Skocz do zawartości

Ranking

Popularna zawartość

Zawartość, która uzyskała najwyższe oceny od 19.06.2023 uwzględniając wszystkie działy

  1. Miala być ładna pogoda, wolny dzień, zatem choc trochę obaw co do tłumów w górach miałam -poszliśmy. Z Chocholowskiej przez Ornak na Starorobocianski, zejście przez Kończysty i Trzydniowianski. Wyszliśmy dość późno, ale nic burz nie zapowiadało więc wydawslo mi się, że nie trzeba zrywać się z łóżka wcześnie. Chocholowska pełna ale na pierwszy rzut oka to typowo dolinowi turyści, z dziećmi, rowerkami, bardziej nastawieni na spacer. Na Iwanickiej jeszcze wiosna- krokusy kwitną. Trochę osób pochłania promienie słońca. Jest tu bardzo przyjemnie. Skręcamy na Ornak, na szlaku kilka miejsc z mokrym śniegiem ale dobrze się po nim idzie w górę. Sam Ornak piękny jak zawsze, z widokami zatem tu spędzamy pewnie z godzinę. Obchodzimy Siwe Skały, wszystko czyste prawie bez śniegu, ten lezy w żlebami i na wyższych szczytach, jest tez w kilku miejscach przy podejściu pod Starorobocisnski. Idąc do góry nie zakładamy raków, ale gdybyśmy mieli tedy schodzić to warto byłoby mieć chociaż raczki. Aha. I jeszcze przy początkowym podejściu od Siwej Przełęczy szlak sie obrywa, póki co jest ok, ale szczeliny są Im wyżej tym szlak bardziej czysty. Na Błyszcz nikt idzieMjamy się ze schodzącymi, i w końcu bo dosc meczacym podejściu zdobywamy szczyt u gory jesteśmy w czwórkę Przejrzystosc super widać Babią i miejsce skąd rozpoczynaliśmy wejście. Na początku mieliśmy wracać przez Dolinę Starorobocianską ale patrząc na Kończysty żal go tak zostawić. Na szlaku są płaty śniegu, omijamy je i przez to ograniczamy też ten niewygodny schodkowy szlak miejscami jest też z drucianej siatki. I tak zaliczajac jeszcze Kończysty i Trzydniowianski schodzimy sobie ma dół.
    16 punktów
  2. Kilka jesiennych kadrów z Gerlacha
    16 punktów
  3. W nazwie mam wildlife więc mała przerwa zanim przejdziemy do ostatniego dnia. To zestaw z całego pobytu, ptak nazywa się płochacz halny, reszta wiadomo.
    15 punktów
  4. Przespałem się na dużym parkingu Podbanske, po drugiej w nocy przejechałem na Tri Studnicky i chwilę po wschodzie byłem na Krywaniu.
    15 punktów
  5. Życie weryfikuje plany, także te górskie... i czasami trzeba odpuścić. No i w ramach "odpuszczania" wybraliśmy się na wycieczkę do Doliny Staroleśnej. Do Starego Smokowca dotarliśmy elektriczką, która naprawdę robi robotę. Przy okazji wiecie, że już ok. 1902/1903 roku z Popradu do Smokowca jezdził trolejbus, który kilka lat później został zamieniony na elektriczkę? Mniej więcej w tym samym czasie powstała pierwsza wersja kolejki na Hrebienok (ot... efekt czekania na pociąg 45 minut - wszystkie tablice wokół stacji przeczytałam). Oszczędzając nogi skorzystaliśmy z kolejki na Hrebienok i po kilku minutach, minąwszy Bilikową Chatę, skierowaliśmy się na zielony szlak, który zaprowadził nas do kolejnych odsłon Wodospadów Zimnej Wody. Byliśmy na nich sami, co nas absolutnie nie martwiło. Sesja fotograficzna i ruszyliśmy w kierunku Rajnerowej Chaty. W Chatce warto obejrzeć dzwonki (owcze?) i sprzęt sportowy oraz skosztować pysznej herbatki (piękny kaflowy piec). Od tego momentu do naszego celu poprowadził nas niebieski szlak, przez większość doliny towarzyszył nam będzie potok (Poprad?). Szlak jest skrzyżowaniem "ceprostrady" na Szpiglas i podejścia nad Czarny Staw pod Rysami - takie moje skojarzenia. Im dalej w dolinę tym bardziej imponująca panorama się robiła. Po lewej stronie rozgościł się min. Sławkowski Szczyt, po prawej (już przy Zbójeckiej Chacie bardziej) pięknie prezentował się Jaworowy, zaś perspektywę zamykał Świstowy i Mała Wysoka, z wyraźnie zaznaczoną Rohatka (lekcja topografii odrobiona ). Widoki były godne, a dodatkowo wzmocnione pojawiającymi się co jakiś czas chmurami. Tuż przed pierwszym stawkiem udało się nam wypatrzyć kozicę. Generalnie fajny spacer (moje 2/3 Ekipy ma "nieco" inne zdanie, ale co ja na to mogę... ), dla mnie w ramach regeneracji.
    14 punktów
  6. W czwartek 2 maja pogoda zapowiadała się pięknie. Wcześnie rano wyjechaliśmy w kierunku granicy w Jurgowie ponieważ - jak to powiada nasz Kolega @barbie609 moder - chcieliśmy spędzić majówkę tam gdzie majówki nie ma. Pojechaliśmy do Słowackiego Raju. Nie byliśmy tam wcześniej więc wszystko nas ciekawiło i sprawiało niemałą frajdę. Wędrówkę rozpoczęliśmy z porkingu Podlesok. skąd prowadzi kilka różnych szlaków, my na początek wybraliśmy jeden z najciekawszych czyli wąwóz Sucha Bela Cały czas idziemy dnem malowniczego i niestety troche mokrego wąwozu. Idąc wsłuchujemy się w pluskanie strumyka snującego się pod naszymi nogami i uroczy o tej porze świergot ptaków. Mijamy też kilka przepięknych wodospadów. Na szlaku nie byliśmy sami ale spotykane od czasu do czasu pojedyncze osoby albo niewielkie grupki trudno nazwać tłumem. W takich miejscach jak drobinki naturalnie trzeba było zwolnić i iść uważniej więc tu spotykaliśmy najwiecej ludzi. Drabinki, kładki, stupaczki, łańcuchy i mnóstwo ciekawych, ekscytujących zakamarkow. Przejście całego wąwozu zajęło nam niecałe cztery godziny. Przy rozejściu szlaków okazało się że mamy sporo czasu i jeszcze więcej ochoty na dalszą wędrówkę. Postanowiliśmy przejść jeszcze Przełom Hornadu. Najpierw żółtym a później czerwonym szlakiem dotarliśmy do Klastoriska Tutaj kolejne rozwidlenie szlaków. Po krótkiej przerwie idziemy dalej w stronę Hornadu. Początkowo ścieżka prowadzi łagodnie przez las ale po jakimś czasie robi się na tyle stromo że w kilku miejscach pojawiają się łańcuchy. Po niecałej godzinie docieramy do niebiesko znakowanego Przełomu Hornadu Wędrówka Przełomem również dostarcza nam wielu niesamowitych wrażeń. Jest przepięknie! Kończąc wędrówkę zamykajmy jednocześnie pętelkę bo szlak zaprowadził nas do punktu wyjścia czyli na Podlesok. To była cudowna przygoda, z pewnością wrócimy do Słowackiego Raju jeszcze nie jeden raz.. Tymczasem jedziemy do Nowej Leśnej gdzie mamy nocleg. Przed nami jeszcze trochę majowych wrażeń.
    14 punktów
  7. Może nie najwyższa miejscówka, ale jestem w Zakopanem w delegacji i nie mam zbyt wiele czasu na góry, staram się korzystać na ile czas pozwala, no i siły Nosal o poranku:
    14 punktów
  8. 14 punktów
  9. W piękna niedzielną pogodę postanowiliśmy sprawdzić uroki Doliny Jaworowej i wybraliśmy się nią na Lodową Przełęcz. Auto zostawiliśmy w Tatrzanskiej Jaworzynie kolo kosciola bo na poboczu przy szlakowskazie nie bylo juz miejsca. Wiekszosc osob szla w Dolinę Koperszadow ale i na naszym szlsku spotykalismy wedrowcow. Szlak długawy ale bardzo przyjemny. Wchodząc w Zadnią Dolinę Jaworową zaczęliśmy powoli nabierać wysokości, Samo podejście na Przełęcz trochę oddechu zabrało ale widoki z góry bajkowe. Moje serce skradł Żabi Jaworowy Staw. Coś pięknego!
