Skocz do zawartości

Ranking

Popularna zawartość

Zawartość, która uzyskała najwyższe oceny od 25.05.2023 w Odpowiedzi

  1. Kilka jesiennych kadrów z Gerlacha
    16 punktów
  2. W nazwie mam wildlife więc mała przerwa zanim przejdziemy do ostatniego dnia. To zestaw z całego pobytu, ptak nazywa się płochacz halny, reszta wiadomo.
    15 punktów
  3. Przespałem się na dużym parkingu Podbanske, po drugiej w nocy przejechałem na Tri Studnicky i chwilę po wschodzie byłem na Krywaniu.
    15 punktów
  4. Może nie najwyższa miejscówka, ale jestem w Zakopanem w delegacji i nie mam zbyt wiele czasu na góry, staram się korzystać na ile czas pozwala, no i siły Nosal o poranku:
    14 punktów
  5. W piękna niedzielną pogodę postanowiliśmy sprawdzić uroki Doliny Jaworowej i wybraliśmy się nią na Lodową Przełęcz. Auto zostawiliśmy w Tatrzanskiej Jaworzynie kolo kosciola bo na poboczu przy szlakowskazie nie bylo juz miejsca. Wiekszosc osob szla w Dolinę Koperszadow ale i na naszym szlsku spotykalismy wedrowcow. Szlak długawy ale bardzo przyjemny. Wchodząc w Zadnią Dolinę Jaworową zaczęliśmy powoli nabierać wysokości, Samo podejście na Przełęcz trochę oddechu zabrało ale widoki z góry bajkowe. Moje serce skradł Żabi Jaworowy Staw. Coś pięknego!
    14 punktów
  6. Długi, majowy weekend, na dodatek przepiękna pogoda - wszystko to mówi mi, że od polskiej części Tatr należy trzymać się jak najdalej. Koło domu z kolei mnóstwo roboty, jak to na wiosnę, więc dłuższy wyjazd też nie wchodzi w grę a choć na chwilę człowiek chętnie by gdzieś wyskoczył. Przypominałem sobie , że nowy regulamin TANAP pozwala pójść Juraniową już od pierwszego maja, a że ostatnio byłem tam ponad 15 lat temu, to postanowiłem sprawdzić, czy jeszcze mi się tam podoba. Już na początku spodobała mi się cena parkoviska w Oravicach, bo gdzie jeszcze w Tatrach można dziś zostawić auto za dwa euro ? Potem trochę ponad pół godziny asfaltem ( średnio mi sie to podobało), no i godzinka w wąwozie, który był na szczęście całkiem pusty - przez godzinę ni żywej duszy !!! Na roślinki jeszcze trochę za wcześnie , więc kilka zdjęć Juraniowego potoku. Potem króciutkie, delikatne podejście na Sedlo Umrla i szybkie zejście. Jeszcze po drodze rzut okiem w kierunku Doliny Bobrowieckiej i szlaku na Wołowiec .......... .............. no i asfaltem na dół już niestety droga pusta nie była. Nasi rodacy przebudzili się , dojechali i postanowili się przespacerować. No i to by było na tyle - na torfowisku roślin oprócz kaczeńców jeszcze brak , więc końcowy etap średnio atrakcyjny , ale ogólnie spacer udany - 10 km na świeżym, tatrzańskim powietrzu zawsze jest w cenie
    13 punktów
  7. Miala być ładna pogoda, wolny dzień, zatem choc trochę obaw co do tłumów w górach miałam -poszliśmy. Z Chocholowskiej przez Ornak na Starorobocianski, zejście przez Kończysty i Trzydniowianski. Wyszliśmy dość późno, ale nic burz nie zapowiadało więc wydawslo mi się, że nie trzeba zrywać się z łóżka wcześnie. Chocholowska pełna ale na pierwszy rzut oka to typowo dolinowi turyści, z dziećmi, rowerkami, bardziej nastawieni na spacer. Na Iwanickiej jeszcze wiosna- krokusy kwitną. Trochę osób pochłania promienie słońca. Jest tu bardzo przyjemnie. Skręcamy na Ornak, na szlaku kilka miejsc z mokrym śniegiem ale dobrze się po nim idzie w górę. Sam Ornak piękny jak zawsze, z widokami zatem tu spędzamy pewnie z godzinę. Obchodzimy Siwe Skały, wszystko czyste prawie bez śniegu, ten lezy w żlebami i na wyższych szczytach, jest tez w kilku miejscach przy podejściu pod Starorobocisnski. Idąc do góry nie zakładamy raków, ale gdybyśmy mieli tedy schodzić to warto byłoby mieć chociaż raczki. Aha. I jeszcze przy początkowym podejściu od Siwej Przełęczy szlak sie obrywa, póki co jest ok, ale szczeliny są Im wyżej tym szlak bardziej czysty. Na Błyszcz nikt idzieMjamy się ze schodzącymi, i w końcu bo dosc meczacym podejściu zdobywamy szczyt u gory jesteśmy w czwórkę Przejrzystosc super widać Babią i miejsce skąd rozpoczynaliśmy wejście. Na początku mieliśmy wracać przez Dolinę Starorobocianską ale patrząc na Kończysty żal go tak zostawić. Na szlaku są płaty śniegu, omijamy je i przez to ograniczamy też ten niewygodny schodkowy szlak miejscami jest też z drucianej siatki. I tak zaliczajac jeszcze Kończysty i Trzydniowianski schodzimy sobie ma dół.
    13 punktów
  8. Moja trasa biegła od doliny Hińczowej do Żabiej Mięguszowieckiej poprzez Wołowcową Przełęcz(i przy okazji Hińczową Turnię-ale to w innym temacie:)) Więc tak naprawdę piękne kółeczko od rozwidlenia do rozwidlenia(miejsce gdzie szlaki na Koprowy i Rysy się przecinają). szeroki żleb podejściowy Koprowy i Cubryna Baszty Koprowy i Cubryna, po lewej Hruby Cubryna, Mięgusz Wielki i Pośredni Mięgusz Czarny i Hińczowa Turnia Wołowcowa Przęłęcz Hińczowy Staw Hińczowa Turnia Cubryna i 3 Mięgusze Koprowy Baszty i Hruby Mięgusz Czarny i Hińczowa Turnia na przełęczy Wołowcowej Wysoka Wysoka(zbliżenie) Wołowiec Mięguszowiecki z przełęczy Koprowy Cubryna i Mięgusze Mięgusz Czarny i Hińczowa Turnia cdn...
    13 punktów
  9. Ahoj! Wreszcie znalazłam chwilę by wyspowiadać się z tegorocznego pobytu w Tatrach Pogoda udała się znakomicie, dzięki czemu udało się przejść 2 bardzo długie szlaki, jednemu z nas(ale nie mi) udało się zdobyć bardzo konkretny szczyt pozaszlakowy, oraz kilka szlaków krótszych. Nastąpił też jeden wycof, ale nie można mieć wszystkiego. Relację podzielę na 3 części, co by się zdjęcia zbyt długo nie ładowały Sobota- Tatrzańska Magistrala od Łomnickiego Stawu do Chaty Zamkovskiego. Plany na początek urlopu były trochę inne. Wycieczka miała mieć większy skład(my oraz @vatra i @Krzysiek Zd), cel miał być bardziej ambitny- Lodowa Przełęcz, niektórzy się nawet na jakieś Baranie Rogi napalali, ale w ostatniej chwili popsuły się prognozy- w sobotę po południu ma padać, a w niedzielę to już totalna pogodowa klęska. Wymyślamy zatem krótszą wycieczkę- do tego przejścia zainspirowała mnie kiedyś @Zośka mówiąc, że to najładniejszy odcinek Magistrali. Cóż, zaraz sami sprawdzimy. Jedziemy do Łomnicy elektriczką(bo mieszkamy chwilowo w Nowej Leśnej) i startujemy zielonym szlakiem. Początek szlaku raczej niczym się nie wyróżnia, jak to zwykle początki. Za to w dalszej części jest stromy, nieciekawy i jeszcze można sobie wybić potykając się o kable Po jakimś czasie mordęgi dochodzimy do skrzyżowania zielonego szlaku z Magistralą. Tu robimy sobie przerwę na jedzenie, picie i podziwianie Łomnicy Możemy w pięć minut dojść do Łomnickiego Stawu, ale chyba nam się dzisiaj nie chce. Skręcamy od razu na Magistralę. Na której uświadamiam sobie, że jej jednak nie lubię- widoki są takie sobie, bo głównie na słowackie pola i niższe górskie pasma, Tatry zaś pokazują się z rzadka. Najciekawszym miejscem na szlaku jest Łomnicka Vyhliadka, ale dziś widok nieco zachmurzony. Od tego miejsca jest już blisko do schroniska , o czym świadczy poziom wyślizgania kamieni Pogoda jest może taka sobie, ale czego nie widać na zdjęciu jest strasznie duszno a momentami wręcz gorąco, a my się akurat dziś naubieraliśmy jak na Syberię. W Chacie Zamkovskiego marzymy zatem o zimnej Kofoli. Schronisko jest w remoncie, ale działa zewnętrzny bufet, restauracja oraz wychodek. Natychmiast korzystamy z zimnej Kofoli i z wychodka też Po dość długiej przerwie w schronisku schodzimy szlakiem, który nazywam "wykręcacze kostek", jednak tym razem nie daje mi się aż tak bardzo we znaki jak poprzednio. Jeśli ktoś miał jeszcze złudzenia, że na Słowacji jest cisza, spokój i pustki, to przy Wodospadach Zimnej Wody może spokojnie się z tymi złudzeniami pożegnać. Hordy trampkowiczów jak na Moku, albo gorzej. Nie chce nam się schodzić przez Hrebienok więc idziemy żółtym szlakiem do Tatrzańskiej Leśnej. Tu hord już nie ma a sam szlak bardzo malowniczy. Kiedy dochodzimy do stacji elektriczki zaczyna padać deszcz. Może się jakoś szczególnie nie zmęczyliśmy, ale na rozgrzewkę w sam raz Niedziela- leje i grzmi, jedziemy do Popradu po Tatratea I Kofolę Poniedziałek Lodowa Przełęcz Przejście w poprzek Tatr przez najwyżej położoną przełęcz dostępną szlakiem marzyło mi się od dawna, ale zawsze coś stało na przeszkodzie- pogoda, zerwany po ulewach mostek i zamknięty szlak, covidove ograniczenia, potem znów pogoda. Ale co się odwlecze.... No i tak pewnego wrześniowego poranka pakujemy się do pierwszego porannego