Jump to content

staroń

Member
  • Content Count

    137
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    2

staroń last won the day on July 26

staroń had the most liked content!

Community Reputation

711 Excellent

Recent Profile Visitors

1,022 profile views
  1. Póki co cięzko stwierdzić, plany na sierpień i wrzesień nie zmieszczą chyba samotnego wyjazdu z bieganiem, może październik, zobaczymy 😉 Nie mam niestety porównania z jakimikolwiek innymi butami do terenu, ale te sprawdzają się całkiem ok jak na moje specyficzne stopy. Amortyzacja i stabilność w trzymaniu stopy na tyle dla mnie dobre, że na Kozi i Kościelec je ubrałem, a co 😛 plus mało się ślizgają, minus za to taki, że wejdę w kałużę i już mokro 😉 chciałbym się rozkręcić z tym bieganiem w terenie i wtedy coś naprawdę fajnego założyć, ale to na spokojnie, małymi kroczkami 😉
  2. staroń

    Świnica

    Stało się 🙂 i ja stanąłem dziś na tym pięknym szczycie 🙂 muszę przyznać, że lekki stres przed wejściem był, ale okazało się, że niepotrzebnie. Świnica zawsze groźnie patrzyła na mnie, gdy byłem gdzieś na Gąsienicowej czy na Kasprowym, czekając na swoją kolej, dziś, gdy nadszedł dzień próby, okazało się, że strach ma wielkie oczy 🙂 Wstępny plan był taki, żeby jednak wjechać na Kasprowy i przy jak najmniejszej liczbie ludzi i jak najwcześniej wejść na szczyt. Rzeczywistość okazała się nieco inna - tłum pod kolejką zniechęcił nas do czekania na wjazd i zachęcił do obrania szlaku przez Myślenickie Turnie. Rozszerzona o Kasprowy wycieczka okazała się ciekawa na każdym etapie, w ogóle przez te Myślenickie dawno nie szedłem a to taka fajna trasa 😛 i jaka szybka! Samo podejście od Świnickiej Przełęczy trzymało w lekkim napięciu, ale bardzo pozytywnym 🙂 jedynie końcówka taka sobie i tu się zgodzę z przedmówcą: Pod górę skorzystałem z łańcucha, ale był to moment, w którym na chwilę wstrzymałem oddech, nie czując się komfortowo. Schodząc stwierdziłem, że już nie chcę tego powtarzać i poszedłem chyba tą samą trasą, jak dla mnie dużo prostszą i bez kolejek na łańcuchach. My daliśmy radę, natomiast Świnica, cóż, w pewnej kwestii, nie 😄 nie udalo jej się zająć czołowego miejsca w rankingu najbardziej porytych szlaków. Lider wciąż należy do Zawratu z Gąsienicowej, no jakoś mnie przeryła psychicznie ta trasa.. . 😄 gdzieś tam Kościelec próbował gonić, ale przez ostatnie wejście jego notowania się poprawiły i Zawrat, przynajmniej do powtórki, niezagrożony 😉
  3. Bez przesady, rano Dolina Chochołowska jest znośna, bo mało ludzi. Poza tym płynie potok, jest przyjemnie, sama Polana też się ładnie prezentuje. tylko trochę długo się idzie i traci energię, dlatego taki rower, traktor czy bieganie to dobra opcja 😛 za to nie lubię jej jako opcję na powrót, ze względu na zbyt duży tłok. Na ten moment nic specjalnego - Saucony Excursion Tr13, wygodne a chciałem coś budżetowego, jak się rozkręcę to zainwestuję w coś konkretniejszego 😉
