęczy od razu w prawo - kierunek Rakoń. Wiało niemiłosiernie. Z nudów zaczęliśmy sobie krzyczeć do siebie, bo i tak nikt nas by nie usłyszał 😛 Podejście na ostatni szczyt strasznie się dłużyło. Pi razy drzwi po 45 minutach meldujemy się na Przełęczy Zawracie i rozpoczynamy zejście do Wyżniej Znienawidzonej Doliny. Tuż przed schroniskiem Wspólnota 8 Wsi jak zwykle rozwaliła szlak totalnie. Ponad 30+km zrobiłem suchą stopą, ale oni mnie nie zawiedli. Chlupało mi w bucie, aż do Siwej Polany. Schronisko minęliśmy około 21:00 więc już przykryte chmurami niebo ciemniało. Na szczęście teraz tylko szeroka autostrada do auta 😄 Na 2km przed końcem przyszedł deszcz. Ale nie przelotny. Lało konkretnie. W tej sytuacji, jak to mamy w zwyczaju, nie czekając na Igora, poszliśmy z Piterem swoim tempem. W aucie mycie stóp pozostałą wodą z bukłaka 😛, zmiana skarpet obuwia, ubrań i nocna jazda na 450 km. Głodni jak niedźwiedzie postanowiliśmy zrobić postój gdzieś za Zakopcem. Zatrzymaliśmy się na stacjo-mcdonaldzie. Pamiętam jak półprzytomny (słońce zasżło, więc mój organizm zaczął kłaść się spać bez udziału mojej woli) zamówiłem wtedy jakąś kanapkę na Orlenie. Uwielbiam jak sprzedawcy się wtedy dopytują "a może napój, a może kawa, a może guma do żucia, a kartę stałego klienta pan ma?", a ty, jedyne o czym marzysz, to po prostu ta kanapka. W planach mieliśmy zmieniać się co jakiś czas, by za kierownicą nie zasnąć. Pierwszy kierował Piter - dociągnął nas pod Kraków, ale chętnych na zmianę było brak, więc zaliczyliśmy drzemkę na parkingu. Później była kolej Igora - dociągnął aż za Rzeszów, po czym zmiana. Ostatnia część trasy należała do mnie, więc z Igorem otwieramy drzwi, wysiadamy i zgięci w pół (nogi ewidentnie oberwały 😛), zamieniliśmy się miejscami. W końcu szczęśliwie dotarliśmy 🙂 Ale sen w łóżeczku po czymś takim jednak wymiata 🙂 Tak się zakończyła pierwsza część wycieczki po słowackich Tatrach Zachodnich. Sorki za skąpą ilość zdjęć z tej trasy, ale mleko jest średnio fotogeniczne 😄 A co do czasu przejścia. Od auta do auta trasa nam zajęła jakieś 18h (w tym 3h spania 😄), a Garmin pokazał 43+ km nabite, także nie wiem co jest dokładniejsze - mapa czy Garmin. Mam nadzieję, że i tym razem fotorelacja się podobała. W przyszłości opiszę drugą część przejścia słowackich Tatr Zachodnich - od Siwego Wierchu do Salatina. A ostatnia, trzecia część nie wiem kiedy się pojawi, bo w tym celu muszę przejść odcinek Salatin - Banikovskie Sedlo 😛Pawdopodobnie będzie to pierwsza trasa jaką zrobię, gdy wrócę w Tatry 😄 P.S. Spokojnie, nie zostawialiśmy naszego śpiocha samemu sobie. Zawsze na niego czekaliśmy na szczycie, a gdyby się nie pojawił to byśmy po niego wrócili 😛 A jeśli faktycznie by nie miał sił to byśmy zawrócili 😉 P.S. 2. Podobno na tej trasie jest dosyć spora ekspozycja, czego nie mogę potwierdzić, ani zaprzeczyć, gdyż po prostu wiele nie widziałem 😂
  23. 8 points
    Obawiam się, że w tym roku z pogodą w Tatrach to jest tak:
  24. 8 points
    Fajny portal, fajni ludzie 🙂 Super relacje z wycieczek i piękne zdjęcia 👍 Mniej doświadczeni mogą się dużo dowiedzieć a bardziej obeznani z górami podzielić wiedzą i doświadczeniem. Mam nadzieję że zobaczę tu jeszcze mnóstwo świetnych zdjęć i przeczytam wiele Waszych relacji. A wszystkim Tatromaniakom życzę pięknych wycieczek w Tatry i nie tylko 😘
  25. 8 points
    Tatromaniacy trzymajmy się 💪💪💪💪. Fajne miejsce ten portal i oby trwał jak najdłużej👌👌
  26. 8 points