    14 punktów
  10. Pyszniańska Przełęcz. Uchodzi za jedną z najpiękniejszych w Tatrach Zachodnich. Niegdyś bardzo uczęszczana, stanowiła jedną z najłatwiejszych dróg z Podhala na Liptów, dziś od polskiej strony praktycznie niedostępna, odgrodzona pasem obszaru ochrony ścisłej, w skłąd której wchodzi leząca u jej stóp Hala Pyszna... Pysznianska Przełęcz towarzyszy mi od maleńkości. Swietnie widoczna z okien domu mojego dziadka, z wciąż gołym okiem widoczną - tętniącą niegdyś życiem - ścieżką z Hali Pysznej, wraz z opowieściami ojca o dawnej sławie i pięknie Hali, od ponad 30 lat pobudza wyobraźnię. Niestety - jak pisałem - Hala jest zamknięta i amen. Ale przełęcz nie. Da się do niej dojść czerwonym szlakiem graniowym z Błyszcza. Tylko.... potem albo zejście na Słowację, alebo mozolna wspinaczka z powrotem na Błyszcz. Stad też... Pyszniańska Przełęcz - mimo mojej ogromnej sympatii i ciekawości - pozostawała dla mnie niedostępna. Myślałem o jej zdobyciu z Podbańskiej, a jakże, ale koniec końców decyzja zapadła - idziemy z Kir. Opowieść - w odróżnieniu od pozostałych, które do tej pory wrzuciłem - jest świeża. To już ten rocznik, a mamy dopiero czerwiec. Żeby nie było nudno, postaram się ją trochę ubarwić i podkoloryzować (bazujac na informacjach znalezionych w necie oraz z serialu Patrol Tatry - niestety aktualnie niedostępnego). Wszak życie to jeden wielki sen, czyż nie? Wcześnie rano docieram do mojego ukochanego schroniska na Hali Ornak. Schronisko powstało tuż po drugiej wojnie światowej, na miejsce spalonego podczas walk schroniska na Hali Pysznej. Oficjalnie schronisko spalili Niemcy, ale wiadomo, relację zdawała druga strona, wiec wiadomo, ze nie wiadomo. Co wiadomo - początek stycznia 1945. roku przyniósł kres legendarnemu schronisku, a to zapewne ułatwiło decyzję o calkowitym zamknięciu Hali Pysznej dla "zwykłych zjadaczy chelba" w roku 1948. Od tego czasu Pyszna - raj utracony - dostępna jest tylko dla osób z pozwoleniem TPNu, w praktyce jego pracowników czy badaczy. Ale nie zawsze tak było. Byo mianowicie tak, że - co dziś nie mieści się w głowie - Hala Pyszna była rajem dla turystów w lecie i dla narciarzy w zimie. Z Ornaku przez Siwe Sady, czy z Kamienistej przez Babie Nogi, nie zważając na ryzyko, zjeżdżało całe pokolenie słynnych w II Rzeczypospolitej narciarzy. Oraz spora grupa pasjonatów. NIe było tu wyciągów czy kolejki. Dla jednego krótkiego zjazdu trzeba było się gramolić kilkaset metrów w górę, a jednak tym ludziom się chciało. No i schronisko. Ciasne, zadymione, z minimalnymi tylko udogodnieniami, a jednak tak uwielbiane. O tamtych dziejach (nie tylko o Pysznej, ale o całych przedwojennych Tatrach od czasów C.K., przez II RP do początków Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej) można poczytać w książce Stanisława Zielińskiego "W stronę Pysznej". Polecam Tatromaniakom, bo - choć nie jestem "czytający" - przeczytałem z zapartym tchem. O "wyrypach", o TOPRze, Zaruskim, Oppenheimie, Rudej Wandzie, o początkach taternictwa, o jego ofiarach, zabawne anegdoty z życia przedowjennego Zakopanego. Czytelnik na zmianę to śmieje się, to płacze, a książka pozwala niemal namacalnie poczuć ten klimat i poczuć się, jakby siedziało się w cieple dymiacego pieca w schronisku na Pysznej. Stoje zatem w cieniu schroniska na Hali Ornak, ale dziś tam nie wchodzę. Dziś go nie zauważam. Nie ma go. Jest rok nie 2024, a 1936., gdy schronisko na Pysznej, po zakończonym remoncie, staje się schroniskiem całorocznym (wcześniej byo zamykane, a klucze pobierano w Zakopanem). Zdaje mi się, że zamiast - jak zwykle - skręcać żółtym szlakiem na Iwaniacką, ruszę przez las za znakami niebieskimi, by śniadanie zjeść nie na Hali Ornak, ale na Pysznej... Snić można. Co dziś zostało z dawnego, uczęszczanego szlaku? Wieśc niesie, że tu i tam, w lasach Doliny Pyszniańskiej znaleźć można jeszcze ślady ścieżki. Przekraczamy potok Dolinczański, by kierować się dalej wzdłuż coraz węższego potgoku Kościeliskiego. Tu już ściezki w zasadzi enie ma. Śmiałkom decydującym się na taką wyprawę grozi - oprócz konsekwencji prawnych - przedzieranie się przez chascze i wiatrołom. W końcu - u zbiegu Babiego i Siwego potoku tworzących razem potok Kościeliski, po przekroczeniu Babiego - staniemy w miejscu, gdzie stało niegdyś schronisko (foto - wikipedia) Niestety - sen snem, a schroniska nieodwołalnie już nie ma. Co pozostało? Fragmenty podmurówki, jakieś kawałki metalu, kilka rozrzuconych cegieł, jakieś drzwiczki - chyba od pieca - wbite w darń... Nie, nie dostaniemy już śniadania na Hali Pysznej. Można co najwyzej spróbować uścuisnac dłoń duchowi Zarukiego czy Marusarza... Las prawie całkiem wchłonął pozostałości dawnego budynku i schronisko na Pysznej nieodwołalnie należy do przeszłości. Ze schroniska prowadziły drogi przez Niżnią i Wyżnią Polanę Pyszną w stronę Pyszniańskiej i Siwej Przełęczy. Ścieżka na Pyszniańską - mimo upływu lat - jest wciąż dość widoczna, choć praktycznie całkowicie juz zarośnięta i w krótkim czasie pewnie zniknie na dobre. Nad polaną Hala ukazuje swoje nieprawdopodobne piękno. Legenda głosi, ze Hala Pyszna i Siwe Sady to jeden z najbardziej urokliwych zakątków Tatr Zachodnich. Dalej, pnąc się zakosami, stary szlak wprowadza wędrującą duszę na grań dokładnie w szerokim siodle Pyszniańskiej Przełęczy. Tutaj obudzę siebie i Was ze snu, a dalszą częśc opowieści zaczniemy od przełęczy właśnie. Tak jak niegdys nasi przodkowie po pokonaniu historycznego szlaku... Na przełęcz docieram póżno, około godziny 13. 7 godzin, a jeszcze trzeba wrócić. Ale mówiłem - to mozolna trasa. Jak zwykle - nie mam szczęścia do wiodoków, chmury wiszą na ok 2000m, zasłaniając większosć szczytów - tych okolicznych i tych dalszych. Dobrze widać Kamienistą, na ktorą prowadzi zamknięta dla ruchu, ale wciaż uczęszczana ścieżka. Z Przełęczy rozpościera się niesamowity widok na całą dolinę Kościeliską. Wykorzystujac moment słonecznej podogy podszedłem blizej i... ...jest bajkowo. Sama przełęcz bardzo mnie zaskoczyła. Z okna domu w Kościelisku wygląda ona jak głęboka przełęcz na ostrej jak brzytwa grani, tymczasem okazuje się ona - zwłaszcza od łągodnej, południowej strony - bardzo rozległa i szeroka... Na zdjeciu dobrze to widać podczas zejścia z Błyszcza/podejścia na Błyszcz, na zdjęciach samej przeł,ęczy - trudno to w sumie uchwycić, bo 3D to jednak 3D, zdjecia tgo nie oddają. Przełęcz wywarła na mnie niesamowite wrazenie. Dawno nie siedziałem tak długo w jedym miejscu i wcal enie wynikało to wyłącznie ze zmęczenia i perspektywy mozolnego gramolenia się na wysoki wierzchołek Błyszcza. Trzecim - obok zachwytu i zmęczenia - powodem przesiadywania na przełęczy był fakt, żebyło to ostatnie brakujące dostępne turystycznie miejsce na mapie Polskich Tatr Zachodnich wciąż przeze mnie niezdobyte. A czwartym - świadomość, ze pewnie nigdy tu nie wrócę. Samo dojście na przełęcz już było sporym wysiłkiem, a jeszcze trzeba wrócić. Nie, nie można zejśc na Pyszną, trzeba się toczyć przez Błyszcz. Do tego mam takie przeczucie, że nawet jesli zarysykujemy konflikt z prawem, przełażenie na takim zmęczeniu przez bezdroża pokryte wiatrołomem szczytem marzeń też pewnie nie jest, wiec - rad nie rad - zabłąkanyt na przełęczy polski turysta, nienawidzący ju,z pewnie Błyszcza całym sobą, musi się z tym Błyszczem, przeprosić i ruszyć z powrotem wzdłuż grani. Wzgklędnie zejśc do Podbańskiej i szukać tam transportu do Polski. Stosunkowo łagodne, za to bardzo, bardzo długie podejście jest nużące, a na podmęczonego rywala wręcz mordercze. Wierzchłek Błyszcza to pojawia się, to znika w chmurach... ale z każdym krokiem jest coraz bliżej. A o każdy krok tak już trudno. To walka o kazdy metr. Wiem - ju,z to gdzieś pisałem. Gdzie? w opisie wejścia na Bystrą, a jakże. Tak - masyw bystrej (a więc i Błyszcz) to mordercza gora. Wyssie z Ciebie każdą resztkę energii i nagle zaczynasz przeklinać niemoc niepozwalającą ci zdobyć szczytu znajdującego się lediwe 100 metrów wyżej. Co to jest 100 metrów?Dla wypoczętogo turysty - tyle co nic, dla turtsty podchodzącego pod szczyt Bystrej to wysokosc niemal nie do pokonania. Na dowód tego dodam, że z Błyszcza planowaliśmy jeszcze odwiedzić wyższa o 90m starą znajomą, ale... sił po prostu nie starczyło. Żaden z nas nie chciał już słyszećo dalszym podchodzeniu - byle w dół! Zaletą żólwiego tempa jest natomiast fakt, że - na robionych co klika kroków - postojach, zauważa siępiękno tatrzańskiej roślinności tak pomijane podczas energincznego wchodzenia na "pierwzej świeżości". I tak oto dowlokłęm się na szczyt Błyszcza. Zmęczenie - skrajne. Jak pisałem - nie było nawet sił żeby wyjśc jeszcze 90 m w górę na Bystrą. Więcej - nie było nawet siły żeby na luziku z tego Blyszcza zejśc. Zejście z Błyszcza to stroma ściezka zawalona sypkimi kamieniami.W sam raz dla zmęczonego wędrowca Mięśc=nie ledwo ju,z pracują, ledwo dają radę hamować ciężar 110kg, a do tego jeszcze kamienie ucuekają spod butów. Czy może być gorzej? W końcu osiagamy Bystre Sedlo i dalej będzie już lepiej. A przynajmniej bez sypkich kamyczków... zawse coś. Ten widok znam i lubię. Trzeci raz tędy ide w tym kierunku. Krowia ścieżka granią w stronę Siwego Zwornika, często nawiedzana przez stada kozic. Tego dnia całe kozicze rodziny biegały akurat dalej, na zbocvzach masywu, ale nietrudno je spotkać i tu. W stronę doliny Gaborowej płynie wartki potok stworzny przez roztapiające się łachy śniegu u stóp Starorobociańskiego, czy - jak wolą Słowacy - Klina. Jeszcze kilka kroków, krótkie podejście i... ...Siwy Zwornik. Czyli pora opuścić główną grań Tatr. Ostatni jeszcze rzut oka na Bystrą, która chwilowo wylazła zza chmur, oraz na świeżo zdobytą Przełęcz. Łezka się w oku kreci, naprawdę. Tyle lat marzeń o Pysznianskiej i w końcu jest. Choć koszt jest niebagatelny. Nie wrzucam zdjec z Siwej czy Ornaku, no - może jedno dla porządku... Zdjęć z Ornaku na pęczki. Góra popluarna i łatwo dostępna i sam nie wiem ile zdjęć z Ornaku mam na sowim dysku, ale dom kazdego dnia i każdej wycieczki mógłbym jakieś dopasować, nie muszę ju,z nawet pstrykać Po drodze... ....młoda kozica. Niby nic, a cieszy, bo nigdy nie byłęm tak blisko młodej kozicy, dała sobie zrobiczdjęcie i... mamusi nie było w okolicy Stąd widac już też cel - schronisko na Hali Ornak. Tak - mimo ogromnego zmęczenia zdecydowałem się na zejście przez Ornak i Iwaniacką, bo juz sama myśl o Starej Robocie i asfalcie w Chochołowskiej mnie po prosu odrzuca. Jak kuśtykać, to przez Ornak i Kościeliską, przynajmniej ciekawie. Pisalem, ze koszt wyprawy niebagatelny, Dlaczego? Bo zmęczenie, które generuje u mnie masyw Bystrej zawze jest ogromne. W dół idę jak niedołęga, podpierając się kijkami, zeby nie polecieć, bo waciane nogi po prostu nie umieją wyhamowac mojego cieżaru. Idę tempem ponizej wszelkich drogowskazó. Byle dojśc. Byle doczłapać. Pamiętam kiedy ostanio byem TAK zmęczony i było to na zejściu ze Sławkowskiego. Posłałem - niezgodnie ze sztuką, ale przecież wiem, ze jakos dopełznę - przyjaciela przodem, zeby już kupił piwo i jedzenie. I oto jesteśmy. Fakt - przed nami jeszcze zejscie do Kir, ale to już pikuś. Prosta droga, pokrzepiony w schronisku - jakoś zejdę. Schodząc widzę światło zachodzącego słońca na Kończystej Turni. Tak, to już prawie 15 godzin, a jeszcze trochę zostało. Zimna woda Kościeliskiego potoku pokrzepia, przynosi ulgę, orzeźwia (choć w zasadzie nie powinno się jej pić ) i ugruntowuje niesamowite poczucie wewnętrznego szczęscia. Tak - daliśmy radę. Odwieczne marzenie spełnione. Jeszcze chwila i leżę w hotelowym łóżku wciąz nie wierząc, ze to się stało. Czy dlatego, ze Pyszniańska jest aż tak nieosiągalna? Nie. To po prostu spełnienie marzenia, odkładanego przez lata z roku na rok na kolejny rok. I wiecie co? Choć znów - jak po bystrej - bolą mięsśnie, bolą pęcherze, a z Tatrami niechcący zawarłęm przymierze krwi... ...uwazam, ze ten ból jest warty tego szczęścia. W Tatrach czuję sie.... wolny i szczęśliwy. A to nie ma ceny.
