Skocz do zawartości

Ranking

Popularna zawartość

Zawartość, która uzyskała najwyższe oceny od 17.03.2024 uwzględniając wszystkie działy

  1. Od pewnego czasu męczyła nas Osobita.Tyle razy widziana z różnych miejsc.... Oczywiście wiadomym nam było ,że kopuła szczytowa to strefa ochrony ścisłej,ale jest przecież szlak na Sedlo pod Osobitou. Trzeba spróbować. Spod Chaty Zverowka ruszamy nieco przed 9-tą. Zaczynamy od odwiedzin w panteonie zasłużonych jest pięknie, zaroszona trawa świeci srebrem , szlak jest pusty efekty świetlne są niesamowite , dokoła pełno srebra , nie umiem zrobić zdjęcia , które by to pokazało po drodze Pleso pod Zverowku , całkiem sympatyczne miejsce docieramy do Pucatinej Polany wchodzimy do Teplego Żlebu i zaczynamy podejście na poważnie jest tu pięknie i dziko , chociaż szlak jest przyjazny okolica tak ,,niedżwiedziowa,, więc trochę gwizdamy i tłuczemy się kijkami aby nas miś zawczasu usłyszał i się nie wkurzył ,że go zaskakujemy im wyżej tym stromiej i bardziej dziko ale pojawia i nagroda, majaczy i Wielki Chocz i tam za mgiełką Fatra jeszcze trochę zygzaków i wychodzimy na przełęcz, tam do góry już nie pójdziemy , ale tu też jest efekt WOW na wschód i na zachód sprawdzam możliwości Kodaka i udaje się taki Giewont , jest nieźle od ruszenia spotkaliśmy już na przełączy jednego biegacza , który pognał w stronę Grzesia , więc mamy góry dla siebie , można w spokoju po leżakować i po herbatkować , zresztą herbata w takim miejscu smakuje jak jakaś ambrozja. na przełęcz docierają następni wędrowcy , jest bardzo sympatycznie. W sumie przez całą wycieczkę spotykamy 10 osób. rzut oka na góry , trochę tak w starym stylu i ruszamy w dół w zejściu widać,że pogoda zgodnie z przepowiednią się psuje szczęśliwie docieramy do doliny jak dla nas super szlak a i pogoda dopisała bo teraz w NT już leje.
    17 punktów
  2. Miala być ładna pogoda, wolny dzień, zatem choc trochę obaw co do tłumów w górach miałam -poszliśmy. Z Chocholowskiej przez Ornak na Starorobocianski, zejście przez Kończysty i Trzydniowianski. Wyszliśmy dość późno, ale nic burz nie zapowiadało więc wydawslo mi się, że nie trzeba zrywać się z łóżka wcześnie. Chocholowska pełna ale na pierwszy rzut oka to typowo dolinowi turyści, z dziećmi, rowerkami, bardziej nastawieni na spacer. Na Iwanickiej jeszcze wiosna- krokusy kwitną. Trochę osób pochłania promienie słońca. Jest tu bardzo przyjemnie. Skręcamy na Ornak, na szlaku kilka miejsc z mokrym śniegiem ale dobrze się po nim idzie w górę. Sam Ornak piękny jak zawsze, z widokami zatem tu spędzamy pewnie z godzinę. Obchodzimy Siwe Skały, wszystko czyste prawie bez śniegu, ten lezy w żlebami i na wyższych szczytach, jest tez w kilku miejscach przy podejściu pod Starorobocisnski. Idąc do góry nie zakładamy raków, ale gdybyśmy mieli tedy schodzić to warto byłoby mieć chociaż raczki. Aha. I jeszcze przy początkowym podejściu od Siwej Przełęczy szlak sie obrywa, póki co jest ok, ale szczeliny są Im wyżej tym szlak bardziej czysty. Na Błyszcz nikt idzieMjamy się ze schodzącymi, i w końcu bo dosc meczacym podejściu zdobywamy szczyt u gory jesteśmy w czwórkę Przejrzystosc super widać Babią i miejsce skąd rozpoczynaliśmy wejście. Na początku mieliśmy wracać przez Dolinę Starorobocianską ale patrząc na Kończysty żal go tak zostawić. Na szlaku są płaty śniegu, omijamy je i przez to ograniczamy też ten niewygodny schodkowy szlak miejscami jest też z drucianej siatki. I tak zaliczajac jeszcze Kończysty i Trzydniowianski schodzimy sobie ma dół.