    Na Rusinowej Polanie. Tak przy okazji w tamtejszej bacówce mają najlepsze oscypki;-)
  27. 8 points
    Nie musiałem czekać 3 tygodni, dziś jak na razie pięknie 🙂
  28. 8 points
    To był październik 2018, na dole piękna jesień a na górze już zims😍 Poniższe zdjęcia zrobione z Rakonia i z Grzesia
  29. 8 points
    Mój październikowy Wołowiec
  30. 8 points
    Witajcie, wczoraj odkryłam tą stronę i forum, ale dopiero dziś zauważyłam ten wątek i postanowiłam się grzecznie przedstawić 🙂 Mam na imię Magda, jestem z Gdańska i uwielbiam tatry od dziecka. Zakochałam się w nich zupełnie gdy w wieku 13 lat mój tata zabrał mnie na kilku dniową wyprawę z nocowaniem w schroniskach i zdobyciem Rysów. Teraz, jako dorosła, staram się od czasu do czasu w miarę możliwości wrócić do tamtych czasów. Do zobaczenia na szlaku!
  31. 7 points
    To było wczoraj czyli 1 lipca. Trasa z Kuźnic przez Świnickią Przełęcz, Liliowe, Beskid, Kasprowy, Goryczkową Czubę, Kopę Kondradzką, Kondradzką Przełęcz do Kuźnic. Przygód i kotów😏 na szlaku brak (w okolicach Goryczkowej Czuby spotkałam jaszczurkę ale była tak malutka że to chyba się nie liczy) za to widoki przy wczorajszej lampie były naprawdę nieziemskie. Gdziekolwiek spojrzałam wszędzie widziałam Krywań😂 Szlak dosyć łatwy, tylko w niektórych miejscach trzeba było użyć czterech kończyn i ewentualnie tyłka. Przejście zajęło nam ok 8h ale trzeba wliczyć w to moje stałe zagapianie się na zielone stawki, Krywań i inne takie... no i oczywiście foty, żeby można się było pochwalić 😋
  32. 7 points
    😁 co niektórym z Was pogody a przede wszystkim widoków ze szczytu to zazdroszczę.... Własciwie powinnam tą wycieczkę opisać chyba w temacie "wycofy" ale naprawdę nie mogłam znaleźć 😂😘 A więc tak pogode sprawdziłam dzień wcześniej a nawet śledziłam od kilku dni i w piątek miały być burze na Sławku po 15.... więc ułozyłam to tak: wchodzimy niebieskim szlakiem z samego Smokowca aż na gorę i schodzimy niebieskim potem czerwony na Hrebieniok ( miałam zamiar jeszcze odwiedzić Bilikovą chate ) i kolejką na dół ( jak już będzie padać,może mogłam na odwrót to zrobić 🙄) Dzień zapowiadał się gorący i tak też było, ale jakies takie ciężkie chmury co to zasłaniały piękne widoki co chwila się pojawiały, albo celniej raz na jakis czas te widoki odsłaniały. Początkowo idziemy przez las.... no tutaj zaciekawie nie jest, idziemy tak przez około godzinę cały czas pod górę ( jak to w górach) 😂 Po wyjściu z lasu dochodzimy do punktu widokowego tzw. Maksymilianki skąd pięknie prezentuje się oczywiście Łomnica i wiele innych perełek ( mnie najbardziej oczarowała Pośrenia Grań 😍 aaach - marzenie). Pięknie widzimy stąd też Stary Smokowiec i inne słowackie miasteczka. Od tego miejsca już pod sam szczyt idziemy cały czas ostro w górę po różnej wielkości mniejszych bądź większych kamieniach. Widoki cały czas są z nami ... ( gdyby nie te chmury) 😂🙄 ale co jakiś czas coś się pokazało. Idzie się faktycznie mozolnie i długo w górę a Sławka jak nie ma tak nie ma.... jak już się pokazał właściwy wierzchołek ( bo widząc kilka wzniesień myślałam ze to już jest szczyt 😂) zrobiło się biało, zaczęło kropić i gdzieś w oddali słychać było grzmoty... Oczywiście idziemy twardo na szczyt bo do 15 jeszcze daleko ... deszczyk przestał padać więc spoko. Po jakims czasie rozpadało się niemiłosiernie, ale idziemy do przodu... rozpętała się burza ... pod samym szczytem ... moze 10/15 minut a moze mniej przemoczona do suchej nitki z mężem postanowilismy zawrócić... 