autobusu w Nowej Leśnej. Przed 7(dosyć późno jak na tak długi szlak, ale co tam, ostatnią elektriczkę mamy o 22.56 :P) jesteśmy w Jaworzynie. Dość żwawym krokiem startujemy, bo zimno. Dolina Jaworowa jest błotnista po opadach deszczu, totalnie dzika i bezludna( boję się misia 100 razy bardziej!) a przede wszystkim bardzo piękna. Ale też ciągnie się w nieskończoność. Owszem, można się tym pięknem napawać, ale trzeba się wdrapać prawie na 2400 npn. To kiedy to podejście nastąpi? Podejście owszem jest: I to całkiem wygodne. Gdzieś w górnej części schodów robimy sobie popas, ale jest tak zimno, że zbyt długo nie wytrzymujemy(nie idzie nam dogodzić, ostatnio było za gorąco O dziwo to Seba jest tym razem tym bardziej marudnym, strasznie na to zimno narzeka, ale ja mu robię wykład: - A na jaką przełęcz idziemy? - Lodową! -A jaka tam jest pod nią dolinka? -Lodowa! - a stawek? -Lodowy? No to jakim cudem miałoby być tam ciepło ? My tu gadu gadu, a tymczasem poprawia nam się pogoda: Końcówka podejścia jest dość krucha, więc założyliśmy sobie kaski, bo parę osób już schodzi. Po długaśnym spacerze ja już widzę przełęcz, już jestem w ogródku, już witam się z gąską(nawet widzę już zwisający łańcuch do zejścia!), tymczasem mąż mój docierający do celu jakieś 2 minuty po mnie oświadcza: Strasznie się dziś wleczemy! Bo to jeszcze nie jest Lodowa Przełęcz! To jakieś Sedielko! Coś mu się pomerdało, przez te słowackie nazwy. Na przełęczy pijemy Kofolę zwycięstwa, ale zostaje nam ponad pół butelki, bo strasznie zimno jest nadal(chociaż po tej stronie gór świeci słońce), a Kofola jest z lodówki jaworowej. Teraz nastąpi najgorsze. Trzeba zejść po łańcuchu. Nie mam w tym za dużo doświadczenia, bo szlaki raczej planuję tak by łańcuchami wchodzić a nie schodzić. No ale tym razem wygodniejszy logistycznie był marsz w stronę "domu". Najgorzej, że trzeba zejść tyłem, do czego w ogóle nie mam przekonania, ale miejscami jest za stromo na zejście przodem. No to godzę się z losem, i akurat jak już zaczęło mi się podobać schodzenie tyłem, to się łańcuch skończył Dla bojących się którzy jeszcze nie byli powiem, że ekspozycji tam żadnych nie ma, w przepaść nie da się spaść. Po krótkim odcinku z łańcuchem schodzimy po stromych piargach. Ludzie w "internetach" bardzo narzekają na degradację drewnianych schodów, ale w rzeczywistości wcale nie jest tak źle i nam schodziło się po nich bardzo wygodnie. O, już zeszliśmy: Najtrudniejsze(choć wcale nie trudne) za nami. Spacerujemy w stronę Teryho Chaty. Lisek tylko czeka na czyjąś kanapkę z plecaka: My podziwiamy widoki: I jakoś tak niespodziewanie wyrasta przed nami łańcuch: Ale przy dobrych warunkach jakoś nie jest specjalnie potrzebny. Wreszcie dopadamy schronisko! Strasznie jesteśmy zmarznięci, więc nosiczki czaj, to jest miód na nasze serca i żołądki. Nie wiem czy akurat herbata w Terince jest aż tak dobra, czy był to efekt zimna i zmęczenia. Marudzimy tak z 45 minut przy herbatce, w końcu trzeba zejść. Nie wiem dlaczego, ale zejście z Terinki juz po raz drugi zajmuje mi o wiele więcej czasu niż te mapowe, chociaż schodzi się tam całkiem dobrze. No, ale jakieś to takie długie i mozolne. W Chacie Zamkovskiego robimy dłuższą przerwę(może stąd takie ślamazarne zejście :P) ponieważ poza łańcuchami, piargami, i długością szlaku czeka nas jeszcze jedna trudność: wykręcacze kostek! Tym razem idę rzeczywiście wolniej niż poprzednio, ponieważ mam w nogach więcej kilometrów. Końcówka upływa nam na marudzeniu jak bardzo bolą nas stopy i mamy już tego dość, czyli klasyk W Smokovcu idziemy na pizzę i musimy być bardzo głodni i zmęczeni, ponieważ cebula wydaje nam się najpyszniejszą rzeczą na świecie. Jutro trzeba będzie odpocząć, ale że ma być pogoda, to na krótką wycieczkę pójdziemy. CDN.
    13 punktów
  10. 13 punktów
  11. Sam moment zachodu z Lodowego wraz z panoramą Tatr
    13 punktów
  12. No i posprzątane...! Bardzo się staraliśmy znaleźć śmieci, ale ku naszej radości wcale dużo ich nie było... ale po kolei. W piątek miał być dzień na rozruch. Pogoda zapowiadała się piękna, odmiennie niż w nadchodzącą sobotę i niedzielę, więc zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy na szlak. W sumie miała być Kopa, ale nogi poniosły na Gąsienicową na spotkanie z @vatra. Te spotkania w Murowańcu się nam tradycją robią..?. W związku z tym, że dzień był wciąż młody poszliśmy w kierunku Karbu, ja z cichą nadzieją, że moja kompania w osobach Asi i Karola, podejmie wyzwanie i ruszy na Kościelca. I w sumie Asi długo nie namawiałam. Szybka akcja i zameldowałyśmy się na szczycie. Duma i radość Asi z pierwszego dwutysięcznika bezcenna ?! . Kilka minut na szczycie i ruszany w dół, oglądajc kolejne stawki i rosnące wokół nich kaczeńce. Szybkie uzupełnienie płynów w schronisku i ruszamy do Kuźnic... Cudny był to dzień. Sobota to nasz dzień na sprzątanie w ramach Czystych Tatr. Ustalamy sobie dość spacerową trasę, również z uwagi średnio stabilną pogodę. Dojeżdżamy do Gronika i ruszamy do Małej Łąki, ktora niemal tonie w kwiatach (a nie w śmieciach ku naszj radości).... Pod drodze spotykamy ekipę z TPN (Pani Maria Król i bardzo mily Pan Przewodnik) i Szerpów Nadziei, którzy testowali nowe wózki dla osób z niepełnosprawnością. Wielki szacun za pracę nad udostępniem Tatr dla osob z niepełnosprawnościami. Bardzo to potrzebne. Trzyma kciuki! Nasz plan zakładał dojście do lasu i odwrót w kierunku Przysłupu Miętusiego, co też czynimy. Kilka minut i jesteśmy, by... nie znaleźć prawie śmieci. Nie zrażamy się i dalej zmierzamy do Doliny Kościeliskiej. Gdzie, jak gdzie, ale tu śmieci zawsze jest dużo ?. Okazuje się, że mamy mocną konkurencję i zaczynamy prawie się ścigać do każdego "podejrzanego" przedmiotu. Jest FUN!!! Po drodze zahaczamy o Stoły, na których poza nami nie ma nikogo... (śmieci też). Nasz żołądki dają znać, że czas jeść, więc nie pozostaje nam nic innego jak obrać kurs na schronisko Ornak. Po pysznym obiadku kierunek Kiry, gdzie zdajemy nasze worki ze śmieciami i obiecujemy sobie, że w przyszłym roku znowu posprzątamy....
    13 punktów
  13. 10 czerwca zaplanowany od półtora roku, w tajemnicy. Tylko garstka Przyjaciół wiedziała, że "wywinięty numer" ze ślubem na Kasprowym. I choć aura nie rozpieszczała, to przecież wzajemna miłość do siebie i do Tatr zwalczy każdą przeciwność i dosłownie góry przenosi ?
    13 punktów
  14. W czwartek 2 maja pogoda zapowiadała się pięknie. Wcześnie rano wyjechaliśmy w kierunku granicy w Jurgowie ponieważ - jak to powiada nasz Kolega @barbie609 moder - chcieliśmy spędzić majówkę tam gdzie majówki nie ma. Pojechaliśmy do Słowackiego Raju. Nie byliśmy tam wcześniej więc wszystko nas ciekawiło i sprawiało niemałą frajdę. Wędrówkę rozpoczęliśmy z porkingu Podlesok. skąd prowadzi kilka różnych szlaków, my na początek wybraliśmy jeden z najciekawszych czyli wąwóz Sucha Bela Cały czas idziemy dnem malowniczego i niestety troche mokrego wąwozu. Idąc wsłuchujemy się w pluskanie strumyka snującego się pod naszymi nogami i uroczy o tej porze świergot ptaków. Mijamy też kilka przepięknych wodospadów. Na szlaku nie byliśmy sami ale spotykane od czasu do czasu pojedyncze osoby albo niewielkie grupki trudno nazwać tłumem. W takich miejscach jak drobinki naturalnie trzeba było zwolnić i iść uważniej więc tu spotykaliśmy najwiecej ludzi. Drabinki, kładki, stupaczki, łańcuchy i mnóstwo ciekawych, ekscytujących zakamarkow. Przejście całego wąwozu zajęło nam niecałe cztery godziny. Przy rozejściu szlaków okazało się że mamy sporo czasu i jeszcze więcej ochoty na dalszą wędrówkę. Postanowiliśmy przejść jeszcze Przełom Hornadu. Najpierw żółtym a później czerwonym szlakiem dotarliśmy do Klastoriska Tutaj kolejne rozwidlenie szlaków. Po krótkiej przerwie idziemy dalej w stronę Hornadu. Początkowo ścieżka prowadzi łagodnie przez las ale po jakimś czasie robi się na tyle stromo że w kilku miejscach pojawiają się łańcuchy. Po niecałej godzinie docieramy do niebiesko znakowanego Przełomu Hornadu Wędrówka Przełomem również dostarcza nam wielu niesamowitych wrażeń. Jest przepięknie! Kończąc wędrówkę zamykajmy jednocześnie pętelkę bo szlak zaprowadził nas do punktu wyjścia czyli na Podlesok. To była cudowna przygoda, z pewnością wrócimy do Słowackiego Raju jeszcze nie jeden raz.. Tymczasem jedziemy do Nowej Leśnej gdzie mamy nocleg. Przed nami jeszcze trochę majowych wrażeń.