    16 punktów
  3. Specjalnie długo się w domu nie nasiedziałam, bo tydzień po powrocie z Alp Julijskich ponownie wracałam do Austrii. Tym razem celem były Alpy Ötzalskie. Ekipa zebrała się zacna: @vatra, @karpasani i @Mateusz Z (którym bardzo dziękuję raz jeszcze za zaproszenie ❤), @Krzysiek Zd, Karol, Tomek, Andrzej. Głównym celem był liczący 3768 m.n.p.m. Wildspitze, ale bardzo cieszyły nas wszystkie inne trzytysięczniki. Z radością biliśmy kolejne rekordy wysokości. Na realizację naszych celów mieliśmy zaledwie cztery dni i wykorzystaliśmy je do cna. Mieszkaliśmy w bardzo miłej, niewielkiej miejscowości Längenfeld, skąd dojeżdżaliśmy najczęściej do Vent, gdzie zaczynało się gro naszych szlaków. Wokół nas, na wyciągnięcie ręki, były przepiękne góry. Do wieczora towarzyszyły nam owce i krowy ze swoimi alpejskimi dzwonkami Pierwszy dzień postanowiliśmy przeznaczyć na aklimatyzację. Akceptację zyskała propozycja @Krzysiek Zd i @vatra, czyli leżąca na wysokości 3189 m.n.p.m. Przełęcz Ramoljoch. Startowaliśmy z Vent, więc mogliśmy zorientować się, jak wygląda kwestia parkingów. Było to o tyle ważne, że podczas ataku szczytowego nie chcieliśmy się martwić o auta. Po całym dniu jazdy, byliśmy dość zmęczeni, więc na szlaku pojawiliśmy się dobrze po 8.00. Mieliśmy do zrobienia prawie 1300 metrów przewyższenia. Początkowo szlak prowadził lasem, dość stromą ścieżką, by po kilkudziesięciu minutach wyprowadzić nas na przepiękną polanę. W zasadzie panorama obejmowała 360 stopni i z każdej strony była imponująca. Wzrok przykuwały lodowce, jednocześnie wzbudzając refleksję, że być może za kilkanaście lat może już ich nie być.... Były też spotkania "na szczycie". Wspomniana polana obejmowała rozległe zbocze, którym wkrótce przyszło się nam ostro piąć do góry. Po prawie dwóch godzinach krajobraz dość mocno zaczął się zmieniać i wokół nas zrobiło się księżycowo. Szliśmy wzdłuż lodowca, ale patrząc po podłożu można przypuszczać, że kiedyś do tego miejsca sięgał lodowcowy jęzor. Przed nami pozostało wyjście na przełęcz. Nie byliśmy pewni, czy nie czeka nas jakaś feratka, ale okazało się, że nic z tych rzeczy (feratka była po drugiej stronie i można było przejść po niej do schroniska). Po 30-40 minutach zameldowaliśmy się na przełęczy. Otworzyły się kolejne widoki tym razem na włoską cześć Alp. Nad przełęczą górował Ramolkogel oraz Hint. Spieglekogel, który szybko stał się obiektem pożądania moich Kolegów. Jednak pogoda, a przede wszystkim informacja uzyskana pod drodze od innych turystów o 2 godzinach wspinaczki (która ostatecznie okazała się nieprawdziwa) ostudziła zapał. Jeszcze trochę się pogapiłyśmy i zaczęliśmy schodzić do Vent, podziwiając lodowiec i skalne obrywy, które podnosiły nam ciśnienie swoim dudnieniem i wielkością toczonych kamieni. Gdzieś w sieci znalazłam opis, że to nudny szlak. Prawda okazała się zupełnie inna, bo szlak nie dość że