  4. Dwa dni później, w piątek, wstałem nad ranem i znów wybrałem się w Tatry Zachodnie. Tym razem wystartowałem z Kuźnic. Przez myśl przeszło mi wejście na Giewont, jednak gdy dotarłem do Kondrackiej Przełęczy i zobaczyłem ile ludzi idzie w tamtym kierunku, odpusciłem. Zamiast tegp, skierowałem się w stronę Kopy Kondrackiej i reszty Czerwonych Wierchów. Po dotarciu na Ciemniak uznałem, że wolę wrócić do punktu wyjścia niż wracać przez Kościeliską i brać busa, wróciłem więc na Kopę Kondracką. Pogoda była na tyle dobra a ja czułem się na tyle dobrze, że wróciłem do Kuźnic, ale szlakiem przez Kasprowy i Dolinę Gąsienicową 😉 na krótko przed Murowańcem zaczęło padać, jednak udało się dotrzeć do schroniska, przeczekać najgorsze i bezpiecznie wrócić na dół przez Boczań. Kolejna pętelka i znów około 30 km i prawie 2 tys m pod górę, fajnie, że i tym razem pogoda dopisała, warunki były jak dla mnie idealne na takie dłuższe spacery 😉 Wycieczka potwierdziła, że Czerwone Wierchy i szlak na Kasprowy to jedna z moich ulubionych tras, polecam każdemu, kto jeszcze nie miał okazji, naprawdę warto 😉
  5. Nie minęły 2 tygodnie od ostatniego wyjazdu a już pojawiła się okazja do następnego 🙂 3 dni wolnego, optymistyczne prognozy pogody, znajomi z zaklepanym noclegiem, nic tylko spakować plecak i ruszać, co tez, bez dłuższego namysłu, uczyniłem 😉 Pobudka we środę nad ranem i jazda - plan na ten dzień zakładał pętelkę po Tatrach Zachodnich, zameldowałem się więc na parkingu na Siwej Polanie, ubrałem buty do biegania i ruszyłem... muszę przyznać, że to fajna sprawa pokonać Chochołowską dużo szybciej niż to przewiduje szlakowskaz, bowiem około 40 minut od wyruszenia z parkingu byłem już na Polanie 🙂 zaczęło się przejaśniać, odbyłem więc krótką wizytę w schronisku i kierunek Grześ, Rakoń a na koniec Wołowiec. Tę część zrobiłem biegowo, wyszło chyba całkiem nieźle jak na początkującego, całość z Siwej Polany i kilkoma przerwami zajęła mi ok 3 godziny 😉 po nieco dłuższej przerwie skierowałem się w stronę Jarząbczego Wierchu, tutaj już normalnym tempem, szedłem bowiem po raz pierwszy tą trasą, wolałem skupić się więc na widokach, miałem też sporo czasu. Droga na Jarząbczy baaardzo mi się podobała, widoki przepiękne, samo podejście dość mozolne, góra od strony Wołowca prezentuje się znakomicie, choć sprawia wrażenie trudnej do pokonania. Przyznam, że się zasapałem, ale miałem już za sobą ponad 15 km i krótką noc, więc wybaczam sobie 😛 Panorama ze szczytu warta jest jednak każdego wysiłku. Na Jarząbczym spędziłem nieco czasu, zanim ruszyłem w dalszą drogę, obejmującą jeszcze dwa szczyty - najpierw Kończysty a potem Starorobociański Wierch. Na tym drugim niestety warunki się pogorszyły, najwyższy polski szczyt Tatr Zachodnich przykryła spora ilość chmur, więc widoków szalonych nie było. To nic, na pewno jeszcze tam wrócę, jak nadarzy się okazja 🙂 jeszcze tylko droga na Siwy Zwornik a stamtąd prosto do Chochołowskiej, znienawidzonym od pierwszego przejścia szlakiem. Tym razem było nieco lepiej, bo nie było tyle błota, jednak i tak raczej nie polubię tej drogi, ze względu na początkowy, kamienisty odcinek. Na Siwą Polanę dotarłem po ok 9h od startu, zmęczony, ale bardzo zadowolony z pokonania ponad 30 km trasy i ponad 2 tys m przewyższeń 😉
  6. @tatromaniak Super opracowanie, jasno przdstawione i ciekawe, czyta się bardzo szybko :) jestem na tak :)
  7. staroń