😭 wtedy tam słysząc te grzmoty i widząc błyskawice a i grad ktory myslałam ze rozwali mi gołe nogi (miałam spodenki) myślałam tylko o tym żeby znaleźć się na dole i jeszcze nie pobłądzić ... schodziłam z kałużami w butach @Mnich Moderator 😂 Gdzies tak koło punktu widokowego przestało padać i zrobiło się ładnie a mnie dopadła jakas spora dawka dobrego humoru bo nie przestawałam się śmiać z różnych dowcipnych historii które to mąż snuł ... np stwierdził ze już nigdy nie zaufa kobiecie i jej prognozom pogodowym 😂 i takie tam rożne miał zabawne anegdoty ... Trochę szkoda że tego krzyża nie dotknęłam... moze wrócę w zimę 😊
  33. 7 points
    Już mamy lato, w Tatrach gdzieniegdzie wyżej jeszcze późna wiosna, no i zadziałało u mnie pewne prawo przekory, czyli...chciałoby się trochę zimy, która w tym roku nie była jakaś szczególnie pogodna. No, może pomijając czas pandemii, kiedy zamknięci w domach oglądaliśmy na kamerkach TOPR-u piękną aurę w zamkniętych naszych ulubionych. Teraz do rzeczy 😉 18.01. potrzeba założenia raków i wbicia czekana okazały się silniejsze ode mnie, dlatego równiutko o 6.00 zameldowałem się w Kuźnicach. Początkowo cel był jeden - dojść do Murowańca i tam zdecydować gdzie iść dalej. Wybór padł na szlak przez Boczań. Już na rozejściu szlaków zielonego (na Nosalową Przełęcz) i niebieskiego raki poszły w ruch. Zmrożony śnieg i lód równo pokrywały szlak. Tup tup tup i już Hala Gąsienicowa, której nikomu przedstawiać nie trzeba. Pogoda wspaniała. W Murowańcu sporo osób, ale to głównie uczestnicy różnego rodzaju kursów zimowych. Krótka przerwa na kawę i chwilę do namysłu. Spotykam zaprzyjaźnionego TOPRowca więc już po kilku chwilach jest decyzja: Zadni Granat. Ruszam z Murowańca w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Na wysokości Małego Kościelca ponownie raki w ruchu. Jeszcze chwileczka i docieram do Stawu. Chwilka podziwiania widoków i wio dalej. Tafla Stawu wbrew pozorom mocno zamarznięta, wg spotkanego instruktora jednej ze szkółek górskich grubość pokrywy wynosi 60 cm. Już za Stawem ścieżka rusza do góry i prowadzi w stronę Zmarzłego Stawu. Idzie się przyjemnie, w kilku miejscach czekan przydatny. Osiągam Zmarzły Staw. Chwila zastanowienia - może jednak Zawrat...hmm, nie, pierwsza myśl najlepsza 😉 zatem do góry 😉 Po kilkunastu minutach osiągam Kozią Dolinkę, stąd już podobnie jak letnim szlakiem, widać ślady prowadzące na szczyt. Podchodzi się całkiem przyjemnie aż do mniej więcej 3/4 wysokości góry. Powyżej tej wysokości mocno operuje słońce, a śnieg staje się grząski i przepadający. Im bliżej grani, tym śniegu jest coraz mniej. Na szlaku pojawia się coraz więcej osób, ale co warto zauważyć, wszyscy dobrze przygotowani. Jeszcze trochę trudu i... jeszcze kilka kroków...jest! Widoki z góry palce lizać, zarówno na stronę Doliny Pięciu Stawów, jak i w stronę Hali Gąsienicowej. Dobra, to jak z tym zejściem...przez chwilę przez głowę przechodzi szalony pomysł, aby dojść do Skrajnego i tamtędy zejść na dół, po chwili zastanowienia odrzucam jednak ten pomysł, przypominając sobie jak to wyglądało patrząc od strony Czarnego Stawu. Tak więc ruszam w drogę powrotną. Początkowo w coraz bardziej miękkim i przepadającym śniegu, później już w cieniu więc śnieg stał się przyjemniejszy, aż do Zmarzłego i w zasadzie to myślami już w zatłoczonym Murowańcu na zasłużonym obiedzie. Wydawać by się mogło, że już nic się nie wydarzy...niestety, nie było tak pięknie. Już w charakterystycznym kominku za Zmarzłym Stawem z lekkiego letargu wyrwał mnie jakiś dziwny odgłos, ni to jęk, ni to krzyk. Odruchowo przyśpieszyłem zejście i spojrzałem w stronę groźnie stąd wyglądających zboczy Skrajnego Granata. Na śniegu czerwony pasek, widać kogoś leżącego, 2 osoby schodzą do poszkodowanego. 