    12 punktów
  15. "Dumna" Łomnica Baranie Rogi Masyw Lodowego Z grani Małego Lodowego roztacza się lepszy widok niż z Lodowej Przęłeczy Ostry szczyt przy zejściu do Doliny Jaworowej
    12 punktów
  16. Jakoś się tam porobiło, że @Zośka chodzi we mgle, a ja ciągle w deszczu... Tym razem wybrałam się z @nie_umiem_w_czekan na Słowację. Plany były ambitne, krem do opalania spakowany, spanko w super miejscu - "ahoj przygodo" by się chciało powiedzieć.... No i z tego "ahoj" najwięcej było wody, bo lało każdego dnia. I to nie tak, że sobie pokropiło... Nie, nie... codziennie byłyśmy przemoczone do ostatniej niteczki .... Mimo to zrobiłyśmy chyba plan max. Ale od początku... DZIEŃ 1. Na rozgrzewkę poszły Rysy, bo czemu i nie . Nasza wyprawa zaczęła się w pięknym słońcu, by z każdą godziną towarzyszyło nam coraz więcej chmur. Wystartowałyśmy ze Szczyrbskiego Plesa oczywiście z małym falstartem, bo już nad jeziorem udało się nam zgubić czerwony szlak. Ot się kobietki zagadały na jakiś kilometr dodatkowego spaceru... (choć w sumie nie możemy narzekać, bo w ten sposób wypełniła się nasza tradycja wyprawowa, czyli zgubiony szlak, spacer wzdłuż płotu i "pętelka" - bez tego wypad nieważny). Po tej małej wtopie ruszyłyśmy już bez przeszkód czerwonym szlakiem powolutku nabierając wysokości, ale też mogąc coraz bardziej cieszyć oczy panoramą. Dość szybko osiągamy Popradzkie Pleso wraz z okolicznymi bufetami oraz "rampą załadunkową" Nosiczy. Marta była gotowa dopakować do swojego plecaka zgrzewkę wody, ale po intensywnych negocjacjach odpuściła. Wchodzimy na niebieski szlak w głąb Doliny Mięguszowieckiej podziwiając mistyczną Grań Baszt, a potem Grań Mięguszy. Naszą uwagę przykuwa Wołowiec Mięguszowiecki. Docieramy do mostku na Żabim Potoku i ponownie idziemy czerwonym szlakiem, spierając się nad jego przebiegiem. I w zasadzie dopiero w okolicach Wachterki dostrzegamy właściwy azymut. Zastanawiamy się, czy sobie nie zrobić odpoczynku nad Żabim Stawem, ale prognozy pogody sugerują raczej ruszać w górę, co też czynimy. Jeszcze chwila i zakładamy kaski i wchodzimy na ubezpieczony fragment szlaku, którym po kilku minutach wychodzimy do Kotlinki pod Wagą, gdzie położone jest schronisko. Robimy zasłużony popas, stwierdzamy, że jednak szpilek nie będziemy zakładać i popędzane zmieniającymi się na niekorzyść prognozami poszłyśmy w górę. Atrakcją było przejście przez płat śniegu, gdzie utworzyła się kulturalnie gwarząca w oczekiwaniu kolejka. Szybko dotarłyśmy na szczyt, choć ostatnie metry na straszliwie rozdeptanym szlaku, to walka żeby nie dostać kamlotem. Obowiązkowa sesja fotograficzna i schodzimy w dół, wzmocnione przekazem, że za dwie godziny będzie lać... Jeszcze się łudzimy, że zdążymy.... Nasze nadzieje kończą się nad Żabim Stawem i w zasadzie do końca idziemy w deszczu. Już nam się nawet nie chce iść na kofolę... DZIEŃ 2. Nie żebyśmy jakoś specjalnie zmęczone były po Rysach, ale plan był nieco spokojniejszy na ten dzień, a Martę trochę bolała noga. Inna sprawa, że pogoda nie zapowiadała się dobrze, przede wszystkim z uwagi na burze. Mając to na uwadze postanowiłyśmy udać się na Osterwę z opcją spaceru Magistralą. Obeznane z trasą bez przeszkód zameldowałyśmy się nad Popradzkim Plesem, gdzie tradycyjnie skosztowałyśmy kofolki i gdzie, zaczęły docierać do nas pierwsze grzmoty. Jasnym się stało, że poza spacerem na Symboliczny Cmentarzyk nasza wyprawa raczej dłuższa nie będzie. I tak też się było. Wróciłyśmy do Szczyrbskiego niebieskim szlakiem przemoczone tak, że jednym lekarstwem była Tatra Tea. I tyle było chodzenia w tym dniu... Na pocieszenie wieczorem była piękna tęcza. DZIEŃ 3. Mimo paskudnych prognoz i jeszcze gorszej pogody za oknem naszym celem był Koprowy Szczyt. Kolejny raz, zaczynając powoli się nudzić, przemierzyłyśmy drogę do Popradzkiego Plesa i dalej do mostku nad Żabim Potokiem. Tym razem nie odpuściłyśmy niebieskiego szlaku i w zacinającym deszczu szłyśmy wzdłuż skrytej w chmurach Grani Basz, po drugiej stronie mijając Wołowiec Mięguszowiecki i potem grań Mięguszowieckich Szczytów. Zaskoczył mnie widok Przełęczy pod Chłopkiem. Nie wiem dlaczego wydawało mi się, że bardziej przypomina ona coś na kształt skalnej półki... Cubryna też taka malutka była. Po mniej niż godzince dotarłyśmy do Wielkiego Hińczowego Stawu, by zaraz zacząć biegnące zakosami podejście na Koprową Przełęcz. Okazało się, że siekący deszcz wcale nie przeszkadza ani kozicom, ani świstakom... Cóż... Chciałabym napisać, że od Koprowej Przełęczy towarzyszyły nam tylko piękne widoki, ale nie mogę, bo w zasadzie to prawie nic nie było widać... Za to przemoknięte i zmarznięte byłyśmy już na amen. Także po szczytowaniu niemal biegiem udałyśmy się do domu. DZIEŃ 4. Nie ma zlituj, tym bardziej, że dzień wstał w miarę pogodny i nawet miało padać tylko trochę... (taaaa.....) Zatem przyszedł czas na Krywań. Kolejny raz obeszłyśmy Szczyrbskie Pleso i szeroką ścieżką doszłyśmy do Jamskiego Plesa. Bardzo się nam ta droga podobała, ale nie wiedziałyśmy jeszcze, że za kilka godzin będziemy zaklinały, żeby się już skończyła... Póki co było przyjemnie, ciepło, widoki na Grań Solisk i pokazujący swa potęgę Krywań robiły wrażenie. Bardzo się cieszyłyśmy z niewielkiej ilości ludzi na szlaku. Po zatłoczonych polskich Tatrach, to była przemiła odmiana. Nie tracąc czasu odbiłyśmy na niebieski szlak, by najpierw przejść przez reglowy las, a potem osiągnąć piętro kosówki. Od tego momentu przez kilka kolejnych godziny szłyśmy w zasadzie otwartym, skalistym terenem. Droga na Krywań nie jest trudna. W końcu w sierpniu podążają nią tysiące Słowaków, ale na pewno mozolna. Idzie się i idzie i idzie. I my też tak szłyśmy i szłyśmy, aż dotarłyśmy do Małego Krywania. Jeszcze Mała Przełączka i po kilku minutach wspinaczki osiągnęłyśmy Krywań. Tu czekała nas mała niespodzianka, bowiem w nocy musiał być mróz wyżej w górach i zostało nieco szronu na krzyżu i okolicznych roślinkach. Na nasze szczęście, mimo coraz gęstszych chmur, udało się zrobić kilka panoramek. Ze szczytu ponownie zgoniła nas pogoda. Zgodnie z planem schodziłyśmy zielonym szlakiem do Trzech Studniczek, podziwiając panoramę Tatr Zachodnich, w które za kilka dni miałyśmy się przemieścić. Żeby nie było... po drodze oczywiście dopadł nas deszcz i znowu trzeba było suszyć się i rzeczy.... DZIEŃ 5. Człowiek rozchodzony, jeszcze świezy, więc tym razem wybór padł na Bystrą Ławkę. Bardzo cieszyłam się z tej trasy, bo wiele lat temu wracałam Z Solniska Doliną Furkotną i wydawała mi się niezwykle malownicza, a poza tym bardzo chciałam w końcu wejść na samą Ławkę. Wyruszyłyśmy rano we względnej pogodzie, która nie trwała długo. Dość powiedzieć, że w okolicach wodospadu Skok, również i z nieba lała się woda... Taka karma.. Trzeba było bardzo uważać, bo skały były śliskie i w sumie doceniłyśmy obecność łańcuchów przy przejściu progiem nad wodospadem. Przy szczątkach rozbitego samolotu i pomniku zrobiłyśmy sobie chwilę przerwy, dywagując nad zupełnie innym podejściem do spraw upamiętniania takich wydarzeń. Przypominałyśmy sobie miejsca, gdzie pozostawiono szczątki po wypadkach i poza Gorcami i Beskidami nic nie wymyśliłyśmy. I znowu bym chciała napisać jak było pięknie widać Grań Solisk i Baszt, ale tak naprawdę to ledwie dostrzegłam Capi Staw... Że Hruby i Furkot tam gdzieś są to wiem i tyle, bo nie widziałam. Mogę za to powiedzieć, że szłyśmy widząc na parę metrów. Że jesteśmy blisko Bystrej Ławki "poinformowały" łańcuchy... Samo wejście na Ławkę jest bardzo przyjemne, nieco ekscytujące. Trochę przypomina to przejście przez magiczna bramę, wortal... Niestety pod drugiej stronie nie było lepszej pogody... Schodziłyśmy we mgle, lejącym deszczu i coraz silniejszym wietrze. Gratulowałam sobie w duchu, że miałam "puchówkę". Byłyśmy tak przemoknięte i zmarznięte, że po drodze poszłyśmy na coś gorącego do schroniska pod Soliskiem, bo ostatnią część podróżny odbyć na podgrzewanym siedzeniu wyciągu. A miało być jeszcze Przednie Solisko.... A i jeszcze taka ciekawostka. Pod Rysami i niedaleko Skoku znalazłam pięknie zdobione kamienie. Okazało się, że to zabawa w "Wędrujące kamienie". Uczestnicy zostawiają swoje kamienie i przenoszą cudze w inne miejsce. Można na takim kamieniu napisać jakąś mądrą myśl. DZIEŃ 6. To była najlepsza wycieczka w czasie wyjazdu. Naszym celem był tym razem Polski Grzebień oraz Mała Wysoka. Łudziłyśmy się, że może tym razem pogoda będzie łaskawa i uda się także wejść na Rochatkę. Nasza wyprawa zaczęła się od podróży elektriczką do Tatrzańskiej Polanki. Szybko znalazłyśmy zielony szlak wiodący częściowo asfaltową, udostępnioną dla rowerów drogą, którym dotarłyśmy do