    Bieszczady

    Powoli zaczynam planować wrześniowy długi urlop i przeszło mi przez myśl, żeby wybrać się na kilka dni w Bieszczady. Przyznam szczerze, że odkąd 3 lata temu wyruszyłem w góry, większą część czasu spędzam w Tatrach. Teraz zamarzyło mi się trochę poszerzyć horyzont i wybrać gdzieś indziej. Tak patrzę z ciekawości na noclegi i booking pokazuje mi w pierwszym tygodniu września terminy w miejscach dosyć odległych od Ustrzyk Górnych a stamtąd chyba najłatwiej o start na szlaki. Może macie coś sprawdzonego, co możecie śmiało polecić? Nie mam dużych wymagań. Podróżuję autem, jednak fajnie by było, żeby nie tracić czasu na dojazdy.
  8. staroń

    Babia Góra

    Ja, dosyć orzypadkowo, trafiłem na Babią wczoraj, po ponad 10-letniej nieobecności 🙂 z racji niedużej ilości czasu spowodowanej ową spontanicznością, wszedłem i zszedłem tą samą trasą, mianowicie czerwonym szlakiem z Krowiarek. Trasa przyjemna, widoki ciekawe, mimo, że Tatr, aż tak idealnie jak bym chciał, nie było widać. Muszę wrócić w te rejony, jak będę miał więcej czasu, żeby sprawdzić inne szlaki w okolicy 😉 Aha, i koniecznie muszę wejść tam w zimie 🙂
  9. Z towarzystwem ciężko było zrobić coś więcej poza chodzeniem, bieganie jeszcze nadrobię 🙂 faktycznie te Zachodnie, jak warunki pozwolą, może się uda zrobić w taki sposób 🙂
  10. W końcu nadszedł długo wyczekiwany wyjazd – tym razem nie samotnie a w towarzystwie dwójki wspaniałych ludzi. Wypad w pierwszej wersji miał się odbyć w kwietniu, jednak ze względu na pandemię i zamknięcie granic, musieliśmy poczekać do lipca. Wyjątkowo zależało mi na powodzeniu tego wyjazdu, w ciągu ostatnich dwóch lat w tym składzie byliśmy w Tatrach 3 razy, jednak za każdym razem pogoda krzyżowała nam plany. Miałem nadzieję, że tym razem będzie inaczej i wrócę z gór z poczuciem dobrze wykorzystanego czasu. Prognozy co prawda nie napawały specjalnym optymizmem, jednak już wielokrotnie miałem okazję się przekonać, że pogodowe przewidywania to jedno a rzeczywistość – drugie. Co ma być, to będzie – pomyśleliśmy i pojechaliśmy. W związku z tym, że przez pierwsze dwa dni towarzyszyła nam jeszcze jedna osoba, która w górach wcześniej nie była, w dniu przyjazdu wybraliśmy się na Halę Gąsienicową i Kasprowy Wierch. Muszę przyznać, że uwielbiam to miejsce, widoki za każdym razem powalają i lubię tam wracać, pomimo tłumów. Przez większość dnia pogoda była dla nas bardzo łaskawa, jedynie późnym popołudniem nadeszły prognozowane opady. Sytuacja zmieniła się na tyle szybko, że musieliśmy skorzystać z kolejki. Nie przepadam za tym środkiem transportu, jednak uznaliśmy, że bezpieczeństwo przede wszystkim i nie ma co ryzykować nawet zwykłym przeziębieniem, które mogłoby zepsuć resztę wyjazdu Wtorek przywitał nas na tyle niepewnymi warunkami, że jedyne na co nas było tego dnia stać, to wizyta na Krupówkach. Cóż, taki luźniejszy dzień też ma sens, zdołaliśmy bowiem nabrać sił na kolejne wyprawy, ja z tym większego problemu nie mam, ale moi towarzysze w górach bywają rzadziej i to na ich samopoczucie zwracałem największą uwagę. Wieczorem uznaliśmy, że kolejny dzień zaczniemy od wizyty w Dolinie Pięciu Stawów i spróbujemy wejść na Kozi Wierch. Plan na środę zrealizowaliśmy w 100%. Na Kozim byłem w zeszłym roku w podobnym czasie, wtedy widoczność była idealna, tym razem