7-8 minut później jest już TOPRowski Sokół. Sądząc po reakcji ratowników, stało się najgorsze...śmigło odlatuje i siada na morenie Czarnego Stawu na jakieś 15 minut, po czym wraca i zabiera poszkodowanego. Do Murowańca docieram w podłym nastroju, cała radość ze zdobycia Zadniego gdzieś uleciała...myślałem, że długo w Tatry nie wrócę, stało się jednak inaczej 🙂 Ta wycieczka na długo utkwiła mi w pamięci.
  34. 7 points
    Byłam 2 lata temu. W tym roku jadę z kuzynką która pierwszy raz odwiedzi Tatry więc Rusinowa z Gęsią obowiązkowo 😁
  35. 7 points
    Też coś dorzucę. Dopiero po zdjęciach widzę, że zawsze jestem tam w brzydką pogodę. Ładną zwykle wykorzystuję na coś konkretniejszego: Wiosna: Lato(późne): Jesień(wczesna): Zima:
  36. 7 points
    Jest pod Wielką Krokwią co rodzaju mini zoo tam są oswojenie a wręcz pozują do zdjęć.
  37. 7 points
    Cześć Sylwia🙂 Lubię Krzyżne i byłem na tej przełęczy kilka razy.Możesz się wybrać z Doliny Pięciu Stawów lub ruszyć z Murowańca. A cha oczywiście kończąc Orlą Perć także wylądujesz na Krzyżnem😀. Ja lubię wszystkie warianty i chętnie sobie tam dreptam🚶‍♂️.Zdarzało mi się słyszeć opinię,że szlak od Murowańca się dłuży i jest monotonny.Ja go lubię i mi pasuje. Lubię Czerwony Staw i często tam robię postój aby łyknąć kawy.To naprawdę piękne miejsce. Kiedy będziesz startować z Murowańca czekać Cię będzie ze dwie godziny marszu nim dojdziesz do ostatniego podejścia na przełęcz. Tam czeka Cię niezła wyrypa,można się rozgrzać😉. Zimą wchodzi się w rakach z pełnym wyposażeniem zimowym.I ja lubię lubię właśnie zimowe Krzyżne. Latem musisz uważać na obsuwające się kamienie.Jakby to powiedzieć...szlak jest nieco sypki,obsuwający się.W zeszłym roku widziałem jak "pojechał" jeden facet na tych kamieniach.Na szczęście skończyło się na potłuczeniach. Przy podchodzeniu a zwłaszcza przy schodzeniu w dół trzeba się skoncentrować i uważać. Po deszczy wiadomo będzie ślisko i trudniej. Gdy będziesz kończyła Orlą Perć i będziesz nieco zmęczona,twe nogi mogą już "puszczać" i będą odczuwać trudy wędrówki. Czeka Cię zejście z Krzyżnego do Doliny Pańszczycy i właśnie wtedy trzeba się skupić i ostrożnie zejść. Szlak może być nieco męczący,zwłaszcza w końcowym etapie ale warto się wybrać na Krzyżne bo widoki są wspaniałe🙂. Mam nadzieję,że odrobinę Ci pomogłem. Hej🖐️
  38. 7 points
    Też latałem troszkę wokół Tatr i innych górek 🙂 Nawet nad termami byłem! 😀 Szkoda tylko, że samolotem nad Tatry wlecieć nie można 😏 Ale od tego są szybowce 😛 EDIT: Kasia, jeśli Twoje zdjęcia są początku czerwca, to moje też są z początku czerwca, ale 2019. Fajnie widać, jak lata potrafią się różnić, jeśli chodzi o okres występowania pokrywy 😀
  39. 7 points
    Wspaniałe miejsce dla każdego kochająćego góryy 😄 wszystkiego dobrego i kolejnych pięknych, baardzo ogrągłych jubileuszy
  40. 7 points
    Dzięki wszystkim za tak miłe słowa 🙂 Krzysiek
  41. 7 points
    Większość aparatem - Sony RX-100, super kompakt na moje amatorskie potrzeby 🙂 tu forum jeszcze ucięło rozmiar zdjęć, ale i tak są ok 😛 Nie ma zupełnie 🙂 maleńko śniegu było na szlaku w dół do Zielonego Stawu, ale to dosłownie 4 kroki 🙂 W większą konsternację wprawiło mnie za to to miejsce 😄
  42. 7 points
    Łanie na Kalatówkach.