jest widokowy, to też bardzo zróżnicowany. Na aklimatyzację super. Drugi i trzeci dzień poświęciliśmy na główny punkt naszej wyprawy, czyli Wildspitze. Zwykle zdobywa się go z noclegiem w schronisku Breslauer, co stało się i naszym planem. Problemem był tylko brak rezerwacji noclegów - nie wiedzieliśmy jak będziemy spać i jak w związku z tym się spakować. Z pomocą przyszedł nam pan obsługujący wyciąg, który ot tak zadzwonił do schroniska i dowiedział się dla nas, że jakieś spanie pod dachem będzie. Pierwotnie chcieliśmy podejść do schroniska, ale ostatecznie wjechaliśmy wyciągiem, co pozwoliło nam wykorzystać czas na zdobycie kolejnego trzytysięcznika o wdzięcznej nazwie Urkundholm (3140 m.n.p.m.) - nazwy nigdy nie zapamiętam... . Tak na marginesie, generalnie niemieckie nazywa nas pokonały - dużo czasu nam zajmowało ich zapamiętanie, by za chwilę znowu je zapomnieć.... Z wyciągu do schroniska jest jeszcze dobra godzina podejścia. Pełne plecaki skrzydeł nie dodawały. W schronisku czekała nas niespodzianka, bo recepcja miała być czynna od 12.00, ale po godzince oczekiwania przy kawce i podziwianiu widoków, grubo przed południem, mogliśmy się zameldować i realizować dalszy plan. Pokoje w schronisku były małe, ale bardzo czyste. Węzeł sanitarny na wysokim poziomie. Największym zaskoczeniem było wyżywienie. Wraz z noclegiem była kolacja (baaardzo konkretna, w sumie dwudaniowy obiad z deserem) i śniadanie - dla tych, którzy szli na Wilsspitze o 5.00. Wzięliśmy bez gadania. Zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy na nasz cel. Szczyt nie nastręczał trudności, wejście zajęło nam koło godziny. Zdecydowanie warto było się na niego wybrać, bo znowu powitała nad piękna panorama. Z nieco bliższej perspektyw mogliśmy zobaczyć Wildspitze i podywagować jak przebiega szlak. Po zejściu nie pozostało nam nic innego, jak tylko się relaksować z widokiem na lodowce i czekać na kolację. W końcu rano czekała nas wisienka na torcie naszej wyprawy. Czwartek zaczął się dla nas bardzo wcześnie. O 5.00 karnie zjawiliśmy się w schroniskowej restauracji, gdzie niewyspana Pani wydała nam pyszne śniadanko. Przy okazji mogliśmy się zorientować ile ekip będzie prawdopodobnie atakować Wilspitze. Wydawało się, że będzie masa ludzi, a w sumie z nami szło może z 6-8 osób. Szybkie śniadanko i byliśmy gotowi do drogi. Ostatecznie wyzwanie podjęła piątka z nas, co nie znaczy że reszta grupy nie miała ambitnych zadań na ten dzień. Droga na Wildspitze składa się z trzech etapów. Pierwszy to przejście przez dolinę. Jej koniec to diabelne, skalne piargi, które nas zmordowały, wyjeżdżając nam spod nóg. Na marginesie nigdzie nie znaleźliśmy o nich wzmianki. Przejście przez tę skalną pustynię, położoną na topiącym się lodowcu wymagało sporo uwagi. Na jej końcu powitał nas płat śniegu. Wiele się nie zastanawiając włożyliśmy raki, by za chwilę je zdjąć, bo zaczynała