było nieco słabiej i dosyć chłodno, ale warunki nie zdołały ostudzić naszych zapałów. Podczas wejścia szczyt na zmianę pojawiał się i znikał w chmurach, jednak gdy już osiągnęliśmy wierzchołek, warunki były zadowalające. Podtrzymuję zdanie, że jest to bardzo ciekawa góra z przepięknymi widokami a sam szlak z Palenicy przez Dolinę Roztoki niesamowicie różnorodny, taki, który zadowoli nawet najbardziej wybrednego towarzysza podróży. Ekipie szlak się bardzo podobał. Szkoda trochę, że dopiero dzień później została otwarta droga znad Morskiego Oka bo powrót przez Świstówkę mógł być bardzo fajnym uzupełnieniem wycieczki. Z drugiej strony nie ma co wybrzydzać, mocno zmęczeni, ale w doskonałych nastrojach, wróciliśmy do Zakopanego, gdzie zaplanowaliśmy kolejny dzień. W czwartek w końcu udało mi się przepchnąć temat Tatr Zachodnich. Bywam w nich dosyć rzadko i bardzo zależało mi na tym, żeby podczas tego wyjazdu choć raz udać się w tamte rejony. Moi współtowarzysze chyba mieli na ich temat błędne mniemanie, bo kręcili nosem na każde moje wspomnienie, jednak w końcu zaakceptowali moje wskazanie na Trzydniowiański Wierch, jako dobrą opcję na „luźny” dzień i rozgrzewkę przed piątkiem. Niechęć mógł spotęgować również fakt, że trzeba było przejść Doliną Chochołowską i dosyć stromym podejścien, co przy ich zakwasach, było z pewnością sporym wyzwaniem. Finalnie chyba nie wyszło źle, w obie strony skorzystaliśmy z ciuchci, trasa na szczyt spotkała się z dobrym przyjęciem, widoki i charakter szlaku zachęciły natomiast do kolejnych wizyt w tej części Tatr. Ja sam mam nadzieję w przeciągu około dwóch tygodni zaliczyć pętelkę od Grzesia przez Wołowiec i Starorobociański, chęci są, wolne też się znajdzie, zadecyduje, jak zwykle – pogoda, cóż, pożyjemy, zobaczymy. Wyjazd zbliżał się do końca, jednak zanim spakowaliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy w stronę Krakowa, została jeszcze jedna góra do zdobycia. Kościelec, bo o nim mowa,już dawno chodził nam po głowie. Ja sam byłem na nim prawie 2 lata temu, wtedy wchodziłem w pojedynkę i muszę przyznać, że z towarzystwem i do tego tak zacnym, to zupełnie inne doznanie. Pogodę mieliśmy świetną, chociaż od Karbu tak wiało, że niektórzy zastanawiali się, czy uda się wejść na sam szczyt. Weszliśmy. I znów miałem okazję doświadczyć tego uczucia, gdy zdobywa się szczyt po przełamaniu własnych słabości. I znów zastanawiałem się, jak ja stamtąd zejdę (na szczęście na szczycie nie byłem osamotniony), co zwykle idzie mi gorzej niż wchodzenie. I znów okazało się to względnie proste. W ogóle nie taki ten Kościelec straszny, jak go malują. Moi towarzysze byli chyba podobnego zdania, gdyż na koniec dziękowali mi, że ich tam zabrałem, mimo że pierwsze komentarze nie były zbyt przychylne. Zgodnie przyznaliśmy, że na Kościelec w przyszłości na pewno jeszcze wrócimy. Po powrocie na Karb pozostało nam zejście do Zielonej Doliny i powrót przez Halę Gąsienicową i Dolinę Jaworzynki. Ostatnie spojrzenie na przepiękną Halę w stronę Koziego i Kościelca, zdobytych podczas tego wyjazdu oraz na Świnicę, która jest moim kolejnym celem i trzeba było się pożegnać z górami, przynajmniej na jakiś czas… Wyjazd zdecydowanie spełnił moje oczekiwania, bardzo się cieszę, że pogoda dopisała, bo dobrze wiem, że ona sama może zniweczyć najbardziej ambitne plany, choćby wszystko inne się super układało. Fajnie, że udało się pokazać towarzyszom nowe dla nich miejsca i jeszcze bardziej zachęcić do kolejnych wyjazdów. Szkoda, że z racji odległości podobne wycieczki odbywają się dosyć rzadko, ale tym bardziej będę czekał na kolejną wyprawę. Dla takich chwil zdecydowanie warto żyć i realizować swoją górską pasję!