  43. 7 points
    A dzisiaj takie oto spotkanie.
  44. 7 points
    @Kasia K @Zośka Moje z czwartku(Pogoda była, ale do 8.45, zdjęcie jest z 9-już z zejścia): Statystycznie w czerwcu jest 26 dni pochmurnych więc chyba z pogodą wszystko w normie😈
  45. 7 points
    W ten weekend schronisko Głodówka oferuje darmową kawę z pięknym widokiem na Tatry dla każdego kto przyniesie ze szlaku worek ze śmieciami. Worki oraz rękawiczki udostępnia schronisko a każdy kto będzie chętny wziąć udział w akcji ma zagwarantowaną nie tylko pyszną kawę za darmo ale także możliwość wejścia na niedostępny dla przeciętnego turysty taras widokowy w schronisku PTTK Morskie Oko. Jeśli będzie duże zainteresowanie to kolejne akcje będą nagradzane bezpłatnym przejazdem tyrolką lub udostępnieniem przez schronisko rowerów turystycznych. Myślę że to fajna akcja i być może mi też się uda załapać na tę kawę 😉
  46. 7 points
    @Kacha w sobotę szłam po Twoich śladach 😉
  47. 7 points
    Krótki filmik z Wierchów - 06.06.2020 VID_20200606_151558.mp4
  48. 6 points
    No to została jeszcze jedna dolina odchodząca od Koprowej czyli Hlińska. Jako jeden z wariantów dojścia do Koprowego Szczytu, być może najatrakcyjniejsza z odnóg Koprowej, chociaż zazwyczaj bezludna. Szczególnie atrakcyjna na samym początku sezonu gdy jest pełna kwiatów. Powyżej wejście do Hlińskiej. Początkiem lata dobrze jest mieć nieprzemakalne i wyższe buty bo szlak dalej wiedzie brzegami potoku i bywa mokro miejscami. Za to idziemy cały czas wzdłuż muru Hrubego, który przypomina troszkę ścianę Jaworowych. Za pierwszym razem spotkaliśmy w dolinie tylko kozice i świstaki ( dużo bardziej płochliwe niż w uczęszczanych miejscach) Następnym razem już przy schodzeniu minęliśmy parę turystów podążających w stronę Koprowej Przełęczy. Szczerze mówiąc to po zejściu z Koprowego z prawdziwą ulgą uciekłem z ludnej i gwarnej przełęczy w cichą Hlińską - już kilkadziesiąt metrów dalej panowała błoga cisza 🙂 Można zrobić pętelkę Koprowa - Hlińska - Szczyrbskie Pleso, ale do tego potrzeba albo dwóch aut, albo przejazdu taksówką ze Szczyrbskiego, bo transport publiczny na tym odcinku w zasadzie nie istnieje.
  49. 6 points
    Chyba się Słowacy przestraszyli naszej petycji 😄
  50. 6 points
    Kozica na Kozim Wierchu 😃 Zdjęcie zrobione przez @Stopa. Pod szczytem dowiedziałyśmy się, że jest dosyć znana - szczególnie z tego, że "wszystkich ma gdzieś" - my nie byłyśmy wyjątkiem, nie odwróciła się przodem nawet na sekundę 😎
×
×
  • Create New...