się ferata, stanowiąca drugi etap. Jej pokonanie nie nastręczało wiele problemów, więc chwilę potem naszym oczom ukazał się przełęcz, a za nią lodowiec. Muszę się przyznać, że dla mnie było to największe źródło stresu, a potem ... zachwytu. Lodowiec choć niebezpieczny, okazał się przepięknym. Nie sądziłam, że w tej lodowej pustyni można dostrzec tyle kolorów. Zanim jednak ruszyliśmy w drogę, koniecznym było zadbanie o nasze bezpieczeństwo. Naszym icedoctorem stał się @Mateusz Z, który nas szybko przeszkolił i powiązał liną. Kiedy się szykowaliśmy do wyjścia doszedł do nas kolega. Okazało się że rodak. Mariusz. Był sam, co nas wprawiło w lekkie osłupienie. Od słowa do słowa zgarnęliśmy go do naszej liny i tym sposobem stał się na chwilę częścią naszej ekipy. Ruszyliśmy na lodowiec. Pierwsze kroki nie były proste, ale w miarę szybko udało się nam opanować tę sztukę, póki nie doszliśmy do szczelin. Tam nauka zaczęła się na nowo. Poruszanie się po lodowych mostach, wśród szczelin wymagało uwagi i koordynacji naszych ruchów. Udało się nam szczęśliwie dotrzeć pod Wilspitze. Tu zrzuciliśmy sprzęt i jedyne co nam pozostało to wspiąć się na szczyt. Trochę emocji było, bo podejście jest dość rozdeptane. Po kwadransie, szczęśliwi dotarliśmy na wierzchołek. Radość była wielka, tym bardziej, że nie wiedzieliśmy, czy uda się nam cokolwiek zobaczyć, bo z doliny szła wielka, ciemna chmura. A tu nie tylko mieliśmy piękny widok, ale i szczyt dla siebie. Nie obyło się oczywiście bez sesji fotograficznej. Tego dnia byliśmy ostatnią ekipą na szczycie. Pogoda zaczynała się zmieniać, więc czas był schodzić. Wiedzieliśmy, że czeka nas nie tylko przejście przez lodowiec, ale i te paskudne piargi. Poza tym chcieliśmy zdążyć na ostatnią kolejkę - perspektywa schodzenia kolejne 3 godziny z plecakami do Vent nie była nęcąca. Na szczęście poszło nam dość sprawnie i po szybkim przepakowaniu w schronisku zbiegaliśmy do wyciągu. Wildspitze pożegnało nas deszczem. Wróciliśmy do naszego alpejskiego domu dumni i bardzo szczęśliwi. Dla mnie to wielka rzecz . Do dyspozycji został nam ostatni dzień. Pomysłów na jego spędzenie było całe mnóstwo. Ostatecznie pojechaliśmy do Sölden i po emocjonującym wjeździe górską drogą wyruszyliśmy na Schwarzkogel. Górka nie wydawał się specjalnie ciekawa, ale ostatecznie okazała się bardzo atrakcyjna widokowo - panorama zapierała dech w piersiach. Droga na szczyt wiodła obok jeziorka i obok stoku, na którym rozgrywany jest jeden z najtrudniejszych slalomów gigantów. Traska była lajtowa, ale dostarczyła nam sporo pozytywnych emocji. Cztery dni spędzone w Alpach były bardzo intensywne i niezwykle satysfakcjonuje. Bardzo dziękuję całej Ekipie za świetne towarzystwo! Pozostaje z nadzieją na więcej . To co, w przyszłym roku Kazbek? Nie wiem czemu mi się po dwa razy foty wklejają.... Może jednak telefon nie jest najlepszy do pisania relacji...