    13 punktów
  11. Chciałabym w końcu napisać, że było słońce i słońce i słońce.... ale nie mogę, bo jak zwykle codziennie zaliczaliśmy solidny deszczowy prysznic...a zaczęło się już w drodze do schroniska w Dolinie Chochołowskiej. Doszliśmy mokrzy, ale już w słońcu. Ponieważ dzień był jeszcze młody, mimo chmur na niebie, ruszyliśmy na mały rekonesans i rozejście na Grzesia. Sesja fotograficzna, jak zwykle trwała i trwała. Dopiero ryzyko kolejnego zmoknięcia skutecznie zmobilizowało nas do szybkiego zejścia. Pozostało planować dzień następny przy pysznej szarlotce. Kolejny dzień wita nas słoneczkiem i chmurami (a jak inaczej....?!). Ruszamy z planem wyjścia na Kończysty Wierch. Oczywiście zagadujemy się i mijamy wejście na czerwony szlak. No nic - mała zmiana planów i zaczynamy podchodzić od szlakiem przez Trzydniowiański. Szlak na początku nie jest urokliwy, ale plusem jest to, że szybko wychodzimy na grzbiet i możemy podziwiać widoki. Na szlaku niewielu turystów mimo soboty. Bez problemów osiągamy Trzydniowiański, gdzie mamy czas na herbatę i coś na ząb. Kolejny przystanek i nasz top na dziś to Kończysty. 40 minut po stopniach i siatce .... i tyle o tym napiszę. Dobrze, że na górze widoki dopisują, choć wieje równo. Jak zwykle sesja i .... przez chwilę myślimy, czy nie ruszyć na Starorobociański, ale zaraz przypominamy sobie prognozy, a w nich deszcze i deszcze ... niestety po 10 mimutach zaczyna padać. Deszcz odprowadza nas w dolinę... Niedziela miała przynieść fantastyczne widoki ze Starorobociańskego Wierchu. Ruszamy o 8.00 ze schroniska z nadzieją, że prognozy choć raz się nie sprawdzą... Po godzinie juz wiemy, że dobrze nie będzie, bo zaczynają się wypiętrzać chmury burzowe. Mimo wszystko liczymy, że wycieczka się uda. Dobre tempo pozwala sie nam po nieco ponad 2 godzinach zameldować na Siwej Przełęczy. Już nie jest różowo... ale przecież już jest tak blisko... Idziemy na Siwy Zwornik. Jak na złość nie możemy odpalić map z burzami. Z pomocą przychodzi nam @Mateusz Z - burze idą. W ciągu kilku minut ze słonecznej pogody zostaje wspomnienie, zaczyna wiać zimny wiatr. Ze wszystkich stron mamy ciemne, paskudne chmury. Pytanie tylko za ile to się "wysypie". Mamy w sumie z kwadrans do szczytu i ... robimy odwrót. Oczywiście, jak jesteśmy na Siwej Przełęczy na chwilę się przeciera i wychodzi słońce, ale za chwile słyszymy gdzieś nad Ornakami burze. Schodzimy tak, jak przyszliśmy. Dziś wycieczki na Ornaku nie będzie. Po drodze łapie nas deszcz z gradem i kolejna burza. Cóż, tradycja moknięcia podtrzymana.... Asia, Aga, Sylwia, Mario, Robert - byliście mega dzielni! Brawo dla Was!!!
    13 punktów
  12. 13 punktów
  13. Długi, majowy weekend, na dodatek przepiękna pogoda - wszystko to mówi mi, że od polskiej części Tatr należy trzymać się jak najdalej. Koło domu z kolei mnóstwo roboty, jak to na wiosnę, więc dłuższy wyjazd też nie wchodzi w grę a choć na chwilę człowiek chętnie by gdzieś wyskoczył. Przypominałem sobie , że nowy regulamin TANAP pozwala pójść Juraniową już od pierwszego maja, a że ostatnio byłem tam ponad 15 lat temu, to postanowiłem sprawdzić, czy jeszcze mi się tam podoba. Już na początku spodobała mi się cena parkoviska w Oravicach, bo gdzie jeszcze w Tatrach można dziś zostawić auto za dwa euro ? Potem trochę ponad pół godziny asfaltem ( średnio mi sie to podobało), no i godzinka w wąwozie, który był na szczęście całkiem pusty - przez godzinę ni żywej duszy !!! Na roślinki jeszcze trochę za wcześnie , więc kilka zdjęć Juraniowego potoku. Potem króciutkie, delikatne podejście na Sedlo Umrla i szybkie zejście. Jeszcze po drodze rzut okiem w kierunku Doliny Bobrowieckiej i szlaku na Wołowiec .......... .............. no i asfaltem na dół już niestety droga pusta nie była. Nasi rodacy przebudzili się , dojechali i postanowili się przespacerować. No i to by było na tyle - na torfowisku roślin oprócz kaczeńców jeszcze brak , więc końcowy etap średnio atrakcyjny , ale ogólnie spacer udany - 10 km na świeżym, tatrzańskim powietrzu zawsze jest w cenie
    13 punktów
  14. Moja trasa biegła od doliny Hińczowej do Żabiej Mięguszowieckiej poprzez Wołowcową Przełęcz(i przy okazji Hińczową Turnię-ale to w innym temacie:)) Więc tak naprawdę piękne kółeczko od rozwidlenia do rozwidlenia(miejsce gdzie szlaki na Koprowy i Rysy się przecinają). szeroki żleb podejściowy Koprowy i Cubryna Baszty Koprowy i Cubryna, po lewej Hruby Cubryna, Mięgusz Wielki i Pośredni Mięgusz Czarny i Hińczowa Turnia Wołowcowa Przęłęcz Hińczowy Staw Hińczowa Turnia Cubryna i 3 Mięgusze Koprowy Baszty i Hruby Mięgusz Czarny i Hińczowa Turnia na przełęczy Wołowcowej Wysoka Wysoka(zbliżenie) Wołowiec Mięguszowiecki z przełęczy Koprowy Cubryna i Mięgusze Mięgusz Czarny i Hińczowa Turnia cdn...
    13 punktów
  15. Ahoj! Wreszcie znalazłam chwilę by wyspowiadać się z tegorocznego pobytu w Tatrach Pogoda udała się znakomicie, dzięki czemu udało się przejść 2 bardzo długie szlaki, jednemu z nas(ale nie mi) udało się zdobyć bardzo konkretny szczyt pozaszlakowy, oraz kilka szlaków krótszych. Nastąpił też jeden wycof, ale nie można mieć wszystkiego. Relację podzielę na 3 części, co by się zdjęcia zbyt długo nie ładowały Sobota- Tatrzańska Magistrala od Łomnickiego Stawu do Chaty Zamkovskiego. Plany na początek urlopu były trochę inne. Wycieczka miała mieć większy skład(my oraz @vatra i @Krzysiek Zd), cel miał być bardziej ambitny- Lodowa Przełęcz, niektórzy się nawet na jakieś Baranie Rogi napalali, ale w ostatniej chwili popsuły się prognozy- w sobotę po południu ma padać, a w niedzielę to już totalna pogodowa klęska. Wymyślamy zatem krótszą wycieczkę- do tego przejścia zainspirowała mnie kiedyś @Zośka mówiąc, że to najładniejszy odcinek Magistrali. Cóż, zaraz sami sprawdzimy. Jedziemy do Łomnicy elektriczką(bo mieszkamy chwilowo w Nowej Leśnej) i startujemy zielonym szlakiem. Początek szlaku raczej niczym się nie wyróżnia, jak to zwykle początki. Za to w dalszej części jest stromy, nieciekawy i jeszcze można sobie wybić potykając się o kable Po jakimś czasie mordęgi dochodzimy do skrzyżowania zielonego szlaku z Magistralą. Tu robimy sobie przerwę na jedzenie, picie i podziwianie Łomnicy Możemy w pięć minut dojść do Łomnickiego Stawu, ale chyba nam się dzisiaj nie chce. Skręcamy od razu na Magistralę. Na której uświadamiam sobie, że jej jednak nie lubię- widoki są takie sobie, bo głównie na słowackie pola i niższe górskie pasma, Tatry zaś pokazują się z rzadka. Najciekawszym miejscem na szlaku jest Łomnicka Vyhliadka, ale dziś widok nieco zachmurzony. Od tego miejsca jest już blisko do schroniska , o czym świadczy poziom wyślizgania kamieni Pogoda jest może taka sobie, ale czego nie widać na zdjęciu jest strasznie duszno a momentami wręcz gorąco, a my się akurat dziś naubieraliśmy jak na Syberię. W Chacie Zamkovskiego marzymy zatem o zimnej Kofoli. Schronisko jest w remoncie, ale działa zewnętrzny bufet, restauracja oraz wychodek. Natychmiast korzystamy z zimnej Kofoli i z wychodka też Po dość długiej przerwie w schronisku schodzimy szlakiem, który nazywam "wykręcacze kostek", jednak tym razem nie daje mi się aż tak bardzo we znaki jak poprzednio. Jeśli ktoś miał jeszcze złudzenia, że na Słowacji jest cisza, spokój i pustki, to przy Wodospadach Zimnej Wody może spokojnie się z tymi złudzeniami pożegnać. Hordy trampkowiczów jak na Moku, albo gorzej. Nie chce nam się schodzić przez Hrebienok więc idziemy żółtym szlakiem do Tatrzańskiej Leśnej. Tu hord już nie ma a sam szlak bardzo malowniczy. Kiedy dochodzimy do stacji elektriczki zaczyna padać deszcz. Może się jakoś szczególnie nie zmęczyliśmy, ale na rozgrzewkę w sam raz Niedziela- leje i grzmi, jedziemy do Popradu po Tatratea I Kofolę Poniedziałek Lodowa Przełęcz Przejście w poprzek Tatr przez najwyżej położoną przełęcz dostępną szlakiem marzyło mi się od dawna, ale zawsze coś stało na przeszkodzie- pogoda, zerwany po ulewach mostek i zamknięty szlak, covidove ograniczenia, potem znów pogoda. Ale co się odwlecze.... No i tak pewnego wrześniowego poranka pakujemy się do pierwszego porannego autobusu w Nowej Leśnej. Przed 7(dosyć późno jak na tak długi szlak, ale co tam, ostatnią elektriczkę mamy o 22.56 :P) jesteśmy w Jaworzynie. Dość żwawym krokiem startujemy, bo zimno. Dolina Jaworowa jest błotnista po opadach deszczu, totalnie dzika i bezludna( boję się misia 100 razy bardziej!) a przede wszystkim bardzo piękna. Ale też ciągnie się w nieskończoność. Owszem, można się tym pięknem napawać, ale trzeba się wdrapać prawie na 2400 npn. To kiedy to podejście nastąpi? Podejście owszem jest: I to całkiem wygodne. Gdzieś w górnej części schodów robimy sobie popas, ale jest tak zimno, że zbyt długo nie wytrzymujemy(nie idzie nam dogodzić, ostatnio było za gorąco O dziwo to Seba jest tym razem tym bardziej marudnym, strasznie na to zimno narzeka, ale ja mu robię wykład: - A na jaką