Skocz do zawartości

Fibi

Użytkownik
  • Postów

    959
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    54

Ostatnia wygrana Fibi w dniu 15 Grudnia 2025

Użytkownicy przyznają Fibi punkty reputacji!

4 obserwujących

O Fibi

  • Urodziny 26 Grudnia

Ostatnie wizyty

43 861 wyświetleń profilu

Osiągnięcia Fibi

Veteran

Veteran (13/14)

  • Conversation Starter
  • Dedicated Unikat
  • Very Popular Unikat
  • First Post Unikat
  • Posting Machine Unikat

Najnowsze odznaki

2,4 tys.

Reputacja

  1. Moje pierwsze zdjęcie z Tatr jest całkiem nowe bo z 2012 r. Szliśmy z Doliny 5 Stawów do Morskiego Oka przez Świstówkę. Jako tatrzański totalny żółtodziub, myślałam, że przejście z doliny do doliny będzie po płaskim Wróciłam z tej wycieczki zmęczona jak koń po westernie.
  2. Na starość to normalne podobno
  3. Następnym razem postaram się bardziej. Dla Was
  4. Zrobiłam 4 zdjęcia podczas całej wycieczki. Raz, że w tym tłumie nie chciało się wyciągać telefonu, dwa to chyba był mój 13 lub 14 raz na tym szczycie więc jakoś nawet niespecjalnie mamy potrzebę focenia
  5. @jaaga76 byłaś w sobotę? My byliśmy na Śnieżce, w totalnie chorych tłumach ludzi Nawet gadaliśmy o Tobie czy się w Karkonosze nie wybierasz, ale S. twierdził, że skoro nie pada to Cię tam nie ma
  6. Zimowe pobyty w polskich górach to mnie tylko do nerwicy i depresji doprowadzają, więc chyba już nie mam ochoty. Inny plan na zimę to posiedzieć pod kocem
  7. Tatrzańska Leśna-Wodospady Zimnej Wody-Tatrzańska Łomnica Dzień po Rysach trzeba było dłużej pospać. Dłużej to znaczy do 6 rano To chyba starość, no ale skoro dzień wcześniej wstaliśmy 3.40 to ta 6 jawiła się jako luksus. Na dłuższe wycieczki w tym dniu się nie wybieraliśmy, poszliśmy sobie na krótki spacer po szlakach dolinnych. Zaczynamy tradycyjnie elektriczką, wysiadamy na stacji Tatrzańska Leśna i idziemy żółtym szlakiem- kiedyś już nim schodziliśmy. Na zdjęciach tego nie widać, ale duchota jest koszmarna. Jedyny plus to to, że na szlaku jak na razie jesteśmy sami. Szlak jest przyjemy, kilka podejść pod górę, ale do przeżycia Nawet na spacerze. Zupełnie przypadkiem powstaje moje ulubione zdjęcie z tego wyjazdu. Dochodzimy do wodospadów- jest tu zadziwiająco spokojnie bo zwykle spotykaliśmy dzikie hordy ludzkie w tym miejscu. Chwilę się kręcimy i szykujemy się do zejścia szlakiem niebieskim w kierunku Tatrzańskiej Łomnicy- tu jeszcze nas nigdy nie było. Szlak jest długi i mocno rozwleczony, jak to szlaki w dolinach, podejrzewam, że @Zośka nie będzie chciała skorzystać Głównie idziemy po płaskim, jakieś 2 bardziej strome zejścia może się trafią. A w dolnej części są bardzo fajne widoki na Łomnicę i jej otoczenie. Końcówka to błąkanie po ulicach Tatrzańskiej Łomnicy, gdzie oczywiście się gubimy bo szlak jakoś od czapy oznakowany. Ale lubię uzdrowiskowy klimat tego miasteczka. Na koniec wycieczki robimy jeszcze zakupy w przydworcowej Sintrze- polecam, dużo taniej niż w Smokowcu. W elektriczce z nudów odpalam internety, gdzie znajduję komunikat HZS o mniej więcej takiej treści: Odradzamy spacery po lasach w okolicy Tatrzańskiej Leśnej, gdyż może znajdować się tam ranny niedźwiedź, który może być agresywny Więcej szczęścia niż rozumu..... A kolejnego dnia będzie cały