    15 punktów
  4. Spędzony w Alpach ostatni tydzień sierpnia zaczyna się robić tradycją. Dodajmy – bardzo dobrą tradycją! Tym razem razem z Kasią, @Mateusz Z @karpasani Andrzejem, Tomkiem, Szerpą i Witkiem wędrowaliśmy po Wysokich Taurach. Wybór nie był przypadkowy – rozochoceni zeszłorocznym sukcesem na Wildspitze postanowiliśmy podnieść poprzeczkę. Tym razem naszym celem stał się Grossglockner – najwyższy szczyt Austrii (3798 m n.p.m.) – majestatyczny, przepiękny i gdy przyjeżdżamy, zasypany śniegiem… Naszą bazą była tym razem urocza alpejska wioska Kals am Grossglockner. Mieszkaliśmy w typowym dla tego rejonu drewnianym, tonącym w kwiatach domu, z wszelkimi wygodami. Choć droga do Alp wcale nie była krótka, to – może nie tak skoro świt, ale o przyzwoitej porze – ruszyliśmy na szlak. Nauczeni doświadczeniem postawiliśmy na aklimatyzację. Po bardzo (ale to bardzo!) długich obradach na cowieczornej odprawie, pod dowództwem kierownika Witolda, celem stał się liczący 3119 m n.p.m. szczyt Böses Weibl. Żeby ruszyć na szlak, musieliśmy najpierw podjechać autem. Do parkingu pod Lucknerhaus prowadziła bardzo malownicza, kręta, otoczona skałami i… przepaściami droga. Na jej końcu otwierał się przepiękny widok na „Grossa”. Kiedy zobaczyliśmy go w śnieżnej pelerynie, trochę nas zmroziło, ale zaraz wrodzony optymizm podpowiadał, że słońce świeci na tyle mocno, iż do naszego ataku na pewno po śniegu zostanie tylko wspomnienie… Zostawiamy auta (uprzednio kupiwszy wjazdówkę na parking na tydzień) i ruszamy w drogę. Szlak wiedzie nas początkowo przez alpejskie pastwiska, by z czasem trawa coraz bardziej ustępowała miejsca kamienistym piargom i głazom. Idzie się ogólnie bardzo przyjemnie, tym bardziej że co jakiś czas tuż przy ścieżce pokazują się świstaki – już całkiem tłuściutkie, szykujące się na zimę. A oto i król.... Przez tydzień będziemy go oglądać chyba z każdej możliwej perspektywy. Nie mogliśmy się opanować... Chyba każdy z nas ma zdjęcie na tym dachu. Nasz cel na niedzielną aklimatyzację (ta góra z krzyżem). A na szczycie, jak to zwykle w Alpach, krzyż. Oczywiście było nam mało i postanowiliśmy zmienić trasę, żeby "kółeczko" było. Po drodze obejrzeliśmy sobie schron. Nie wyglądał źle, ale jakoś nikt nie pałał chęcią, żeby w nim nocować... Naprawdę nie wiem czemu.... Ponieważ część naszej ekipy postanowiła wracać tą samą drogą, punktem spotkania uczyniliśmy szopkę na jednej z polan na wysokości Rysów. Tak jak się umówiliśmy, tak się spotkaliśmy – i razem doszliśmy już do parkingu. Dzień 2 Nasze wieczorne obrady nad niedzielnym planem były wyjątkowo długie, bo prognozy zapowiadały burze. Jak widać na fotach – sprawdzalność okazała się zerowa. Pogoda sprawiła jednak, że odłożyliśmy na poniedziałek wycieczkę na Rotenkogel – szczyt równie zacny co poprzednik, choć nieco niższy (2762 m n.p.m.). Zgadzam się z opinią, że to jedna z najpiękniejszych gór panoramicznych. Ponieważ zbieraliśmy siły przed nadchodzącym atakiem szczytowym, na górę Cimaross (na której króluje restauracja z wielkim tarasem i – chyba – hotelem) wjechaliśmy kolejką. Po sesji zdjęciowej ruszamy dalej. Przed nami godzina marszu w górę po skałach i skałkach. Według informacji z Internetu szlak podobno jest dość wymagający. W mojej ocenie trudności nie ma żadnych. Wręcz