Domu Śląskiego. Po drodze widziałyśmy szkody w drzewostanie wyrządzone przez halny w 2004 roku - wciąż robi to makabryczne wrażenie. Pod Domem Śląskim zrobiłyśmy sobie chwilę odpoczynku, by za chwilę zacząć się cieszyć urokiem Doliny Wielickiej. Nie ma przesady w nazywaniu jej kolejnych pięter Ogrodami Wielickimi - kolory, faktury, układy zapierają dech w piersiach... Wyjątkowości nadaje dolinie sąsiedztwo Gerlachu, którego ściany prezentują się imponująco. Urocze są turkusowe jeziorka. Przejście Doliną odbyło się w naszych "ochach" i "achach". Droga zleciała nam tak szybko, że nawet nie zauważyłyśmy kiedy znalazłyśmy się pod łańcuchami prowadzącymi na Polski Grzebień. Kilka minut i byłyśmy na przełęczy. Jak zwykle kilka fotek i znowu popędzane pogodą ruszyłyśmy w kierunku Małej Wysokiej. Chmury nie wskazywały na nic dobrego, a na dokładkę w połowie drogi gdzieś daleko zaczęło "mruczeć" burzowo, co dodatkowo wzmocniło nasze całkiem solidne tempo. Kilka minut do szczytu, kilka na szczycie i w tył zwrot. W okolicach połowy drogi zaczęło padać i nie przestało do Szczyrbskiego Plesa. Z butów wylewałyśmy wodę. Kolejny raz. Na nasze szczęście gospodarz schroniska, w którym spałyśmy wystawił na korytarz suszarki narciarskie, co uratowało nas i nasze buty. DZIEŃ 7. Tak zwaną "wisienką na torcie" była wycieczka na Sławkowski Szczyt, którego olbrzymiego "cielska" nie sposób przegapić w tatrzańskiej panoramie. Trasa, która choć dość krótka (jak na warunki słowackie), to jednak potrafiąca dać w kość, szczególnie jak się chodzi kolejny dzień. Startowałyśmy standardowo ze Starego Smokowca, do którego ja osobiście mam wielki sentyment. Na niebieskim szlaku, wiodącym na "Sławka" trudno się zgubić. Droga wiedzie najpierw przez las, by potem wyprowadzić w kosówkę, której rozmiary pozwalają na kontemplowanie otoczenia. A było co podziwiać, bo pogoda łaskawie pozwoliła nam w całej okazałości obejrzeć Łomnice i jej otoczenie. Szlak wił się przyjemnie w coraz bardziej skalistym otoczeniu. Po osiągnięciu Nosa, Sławkowski Szczyt był już na wciągnięcie ręki. Trzeba powiedzieć, że panorama ze Sławkowskiego powala. Jest chyba jedną z piękniejszych w Tatrach. Szkoda tylko, że tak krótko się nią cieszyłyśmy. Niestety najpierw naszły chmury, a potem.... sami wiecie co było. CDN bo jeszcze pojechałyśmy w tatry Zachodnie ...
    12 punktów
  17. No to dalej... W zeszłym roku w związku z remontem szlaku nie udało nam się przejść przez Szpiglasową Przełęcz do 5 Stawów. Postanowiliśmy zatem nadrobić zaległości. Po pysznym śniadanku ruszyliśmy kolejny raz uroczym asfaltem w kierunku Moka. Widząc już kłębioący się przy schronisku tłum od razu wchodzimy na Ceprostradę. Szlak upływa nam na podziwianiu widoków i gadaniu. Po drodze mamy bardzo miłe spotkanko, bo za jednym z zakrętów prawie wpadamy na Jędrka, naszego przewodnika, z jak się okazało naszym znajomym z forum @peter1. O tym jednak, że my to my, dogadamy dopiero mailowo. Świat jest cudownie mały . Docieramy na Przełęcz z chmurami na horyzoncie. Robimy fotki, szybki łyk herbatki i zaczynami schodzić po wyremontowanych w zeszłym roku łańcuchach. O słońcu możemy już zapomnieć. Niebo zrobiło się stalowe i sieka nas deszcz. Ledwie widzimy mijaną kolibę. Po drodze jeszcze zawracamy grupę Anglików, którzy idą do Zakopanego na .... nawigacji w telefonie... Dodajmy, że spotkaliśmy ich za rozejściem na Krzyżne... Gdzie by doszli??? Kto wie... Do schroniska docieramy w stanie przemoczenia... hahaha znowu!!! O miejscówce w sali możemy zapomnieć. Siadamy sobie obok recepcji wypijamy herbatkę i jemy szarlotkę. Pół godzinki dla ogrzania i ruszamy na dół. Dalej w deszczu, który przestaje podać przy Roztoce.... taka karma... Kolejny dzień wita nas nadzieją na lepszą pogodę, ale nie na tyle dobrą, żeby zabrać się za realizację naszych głównych celów tego urlopu. Postanawiamy zatem udać się do sąsiadów do Doliny Białej Wody, którą bardzo lubimy. Poza tym po drodze jest sklep, a nam się kawa i nie tylko skończyła . W sumie miał to być spacerek relaksacyjny. doszliśmy ostatecznie do taboru i mając już prawie 15 km w nogach postanowiliśmy zawrócić... Choć nawet nie doszliśmy do stawu, to byliśmy usatysfakcjonowani, bo nie padało, a chmury dawały spektakl nie do opisania... co by jednak nie powiedział droga powrotna się nam baaardzo dłużyła. To był ten dzień, kiedy w końcu prognozy mówiły "dziś tylko słońce"! Wstaliśmy przed 5, żeby nieco po zameldować się na asfalcie w kierunku Morskiego Oka. Tak... szliśmy na Rysy! Dla mnie to był drugi raz w tym sezonie, Grześ debiutował życiowo. Po nieco 1,5 godzinie byliśmy nad Czarnym Stawem. 3 foty na krzyż i ruszamy. Mimo dość wczesnej pory idzie sporo ludzi, więc myk, myk i wypracowujemy sobie przestrzeń i pomykamy do przodu. Chyba mamy sporo szczęścia, bo w zasadzie po raz pierwszy stajemy niemal pod samym szczytem na chyba ostatnich łańcuchach. Mały koreczek dość szybko się rozładowuje i w sumie w mniej niż 4 godziny od wyjścia z Roztoki jesteśmy na szczycie. Polski wierzchołek jest tak zapakowany, że szybko robimy ewakuację do sąsiadów. Kusi nas żeby skoczyć na piwo do Chaty pod Rysami, ale finalnie postanawiamy się pobyczyć i popaść widokami na górze. Przepięknie jest. W końcu mogę zobaczyć część gór, które przeszłam w czasie słowackich tripów. Poza tym coś nam podpowiada, żeby nie zwlekać z powrotem, tym bardziej, że szlak coraz bardziej się zapycha, a my nie chcemy wisieć na łańcuchach z całymi niemal narodami polskim i ukraińskim, które ramię w ramię zmierzają do góry. Wyczekujemy moment luzu i zaczynam schodzić. Znowu mamy doskonały timeing. Spokojnie tracimy wysokość, mijając ludzi, których spotkaliśmy przy Czarnym Stawie. Robimy sobie długi "posiad" na Buli. Podziwiamy nasze ulubione Mięgusze, wspominając ubiegłoroczną wyprawę i wracając do nieco rozczarowującego Mnicha. Schodzi nam dobra godzina. Nieco już pogonieni głodem schodzimy do Roztoki, by resztę dnia spędzić na leżaczkach, planując następny dzień. Zaczyna się on znowu bardzo wcześnie. Tym razem jednak nasze kroki kierujemy do 5 Stawów, bo dziś celem jest Orla Perć. Ja mam do przejścia Granaty, a Grześ na Orlej do tej pory, poza wejściami na poszczególne szczyty, nie był. Zaczynamy od Koziego Wierchu. Idziemy sobie rytmicznie, wspomagając się kijkami. Wspominam o nich, bo o mały włos nie pozbawią mnie życia 3 godziny później... Dlatego, albo kije schowajcie by nie wystawały, albo nie bierzcie wcale. Dobra rada. Bez przeszkód wchodzimy na Kozi, jemy drugie śniadanie zerkając na nasz wczorajszy wyczyn, porównujemy trudności i zastanawiamy się co będzie dalej. Czas goni, więc po kwadransie ruszamy w dół, by dojść do czerwonego szlaku Orlej. Póki co był lajcik, ale jak zobaczyłam Żleb Drega, to ... zwątpiłam... dawno mi się tak źle nie schodziło. Myślałam, że się w życiu nie skończy.... Potem już było tylko lepiej i fajniej. Skała, skała , góra dół, dół, góra...przepiękne widoki. Przechodzimy przez Granaty bez większych problemów i korków. Ale gdzieś koło Pościeli Jasińskiego (chyba) przy podchodzeniu odbijam się kijami od małego okapu i lecę... zatrzymuję się na plecach na skałce. Cała. Widzę tylko zamarłą twarz Grześka.... no nic... trzeba iść. Adrenalina działa, więc nie czuje bólu nogi i pleców, które potem okażą się uzupełnione wielkimi siniakami. Podarte spodnie i plecak zauważę dopiero na Krzyżnem. Idziemy, juz nieco ostrożniej. Ostatnie podejście i koniec. Siadamy na przełęczy. Zmęczeni, szczęśliwi, cali i zdrowi.... teraz juz tylko do "Piątki" i Roztoki. Zrobiliśmy część Orlej. Wiemy, że ciąg dalszy nastąpi...
    12 punktów
  18. Po wczorajszym syfie dzisiaj zgodnie z prognozą pogoda jak drut ,więc działając wspólnie i w porozumieniu z @Wernikswyruszyliśmy na Kopieniec. Oczywiście głównie chodziło nam o śnieżne Tatrzańskie widoczki. Ruszyliśmy jak zwykle z Olczyskiej . Od czerwca nas nie było więc przebudowany parking był pewnym zaskoczeniem. Temperatura ok 0 st. Rano w NT było -5.W dolinie jeszcze jesiennie , niskie ostre słońce maluje ciekawe efekty kolorystyczne. Na dnie jeszcze niewielkie resztki jesiennych kolorów w cieniu szron ale słoneczku dość ciepło . Pozdrowienia z obozu I na polanie Olczyskiej dla tych co na szlaku Na hali Kopieniec już nieco śnieżnie, cóż lodowa otchłań się zbliża Podejście na szczyt bez śniegu , za to zgodnie z przepowiednią rusza się wiatr i na szczycie już dość mocno wieje za to widoki........... na wschód aż po Beskid Niski wiatr się wzmaga więc po herbacie i kanapce pora w dół w Olczyskiej spotkaliśmy kilka osób podchodzących w stronę Hali Kopieniec.Bardzo miłe przedpołudnie i co ważne na niedzielę pogoda się poprawia.