czas lało, więc celem kolejnej wycieczki była restauracja i spożycie haluszek Skrajne(Predne) Solisko To nasz ostatni dzień na urlopie więc już na starcie jest trochę smutno. Idziemy na ulubioną elektriczkę, czyli tą o 5.50 i jedziemy do Szczyrbskiego Jeziora. Kiedy wysiadamy z pociągu świat tonie w chmurach a z nieba siąpi coś w rodzaju mżawki. Najchętniej wsiadłabym z powrotem do elektriczki i pojechała do pokoju spać. Niestety S. nie zgadza się na takie rozwiązanie To idziemy. Najpierw musi odbyć się tradycyjne błąkanie w poszukiwaniu szlaku. W końcu go odnajdujemy, gdzieś nad jeziorem którego we mgle prawie nie widać. Niebieski szlak do Chaty pod Soliskiem jest od początku stromy i nie za wygodny. Ale za to szybko zdobywamy wysokość A i pogoda nie jest tak koszmarna jak rano. Jakieś dziwne zjawisko... Słowacy szlaków nie remontują, wymyślają dziwne zasady zastawiając się ochroną przyrody, ale budowa kolejki to proszę bardzo. No bo właśnie buduje się nowa kolejka i szlak jest rozkopany i wszędzie stoją jakiejś ciężkie maszyny, idzie się w takich warunkach średnio. To jeden z tych szlaków kiedy wydaje się, że jest blisko, ale jednak wcale nie Przy schronisku robimy przerwę, ale nie za długo bo zimno jest. S. już kiedyś na Solisku był, ja jeszcze nie więc cieszę się z kolejnego nowego szlaku do kolekcji. Obowiązkowa fota z niedźwiedziem: : Szlak szczytowy jest "szybki". Prowadzi zakosami, które są krótkie i strome, wysokość zdobywamy błyskawicznie. Przypomina mi to trochę wejście na Karb od Czarnego Stawu. Mój mózg, albo raczej błędnik płata mi tutaj figla i dostaję jakiegoś niezrozumiałego ataku lęku przestrzeni. O ile na eksponowanym szczycie Rysów czułam się jak ryba w wodzie, tak tu czuję się wybitnie nieswojo. Tłumaczę sobie tym, że to dlatego, że widzę w dole schronisko. Ale czy to rzeczywiście dlatego to nie wiem. Nd nami lampa, a pod nami chmurki: Wreszcie wyłazimy na szczyt, który mimo niedzieli dzielimy tylko z kilkoma innymi osobami. Ponieważ S. jakiś czas temu zdobył stosowne świstki do legalnego poruszania się poza szlakiem, idzie jeszcze na Młynickie Solisko, czyli chyba gdzieś tam: A ja mam jakieś 1,5 godzinki na plażowanie na szczycie. Początkowo plan był taki, że zejdę sama i poczekam w schronisku, ale ze względu na moje niedawne lęki jednak boję się iść sama. Towarzystwo zmienia mi się kilkakrotnie, ale ludzi wciąż mało. S w końcu wraca i schodzimy. I tu niestety zmienia się rzeczywistość. Bo oto na szlak przybyli pierwsi kolejkowicze i zrobiło się bardzo tłoczno. Zejście jest powolne, nie tylko ze względu na tłum i moje strachy oraz ogólną niechęć do zejść, ale też przez to, że szlak w górnej części jest rozwalony, jak to słowackie szlaki. W schronisku robimy długą przerwę na chillout i kofolę. Żeby nie było nudno schodzimy Doliną Furkotną. Po drodze jedzenie malin, i trochę marudzenia- ja, że nie lubię schodzić, S. że niepotrzebnie wybraliśmy dłuższe zejście, bo niebieskim byłoby szybciej. W Szczyrbskim Jeziorze już bez problemu odnajdujemy dworzec i jedziemy elektriczką do Starego Smokowca na pizzę. No i to koniec tatrzańskich wycieczek w sezonie letnio-jesiennym. Nie był to nasz najlepszy wyjazd w Tatry ale zdecydowanie nie był też najgorszy. Odwiedziliśmy dużo nieznanych wcześniej miejsc, spełniliśmy marzenie o widokach z Rysów, wypiliśmy hektolitry Kofoli. No i z lipcowej pogody wyciągnęliśmy ile się dało. Dziękuję, że chciało Wam się czytać, oglądać i komentować. Do zobaczenia lub przeczytania KONIEC