przeciwnie – jest na tyle zachęcający, że @karpasani i @Mateusz Z postanawiają jeszcze po drodze zdobyć kolejny szczyt. (I tu mam pytanie: czy to był Gorner, 2702 m n.p.m.? Chłopaki, czy Gorner to ten szczyt, na który weszliśmy, schodząc z Rotenkogela? Bo nie pamiętam… a z mapy to nie wynika). Leżący kilka minut drogi dalej Rotenkogel okazuje się bardzo przyjemną górką z niesamowitą panoramą. Na szczycie oczywiście stoi krzyż, który uruchamia w nas artystyczne zacięcie – na siłę próbujemy zrobić zdjęcie Grossa przez jego wycięcie. Próby raczej nie należą do udanych (przynajmniej moje ). Gross jest zawsze i wszędzie Przed nami cel... Zdjęcie Mateusza. Chmury i samoloty robiły robotę. Takie widoki... Niektórzy wybierali alternatywne warianty ..., ale zawsze z piękną perspektywą. Na szczecie znaleźliśmy metalową skrzyneczkę z różnościami. Mamy hipotezę, że mogły służyć do mszy. Krzyż jak kamerton? i próby artystycznego ujęcia.... Schodząc nieco zmieniamy trasę i przechodzimy przez jeszcze jeden szczyt, który okazuje się być nawet bardziej fotogeniczny niż Rotenkogel. Znowu posiadówka i sesja foto, które zajmują nam dobre 40 minut – ale przecież nigdzie nam się nie spieszy. Schodzimy powoli do kolejki, lecz cudna pogoda zatrzymuje nas jeszcze na tarasie. A tam wiadomo: kawa i bombardino. Mniam! Dzień 3 Czas ataku szczytowego zbliża się nieubłaganie. Póki co wszystko nam sprzyja: dobrze się czujemy, pogoda zapowiada się nieźle, a śniegu jest coraz mniej. Udało się nam nawet zarezerwować nocleg - co prawda nieco niżej, niż pierwotnie planowaliśmy, ale najważniejsze, że mamy gdzie spać. Dzisiejszy punkt noclegowy i baza do ataku szczytowego to schronisko Stüdlhütte. Zostawiamy samochody na znanym nam już parkingu i ruszamy. Przed nami około kilka godziny drogi. Krajobraz nieustannie zachwyca, choć i tak wzrok wciąż wraca na Grossglocknera… Uda się, czy nie uda? Póki co mijamy po drodze zabudowania z urokliwą kapliczką. Droga wiedzie doliną. Po godzinie docieramy do Lucknerhütte. Czas na kawę i delektowanie widokami. Znowu robotę robią świstaki. Nie wiem, ja tam mogę godzinami na nie patrzeć. Okazuje się, że pogłoski o możliwości wwiezienia plecaków windą towarową są prawdziwe – z czego część z nas skorzystała. Szkoda tylko, że nikt nam nie powiedział, iż ta winda jeździ w górę tylko raz dziennie… i to późnym wieczorem. Poza tym znaleźli się też tacy, którzy próbowali dostać się w górę „na krzywą twarz”. Trochę niektórzy denerwowali w schronisku, jak plecaków nie było do wieczora.... Te liny to kolejna winda towarowa. Tym razem do Erzherzog-Johan Hütte, w którym będziemy w kolejnym dniu. Docieramy do schroniska po czterech, może pięciu godzinach marszu. Dzień jest jeszcze młody, więc kręcimy się po okolicy. Samo schronisko ma bardzo ciekawy kształt, dostosowany do tutejszych warunków pogodowych. Warto dodać, że pierwsze schronisko w tym miejscu powstało pod koniec XIX wieku jako baza wypadowa na Großglockner przez grań Fanatscharte. Dzisiejszy budynek jest duży, nowoczesny i bardzo czysty (choć niektórzy wciąż opowiadali historie o pluskwach). No i koniecznie trzeba mieć kapcie! Warto też zaopatrzyć się w zestaw jednorazowej pościeli (Kasiu, jeszcze raz dziękujemy!). Troszkę księżycowy krajobraz wokół schroniska. Za