przełęcz idziemy? - Lodową! -A jaka tam jest pod nią dolinka? -Lodowa! - a stawek? -Lodowy? No to jakim cudem miałoby być tam ciepło ? My tu gadu gadu, a tymczasem poprawia nam się pogoda: Końcówka podejścia jest dość krucha, więc założyliśmy sobie kaski, bo parę osób już schodzi. Po długaśnym spacerze ja już widzę przełęcz, już jestem w ogródku, już witam się z gąską(nawet widzę już zwisający łańcuch do zejścia!), tymczasem mąż mój docierający do celu jakieś 2 minuty po mnie oświadcza: Strasznie się dziś wleczemy! Bo to jeszcze nie jest Lodowa Przełęcz! To jakieś Sedielko! Coś mu się pomerdało, przez te słowackie nazwy. Na przełęczy pijemy Kofolę zwycięstwa, ale zostaje nam ponad pół butelki, bo strasznie zimno jest nadal(chociaż po tej stronie gór świeci słońce), a Kofola jest z lodówki jaworowej. Teraz nastąpi najgorsze. Trzeba zejść po łańcuchu. Nie mam w tym za dużo doświadczenia, bo szlaki raczej planuję tak by łańcuchami wchodzić a nie schodzić. No ale tym razem wygodniejszy logistycznie był marsz w stronę "domu". Najgorzej, że trzeba zejść tyłem, do czego w ogóle nie mam przekonania, ale miejscami jest za stromo na zejście przodem. No to godzę się z losem, i akurat jak już zaczęło mi się podobać schodzenie tyłem, to się łańcuch skończył Dla bojących się którzy jeszcze nie byli powiem, że ekspozycji tam żadnych nie ma, w przepaść nie da się spaść. Po krótkim odcinku z łańcuchem schodzimy po stromych piargach. Ludzie w "internetach" bardzo narzekają na degradację drewnianych schodów, ale w rzeczywistości wcale nie jest tak źle i nam schodziło się po nich bardzo wygodnie. O, już zeszliśmy: Najtrudniejsze(choć wcale nie trudne) za nami. Spacerujemy w stronę Teryho Chaty. Lisek tylko czeka na czyjąś kanapkę z plecaka: My podziwiamy widoki: I jakoś tak niespodziewanie wyrasta przed nami łańcuch: Ale przy dobrych warunkach jakoś nie jest specjalnie potrzebny. Wreszcie dopadamy schronisko! Strasznie jesteśmy zmarznięci, więc nosiczki czaj, to jest miód na nasze serca i żołądki. Nie wiem czy akurat herbata w Terince jest aż tak dobra, czy był to efekt zimna i zmęczenia. Marudzimy tak z 45 minut przy herbatce, w końcu trzeba zejść. Nie wiem dlaczego, ale zejście z Terinki juz po raz drugi zajmuje mi o wiele więcej czasu niż te mapowe, chociaż schodzi się tam całkiem dobrze. No, ale jakieś to takie długie i mozolne. W Chacie Zamkovskiego robimy dłuższą przerwę(może stąd takie ślamazarne zejście :P) ponieważ poza łańcuchami, piargami, i długością szlaku czeka nas jeszcze jedna trudność: wykręcacze kostek! Tym razem idę rzeczywiście wolniej niż poprzednio, ponieważ mam w nogach więcej kilometrów. Końcówka upływa nam na marudzeniu jak bardzo bolą nas stopy i mamy już tego dość, czyli klasyk W Smokovcu idziemy na pizzę i musimy być bardzo głodni i zmęczeni, ponieważ cebula wydaje nam się najpyszniejszą rzeczą na świecie. Jutro trzeba będzie odpocząć, ale że ma być pogoda, to na krótką wycieczkę pójdziemy. CDN.
    13 punktów
  16. Sam moment zachodu z Lodowego wraz z panoramą Tatr
    13 punktów
  17. No i posprzątane...! Bardzo się staraliśmy znaleźć śmieci, ale ku naszej radości wcale dużo ich nie było... ale po kolei. W piątek miał być dzień na rozruch. Pogoda zapowiadała się piękna, odmiennie niż w nadchodzącą sobotę i niedzielę, więc zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy na szlak. W sumie miała być Kopa, ale nogi poniosły na Gąsienicową na spotkanie z @vatra. Te spotkania w Murowańcu się nam tradycją robią..?. W związku z tym, że dzień był wciąż młody poszliśmy w kierunku Karbu, ja z cichą nadzieją, że moja kompania w osobach Asi i Karola, podejmie wyzwanie i ruszy na Kościelca. I w sumie Asi długo nie namawiałam. Szybka akcja i zameldowałyśmy się na szczycie. Duma i radość Asi z pierwszego dwutysięcznika bezcenna ?! . Kilka minut na szczycie i ruszany w dół, oglądajc kolejne stawki i rosnące wokół nich kaczeńce. Szybkie uzupełnienie płynów w schronisku i ruszamy do Kuźnic... Cudny był to dzień. Sobota to nasz dzień na sprzątanie w ramach Czystych Tatr. Ustalamy sobie dość spacerową trasę, również z uwagi średnio stabilną pogodę. Dojeżdżamy do Gronika i ruszamy do Małej Łąki, ktora niemal tonie w kwiatach (a nie w śmieciach ku naszj radości).... Pod drodze spotykamy ekipę z TPN (Pani Maria Król i bardzo mily Pan Przewodnik) i Szerpów Nadziei, którzy testowali nowe wózki dla osób z niepełnosprawnością. Wielki szacun za pracę nad udostępniem Tatr dla osob z niepełnosprawnościami. Bardzo to potrzebne. Trzyma kciuki! Nasz plan zakładał dojście do lasu i odwrót w kierunku Przysłupu Miętusiego, co też czynimy. Kilka minut i jesteśmy, by... nie znaleźć prawie śmieci. Nie zrażamy się i dalej zmierzamy do Doliny Kościeliskiej. Gdzie, jak gdzie, ale tu śmieci zawsze jest dużo ?. Okazuje się, że mamy mocną konkurencję i zaczynamy prawie się ścigać do każdego "podejrzanego" przedmiotu. Jest FUN!!! Po drodze zahaczamy o Stoły, na których poza nami nie ma nikogo... (śmieci też). Nasz żołądki dają znać, że czas jeść, więc nie pozostaje nam nic innego jak obrać kurs na schronisko Ornak. Po pysznym obiadku kierunek Kiry, gdzie zdajemy nasze worki ze śmieciami i obiecujemy sobie, że w przyszłym roku znowu posprzątamy....
    13 punktów
  18. Korzystając z pogody poszliśmy w Tatry. Na Wolowcu dawno nie byłam a od słowackiej strony nigdy na niego szłam więc uznałam, że to dobry pomysł na wycieczkę. Asfaltówką doszliśmy do Tatliakowej Chaty a stamtąd weszliśmy na szlak na Przełęcz Zabrat. Prowadzi dość ostro w górę więc szybko nabieramy wysokości i w niedługim czasie stajemy na przełęczy. Po drodze słychać zbieraczy borowek ( chyba) których widzimy na zboczach Rakonia, borowek jeszcze mnóstwo. Jarzebiny za to niewiele, jakieś na pół suche, może toczy je jakaś choroba? W każdym razie czerwone grona bardzo nieliczne. Przyjemnie ciepło, krótkie spodenki i koszulka wystarczają. Siedzimy chwilę na Zabracie iruszamy na Rakoń. Po drodze wiatr zaczyna być chłodniejszy i wyciągam bluzę. Potem spodnie. Potem czapkę. Na Wolowcu będę mieć jeszcze kurtkę i rękawiczki żeby w drodze powrotnej ściągać wszystko po kolei. Ale któż tego nie zna. Na Wolowiec prowadzą schody, chyba rzeczywiście dawno tu nie byłam, po workach sa tylko resztki juty gdzieniegdzie .Do góry idzie mi się fajnie bo ide po drewnianych pionowych bokach które łączą schody, zejście trochę gorsze, bo dla mnie schody są za wysokie I żeby nie obciążyć kolan stąpnięciami schodzę trochę bokiem. Nie jest to wielkie utrudnienie, a schody nie są na całym podejściu więc w zasadzie ok. Podchodzę jeszcze trochę w stronę Rohaczy, żeby rzucić okiem jak dalej prowadzi szlak. Marzy mi się żeby przejść granią i tak podpatruję jak to będzie wyglądać. Wracam i zbieramy się do powrotu. Pogoda towarzyszyła cały czas, ludzi na trasie Rakoń-Wołowiec zgodnie z przewidywaniami sporo. Widoki piękne. Jednak z góry naprawdę lepiej widać
    12 punktów
  19. @Jędrek To z kwietnia tego roku
    12 punktów
  20. Jakoś się tam porobiło, że @Zośka chodzi we mgle, a ja ciągle w deszczu... Tym razem wybrałam się z @nie_umiem_w_czekan na Słowację. Plany były ambitne, krem do opalania spakowany, spanko w super miejscu - "ahoj przygodo" by się chciało powiedzieć.... No i z tego "ahoj" najwięcej było wody, bo lało każdego dnia. I to nie tak, że sobie pokropiło... Nie, nie... codziennie byłyśmy przemoczone do ostatniej niteczki .... Mimo to zrobiłyśmy chyba plan max. Ale od początku... DZIEŃ 1. Na rozgrzewkę poszły Rysy, bo czemu i nie . Nasza wyprawa zaczęła się w pięknym słońcu, by z każdą godziną towarzyszyło nam coraz więcej chmur. Wystartowałyśmy ze Szczyrbskiego Plesa oczywiście z małym falstartem, bo już nad jeziorem udało się nam zgubić czerwony szlak. Ot się kobietki zagadały na jakiś kilometr dodatkowego spaceru... (choć w sumie nie możemy narzekać, bo w ten sposób wypełniła się nasza tradycja wyprawowa, czyli zgubiony szlak, spacer wzdłuż płotu i "pętelka" - bez tego wypad nieważny). Po tej małej wtopie ruszyłyśmy już bez przeszkód czerwonym szlakiem powolutku nabierając wysokości, ale też mogąc coraz bardziej cieszyć oczy panoramą. Dość szybko osiągamy Popradzkie Pleso wraz z okolicznymi bufetami oraz "rampą załadunkową" Nosiczy. Marta była gotowa dopakować do swojego plecaka zgrzewkę wody, ale po intensywnych negocjacjach odpuściła. Wchodzimy na niebieski szlak w głąb Doliny Mięguszowieckiej podziwiając mistyczną Grań Baszt, a potem Grań Mięguszy. Naszą uwagę przykuwa Wołowiec Mięguszowiecki. Docieramy do mostku na Żabim Potoku i ponownie idziemy czerwonym szlakiem, spierając się nad jego przebiegiem. I w zasadzie dopiero w okolicach Wachterki dostrzegamy właściwy azymut. Zastanawiamy się, czy sobie nie zrobić odpoczynku nad Żabim Stawem, ale prognozy pogody sugerują raczej ruszać w górę, co też czynimy. Jeszcze chwila i zakładamy kaski i wchodzimy na ubezpieczony fragment