  8. No właśnie, czyli wykonujesz zbędny ruch stopą, a na 12 kilometrach tych ruchów może być dużo. I po co się męczyć?
  9. @wjesnato oblężenie na Rysach to było i tak bardzo małe w porównaniu z tym co potem pokazywali inni. Tam po prostu jest mało miejsca na szczycie i tak się wszyscy tłoczą. Co do Cichej i Koprowej to wolę jednak nasz kierunek ze względu na mniej strome zejście. A i bardzo dużo z tych zdobywców Rysów to byli zbieracze KGP na zorganizowanych wycieczkach
  10. Dobra, sypią się do wnętrza sandałów
  11. Rysy Na Rysach już kiedy byliśmy. Było to 7 lat temu, więc raz, że można było już trochę odświeżyć sobie pamięć, dwa- za tym pierwszym razem ze szczytu widzieliśmy przede wszystkim chmury. To startujemy. Tym razem elekriczką o 4.50, bo ona długo jedzie, a poza tym pogoda ma być pewna do godziny 14. W elektriczce ludzi podejrzanie dużo, tak samo jak dużo samochodów na parkingu przy stacji Popradske Pleso. Na początek trochę rozgrzewki asfaltem: Na szczęście tu asfaltu jest o połowę mniej niż do Moka. Wkurzam się tylko, że wszyscy nas wyprzedzają, i na grzyba mi było chodzić cały rok na siłownię? S. mnie pociesza, że oni się zaraz zmęczą i za godzinę, dwie wszystkich wyprzedzimy. Robimy szybki skok w bok do schroniska w celu przerwy toaletowej Można sobie zrobić instagramowe zdjęcie: I do lasu- tłum zaczyna się zagęszczać. Powyżej lasu szlak ma postać miliona monotonnych zakosów, które można ściąć na skróty- ja nie korzystam. Seria zakosów doprowadza nas w Dolinę Żabich Stawów Mięguszowieckich. Tu robimy sobie pierwszą dłuższą przerwę na jedzenie i picie. Za stawami znów trochę zakosów i zaczyna się najlepsze, czyli ciąg łańcuchów i drabinek. Jest czwartek, pierwszy tydzień września, godzina wyjścia na szlak to 5.40- to wszystko oznacza, że zatorów na części z żelastwem zupełnie brak. Ludzie wyciągają telefony i aparaty, żeby uwiecznić walkę z łańcuchami. My nie- po wczorajszych deszczach skały są mokre, więc naszym celem nr 1 jest nie wybić sobie zębów, a nie jakieś durne zdjęcia Za tym trudniejszym fragmentem jest jeszcze trochę darcia w górę po kamiennych schodach do Chaty pod Rysmi. Nie zatrzymujemy się, przerwę zrobimy za kilkanaście minut- na przełęczy Waga. Chociaż ja to bym już chciała odpocząć Na Wadze ostatnie jedzenie przed atakiem szczytowym, w międzyczasie dochodzą ludzie, którzy wyprzedzali nas na asfalcie. Może coś jednak ta siłownia daje Do tej pory szło się przyjemnie, szlak jak na słowackie standardy jest całkiem dobrze utrzymany. Ale nieco powyżej Wagi trasa wygląda jak po wybuchu bomby atomowej. Ścieżka ginie w gruzowisku, wszystko się sypie. Nie mogę powiedzieć, że nie wiadomo gdzie iść, bo szczyt widać, więc wystarczy kierować się w jego stronę. Z resztą, każdy idzie tu jak mu pasuje. Na ostatnich metrach trzeba się nieco bardziej wysilić- teren jest bardziej skalisty i gdzieniegdzie trzeba użyć rąk. Dodatkowo trzeba uważać, żeby nie zrzucić komuś kamienia na głowę. My zachowaliśmy się jak dupy wołowe, bo nie