    12 punktów
  19. 5 Dzień (29 km) czas 10h Biały Potok - Polana Biały Potok - Dolina Lejowa - Niżna Polana Kominiarska - Dolina Kościeliska - Hala Stoły - Dolina Kościeliska - Jaskinia Raptawicka - Jaskinia Mylna - Wąwóz Kraków - Polana Pisana - Dolina Kościeliska - Przysłop Miętusi - Staników Żleb - Droga pod Reglami - Wielka Krokiew Ostatni dzień wycieczkowy i już wiedziałem, że prawie na pewno czeka mnie deszcz i burze więc trzeba było jak najwięcej zobaczyć i jednocześnie nigdzie nie pchac się wysoko, stąd najwyższym punktem tego dnia była Hala Stoły ? raz udało mi się uciec przed deszczem uciekając do Jaskini Raptawickiej ale wychodząc ze Smoczej Jamy nie miałem tego szczęścia i deszcz padał aż do Przysłopu Miętusiego (swoją drogą mogłem wypróbować pelerynę i sprawdziła się!) Końcówka to już kolejne odcinki Drogi pod Reglami aż do Wielkiej Krokwi. I czas na refleksje - 5 dni - 150 km w nogach - i cel osiągnięty, czyli wszystkie szlaki od Drogi pod Reglami do granicy ze Słowacją zaliczone. Teraz czas na Słowację, bo tam to póki co to tylko Czerwona Ławka i 2 schroniska ? ale wyjazd udał się w 100%, bo wszystko co sobie zaplanowałem zostało zrealizowane ?
    12 punktów
  20. Siema! Zapraszam na fotorelację z weekendu 12-15 sierpnia w słowackich Tatrach. Ludzi było mnóstwo ale codziennie ruszałem około 3 rano i chodziło się super. Pogoda znakomita. Pierwszy dzień to Rysy z parkingu przed Popradzkim Stawem.
    12 punktów
  21. 12 punktów
  22. Chciałabym w końcu napisać, że było słońce i słońce i słońce.... ale nie mogę, bo jak zwykle codziennie zaliczaliśmy solidny deszczowy prysznic...a zaczęło się już w drodze do schroniska w Dolinie Chochołowskiej. Doszliśmy mokrzy, ale już w słońcu. Ponieważ dzień był jeszcze młody, mimo chmur na niebie, ruszyliśmy na mały rekonesans i rozejście na Grzesia. Sesja fotograficzna, jak zwykle trwała i trwała. Dopiero ryzyko kolejnego zmoknięcia skutecznie zmobilizowało nas do szybkiego zejścia. Pozostało planować dzień następny przy pysznej szarlotce. Kolejny dzień wita nas słoneczkiem i chmurami (a jak inaczej....?!). Ruszamy z planem wyjścia na Kończysty Wierch. Oczywiście zagadujemy się i mijamy wejście na czerwony szlak. No nic - mała zmiana planów i zaczynamy podchodzić od szlakiem przez Trzydniowiański. Szlak na początku nie jest urokliwy, ale plusem jest to, że szybko wychodzimy na grzbiet i możemy podziwiać widoki. Na szlaku niewielu turystów mimo soboty. Bez problemów osiągamy Trzydniowiański, gdzie mamy czas na herbatę i coś na ząb. Kolejny przystanek i nasz top na dziś to Kończysty. 40 minut po stopniach i siatce .... i tyle o tym napiszę. Dobrze, że na górze widoki dopisują, choć wieje równo. Jak zwykle sesja i .... przez chwilę myślimy, czy nie ruszyć na Starorobociański, ale zaraz przypominamy sobie prognozy, a w nich deszcze i deszcze ... niestety po 10 mimutach zaczyna padać. Deszcz odprowadza nas w dolinę... Niedziela miała przynieść fantastyczne widoki ze Starorobociańskego Wierchu. Ruszamy o 8.00 ze schroniska z nadzieją, że prognozy choć raz się nie sprawdzą... Po godzinie juz wiemy, że dobrze nie będzie, bo zaczynają się wypiętrzać chmury burzowe. Mimo wszystko liczymy, że wycieczka się uda. Dobre tempo pozwala sie nam po nieco ponad 2 godzinach zameldować na Siwej Przełęczy. Już nie jest różowo... ale przecież już jest tak blisko... Idziemy na Siwy Zwornik. Jak na złość nie możemy odpalić map z burzami. Z pomocą przychodzi nam @Mateusz Z - burze idą. W ciągu kilku minut ze słonecznej pogody zostaje wspomnienie, zaczyna wiać zimny wiatr. Ze wszystkich stron mamy ciemne, paskudne chmury. Pytanie tylko za ile to się "wysypie". Mamy w sumie z kwadrans do szczytu i ... robimy odwrót. Oczywiście, jak jesteśmy na Siwej Przełęczy na chwilę się przeciera i wychodzi słońce, ale za chwile słyszymy gdzieś nad Ornakami burze. Schodzimy tak, jak przyszliśmy. Dziś wycieczki na Ornaku nie będzie. Po drodze łapie nas deszcz z gradem i kolejna burza. Cóż, tradycja moknięcia podtrzymana.... Asia, Aga, Sylwia, Mario, Robert - byliście mega dzielni! Brawo dla Was!!!
    11 punktów
  23. kilka zdjęć z otoczenia Doliny Kieżmarskiej: Niestety mam problem z wgrywaniem zdjęć bo jakość pojedynczego zdjęcia przekracza dopuszczalny limit 5mb. Tego dnia pogoda była idealna więc zdjęcia są bardzo dobrej jakości. Proszę o info od moderatora czy coś się uda z tym zrobić. Jak nie, to poszukam zdjęć z telefonu bo tam jakość jest słabsza. Prawdę mówiąc to chyba coś nowego bo wcześniej nigdy nie było problemu...
    11 punktów
  24. Wschód słońca z Południcy w Tatrach Niżnych
    11 punktów
  25. Witam wszystkich tatromaniaków oraz miłośników gór. Niżne Rysy 2430 m.n.p.m , szczyt warty odwiedzenia. Wszedłem od strony polskiej od Buli pod Rysami wejście bardzo proste, chociaż sporo kruszyzny, widokowo bajka. Moja pierwsza wizyta na Niżnych, zamierzam tam wrócić od strony słowackiej. Jedyny problem na jaki natrafiłem to pielgrzymka na Rysy mimo wczesnej pory, z Palenicy wyszedłem około 5:20. Po zejściu ze szlaku problem tłumów się skończył. W sumie spotkałem cztery osoby. Zdjęcia z telefonu, wkrótce dorzucę jeszcze z aparatu, podpisy dodam po zalogowaniu z komputera, tak jest wygodniej niż z telefonu. C.d.n. Hinczowa turnia i Mięgusze Żabi Koń niby się nie wyróżnia a robi wrażenie Czarny Miegusz lekko w chmurach, Hinczowa, Wołowa, Żabia turnia i oczywiście Żabi Koń Ganek i Gerlach w całej okazałości Mięgusze Mięgusze po raz n-ty Żabi Koń, Żabia turnia, Wołowa turnia, na drugim planie Grań Baszt Ganek, Wysoka i Rysy Wysoka i Rysy
    11 punktów
  26. Pod koniec września ubiegłego roku wybraliśmy się z żoną na od dawna wyczekiwany dłuższy wypad w Tatry. W planach był kawałek Orlej Perci i poznawanie szlaków Słowackich. Pierwsze dwa dni były deszczowe, więc na rozgrzewkę zaliczyliśmy spacery do Doliny Gąsienicowej i na Rusinową Polanę z niedzielną Mszą na Wiktorówkach. Widoki były zerowe więc zdjęć nie będę nawet wrzucał. W poniedziałek zgodnie z prognozą przyszła piękna pogoda więc wyszliśmy na Orlą. Plan był taki, żeby wejść Żlebem Kulczyńskiego, dojść do Skrajnego, wtedy ocenić siły (fizyczne i psychiczne) i podjąć decyzję czy schodzimy do doliny czy chcemy iść dalej na Krzyżne. To pierwsze spotkanie żony z Orlą więc nie byliśmy pewni jak zareaguje na ekspozycje. Cała wycieczka wyszła fantastycznie. Wyszliśmy rano z Brzezin, dalej zgodnie z planem przez Żleb Kulczyńskiego, Granaty i ostatecznie doszliśmy na Krzyżne. Żona nie miała żadnych problemów z ekspozycją, wręcz przeciwnie szlak bardzo jej się spodobał. Pogoda była idealna a delikatne chmurki tylko dodawały uroku. Bardzo zaskoczyły mnie pustki na szlaku, do momentu dojścia na Orlą spotkaliśmy tylko jedną osobę, na samej Orlej może z 10-15. Sami sympatyczni ludzie tego dnia na szlaku Z powrotem na parkingu byliśmy przed 19. (ciąg dalszy nastąpi )
    11 punktów
  27. Korzystając z pogody poszliśmy w Tatry. Na Wolowcu dawno nie byłam a od słowackiej strony nigdy na niego szłam więc uznałam, że to dobry pomysł na wycieczkę. Asfaltówką doszliśmy do Tatliakowej Chaty a stamtąd weszliśmy na szlak na Przełęcz Zabrat. Prowadzi dość ostro w górę więc szybko nabieramy wysokości i w niedługim czasie stajemy na przełęczy. Po drodze słychać zbieraczy borowek ( chyba) których widzimy na zboczach Rakonia, borowek jeszcze mnóstwo. Jarzebiny za to niewiele, jakieś na pół suche, może toczy je jakaś choroba? W każdym razie czerwone grona bardzo nieliczne. Przyjemnie ciepło, krótkie spodenki i koszulka wystarczają. Siedzimy chwilę na Zabracie iruszamy na Rakoń. Po drodze wiatr zaczyna być chłodniejszy i wyciągam bluzę. Potem spodnie. Potem czapkę. Na Wolowcu będę mieć jeszcze kurtkę i rękawiczki żeby w drodze powrotnej ściągać wszystko po kolei. Ale któż tego nie zna. Na Wolowiec prowadzą schody, chyba rzeczywiście dawno tu nie byłam, po workach sa tylko resztki juty gdzieniegdzie .Do góry idzie mi się fajnie bo ide po drewnianych pionowych bokach które łączą schody, zejście trochę gorsze, bo dla mnie schody są za wysokie I żeby nie obciążyć kolan stąpnięciami schodzę trochę bokiem. Nie jest to wielkie utrudnienie, a schody nie są na całym podejściu więc w zasadzie ok. Podchodzę jeszcze trochę w stronę Rohaczy, żeby rzucić okiem jak dalej prowadzi szlak. Marzy mi się żeby przejść granią i tak podpatruję jak to będzie wyglądać. Wracam i zbieramy się do powrotu. Pogoda towarzyszyła cały czas, ludzi na trasie Rakoń-Wołowiec zgodnie z przewidywaniami sporo. Widoki piękne. Jednak z góry naprawdę lepiej widać