szlaku, którym po kilku minutach wychodzimy do Kotlinki pod Wagą, gdzie położone jest schronisko. Robimy zasłużony popas, stwierdzamy, że jednak szpilek nie będziemy zakładać i popędzane zmieniającymi się na niekorzyść prognozami poszłyśmy w górę. Atrakcją było przejście przez płat śniegu, gdzie utworzyła się kulturalnie gwarząca w oczekiwaniu kolejka. Szybko dotarłyśmy na szczyt, choć ostatnie metry na straszliwie rozdeptanym szlaku, to walka żeby nie dostać kamlotem. Obowiązkowa sesja fotograficzna i schodzimy w dół, wzmocnione przekazem, że za dwie godziny będzie lać... Jeszcze się łudzimy, że zdążymy.... Nasze nadzieje kończą się nad Żabim Stawem i w zasadzie do końca idziemy w deszczu. Już nam się nawet nie chce iść na kofolę... DZIEŃ 2. Nie żebyśmy jakoś specjalnie zmęczone były po Rysach, ale plan był nieco spokojniejszy na ten dzień, a Martę trochę bolała noga. Inna sprawa, że pogoda nie zapowiadała się dobrze, przede wszystkim z uwagi na burze. Mając to na uwadze postanowiłyśmy udać się na Osterwę z opcją spaceru Magistralą. Obeznane z trasą bez przeszkód zameldowałyśmy się nad Popradzkim Plesem, gdzie tradycyjnie skosztowałyśmy kofolki i gdzie, zaczęły docierać do nas pierwsze grzmoty. Jasnym się stało, że poza spacerem na Symboliczny Cmentarzyk nasza wyprawa raczej dłuższa nie będzie. I tak też się było. Wróciłyśmy do Szczyrbskiego niebieskim szlakiem przemoczone tak, że jednym lekarstwem była Tatra Tea. I tyle było chodzenia w tym dniu... Na pocieszenie wieczorem była piękna tęcza. DZIEŃ 3. Mimo paskudnych prognoz i jeszcze gorszej pogody za oknem naszym celem był Koprowy Szczyt. Kolejny raz, zaczynając powoli się nudzić, przemierzyłyśmy drogę do Popradzkiego Plesa i dalej do mostku nad Żabim Potokiem. Tym razem nie odpuściłyśmy niebieskiego szlaku i w zacinającym deszczu szłyśmy wzdłuż skrytej w chmurach Grani Basz, po drugiej stronie mijając Wołowiec Mięguszowiecki i potem grań Mięguszowieckich Szczytów. Zaskoczył mnie widok Przełęczy pod Chłopkiem. Nie wiem dlaczego wydawało mi się, że bardziej przypomina ona coś na kształt skalnej półki... Cubryna też taka malutka była. Po mniej niż godzince dotarłyśmy do Wielkiego Hińczowego Stawu, by zaraz zacząć biegnące zakosami podejście na Koprową Przełęcz. Okazało się, że siekący deszcz wcale nie przeszkadza ani kozicom, ani świstakom... Cóż... Chciałabym napisać, że od Koprowej Przełęczy towarzyszyły nam tylko piękne widoki, ale nie mogę, bo w zasadzie to prawie nic nie było widać... Za to przemoknięte i zmarznięte byłyśmy już na amen. Także po szczytowaniu niemal biegiem udałyśmy się do domu. DZIEŃ 4. Nie ma zlituj, tym bardziej, że dzień wstał w miarę pogodny i nawet miało padać tylko trochę... (taaaa.....) Zatem przyszedł czas na Krywań. Kolejny raz obeszłyśmy Szczyrbskie Pleso i szeroką ścieżką doszłyśmy do Jamskiego Plesa. Bardzo się nam ta droga podobała, ale nie wiedziałyśmy jeszcze, że za kilka godzin będziemy zaklinały, żeby się już skończyła... Póki co było przyjemnie, ciepło, widoki na Grań Solisk i pokazujący swa potęgę Krywań robiły wrażenie. Bardzo się cieszyłyśmy z niewielkiej ilości ludzi na szlaku. Po zatłoczonych polskich Tatrach, to była przemiła odmiana. Nie tracąc czasu odbiłyśmy na niebieski szlak, by najpierw przejść przez reglowy las, a potem osiągnąć piętro kosówki. Od tego momentu przez kilka kolejnych godziny szłyśmy w zasadzie otwartym, skalistym terenem. Droga na Krywań nie jest trudna. W końcu w sierpniu podążają nią tysiące Słowaków, ale na pewno mozolna. Idzie się i idzie i idzie. I my też tak szłyśmy i szłyśmy, aż dotarłyśmy do Małego Krywania. Jeszcze Mała Przełączka i po kilku minutach wspinaczki osiągnęłyśmy Krywań. Tu czekała nas mała niespodzianka, bowiem w nocy musiał być mróz wyżej w górach i zostało nieco szronu na krzyżu i okolicznych roślinkach. Na nasze szczęście, mimo coraz gęstszych chmur, udało się zrobić kilka panoramek. Ze szczytu ponownie zgoniła nas pogoda. Zgodnie z planem schodziłyśmy zielonym szlakiem do Trzech Studniczek, podziwiając panoramę Tatr Zachodnich, w które za kilka dni miałyśmy się przemieścić. Żeby nie było... po drodze oczywiście dopadł nas deszcz i znowu trzeba było suszyć się i rzeczy.... DZIEŃ 5. Człowiek rozchodzony, jeszcze świezy, więc tym razem wybór padł na Bystrą Ławkę. Bardzo cieszyłam się z tej trasy, bo wiele lat temu wracałam Z Solniska Doliną Furkotną i wydawała mi się niezwykle malownicza, a poza tym bardzo chciałam w końcu wejść na samą Ławkę. Wyruszyłyśmy rano we względnej pogodzie, która nie trwała długo. Dość powiedzieć, że w okolicach wodospadu Skok, również i z nieba lała się woda... Taka karma.. Trzeba było bardzo uważać, bo skały były śliskie i w sumie doceniłyśmy obecność łańcuchów przy przejściu progiem nad wodospadem. Przy szczątkach rozbitego samolotu i pomniku zrobiłyśmy sobie chwilę przerwy, dywagując nad zupełnie innym podejściem do spraw upamiętniania takich wydarzeń. Przypominałyśmy sobie miejsca, gdzie pozostawiono szczątki po wypadkach i poza Gorcami i Beskidami nic nie wymyśliłyśmy. I znowu bym chciała napisać jak było pięknie widać Grań Solisk i Baszt, ale tak naprawdę to ledwie dostrzegłam Capi Staw... Że Hruby i Furkot tam gdzieś są to wiem i tyle, bo nie widziałam. Mogę za to powiedzieć, że szłyśmy widząc na parę metrów. Że jesteśmy blisko Bystrej Ławki "poinformowały" łańcuchy... Samo wejście na Ławkę jest bardzo przyjemne, nieco ekscytujące. Trochę przypomina to przejście przez magiczna bramę, wortal... Niestety pod drugiej stronie nie było lepszej pogody... Schodziłyśmy we mgle, lejącym deszczu i coraz silniejszym wietrze. Gratulowałam sobie w duchu, że miałam "puchówkę". Byłyśmy tak przemoknięte i zmarznięte, że po drodze poszłyśmy na coś gorącego do schroniska pod Soliskiem, bo ostatnią część podróżny odbyć na podgrzewanym siedzeniu wyciągu. A miało być jeszcze Przednie Solisko.... A i jeszcze taka ciekawostka. Pod Rysami i niedaleko Skoku znalazłam pięknie zdobione kamienie. Okazało się, że to zabawa w "Wędrujące kamienie". Uczestnicy zostawiają swoje kamienie i przenoszą cudze w inne miejsce. Można na takim kamieniu napisać jakąś mądrą myśl. DZIEŃ 6. To była najlepsza wycieczka w czasie wyjazdu. Naszym celem był tym razem Polski Grzebień oraz Mała Wysoka. Łudziłyśmy się, że może tym razem pogoda będzie łaskawa i uda się także wejść na Rochatkę. Nasza wyprawa zaczęła się od podróży elektriczką do Tatrzańskiej Polanki. Szybko znalazłyśmy zielony szlak wiodący częściowo asfaltową, udostępnioną dla rowerów drogą, którym dotarłyśmy do Domu Śląskiego. Po drodze widziałyśmy szkody w drzewostanie wyrządzone przez halny w 2004 roku - wciąż robi to makabryczne wrażenie. Pod Domem Śląskim zrobiłyśmy sobie chwilę odpoczynku, by za chwilę zacząć się cieszyć urokiem Doliny Wielickiej. Nie ma przesady w nazywaniu jej kolejnych pięter Ogrodami Wielickimi - kolory, faktury, układy zapierają dech w piersiach... Wyjątkowości nadaje dolinie sąsiedztwo Gerlachu, którego ściany prezentują się imponująco. Urocze są turkusowe jeziorka. Przejście Doliną odbyło się w naszych "ochach" i "achach". Droga zleciała nam tak szybko, że nawet nie zauważyłyśmy kiedy znalazłyśmy się pod łańcuchami prowadzącymi na Polski Grzebień. Kilka minut i byłyśmy na przełęczy. Jak zwykle kilka fotek i znowu popędzane pogodą ruszyłyśmy w kierunku Małej Wysokiej. Chmury nie wskazywały na nic dobrego, a na dokładkę w połowie drogi gdzieś daleko zaczęło "mruczeć" burzowo, co dodatkowo wzmocniło nasze całkiem solidne tempo. Kilka minut do szczytu, kilka na szczycie i w tył zwrot. W okolicach połowy drogi zaczęło padać i nie przestało do Szczyrbskiego Plesa. Z butów wylewałyśmy wodę. Kolejny raz. Na nasze szczęście gospodarz schroniska, w którym spałyśmy wystawił na korytarz suszarki narciarskie, co uratowało nas i nasze buty. DZIEŃ 7. Tak zwaną "wisienką na torcie" była wycieczka na Sławkowski Szczyt, którego olbrzymiego "cielska" nie sposób przegapić w tatrzańskiej panoramie. Trasa, która choć dość krótka (jak na warunki słowackie), to jednak potrafiąca dać w kość, szczególnie jak się chodzi kolejny dzień. Startowałyśmy standardowo ze Starego Smokowca, do którego ja osobiście mam wielki sentyment. Na niebieskim szlaku, wiodącym na "Sławka" trudno się zgubić. Droga wiedzie najpierw przez las, by potem wyprowadzić w kosówkę, której rozmiary pozwalają na kontemplowanie otoczenia. A było co podziwiać, bo pogoda łaskawie pozwoliła nam w całej okazałości obejrzeć Łomnice i jej otoczenie. Szlak wił się przyjemnie w coraz bardziej skalistym otoczeniu. Po osiągnięciu Nosa, Sławkowski Szczyt był już na wciągnięcie ręki. Trzeba powiedzieć, że panorama ze Sławkowskiego powala. Jest chyba jedną z piękniejszych w Tatrach. Szkoda tylko, że tak krótko się nią cieszyłyśmy. Niestety najpierw naszły chmury, a potem.... sami wiecie co było. CDN bo jeszcze pojechałyśmy w tatry Zachodnie ...