wzięliśmy z domu kasków, ale w 2017 to chyba nawet nie pomyśleliśmy, że można je mieć Dochodzimy do szczytu- S. najpierw zwiedza słowacki wierzchołek. Ja początkowo też miałam takie plany ale wejście na niego wydaje mi się karkołomne i przypomina Kościelec(pewnie przesadzam)- możliwe, że jest gdzieś jakieś łatwiejsze obejście. Na razie zostanę na przełączce. A na wierzchołku polsko-słowackim ludzi jak mrówków.. S. wraca, pchamy się na ten bardziej swojski wierzchołek, ale ciasno tam i momentami mam stracha, że ktoś mnie trąci plecakiem i spadnę. Za to widoki z Rysów są naprawdę piękne. Ale w tych warunkach fota szczytowa bez innych ludzi jest niemożliwa. Wybaczcie tę mało profesjonalną obróbkę ale to zdjęcie wstawiam specjalnie dla @vatra, która po mojej dezercji ze Sławkowskiego nie wierzyła już że weszłam na szczyt Na Rysach spędziliśmy może ze 40 minut, czas złazić. Jest ciut gorzej bo więcej osób podchodzi, sporo też już schodzi i robi się tłoczno. O dziwo idąc w dół udaje mi się wypatrzeć szlak w stronę Wagi i tam jest ładne ścieżka ułożona z kamieni!(no dobra, może kilku brakuje) wcale aż tak bardzo nie trzeba zjeżdżać z gruzowiskiem. Z powrotem na Wadze: S. wspomina swoją niedawną wycieczkę na Wysoką, ale nie zatrzymujemy się. Przerwę robimy w schronisku, gdzie pijemy Kofolę zwycięstwa za kosmiczną cenę 5 euro, no ale po takim wspaniałym ataku szczytowym nam się należy Po Kofoli najgorsze dla mnie czyli zejście. Skały przy łańcuchach zdążyły już wyschnąć, ale i tak się zestresowałam. Zatorów znów nie było ale zrozumieliśmy po części skąd się biorą. Otóż, tak jak i na kilku innych słowackich szlakach są tu 2 ciągi żelastwa. Osobno dla podchodzących i schodzących- ruch prawostronny. Tyle, że ludzie idą jak owce nie patrząc gdzie- słowackie babsko, które zablokowało nam zejście jeszcze się awanturowało. Milusio Nad Żabimi Stawami kolejna przerwa kulinarna, ale za bardzo nie chcemy się rozsiadać, bo chmury są coraz niżej i jeszcze pociemniały. Byle zdążyć do asfaltu przed deszczem. Zakosy na zejściu ciągną się w nieskończoność, a od mostka na Żabim Potoku tłum ludzki tak się już skumulował, że idziemy w peletonie. S. marudzi, że chciałby wyprzedzić a się nie da, mi ten stan nie bardzo przeszkadza. Ale pod koniec lasu wreszcie wyprzedzamy towarzystwo W Popradskim Plesie znów przerwa toaletowa(aha, kibli w Chacie pod Rysmi znów nam się nie chciało zwiedzać) i lecimy asfaltem w dół, teraz już naprawdę szybko. Na asfalcie rzeczywiście łapie nas coś w stylu deszczo-gradu, ale trwa to chwilę. Po 15 jesteśmy już znów w elektriczce Rysy: Sławkowski 1:0 O ile na Słąwka jest 5 godzin monotonnego darcia pod górę, tak na Rysy nie nudziliśmy się ani chwilę- najpierw asfalt, ale nie za dużo, potem schronisko nad pięknym jeziorem, potem zakosy, potem stawy z super widokiem na Grań Baszt, łańcuchy , drabinki, schronisko, Waga, gruz, skały, widoki ze szczytu...etapy mijają przyjemnie i szybko. Bardzo mi się podobała ta wycieczka, ale nie wiem czy wrócę, bo boję się, że kolejnym razem zatory jednak będą CDN.
  12. Dlatego na tę wycieczkę wzięłam podejściowki które są trochę jak kapcie. W buciorach za kostkę to bym umarła. A sandałów nie lubię bo się kamyczki do środka sypią
×
×
  • Dodaj nową pozycję...