    11 punktów
  28. Najlepszą opcją jest łączenie przyjemnego z pożytecznym, więc połączyłam wyjazd na zawody w nordic walking ze zwiedzaniem. Tym sposobem mogłam się pościgać i zobaczyć przepiękne góry Atlas, oczywiście trochę "przy okazji". W Atlas wjechaliśmy podczas wyprawy do Studia Atlas, gdzie znajdują sie plenery do takich filmów jak Pasja, Prison Breake, Mumia, Bond, Asteriks i Obeliks - Misja Kleopatra i przede wszystkim Gra o Tron. Wodospad stanowi atrakcję samą w sobie - jest największy w Afryce Północnej. Kaskady mają łącznie 110 metrów, najwyższa ma coś koło 70. Atrakcją wodospadu są stada małp jedzące turystom z ręki
    11 punktów
  29. Wczorajszym pięknym dniem wybraliśmy się na Kopskie Sedlo. Doliną Zadnich Koperszadow nigdy nie szlam więc wiadomo było, że będziemy szli dlugo, żeby wszystko pooglądać. Na początek zaciekawily nas bobrowiska. Bobra zobaczyć oczywiście się nie udało. Tu gdzie mieszkam mam takie odludne miejsce gdzie są bobry i też nigdy mi się nie udało go zobaczyć. Blisko był zakątek kamieni, kazdy opisany, objaśniony wiek i pochodzenie. Jest to też miejsce gdzie można posiedzieć, sa ławy, stoly. Rzeźbione ławki pojawiały sie jeszcze na trasie, były też misiiwe figury. I to jedyna forma misia jaka chciałabym spotkać. Weszliśmy w Kopeszadzka Bramkę i ochrzcilismy ją najładniejszym.miejscem tej doliny. Zachwycił nas ten wywóz, taki zimny, z wysokimi ścianami. I tylko szkoda, że taki krótki. Lodowy szczyt który widzieliśmy na początku gdzie nam się zgubił, za to towarzyszyl nam potem w drodze Jagnięcy Szczyt. Trudno mu było zrobić zdjęcie, bo słońce było blisko niego, a gdy doszliśmy do Kopskiego Sedla przyszła mgła i go zasłoniła. Nie było po co tu siedzieć wiec ruszyliśmy dalej. Po chwili byliśmy na Wyznim Kopskim Sedlu. Widoki byly piękne, bo wiatr mgle przegonił. Ruch u gory spory ale fajny, czyli bez hałaśliwych osób i nawet psy były grzeczne, nie szczekały na siebie.
    11 punktów
  30. Witam wszystkich. Dawno mnie tutaj nie było dlatego chciałbym się podzielić wtorkowym wypadem na Nosal oraz Czarny Staw Gąsienicowy. Także do rzeczy. Początkowo w planach zakładany był Nosal stamtąd na Halę Gąsienicową i potem na Świnicę. Niestety poniedziałkowa pogoda już naplatała figla, bo w Zakopanem spadł śnieg. Więc wtorkowy dzień po konsultacjach z lokalnymi zadecydował o tym, że zobaczę co będzie gdy dojdziemy do Murowańca, Podejście zaczynałem w Kuźnicach, jednak zanim tam człowiek doszedł miał przed sobą około 3 km drogi z miejsca noclegowego. Jak widać w bardzo fajnym klimacie i pogodzie mijał spacer do celu. Szlak na Nosal — po opłaceniu wejścia do TPN w kwocie 9 zł mogłem zaczynać wyprawę. Droga na Nosalową Przełęcz mija bardzo szybko, jak i samo wejście na Nosal. Trochę widoków z wejścia, jak i z samego Nosala. Po krótkim odpoczynku czas zejścia niżej i kierowanie się niebieskim szlakiem do Hali Gąsienicowej, gdzie znak pokazuje 1h 35 min. Wejście głównie po kamieniach, gdzie generalnie niektóre bardzo śliskie, więc dodatkowym atutem byłyby kijki, z których nie korzystam Po ponad godzinie człowiek melduje się na Przełęczy między Kopami. Parę zdjęć i ruszam dalej w stronę Hali Gąsienicowej, do której jest 30 minut. Pogoda zmienna raz siąpi lekki deszcz, czasami mały drobny śnieg. Ostatnie 30 minut mija bardzo intensywnie i powoli ukazuje nam się po zejściu lekko w dół Hala Gąsienicowa. Krótkie posiedzenie w schronisku na zjedzenie czegoś ciepłego oraz symbolicznym złocistym zapadła decyzja, że wejścia na Świnicę jednak nie podejmuję bez lepszego sprzętu itp. Patrząc na chmury zawieszone dosyć, nisko z których co chwilę przejawiał się deszcz poszła decyzja, że idę tylko na Czarny Staw Gąsienicowy i będę powoli wracać w stronę Kuźnic. O tym za chwilę. Droga plus Czarny Staw Gąsienicowy Powrót w 35 minut na Halę Gąsienicową i kolejne 30 min na przełęcz nad Kopami. Żeby nie iść tą samą drogą postanowiłem zejść żółtym szlakiem na Dolinę Jaworzynki Zdjęcie na powrocie Hali Gąsienicowej I kilka zdjęć z Doliny Jaworzynki. Zejście z Przełęczy nad Kopami do Doliny oraz Kuźnic zajęło około 1h. Całość tego dnia to wymaszerowanie jakieś 24 km w nogach wraz z powrotem do miejsca pobytu. I tak oto pisząc ten krótki post na forum borykam się jeszcze z bólem łydek, a jutro kolejny wyjazd . Tym razem Mogielica.
    11 punktów
  31. Witam, Dzielę się fotką wykonaną na Świnicy w dniu 2.10.1023 o godzinie 16.31 pozdrawiam, AP
    11 punktów
  32. Kilka dni temu wybrałem się na Soszów Wielki. Było bardzo mokro, a salamandry wychodziły dosłownie na szlak.
    11 punktów
  33. Nie wiem w którym temacie najlepiej ale chyba tutaj: w końcu po latach eksplorowania Słowacji poszedłem z przewodnikiem na Mnicha. Na razie wrzucę kilka zdjęć z telefonów, potem ogarnę zdjęcia z aparatu i zacznę zamieszczać wyprawy z tego roku. Tutaj też coś dodam... Standardowe wejście Wielką Płytą(chociaż przewodnik potem żałował że nie poszliśmy Robakiewiczem).
    11 punktów
  34. no to i ode mnie tak od początku w Szlachtowej ok 9.00 przez Homole powoli zaczynał się ruch przy Księgach, w krainie wiecznego błota po drodze oczywiście na Jemeriskowej zaczyna się największa przyjemność , czyli podejście pod Wysoką , niestety mocno śliskie Wysoka jak zwykle musiała się wykazać i zejście w stronę Borsuczyn było sakramencko śliskie za to widok z Durbaszki ........... kierownik wycieczki obserwuje dalszą drogę , widać ten ciężar odpowiedzialności na barkach Wysoki Wierch jak zwykle pokazał klasę po dłuższym wygrzewaniu ruszyliśmy w dół w stronę Huściawy i Szlachtowej Jeszcze raz dzięki wszystkim za super dzień i mam nadzieję na jeszcze. Aha zdjęcia poszły do @Mnich Moderator.
    11 punktów
  35. Lodowy Szczyt chwilę przed zachodem
    11 punktów
  36. 2 Dzień (26,5 km) czas 9h 15min Palenica Białczańska - Wodogrzmoty Mickiewicza - Dolina Roztoki - Wielka Siklawa - Dolina Pięciu Stawów - Szpiglasowa Przełęcz + Szpiglasowy Wierch - Dolina za Mnichem - Wrota Chałubińskiego - Dolina za Mnichem - Morskie Oko - Wodogrzmoty Mickiewicza - Palenica Białczańska Pierwszy dzień troche dał w kość i paradoksalnie przez cały wyjazd nie wstałem tak późno jak drugiego dnia, bo wsiadłem do busa w stronę Morskiego Oka dopiero po 7 rano ? trochę obolały, lekko ospały ale nie ma, że boli ? główny cel Wrota Chałubińskiego, nigdy tam nie byłem, reszta dobrze znana, bardzo lubię schodzić Ceprostradą w stronę MOKa. Ilość ludzi przy schronisku i na asfaltówce pominę, z roku na rok wydaję mi się, że biję swój własny rekord ucieczki w dół do Palenicy ?
    11 punktów
  37. Ostatni dzień to Koprowy Wierch. Ponownie z Parkingu przed Popradzkim Stawem. Cztery dni mega pogody. Przeszedłem maksa jakiego dałem radę w tym czasie. Bardzo fajny wyjazd.
    11 punktów
  38. Albo grubo albo wcale. To fajnie, dzięki. Trzeciego dnia poszedłem z Podbańskiej niebieskim na Pyszniańską Przełęcz i przez Błyszcz na Bystrą. Powrót żółtym i czerwonym.