    12 punktów
  21. Może ktoś był na Maderze a jeżeli nie to zachęcam - ciepły klimat, ocean, piękne góry. Myślę że tam wrócę. Góry niewysokie ale mają lekko alpejski charakter. Najwyższy szczyt Pico Ruivo 1862 m.n.p.m. Jednak robi to wrażenie bo jest to wysokość względna i bezwzględna, ocean jest nieco ponad 10 km od szczytu w linii prostej. Cała wyspa jest górzysta ze wspaniałą roślinnością. Poniżej kilka górskich zdjęć. Poniżej warto zwrócić uwagę na górską drogę pełno tam takich.
    12 punktów
  22. kolejna partia: Papirusowa Drabina na Przełęczy Stolarczyka, Kołowy i Papirusowe Turnie na przełęczy, Kieżmarskie, Widły i Durne na przełęczy Baranie Rogi, z przodu Papirusowe Turnie Kołowy i Bielskie Łomnica i Durne Papirusowe Turnie Kołowy Dolina Czarna Jaworowa na szczycie droga wejściowa/zejściowa Papirusowe Turnie w Papirusowej Drabinie może będzie CD...
    12 punktów
  23. "Dumna" Łomnica Baranie Rogi Masyw Lodowego Z grani Małego Lodowego roztacza się lepszy widok niż z Lodowej Przęłeczy Ostry szczyt przy zejściu do Doliny Jaworowej
    12 punktów
  24. No to dalej... W zeszłym roku w związku z remontem szlaku nie udało nam się przejść przez Szpiglasową Przełęcz do 5 Stawów. Postanowiliśmy zatem nadrobić zaległości. Po pysznym śniadanku ruszyliśmy kolejny raz uroczym asfaltem w kierunku Moka. Widząc już kłębioący się przy schronisku tłum od razu wchodzimy na Ceprostradę. Szlak upływa nam na podziwianiu widoków i gadaniu. Po drodze mamy bardzo miłe spotkanko, bo za jednym z zakrętów prawie wpadamy na Jędrka, naszego przewodnika, z jak się okazało naszym znajomym z forum @peter1. O tym jednak, że my to my, dogadamy dopiero mailowo. Świat jest cudownie mały . Docieramy na Przełęcz z chmurami na horyzoncie. Robimy fotki, szybki łyk herbatki i zaczynami schodzić po wyremontowanych w zeszłym roku łańcuchach. O słońcu możemy już zapomnieć. Niebo zrobiło się stalowe i sieka nas deszcz. Ledwie widzimy mijaną kolibę. Po drodze jeszcze zawracamy grupę Anglików, którzy idą do Zakopanego na .... nawigacji w telefonie... Dodajmy, że spotkaliśmy ich za rozejściem na Krzyżne... Gdzie by doszli??? Kto wie... Do schroniska docieramy w stanie przemoczenia... hahaha znowu!!! O miejscówce w sali możemy zapomnieć. Siadamy sobie obok recepcji wypijamy herbatkę i jemy szarlotkę. Pół godzinki dla ogrzania i ruszamy na dół. Dalej w deszczu, który przestaje podać przy Roztoce.... taka karma... Kolejny dzień wita nas nadzieją na lepszą pogodę, ale nie na tyle dobrą, żeby zabrać się za realizację naszych głównych celów tego urlopu. Postanawiamy zatem udać się do sąsiadów do Doliny Białej Wody, którą bardzo lubimy. Poza tym po drodze jest sklep, a nam się kawa i nie tylko skończyła . W sumie miał to być spacerek relaksacyjny. doszliśmy ostatecznie do taboru i mając już prawie 15 km w nogach postanowiliśmy zawrócić... Choć nawet nie doszliśmy do stawu, to byliśmy usatysfakcjonowani, bo nie padało, a chmury dawały spektakl nie do opisania... co by jednak nie powiedział droga powrotna się nam baaardzo dłużyła. To był ten dzień, kiedy w końcu prognozy mówiły "dziś tylko słońce"! Wstaliśmy przed 5, żeby nieco po zameldować się na asfalcie w kierunku Morskiego Oka. Tak... szliśmy na Rysy! Dla mnie to był drugi raz w tym sezonie, Grześ debiutował życiowo. Po nieco 1,5 godzinie byliśmy nad Czarnym Stawem. 3 foty na krzyż i ruszamy. Mimo dość wczesnej pory idzie sporo ludzi, więc myk, myk i wypracowujemy sobie przestrzeń i pomykamy do przodu. Chyba mamy sporo szczęścia, bo w zasadzie po raz pierwszy stajemy niemal pod samym szczytem na chyba ostatnich łańcuchach. Mały koreczek dość szybko się rozładowuje i w sumie w mniej niż 4 godziny od wyjścia z Roztoki jesteśmy na szczycie. Polski wierzchołek jest tak zapakowany, że szybko robimy ewakuację do sąsiadów. Kusi nas żeby skoczyć na piwo do Chaty pod Rysami, ale finalnie postanawiamy się pobyczyć i popaść widokami na górze. Przepięknie jest. W końcu mogę zobaczyć część gór, które przeszłam w czasie słowackich tripów. Poza tym coś nam podpowiada, żeby nie zwlekać z powrotem, tym bardziej, że szlak coraz bardziej się zapycha, a my nie chcemy wisieć na łańcuchach z całymi niemal narodami polskim i ukraińskim, które ramię w ramię zmierzają do góry. Wyczekujemy moment luzu i zaczynam schodzić. Znowu mamy doskonały timeing. Spokojnie tracimy wysokość, mijając ludzi, których spotkaliśmy przy Czarnym Stawie. Robimy sobie długi "posiad" na Buli. Podziwiamy nasze ulubione Mięgusze, wspominając ubiegłoroczną wyprawę i wracając do nieco rozczarowującego Mnicha. Schodzi nam dobra godzina. Nieco już pogonieni głodem schodzimy do Roztoki, by resztę dnia spędzić na leżaczkach, planując następny dzień. Zaczyna się on znowu bardzo wcześnie. Tym razem jednak nasze kroki kierujemy do 5 Stawów, bo dziś celem jest Orla Perć. Ja mam do przejścia Granaty, a Grześ na Orlej do tej pory, poza wejściami na poszczególne szczyty, nie był. Zaczynamy od Koziego Wierchu. Idziemy sobie rytmicznie, wspomagając się kijkami. Wspominam o nich, bo o mały włos nie pozbawią mnie życia 3 godziny później... Dlatego, albo kije schowajcie by nie wystawały, albo nie bierzcie wcale. Dobra rada. Bez przeszkód wchodzimy na Kozi, jemy drugie śniadanie zerkając na nasz wczorajszy wyczyn, porównujemy trudności i zastanawiamy się co będzie dalej. Czas goni, więc po kwadransie ruszamy w dół, by dojść do czerwonego szlaku Orlej. Póki co był lajcik, ale jak zobaczyłam Żleb Drega, to ... zwątpiłam... dawno mi się tak źle nie schodziło. Myślałam, że się w życiu nie skończy.... Potem już było tylko lepiej i fajniej. Skała, skała , góra dół, dół, góra...przepiękne widoki. Przechodzimy przez Granaty bez większych problemów i korków. Ale gdzieś koło Pościeli Jasińskiego (chyba) przy podchodzeniu odbijam się kijami od małego okapu i lecę... zatrzymuję się na plecach na skałce. Cała. Widzę tylko zamarłą twarz Grześka.... no nic... trzeba iść. Adrenalina działa, więc nie czuje bólu nogi i pleców, które potem okażą się uzupełnione wielkimi siniakami. Podarte spodnie i plecak zauważę dopiero na Krzyżnem. Idziemy, juz nieco ostrożniej. Ostatnie podejście i koniec. Siadamy na przełęczy. Zmęczeni, szczęśliwi, cali i zdrowi.... teraz juz tylko do "Piątki" i Roztoki. Zrobiliśmy część Orlej. Wiemy, że ciąg dalszy nastąpi...
    12 punktów
  25. Po wczorajszym syfie dzisiaj zgodnie z prognozą pogoda jak drut ,więc działając wspólnie i w porozumieniu z @Wernikswyruszyliśmy na Kopieniec. Oczywiście głównie chodziło nam o śnieżne Tatrzańskie widoczki. Ruszyliśmy jak zwykle z Olczyskiej . Od czerwca nas nie było więc przebudowany parking był pewnym zaskoczeniem. Temperatura ok 0 st. Rano w NT było -5.W dolinie jeszcze jesiennie , niskie ostre słońce maluje ciekawe efekty kolorystyczne. Na dnie jeszcze niewielkie resztki jesiennych kolorów w cieniu szron ale słoneczku dość ciepło . Pozdrowienia z obozu I na polanie Olczyskiej dla tych co na szlaku Na hali Kopieniec już nieco śnieżnie, cóż lodowa otchłań się zbliża Podejście na szczyt bez śniegu , za to zgodnie z przepowiednią rusza się wiatr i na szczycie już dość mocno wieje za to widoki........... na wschód aż po Beskid Niski wiatr się wzmaga więc po herbacie i kanapce pora w dół w Olczyskiej spotkaliśmy kilka osób podchodzących w stronę Hali Kopieniec.Bardzo miłe przedpołudnie i co ważne na niedzielę pogoda się poprawia.
    12 punktów
  26. Nie wiem w którym temacie najlepiej ale chyba tutaj: w końcu po latach eksplorowania Słowacji poszedłem z przewodnikiem na Mnicha. Na razie wrzucę kilka zdjęć z telefonów, potem ogarnę zdjęcia z aparatu i zacznę zamieszczać wyprawy z tego roku. Tutaj też coś dodam... Standardowe wejście Wielką Płytą(chociaż przewodnik potem żałował że nie poszliśmy Robakiewiczem).