  11. Zobaczymy, jak się moja przygoda potoczy 🙂 biegam dopiero od lutego, także jestem na początku, mam nadzieję, ciekawej drogi 🙂 ale racja, bieganie po prostym i to jeszcze w mieście, nie należą do najciekawszych dla oczu. Dlatego jak zwiększę dystans to się zaczną wycieczki, także w góry, taki jest plan 😉
  12. @Luk_ super sprawa! Na początku roku kumpel mi powiedział, że warto się zainteresować bieganiem, a skoro chodzę po górach to bieganie po górach to już w ogóle odlot. Zacząłem krótsze trasy (tak do 10 km póki co) po mieście a podczas ostatniego wyjazdu z nastawieniem na bieganie zdobyłem Sarnią Skałę i Halę Gąsienicową. Wiem, że blisko i niewysoko, ale jak na początek to myślę, że ok miejscówki 🙂 a co najważniejsze, spodobało mi się i chcę to kontynuować w miarę możliwości 🙂Twoja trasa jest na liście "do zrobienia", ale muszę jeszcze trochę potrenować wytrzymałość 🙂
  13. Nie ma, nie ma, jak dobrze pójdzie to za 2 tygodnie z kawałkiem powinienem na Kościelec zawitać, więc miło, że już letnio 🙂
  14. Większość aparatem - Sony RX-100, super kompakt na moje amatorskie potrzeby 🙂 tu forum jeszcze ucięło rozmiar zdjęć, ale i tak są ok 😛 Nie ma zupełnie 🙂 maleńko śniegu było na szlaku w dół do Zielonego Stawu, ale to dosłownie 4 kroki 🙂 W większą konsternację wprawiło mnie za to to miejsce 😄
  15. Na czerwcowy wyjazd czekałem z wyjątkowym utęsknieniem, zamknięcie Tatr i hoteli sprawiło, że przepadły mi wyjazdy w marcu i kwietniu a co za tym idzie - w górach na dłużej nie gościłem od 5 miesięcy, co dla mnie jest wiecznością 🙂 Odliczałem dni, planowałem trasy i... ostatnie słowo, jak zwykle, miała pogoda. W Tatrach aura jest kapryśna, lecz w najczarniejszych koszmarach nie spodziewałbym się, że tak się sprawy potoczą. No dobra - zarówno rok, jak i dwa lata temu, gościłem w Zakopanem w podobnym okresie i było mokro, ale z reguły po czasie wychodziło słońce, a nawet jeśli nie, to było coś widać. Tym razem, widoczność była przez cały tydzień znikoma. Gdyby nie to, że podczas wycieczek szło się pod górę, można by było stwierdzić, że wcale w górach się nie jest, nie było ich widać zupełnie, przez większość czasu nie widziałem nawet pół góry, choćby Gubałówki 😛 I gdy już straciłem praktycznie nadzieję na cokolwiek, nadszedł czwarty dzień wyjazdu, który trochę "uratował" cały pobyt. Co ciekawe, tego dnia, postanowiłem dłużej pospać. W poprzednie dni nastawiałem budzik na wczesne pory, jednak widoki zza okna (a raczej ich brak) sprawiały, że przewracałem się na drugi bok i dopiero później ruszałem na szlak na spacer czy pobiegać. Tym razem budzika nie nastawiłem i mógł to być wielki błąd. Zupełnym przypadkiem obudziłem się bowiem o 4.30 i półprzytomnymi oczami spojrzałem w stronę okna, gdzie...zobaczyłem niebo! oraz blask wschodzącego słońca. Jeszcze tylko szybkie spojrzenie na kamerki w Internecie i dosłownie 10 minut później byłem w drodze na szlak. Zupełnie spontanicznie, bez planu, idę przed