budynkiem Fanotkogel, który zdobyliśmy po obiedzie. Sypialnie są duże, ale poszczególne prycze oddzielone od siebie i ponumerowane. Ze schroniska na Grossglocknera prowadzą dwie drogi. Obie piękne, jedna nieco trudniejsza. W końcu znaleźliśmy szarotki. Po obiedzie poszliśmy na mierzący 2906 m. Fanotkogel i wiadomo co było widać.... Zdjęcie Mateusza. Zachód nie był spektakularny. Dzień szybko minął. Zmęczeni, ale już z myślą o dniu następnym szybko poszliśmy spać. Dzień 4. Atak szczytowy Ten dzień rozpoczął się koło godz. 4.00 po całkiem dobrze (przynajmniej u mnie) przespanej nocy sycącym śniadaniem podanym w formie szwedzkiego stołu i całkiem dobrą kawą. Czasu na delektowanie nie było specjalnie dużo, bo przed nami wisienka na torcie wyjazdu, czyli atak na Grossa. Choć zebraliśmy się sprawnie i około 5.00 byliśmy gotowi do wyjścia, po światełkach było widać, że chyba jesteśmy jednym z ostatnich zespołów. Liczyliśmy, że droga w górę zajmie nam koło 5 godzin, co okazało się dość optymistycznym założeniem. Póki co ruszamy sobie dość wygodą ścieżką, by wkrótce dojść do lodowca Ködnitzkees, który bardziej przypominam pole lodowcowe, niż to co znamy z ubiegłego roku. Jak bardzo mylne to było wrażenie przekonamy się przy schodzeniu. Orientację ułatwiać powinny kopczyki, ale ich wielość raczej komplikuje niż ułatwia.... Po drodze mijamy się z trójką młodych chłopaków również zmierzających na Grossglocknera, ale szybko zostają za nami i dość szybko zrezygnują. Przed lodowcem wiążemy się i "w gąsienicy" zmierzamy przez lodowiec. Wokół nas cicho, spokojnie, w oddali nieco przykryty chmurami Gross. Jest pusto, bowiem większość zespołów weszła na szczyt wczoraj korzystając z pięknej pogody. Dziś zostały niedobitki, jak my . Będzie to miało swoje plusy. Spacerek po lodowcu kończy się pod ścianami Blaue Köpfe, którymi prowadzą dwie dość proste feraty, którymi wychodzi się do schroniska Erzherzog-Johann Hütte, które dziś wyznaczy nam półmetek drogi. Pierwotny plan zakładał nocleg w tym schronisku, ale wyszło jak wyszło, co nie znaczy, że źle wyszło. Póki co pogoda jest ok, liczymy że szczyt będzie zdobyty w słońcu. Jak się okazuje, dość nam długo zeszło na lodowcu i ferratach. Musimy trochę przyśpieszyć. Zatem załatwiamy niezbędne rzeczy w schronisku i ruszamy na kolejny lodowiec (choć bardziej to przypominało pole śnieżne), by rozpocząć właściwe wspinanie. Podejście pod ścianę Grossów nie jest jakoś specjalnie skomplikowane, ale czujność zachować trzeba. Zjazd zboczem raczej nie byłby przyjemny. Przed nami wejście na Kleinglocknera. Prowadzi na niego dość nietypowa, bo oparta na linach żeglarskich, ferrata, a w zasadzie dwa jej warianty – jeden trudniejszy, drugi prostszy. Jak się okaże, oba przetestujemy, oba okażą się podobne w trudnościach, a raczej w ich braku. Nie jest wygodna, bo trudno się w nią wpiąć. Podobno wybrano to rozwiązanie z uwagi na dużą wilgotność. Niestety, z góry zaczynają już schodzić pierwsze zespoły i robią się korki. Pod ferratą nie ma dużo miejsca, żeby jakoś bezpiecznie stanąć, a zdejmowanie raków to swego rodzaju loteria... jak poleci, to amen. Cieszymy się, że pogoda się utrzymuje, bo popołudniu ma być załamanie. Podejście na Kleinglocknera wiedzie wąską i dość eksponowaną granią. Mijanie się proste nie jest. Na