    12 punktów
  27. 5 Dzień (29 km) czas 10h Biały Potok - Polana Biały Potok - Dolina Lejowa - Niżna Polana Kominiarska - Dolina Kościeliska - Hala Stoły - Dolina Kościeliska - Jaskinia Raptawicka - Jaskinia Mylna - Wąwóz Kraków - Polana Pisana - Dolina Kościeliska - Przysłop Miętusi - Staników Żleb - Droga pod Reglami - Wielka Krokiew Ostatni dzień wycieczkowy i już wiedziałem, że prawie na pewno czeka mnie deszcz i burze więc trzeba było jak najwięcej zobaczyć i jednocześnie nigdzie nie pchac się wysoko, stąd najwyższym punktem tego dnia była Hala Stoły ? raz udało mi się uciec przed deszczem uciekając do Jaskini Raptawickiej ale wychodząc ze Smoczej Jamy nie miałem tego szczęścia i deszcz padał aż do Przysłopu Miętusiego (swoją drogą mogłem wypróbować pelerynę i sprawdziła się!) Końcówka to już kolejne odcinki Drogi pod Reglami aż do Wielkiej Krokwi. I czas na refleksje - 5 dni - 150 km w nogach - i cel osiągnięty, czyli wszystkie szlaki od Drogi pod Reglami do granicy ze Słowacją zaliczone. Teraz czas na Słowację, bo tam to póki co to tylko Czerwona Ławka i 2 schroniska ? ale wyjazd udał się w 100%, bo wszystko co sobie zaplanowałem zostało zrealizowane ?
    12 punktów
  28. Siema! Zapraszam na fotorelację z weekendu 12-15 sierpnia w słowackich Tatrach. Ludzi było mnóstwo ale codziennie ruszałem około 3 rano i chodziło się super. Pogoda znakomita. Pierwszy dzień to Rysy z parkingu przed Popradzkim Stawem.
    12 punktów
  29. 12 punktów
  30. 11 punktów
  31. To może po cichutku wrócimy z wysokich szczytów do naszych skromnych Beskidów. Dzisiaj , korzystając z kilku niespodziewanych wolnych chwil, postanowiłem odwiedzić okolice Królowej Beskidów. Zanosiło się na deszcz i koło południa miałem kilka spraw do załatwienia, więc wycieczka siłą rzeczy miała być krótka. Ponieważ nie jestem fanem zatłoczonych szlaków i na dodatek (nie bijcie), nie przepadam za Babią, to wybór padł na jej młodszą siostrę ( a może córkę)- Małą Babią. Chociaż wycieczka była bez planu, ot spontaniczny pomysł wczoraj wieczorem, to plan był taki, że wyjdę z Markowej przez Przełęcz Brona na Małą B. i jeśli pogoda się utrzyma to przez Żywieckie Rozstaje do schroniska i powrót do auta, a jeśli nie to po własnych śladach......Wg prognoz padać miało dopiero około 13 tej ale jak to często bywa trafili jak kulą w płot i zaczęło rzęsiście kropkać około ósmej, więc pomysł pętelki szybko upadł i jednogłośnie podjąłem decyzję o wycofie, bo w moim wieku i tak nie urosnę więc deszcz na szlaku średnio lubię. Jak jeszcze nie padało, to było całkiem całkiem... Na dodatek moje przewidywania się sprawdziły i pierwszych człowieków w liczbie dwóch spotkałem dopiero przy schrornisku, potem jeszcze kilku przy podejściu na przełęcz ( schodzili po obejrzeniu wschodu) . Małą Babią miałem tylko dla siebie przez pół godziny , a pewnie było by dłużej gdybym nie musiał schodzić...
    11 punktów
  32. Z soboty na niedzielę lało ale niedziela ma być ładna,więc wyruszamy tylko we dwoje. Cel jest taki trochę nieoczywisty. Wiele razy widzieliśmy tą górę , przechodziliśmy pod nią idąc do Juraniowej więc trzeba zobaczyć jak ta Magura wygląda. Z mapy wynika ,że ładniej będzie od strony słowackiej.Wyruszamy z Orawicy spod basenów. Szybko schodzimy z asfaltu na żółty szlak. Już początek pokazuje,że chyba nie będzie łatwo trochę wyżej pierwsze widokowe hale no i tu zaczyna się typowy słowacki problem , fatalne oznakowanie , zejście z polan do lasu udaje się jescze znaleźć ale dalej zaczyna się karpacka puszcza a znaków ni huhu. znajdujemy jakąś ścieżkę i pojedynczy znak , udaje się nam wydostać ponad las nawigacja wymaga użycia i starych i nowych sposobów.Zasięgu nie ma więc ściągnijcie sobie mapy do trybu offline. Ale nagroda jest tego warta , kornik wspólnie z halnym otworzył wspaniałe widoki ,oczywiście na horyzoncie Wielki Chocz . Wychodzimy na hale , widoki są piękne na polanach pojawia się trochę oznakowania , ale szlak jest dalej dziki , pusty od wyruszenia nie spotkaliśmy nikogo.Trzeba forsować liczne wiatrołomy , docieramy na szczyt jest pusty, mnóstwo borowiny tak chyba wygląda niedźwiedzi raj po jakimś czasie docierają wędrowcy od polskiej strony , wygodnej wiatce przysiadamy na herbatę widoki dokoła są piękne po oczywiście pozdrawiamy tych co na szlaku po nasyceniu się widokami schodzimy , chcemy sobie odmienić i zejść leśną drogą , kończy się marszem na przełaj przez dziki las , bo droga aktualnie robi za błotnistą rynnę po której poruszanie się jest praktycznie niemożliwe. Dajemy radę i docieramy w cywilizowane strony. Uzupełniamy zapas kofoli i ruszamy do domu. Podsumowując jest to piękna pusta widokowa trasa , trzeba tylko uważać na nawigację.
    11 punktów
  33. To i ja powspominam swoje nieco żałosne początki Zaczęło się w lutym 1991 r. 8-letnia ja, 5-letnia siostra i rodzice, którzy musieli na moment postradać zmysły. Nasz sprzęt górski to dżinsy, przemakalne kurtki i kozaczki relaks. Idziemy na Stóg Izerski brodząc po kolanach, a może i po pas w kopnym śniegu. Oczywiście szczytu nie zdobywamy, a ja czuję się tak umordowana, że postanawiam znienawidzić góry i nigdy już nie przyjeżdżać tu zimą. Kolejne doświadczenie to rok 1994 i lato w Bieszczadach. Tu już było nieco lepiej, coś połaziliśmy. Były teksty "tatusiu, już nie mam siły", ale Połoninę Wetlińską dało się urobić. Pamiętam, że bardzo stromy las zrobił wrażenie. Miłości do gór nadal nie było, wolałam kąpiele w Solinie :P. Kolejne wspomnienie to lato 1996. Znów Stóg Izerski. Tym razem urywamy się staruszkom ze smyczy i ja, siostra i rok młodsza kuzynka zdobywamy szczyt samodzielnie. Na tamten moment przygoda życia. Nocleg w schronisku bez prądu, nie pamiętam czy była woda W kolejnych latach góry zeszły zupełnie na boczny tor, w liceum nie chciało się już jeździć z rodzicami, na studiach wiecznie doskwierał mi brak gotówki. Poza tym podobnie jak @Artur S pochodzę z najbardziej płaskiej części Polski, więc wiadomo W góry udało mi się wrócić dopiero w 2011 roku, w życiu już mocno dorosłym. Znów były to Bieszczady. Znów miałam dżinsy, trampki na bardzo płaskich podeszwach, dżinsową kurtkę i plecak kostkę, który mi został z czasów punkowo-hipisowych ;). Cóż, korzenie zobowiązują;P Po tym wyjeździe bakcyl górski został załapany, po 2 miesiącach były Karkonosze, a rok później Tatry. Które z początku wydawały mi się wielkie i straszne, ale powoli się z nimi oswajałam, aż doszłam do momentu, że jestem z tych co nie wierzą w góry piękniejsze od Tatr(chociaż inne góry lubię też!) Na tym pierwszym wyjeździe była Świstówka, Czerwone Wierchy, Kościeliska, Kasprowy, Grześ-Rakoń-Wołowiec i Łomnica kolejką A kolejnego burzowego lata była imponująca seria wycofów I chyba lubię nawet Krupówki. Natomiast do górskiej zimy ciągle nie mogę się przekonać, to chyba trauma z dzieciństwa Jak znajdę jutro stare fotki to wstawię je tutaj.
    11 punktów
  34. Skoro już mnie naszło na wspomnienia..... pamiętam jak dziś radość z wejścia Polski do strefy Schengen. Do tego czasu włóczyłem się głównie po polskiej stronie najpiękniejszych gór i szczerze mówiąc już kilkanaście lat temu miałem dość tłumów, pijanych pseudo turystów na szlaku, rozwrzeszczanych dzieciaków, wycieczek zakładowych, które pomyliły szlak górski z karczmą na Krupowkach. Zdarzały się wypady na południową stronę gór ale raczej sporadycznie. Sezon 2008 zapowiadał się więc wyjątkowo atrakcyjnie. Artur naczytał się w kwartalniku Tatry o pustych, słowackich szlakach w piękniejszej części Tatr i nie mógł doczekać się otwarcia sezonu. Na pierwszy ogień poszła Białowodska Dolina.... poszliśmy i przepadłem z kretesem. Doszliśmy tylko do polany pod Aniołami bo pogoda była pod psem, ale zakochałem się bez pamięci i od tego czasu byłem w niej pewnie ze 20 razy. Patrząc z Polany pod Wysoką na próg Ciężkiej wydawało mi się, że nie dam rady tam wejść, okazało się jednak że Ciężka nie jest taka ciężka i w ten sposób poznałem moim zdaniem najpiękniejszy zakątek Tatr. Pierwszą dłuższą wycieczkę po Schengen udało się uskutecznić Doliną Jaworową przez Lodową Przełęcz to Smokovca. Sierpień, słońce świeci prosto w czoło, kilometry do przejścia a my w bawełnianych koszulkach, plecaki z lamusa. Na podejściu pod przełęcz biło źródło więc wyprałem w nim koszulkę i wymyłem to i owo bo zapach potu był nawet dla mnie nie do zniesienia. Piękne miejsce, na dodatek z tajemniczą historią i tego dnia, mimo weekendu całkiem puste. Jak tu się nie zakochać w słowackich Tatrach?? Pierwsza osoba doszła od strony Terinki dopiero na przełęczy. Od tego dnia wiedziałem już po której stronie Tatr chcę chodzić i nawet jeśli i tu jest teraz już dużo więcej turystów to nadal można znaleźć ciche i odludne miejsca jak choćby Hlińska, Zawory czy Cicha Dolina.