siebie, póki pogoda się nie zepsuje. Nogi chyba chciały obudzić resztę, bo skierowały mnie na Nosal, zwykle nocuję dosłownie 5 minut od wejścia na szlak, który dosyć szybko pnie się w górę, ale dzięki temu jest dobry na rozruch i obudzenie się. No i szybko, bo już może po 30 minutach, stanąłem na wierzchołku, w końcu widząc góry 🙂 Dobrze, że wybrałem tę opcję, myślałem jeszcze chwilkę o pójściu w stronę Hali Kondratowej, jednak tam konkretne widoki zaczynają się po dość długim spacerze, poza tym kamulce z podejścia do Kalatówek to niekoniecznie było to, czego chciałem doświadczyć z samego rana :) Z Nosala najbardziej naturalną opcją wydała mi się wycieczka w stronę Hali Gąsienicowej. 2 dni wcześniej szedłem tam we mgle przez Boczań i mimo okropnego błota, szło się dosyć szybko, podążyłem zatem tą samą drogą. Po wyjściu z lasu złapała mnie lekka niemoc, spowodowana zapewne krótkim snem, skromnym śniadaniem i wycieczkami z poprzednich dni. Krótki odpoczynek zbiegł się z nadejściem sporej ilości białych obłoków, które, muszę przyznać, w połączeniu z górami, mają swój urok 🙂 Przy okazji doświadczyłem zjawiska, które do tej pory znałem ze zdjęć i opowieści. Przesądny nie jestem, ale dla świętego spokoju ponoć lepiej zobaczyć to jeszcze co najmniej dwa razy 😛 Widoków z Hali Gąsienicowej nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać i wychwalać. Jest to chyba najczęściej odwiedzanie przeze mnie miejsce, ale zawsze zachwyca na nowo. Szczególnie lubię jej odsłonę późną wiosną, kiedy na szczytach jest jeszcze trochę śniegu, wygląda to szczególnie malowniczo, zarówno z samej Hali, jak i położonego nieopodal Czarnego Stawu Gąsienicowego. Dawno mnie tam nie było, więc po niespełna 25 minutach byłem już nad wodą. Podczas odpoczynku nad stawem uznałem, że dobrą opcją jest wejść na Karb. Spojrzenie na Czarny Staw zawsze cieszy oczy, z samej przełęczy widać też bardzo dobrze malowniczą Zieloną Dolinę, czuć też potęgę Kościelca. Poza tym - na Karb zawsze wchodziłem od strony Zielonego Stawu a schodziłem do Czarnego, przyszedł czas wypróbować drugą opcję. Wejściu towarzyszyło pojawienie się po raz kolejny białego obłoku wokół mnie i po raz kolejny komponował się kapitalnie z otoczeniem 🙂 Wejście od strony Czarnego Stawu bardzo przyjemne, lubię tak szybko nabierać wysokości, zejście trochę niepewne ze względu na ostatnie opady - skała była dosyć śliska, ja w testowych butach, szlak w pewnym momencie dosłownie zniknął pod większym niż zwykle potokiem 😛 Krótki odpoczynek nad niezwykle spokojnym, emanującym ciszą, Zielonym Stawem i jak się okazało, trzeba było wracać, gdyż na rozwidleniu szlaków w stronę Kasprowego, zaczęło padać. Doświadczałem już burz w górach i jak je zapowiadają a zaczyna się robić nieciekawie, to mam tendencję do kierowania się w dół, nie w górę 🙂 Gdy dotarłem z powrotem do okolic Murowańca, wszystko spowiła już gęsta mgła. Ta wycieczka, mimo, że relatywnie krótka, na pewno na długo zostanie w mojej pamięci. Te kilka godzin okna pogodowego pokazały, że nie warto się poddawać i czasem oplaca się bardzo wcześnie wstać 🙂 Szkoda tylko, że to były jedyne widoki, jakie ujrzałem podczas tygodnia spędzonego pod Tatrami. Pocieszam się faktem, że wkrótce znów ruszam na południe, oby wtedy pogoda dopisała, Odliczanie czas zacząć - 16 🙂
×
×
  • Create New...