    11 punktów
  39. Ponieważ w ubiegłą sobotę byliśmy z @Mateusz Zw okolicy, postanowiliśmy niejako "na rozgrzewkę" przekonać się na własne oczy czy opinie na temat Doliny Prosieckiej (na Kwaczańską nie wystarczyło czasu), nie są przesadzone. Ja nie czuję się rozczarowany. Może w dolinie nie ma tylu atrakcyjnych miejsc co w Słowackim Raju czy Janosikowych Dierach, ale jest to i tak bardzo urokliwe miejsce, położone na dodatek blisko polskiej granicy. Dolinka ma niecałe 4 km długości, a główne atrakcje znajdują się na jej początku i końcu. Auto można zaparkować na płatnym parkingu w miejscowości Prosiek ( 3 EUR stan na kwiecień 2024 i w zamian otrzymujemy mapkę i życzenia udanek tury od sympatycznej pani parkingowej) Po kilku minutach docieramy do Wrót na południowym wlocie doliny . Mimo, że jest wiosna - wody na szczęście nie ma w nadmiarze..... Jest malowniczo, dziko i ......bezludnie.... Dolina Prosiecka to przykład dolinki krasowej - są wywietrzyska, bogata rzeźba krasowa, rozpadające się mostki.... Kawałeczek za Wrotami jest pierwszy bardziej ekscytujący odcinek trasy ( stalowa linka przydała by się z 20 metrów wcześniej bo przy mokrej skale przejście tego odcinka np. przez dzieci może być problematyczne). Foto autorstwa Mateusz Z. Później dolina rozszerza się, a szlak prowadzi albo bezwodnym korytem potoku, albo na przemian jedną lub drugą jego stroną. Faktycznie jest to mniej ciekawy odcinek wizualnie, ale dla mnie - miłośnika dzikich ścieżek, zarośnięty i bezludny szlak jest całkiem ok . Podchodząc pod górną część doliny - znów robi się fajnie. Przy wiacie jest odbicie z lewo do wodospadu Czerwone Piaski, ale na razie jest tam większa grupka Słowaków z dziećmi, więc idziemy jeszcze kawałek w głąb doliny.... Sympatyczne drabinki, tu i ówdzie linka, dookoła skały - czego chcieć więcej ? Kolega @Mateusz Z na wielkiej skale ..... Czas zaczyna nas gonić więc pora wracać do wodospadu. Na szczęście Słowaków już nie ma - miejsca pilnują tyko dorodne sasanki.... Wodospad ma około 15 metrów wysokości i jest na prawdę urokliwy.....trzeba rozłożyć statyw, kilka szybkich fotek i ....pora wracać, czas zaczyna nas gonić
    10 punktów
  40. Dolina Małej Zimnej Wody w poziomie Baranie Rogi w chmurach oraz odsłonięty masyw Durnego
    10 punktów
  41. hej hej witam się po feriach, tak się obawiałam tej lawinowej trójki a jak już dotarliśmy była jedynka - i całe szczęście. Ferie upłynęły nam raczej na chillowaniu niż chodzeniu, ale udało się choć raz ''zaliczyć'' góry. Tak jak wcześniej planowałam wybraliśmy się do schroniska Murowaniec, poszliśmy szlakiem z Kuźnic przez Boczań i nie ukrywam na początku nie porwała nas trasa widokowo, bardzo przypominała mi trasę na Kamieńczyk w Szklarskiej, do tego te błoto.... Jak weszliśmy wyżej mgła i nadal brak widoków Po odpoczynku na przełęczy, zażegnaniu kryzysu u mojego 7latka i pochłonięciu przez niego paczki żelków na wzmocnienie udało się dotrzeć na Hale Gąsienicową i w końcu nacieszyć oko pięknem Tatr warto było! Plan był jeszcze na Gęsią Szyję, ale niestety nie było już z kim iść, podjechaliśmy na Przełom Białki i Gubałówkę czyli typowe ferie rodzinne. Pozwolę sobie pochwalić się fotkami.
    10 punktów
  42. Wczorajsza trasa ze Strednicy na Szeroką Przełęcz zaczęła się od zachwytu drewnianymi rzeźbami. Nieustanne podziwiam co ludzie potrafią stworzyć własnymi rękami wspieranymi talentem, wyobraźnią i poczuciem piękna. Owieczka ma nawet torebkę i kwiatka we włosach. A potem poszliśmy szlakiem którym wcześniej nigdy nie szłam. Dość stromy i miejscami problematycznych w miejscach gdzie wiódl skałami i błotem, zwłaszcza przy schodzeniu trzeba było wzmóc ostrożnośc. Ale ogólnie fajnie się szło. Pogoda ładna. U góry mgła szczyty schowała, troche wialo ale dało się posiedzieć.
    10 punktów
  43. W, powiedzmy długi weekend w sierpniu (pracując w handlu ciężko o dłuższe weekendy :)) wybrałem się na szybki wyjazd w Tatry. Plan był taki, jeden dzień po polskiej stronie, jeden po słowackiej. We wtorek wstaję wcześnie rano, wyjeżdżam z Krakowa i parkuję samochód na Siwej Polanie. Doświadczenie nauczyło mnie, że takie wolne dni nie nadają się na wycieczki w pewne rejony polskich Tatr, zwykle najlepiej spędza się je w Tatrach Zachodnich, które z niewyjaśnionych przyczyn są dużo mniej popularne o każdej porze roku a przecież takie piękne...cóż, może kwestia dystansu do pokonania robi swoje, nie wiem. Biegnę z Siwej na Chochołowską, potem spokojnym krokiem wchodzę na Grzesia, Rakoń, Wołowiec...im dalej tym mniej ludzi, co mi się bardzo podoba kilkadziesiąt metrów poniżej Wołowca robię długi odpoczynek z przepieknym widokiem w stronę Jarząbczego Wierchu. Tak długi, że cięzko się zebrać, żeby ruszyć dalej a jestem może w połowie drogi. Nie ma rady, trzeba wstawać i iść, przez godzinę minęlo mnie dosłownie kilka osób więc przez jakiś czas mam góry praktycznie tylko dla siebie. Z Wołowca na Jarząbczy zawsze te same odczucia, szczerze uwielbiam tem szlak, cisza i spokój, widoki powalają a przed ostatecznym wejściem na Jarząbczy te myśli, jakie to, kurde, jest wielkie walka z samym sobą przy podejściu na szczyt, przez te pół godziny można czasem zwątpić, ale jak zawsze warto. Po kolejnej przerwie na najwyższym punkcie wycieczki szybciutko na Kończysty, potem Trzydniowiański i schodzę średnio fajnym zejściem do Chochołowskiej. O ile samą Dolinę nawet lubię tam, to z powrotem to z reguły istna udręka - trzeba następnym razem pomyśleć o zabraniu roweru. Tymczasem idę na łatwiznę i 3km przed końcem wsiadam w zatłoczoną kolejkę Z parkingu jadę na nocleg w Kościelisku, planując kolejny dzień po stronie słowackiej. Dzień 2...Jak zwykle, mimo, że wstaję dość wcześnie to zbieram się zbyt długo, jakieś przerwy na kawę i jedzenie, nie wiem po co chyba koło 10 jestem na Słowacji, na parkingu w Smokowcu. Cel - Polski Grzebień i Mała Wysoka. Droga do Śląskiego Domu bez historii, dużo lasu Im bliżej schroniska tym widoki coraz ładniejsze a otoczenie Chaty na prawdę daje radość z patrzenia. Szlak dalej też fajny, najpierw w miarę płasko, potem trochę podejścia, potem znów płasko i znów podejście, nie czuje się jakoś bardzo tych różnic wysokości. W końcu widać przełęcz, na którą zmierzam trochę sypko trochę łańcuchów i jestem. Odpoczynek przed atakiem szczytowym i po 30-40 minutach z Polskiego Grzebienia wchodzę na Małą Wysoką - kolejne marzenie spełnione Na szczycie siedzę dłużej i podziwiam widoki, czy to w stronę Gerlacha czy w każdą inną, wszędzie ładnie. Po zejściu na przełęcz schodzę nawet po schodkach w stronę Rohatki, ale jak zobaczylem jak wygląda ten szlak to coś mi się w głowie przyblokowało...jakoś tak mało stabilne to wyglądało Porzuciłem więc myśli o Rohatce i Zbójnickiej Chacie, zresztą chyba za póżno wróciłbym na parking, wróciłem więc po własnych śladach, znałem już w końcu tę trasę wiedziałem, że w te 2-2,5h będę z powrotem. W Smokowcu jestem koło 17, optymalna godzina, żeby wrócić na spokojnie do Krakowa po dwóch dniach intensywnego chodzenia. Co tu dużo mówić, bardzo udany wyjazd, pogoda znów dopisała (to dziwne, że większość moich urlopów rozpieszczało pogodą, oby w przyszłym roku się to nie zemściło :P), pozytywna energia też była obecna, fajnie
    10 punktów
  44. pozwolę się podłączyć - razem z żonką w dniu wczorajszym doświadczyliśmy "szczytowania" na Rysach - tłumy umiarkowane - kolejki do łańcuchów nie było ale za to do "kibelka" a i owszem. Start z parkingu o 7 rano - powrót na parking o 17:30 - pogoda zacna - prawie lampa. troszki mordki słonko strzaskało ale co tam. Spełniłem marzenie i przy okazji zrobiłem sobie prezent na urodziny . Kilka fotek poniżej
    10 punktów
  45. 1 Dzień (29,5 km) czas 13h 15min Odcinek przez Zakopane: Kasprusie - Krupówki - Zamoyskiego - Chałubińskiego - Przewodników Tatrzańskich - Kuźnice Kuźnice - Przełęcz Między Kopami (przez Jaworzynkę) - Hala Gąsienicowa - Czarny Staw Gąsienicowy - Zmarzły Staw - Zawrat - Kozia Przełęcz - Kozi Wierch - Granaty - Krzyżne - Dolina Pańszczyca - Hala Gąsienicowa - Przełęcz Między Kopami - Kuźnice (przez Boczań) Wyjazd z Lublina około 0:00 , dotarłem po 04:15, drobne przepakowanie i start z pod samochodu z okolic ul. Kasprusie o 04:45. Z racji, że o tej godzinie oprócz taksówek nie jeżdzą żadne busy musiałem się dostać do Kuźnic pieszo. Co do reszty trasy, co mogę powiedzieć ? Założenia były takie, że wyjazd zaczynam od najbardziej wymagających tras i stopniowo zmniejszam trudności, oczywiście uwzględniając też prognozy pogody. A skoro pierwsze 3 dni ma być piękna pogoda to od razu najwyższy kaliber ? nie ma co za bardzo się rozpisywać, zdjęcia też nigdy nie oddadzą tego.. trasę skończyłem około 18:00 w Kuźnicach, mogłem szybciej, ale po co.. ? chciałem się delektować tym wszystkim, spędziłem prawie pół godziny na Kozim Wierchu i prawie godzine na przełeczy Krzyżne ?