    11 punktów
  35. Mój górski początek był w Bieszczadach. Lata 80-te ubiegłego wieku, wczasy z rodzicami w Ustrzykach Dolnych i kilka wycieczek po okolicznych pagórkach. Spodobało mi się tak średnio,raz że w lipcu był straszny upał, dwa to ubiór w tamtym czasie kompletnie nie górski a trzy to rodzina, która była raczej mocno nizinna. Potem było kilka lat przerwy i pierwszy wyjazd już z własnego wyboru w najbliższe poważniejsze góry czyli Karkonosze. Pamiętam że pierwsze podejście było po trasie wyciągu na Szrenicę pod linami. Ten sposób spędzania wolnego czasu przypadł mi do gustu i od tego wyjazdu zaczęło się częstsze dreptanie po hopkach . Na początku wyjazdy na zmianę z morzem bo z Poznania miałem tyle samo drogi na południe co i na północ, ale stopniowo zacząłem częściej wybierać wyższe rejony. Karkonosze, Góry Stołowe, Izerskie i tamte okolice. Gdy poznałem żonę, która pochodzi z Beskidów,mój los został przypieczętowany. Ona nie wyobrażała sobie życia "na płaskim", ja coraz bardziej lgnąłem do gór więc wybór był prosty. Oczywiście na początku były dojazdy z Poznania i krótkie weekendowe wypady. Zacząlem tatrzańskie wędrówki od dolinek. Pierwsza była Koscieliska do Smreczyńskiego Stawu, po drodze z zahaczeniem Okna Pawlikowskiego. Pamiętam że widząc z niego szczyt Bystrej - przepadłem. No i tak to się zaczęło i trwa do dziś, chociaż z racji stanu zdrowia wycieczki są już raczej lajtowe i coraz rzadziej bywam w Tatrach, to mieszkanie w Beskidach, praktycznie w lesie przy szlaku, zaspokaja mój głód gór.
    11 punktów
  36. Odwiedziłem Małą Fatrę poraz drugi, tym razem późną wiosną. Pogoda dopisała, widoki i przyroda rewelacja. Taka mieszanka Tatr, Pienin i Bieszczad.
    11 punktów
  37. zdobyłem Gubałówkę
    11 punktów
  38. Widok z Gorców na Tatry o wschodzie słońca
    11 punktów
  39. kilka zdjęć z otoczenia Doliny Kieżmarskiej: Niestety mam problem z wgrywaniem zdjęć bo jakość pojedynczego zdjęcia przekracza dopuszczalny limit 5mb. Tego dnia pogoda była idealna więc zdjęcia są bardzo dobrej jakości. Proszę o info od moderatora czy coś się uda z tym zrobić. Jak nie, to poszukam zdjęć z telefonu bo tam jakość jest słabsza. Prawdę mówiąc to chyba coś nowego bo wcześniej nigdy nie było problemu...
    11 punktów
  40. Wschód słońca z Południcy w Tatrach Niżnych
    11 punktów
  41. Pod koniec września ubiegłego roku wybraliśmy się z żoną na od dawna wyczekiwany dłuższy wypad w Tatry. W planach był kawałek Orlej Perci i poznawanie szlaków Słowackich. Pierwsze dwa dni były deszczowe, więc na rozgrzewkę zaliczyliśmy spacery do Doliny Gąsienicowej i na Rusinową Polanę z niedzielną Mszą na Wiktorówkach. Widoki były zerowe więc zdjęć nie będę nawet wrzucał. W poniedziałek zgodnie z prognozą przyszła piękna pogoda więc wyszliśmy na Orlą. Plan był taki, żeby wejść Żlebem Kulczyńskiego, dojść do Skrajnego, wtedy ocenić siły (fizyczne i psychiczne) i podjąć decyzję czy schodzimy do doliny czy chcemy iść dalej na Krzyżne. To pierwsze spotkanie żony z Orlą więc nie byliśmy pewni jak zareaguje na ekspozycje. Cała wycieczka wyszła fantastycznie. Wyszliśmy rano z Brzezin, dalej zgodnie z planem przez Żleb Kulczyńskiego, Granaty i ostatecznie doszliśmy na Krzyżne. Żona nie miała żadnych problemów z ekspozycją, wręcz przeciwnie szlak bardzo jej się spodobał. Pogoda była idealna a delikatne chmurki tylko dodawały uroku. Bardzo zaskoczyły mnie pustki na szlaku, do momentu dojścia na Orlą spotkaliśmy tylko jedną osobę, na samej Orlej może z 10-15. Sami sympatyczni ludzie tego dnia na szlaku Z powrotem na parkingu byliśmy przed 19. (ciąg dalszy nastąpi )
    11 punktów
  42. Najlepszą opcją jest łączenie przyjemnego z pożytecznym, więc połączyłam wyjazd na zawody w nordic walking ze zwiedzaniem. Tym sposobem mogłam się pościgać i zobaczyć przepiękne góry Atlas, oczywiście trochę "przy okazji". W Atlas wjechaliśmy podczas wyprawy do Studia Atlas, gdzie znajdują sie plenery do takich filmów jak Pasja, Prison Breake, Mumia, Bond, Asteriks i Obeliks - Misja Kleopatra i przede wszystkim Gra o Tron. Wodospad stanowi atrakcję samą w sobie - jest największy w Afryce Północnej. Kaskady mają łącznie 110 metrów, najwyższa ma coś koło 70. Atrakcją wodospadu są stada małp jedzące turystom z ręki
    11 punktów
  43. Wczorajszym pięknym dniem wybraliśmy się na Kopskie Sedlo. Doliną Zadnich Koperszadow nigdy nie szlam więc wiadomo było, że będziemy szli dlugo, żeby wszystko pooglądać. Na początek zaciekawily nas bobrowiska. Bobra zobaczyć oczywiście się nie udało. Tu gdzie mieszkam mam takie odludne miejsce gdzie są bobry i też nigdy mi się nie udało go zobaczyć. Blisko był zakątek kamieni, kazdy opisany, objaśniony wiek i pochodzenie. Jest to też miejsce gdzie można posiedzieć, sa ławy, stoly. Rzeźbione ławki pojawiały sie jeszcze na trasie, były też misiiwe figury. I to jedyna forma misia jaka chciałabym spotkać. Weszliśmy w Kopeszadzka Bramkę i ochrzcilismy ją najładniejszym.miejscem tej doliny. Zachwycił nas ten wywóz, taki zimny, z wysokimi ścianami. I tylko szkoda, że taki krótki. Lodowy szczyt który widzieliśmy na początku gdzie nam się zgubił, za to towarzyszyl nam potem w drodze Jagnięcy Szczyt. Trudno mu było zrobić zdjęcie, bo słońce było blisko niego, a gdy doszliśmy do Kopskiego Sedla przyszła mgła i go zasłoniła. Nie było po co tu siedzieć wiec ruszyliśmy dalej. Po chwili byliśmy na Wyznim Kopskim Sedlu. Widoki byly piękne, bo wiatr mgle przegonił. Ruch u gory spory ale fajny, czyli bez hałaśliwych osób i nawet psy były grzeczne, nie szczekały na siebie.
    11 punktów
  44. Witam wszystkich. Dawno mnie tutaj nie było dlatego chciałbym się podzielić wtorkowym wypadem na Nosal oraz Czarny Staw Gąsienicowy. Także do rzeczy. Początkowo w planach zakładany był Nosal stamtąd na Halę Gąsienicową i potem na Świnicę. Niestety poniedziałkowa pogoda już naplatała figla, bo w Zakopanem spadł śnieg. Więc wtorkowy dzień po konsultacjach z lokalnymi zadecydował o tym, że zobaczę co będzie gdy dojdziemy do Murowańca, Podejście zaczynałem w Kuźnicach, jednak zanim tam człowiek doszedł miał przed sobą około 3 km drogi z miejsca noclegowego. Jak widać w bardzo fajnym klimacie i pogodzie mijał spacer do celu. Szlak na Nosal — po opłaceniu wejścia do TPN w kwocie 9 zł mogłem zaczynać wyprawę. Droga na Nosalową Przełęcz mija bardzo szybko, jak i samo wejście na Nosal. Trochę widoków z wejścia, jak i z samego Nosala. Po krótkim odpoczynku czas zejścia niżej i kierowanie się niebieskim szlakiem do Hali Gąsienicowej, gdzie znak pokazuje 1h 35 min. Wejście głównie po kamieniach, gdzie generalnie niektóre bardzo śliskie, więc dodatkowym atutem byłyby kijki, z których nie korzystam Po ponad godzinie człowiek melduje się na Przełęczy między Kopami. Parę zdjęć i ruszam dalej w stronę Hali Gąsienicowej, do której jest 30 minut. Pogoda zmienna raz siąpi lekki deszcz, czasami mały drobny śnieg. Ostatnie 30 minut mija bardzo intensywnie i powoli ukazuje nam się po zejściu lekko w dół Hala Gąsienicowa. Krótkie posiedzenie w schronisku na zjedzenie czegoś ciepłego oraz symbolicznym złocistym zapadła decyzja, że wejścia na Świnicę jednak nie podejmuję bez lepszego sprzętu itp. Patrząc na chmury zawieszone dosyć, nisko z których co chwilę przejawiał się deszcz poszła decyzja, że idę tylko na Czarny Staw Gąsienicowy i będę powoli wracać w stronę Kuźnic. O tym za chwilę. Droga plus Czarny Staw Gąsienicowy Powrót w 35 minut na Halę Gąsienicową i kolejne 30 min na przełęcz nad Kopami. Żeby nie iść tą samą drogą postanowiłem zejść żółtym szlakiem na Dolinę Jaworzynki Zdjęcie na powrocie Hali Gąsienicowej I kilka zdjęć z Doliny Jaworzynki. Zejście z Przełęczy nad Kopami do Doliny oraz Kuźnic zajęło około 1h. Całość tego dnia to wymaszerowanie jakieś 24 km w nogach wraz z powrotem do miejsca pobytu. I tak oto pisząc ten krótki post na forum borykam się jeszcze z bólem łydek, a jutro kolejny wyjazd . Tym razem Mogielica.
    11 punktów
  45. Kilka dni temu wybrałem się na Soszów Wielki. Było bardzo mokro, a salamandry wychodziły dosłownie na szlak.
    11 punktów
  46. no to i ode mnie tak od początku w Szlachtowej ok 9.00 przez Homole powoli zaczynał się ruch przy Księgach, w krainie wiecznego błota po drodze oczywiście na Jemeriskowej zaczyna się największa przyjemność , czyli podejście pod Wysoką , niestety mocno śliskie Wysoka jak zwykle musiała się wykazać i zejście w stronę Borsuczyn było sakramencko śliskie za to widok z Durbaszki ........... kierownik wycieczki obserwuje dalszą drogę , widać ten ciężar odpowiedzialności na barkach Wysoki Wierch jak zwykle pokazał klasę po dłuższym wygrzewaniu ruszyliśmy w dół w stronę Huściawy i Szlachtowej Jeszcze raz dzięki wszystkim za super dzień i mam nadzieję na jeszcze. Aha zdjęcia poszły do @Mnich Moderator.
    11 punktów
  47. Albo grubo albo wcale. To fajnie, dzięki. Trzeciego dnia poszedłem z Podbańskiej niebieskim na Pyszniańską Przełęcz i przez Błyszcz na Bystrą. Powrót żółtym i czerwonym.
    11 punktów
  48. Żeby nie było, że patrzyłem tylko pod nogi to kilka zdjęć na wyższym poziomie ? Wybaczcie tą ilość postów ale inaczej nie dałem rady, a roślinność Siwego Wierchu tak mnie kolejny raz zachwyciła, że nie dałem rady sie powstrzymać
    11 punktów
×
×
  • Dodaj nową pozycję...