    10 punktów
  46. W tym roku sporą część urlopu zaplanowałem na czerwiec i lipiec a gdzie spędzać ciepłe dni wolne od pracy? No jasne, że w górach ? Pierwszy wyjazd ze znajomymi zakończył się wizytą na Wołowcu, Giewoncie, Dolinie Gąsienicowej i Pięciu Stawach - niby nic nowego, ale w dobrym towarzystwie każda trasa dobra. Potem ruszyłem w Tatry samotnie, wszedłem na Kościelec i zrobiłem trasę Nosal - Kiry przez Kasprowy i Czerwone Wierchy. Jednak największe nadzieje pokładałem w trzecim wyjeździe, który zaplanowałem na początek lipca razem z kuzynem, z którym wakacyjne wędrówki po Tatrach to już tradycja ? W zeszłym roku poszliśmy m.in. z Zawratu na Świnicę i na Granaty, w trakcie wyjazdu pojawił się temat noclegów w schroniskach na kolejnej wyprawie, ja nie byłem w 100% przekonany do tego rozwiązania (przynajmniej nie przez cały wyjazd), coś tam wspominaliśmy o Orlej Perci no ale ciężko cokolwiek planować rok przed ? Rok minął szybko, kolejna wycieczka zbliżała się wielkimi krokami, trzeba było zacząć planować. Znaleźliśmy kompromis w kwestii noclegu - jedziemy na 5 dni, pierwszego dnia nocujemy na Polanie Chochołowskiej, środa i czwartek chodzimy po Tatrach Zachodnich, potem 3 noclegi w Zakopanem z założeniem, że przenocujemy w Pięciu Stawach z piątku na sobotę, jeśli będzie taka możliwość, dopiszą siły i pogoda ? To ostatnie było najmniej pewne - jeszcze kilka dni przed wyprawą prognozowano codzienne burze, cóż, najwyżej będziemy wcześnie wstawać i zmieniać plany w zależności od warunków, zobaczymy ? Finalnie wyglądało to tak: Dzień 1. Wyjeżdżamy z Krakowa, na Siwej Polanie jesteśmy jakoś przed 9, w schronisku przed 11, meldujemy się, zostawiamy część rzeczy i ruszamy na właściwy szlak. Pogoda super, trochę chmur jest, ale nie wyglądają groźnie. Idziemy na Grzesia, potem Rakoń i Wołowiec. Tempo nie jest jakieś zawrotne, ale i tak uznaliśmy, że jak skończymy na Wołowcu i zejdziemy do schroniska to będzie wystarczające na rozruch, przed nami w końcu jeszcze kilka dni wycieczek. Z tyłu głowy była też ta prognozowana burza, ale niebo wyglądało tak dobrze, że postanowiliśmy pójść w stronę Rohaczy. Na Ostrego weszliśmy dość szybko, pozwoliliśmy więc sobie na dłuższą przerwę. Na szczycie spotkaliśmy dosłownie jedną osobę, zresztą na wcześniejszych górach też nie było tłoku, chyba prognozy skutecznie zniechęciły ludzi do dłuższych wycieczek. Po przerwie zdecydowaliśmy, że wracamy, dotarcie na Płaczliwego i powrót do schroniska byłyby zbyt czasochłonne, chcieliśmy wrócić przy dobrej pogodzie, nikomu nie uśmiechało się wyciągać kurtek przeciwdeszczowych już pierwszego dnia. Spokojnym krokiem wróciliśmy więc na Wołowiec i stamtąd już bezpośrednio na Polanę. Można powiedzieć, że czasowo wyszło idealnie, około 20 byliśmy przy schronisku i właśnie wtedy zaczęło padać ? spaliśmy w pokoju 14-osobowym, ale łóżek zajętych była połowa, cisza, spokój, generalnie bardzo przyjemnie ? Jeśli tak ma wyglądać nocowanie w tym schronisku w tygodniu to następnym razem odpuszczam długi dojazd z Krakowa i wątpliwie przyjemny spacer doliną po to, żeby dopiero po paru godzinach od pobudki ruszyć na szlak gdzieś wyżej, lepiej od razu zacząć właściwą wycieczkę ? Przy kojącym dźwięku deszczu zasnęliśmy już przed 22, kolejny dzień zapowiadał się deszczowy, doba hotelowa do 10 więc był czas na odespanie ? Dzień 2. Po 10h mocnego snu (wyspałem się jak nigdy) spakowaliśmy manatki i w związku z ciągłym deszczem po prostu wróciliśmy na parking na Siwej Polanie. Na szczęście mocniej padało tylko kilkanaście minut, większość drogi upłynęła przy lekkim deszczu, nawet przyjemnie, trzeba przyznać, że Polana Chochołowska w taką pogodę też ma swój klimat ? Po powrocie do Zakopanego zrobiliśmy zakupy, coś zjedliśmy i pojechaliśmy na działkę do moich rodizców połozoną w Beskidzie Wyspowym. Był nawet plan, żeby wejść na jakąs górkę w okolicy tam już nie padało, ale uznaliśmy ostatecznie, że przed nami dwa dość intensywne dni, więc porzuciliśmy ten plan, dzień spędzając na odpoczynku. Wieczorem powrót do Zakopanego, meldujemy się na kwaterze i planujemy kolejny dzień. Dzień 3. Dobra, czas zrealizować główny plan wyjazdu ? Tak jak pisałem wcześniej, rok temu uznaliśmy, że trzeba w końcu ruszyć na Orlą Perć i najbliższe dwa dni miały być do tego idealne, brak deszczowych i burzowych prognoz, dużo pozytywnej energii z naszej strony, nic, tylko działać. W piątek rano wyszliśmy więc z kwatery z pełnymi plecakami na wypadek noclegu w Pięciu Stawach i ruszyliśmy w stronę Kuźnic, stamtąd do Murowańca i nad Czarny Staw Gąsienicowy. Na pierwszym etapie trochę martwił ten plecak - z reguły chodzę po górach wyposażony w totalne minimum a tutaj manatki ważyły dość sporo, plecy mocno to odczuwały a to było względnie na prostym, potem miało być przecież trudniej. Z Czarnego Stawu na Granaty weszliśmy ekspresowo, plecak już tak nie ciążył, na szczycie dłuższa przerwa i ruszamy czerwonym szlakiem w stronę Przełęczy Krzyżne ? Szlaku ze szczegółami opisywać nie będę, kto był ten wie a kto nie był a planuje to niech idzie czym prędzej ? Sporą część trasy towarzyszyła mi podwyższona adrenalina, szczególnie w miejscach, gdzie ekspozycja była spora, gdzie pod nogami rozpościerała się przepaść i trzeba było mocno się pilnować, żeby nie poznać jej z bliska ? może tych miejsc na trasie Granaty-Krzyżne nie było aż tak dużo, ale było to moje pierwsze poważne zetknięcie z Orlą Percią (zrobione rok wcześniej Granaty postrzegam jako dość przyjemną wycieczkę) więc może moje odczucia były przesadzone, tak czy inaczej z podobną trasą w polskich Tatrach się nie zetknąłem i było to świetne doświadczenie. I to uczcuie, gdy dotarłem do Przełęczy, ten przypływ szczęścia, duma z siebie, miałem już coś takiego m.in. na Przełęczy Pod Chłopkiem, przy pierwszym wejściu na Świnicę czy Krywań, coś pięknego, dla takich chwil warto chodzić po górach ? Jeszcze parę lat temu posrzegaem Orlą jako coś nierealnego, niedostępnego a tutaj proszę, jedno z górskich marzeń właśnie się spełnia ? Po przerwie pozostało tylko zejść do Pięciu Stawów, jakoś nie przepadam za tym szlakiem do zejścia no ale nie było wyjścia. W Piątce byliśmy przed 20, jak się okazało, nocleg na glebie był dostępny bez problemu, zjedliśmy więc coś, wypiliśmy zwycięskie piwo i koło 23 udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Dzień pełen wrażeń, zdecydowanie udany ? Dzień 4. Wstajemy o 6. Już koło 3 albo 4 spora część śpiących koło nas poderwała się do działania, my jednak potrzebowaliśmy jeszcze tych 2 godzin snu. Mamy cały dzień, pogoda znów ma dopisać, nie ma co się spieszyć. Koło 7 opuszczamy schronisko i kierujemy się w stronę Zawratu. Pierwotny plan, chociaż od razu z założenia dość elastyczny, zakładał jeden fragment Orlej Perci podczas wyjazdu, no ale skoro dzień wcześniej poszło całkiem fajnie, to może spróbujmy pójść o krok dalej. Co prawda na Zawrat szło się dość ospale, tak nam się przynajmniej wydawało, ale na Przełęczy byliśmy w czasie przewidzianym na mapach więc uznaliśmy, że nie ma przeciwwskazań, żeby nie spróbować pójść na Kozi Wierch. I o ile na Krzyżne tych trudności na szlaku nie było aż tak dużo, tak tego dnia były praktycznie co chwilę. Może znów takie moje wrażenie z pierwszego przejścia Orlą na tym odcinku, ale na pewno było dużo trudniej niż dzień wcześniej. Znów adrenalina na podwyższonym poziomie, 2,5h mocnych wrażeń, łańcuchy, klamry, przepaście, słynna drabinka, która nie taka straszna, jak ją opisują ? Momentami lekko nerwowo, gdy nie wiedziałem, gdzie postawić nogi na zejściach lub gdy resztki śniegu utrudniały przejście, ale z perspektywy czasu było to świetne doświadczenie, które, mimo trudności, zdecydowanie powtórzę, kiedy tylko nadarzy się ku temu okazja., może wtedy pójdzie nieco sprawniej ? Na Kozim przerwa i schodzimy do Pięciu Stawów, trochę szkoda, że nie zostawiliśmy części rzeczy w schronisku, na pewno byłoby łatwiej, ale nie byliśmy pewni jak się potoczy nasza trasa. I trochę szkoda, że nie poszliśmy jeszcze o krok dalej i nie przeszliśmy z Koziego na Granaty, żeby domknąć Orlą Perć, ale uznaliśmy, że wystarczy wrażeń na dziś, w końcu za rok znów jedziemy, wiadomo, gdzie pójdziemy ? Dzień 5. Tego dnia znów zahaczyliśmy o Beskid Wyspowy, przy pięknej pogodzie wchodząc na górkę zwaną Ćwilin ? delikatne zakończenie bardzo udanego wyjazdu. Co tu pisać, pogoda dopisała, towarzystwo również, były nowe szlaki, nowe doświadczenia, dużo pozytywnej energii i totalny reset od zmartwień dnia codziennego. Piękny urlop, jeśli kolejne będą chociaż w połowie tak udane jak ten to nie martwię się o efekt ? Zdjęcia się trochę posypały z chronologią, ale do konkretnych dni wyjazdu przypisane dobrze ?
    10 punktów
×
×
  • Dodaj nową pozycję...