szczęście jest ona ubezpieczona metalowymi tyczkami, które umożliwiają asekurację. A że asekurują się wszyscy, to czasami trzeba poczekać, aż zespół zbierze swoje liny i pójdzie dalej. Nas też to trochę przytrzymało na podejściu. Niestety, pogoda zaczyna się nam psuć... coraz więcej chmur wokół. Ekspozycja jest. Na szczyt Grossglocknera wchodzimy już w chmurach. Widoków jak na lekarstwo, ale chyba najważniejsze, że przez dobre kilka minut mam szczyt tylko dla siebie. Potem dołącza do nas para rodaków, którą później jeszcze spotkamy w Kalm (pozdrawiamy serdecznie!). Jest kilka momentów, kiedy chmury się rozwiewają i widzimy przeogromny lodowiec o wdzięcznej nazwie Pasterze. Jest ogromny i przepiękny. Poza tym pojawia się... widmo. Na szczęście kilka razy, więc od razu je odczarowujemy. Godzina robi się późna, fotki zrobione. Czas wracać. Zejście z Grossa jest mozolne. Trzeba bardzo uważać. Na dodatek pogoda robi się nam coraz gorsza. Prognozy pokazują deszcz i burze. Niestety, na wysokości schroniska Erzherzog-Johann Hütte czarny scenariusz pogodowy się realizuje... Zaczyna padać i grzmieć. Perspektywa dwóch ferrat i lodowca w burzy skutecznie dodaje nam sił i prędkości. Bezpiecznie schodzimy do lodowca. Mgła staje się coraz większa. Wiążemy się liną – niektórzy niechętnie, bo przecież lodowiec prosty i bez szczelin – i ruszamy w kierunku schroniska. Jak bardzo jesteśmy po kilku krokach zdziwieni tym, jak przez kilka godzin zmienił się lodowiec! Zieją pod nami całkiem spore szczeliny, których rano nie było. Zauważamy też podlodowcową rzekę i zapadlisko z tonami śniegu w wodzie. Z góry schodzi kamienna lawina. Wszystko to pokazuje, że uważnym i ostrożnym w górach trzeba być do samego końca. Lodowce to żywe i bardzo dynamiczne byty. Przy wejście na feratę. W dole lodowiec ze szczelinami. Tego rano nie było.... Przejście lodowcem dłużyło się niemiłosiernie. Coraz gorsza pogoda nie pomagała. Tak wyglądało schronisko, kiedy do niego dotarliśmy zmordowani, głodni, ale mega, mega szczęśliwi. Szczyt osiągnięty, wszyscy cali. Zostało nam jeszcze trzygodzinne zejście doliną w padającym deszczu, ale chyba już nic nam nie przeszkadzało. Tonąca w chmurach dolina odprowadziła nas do samochodu. Choć Lucknerütte zapraszał światłami i ciepłem pognaliśmy na dół. To była bardzo długi, ale cudowny dzień.... Dzień 5. Dzień przeznaczyliśmy na reset. Pogoda sprzyjała, bo od rana padał deszcz. Czekaliśmy na okno pogodowe, żeby choć na chwilę wyjść z domu. Wśród licznych propozycji wybraliśmy spacer na most. Hängebrücke Glor to wiszący most o długości 55 metrów i wysokości około 30 metrów, zawieszony nad wąwozem Ködnitzbach. Most jest widokowy i można go fajnie rozbujać. To część szlaku prowadzącego doliną Kals. Co ciekawe, z korony mostu obserwowaliśmy budowę tamy. Okazało się, że płynąca doliną rzeka kilkukrotnie zalewała położone niżej miejscowości, powodując ogromne straty. Takie widoki były niemal przez cały dzień. Dzień 6. Ostatni dzień przywitał nas od rana słońcem. Ponownie pojechaliśmy na parking pod Lucknerhaus, aby razem zdobyć Figerhorn (2743 m n.p.m) Spodziewaliśmy się niezłej wyrypy. Początek szlaku był dość stromy, ale potem weszliśmy na połoniny. Gdyby nie szczyty wokół nas, moglibyśmy pomyśleć, że jesteśmy w Bieszczadach. Podobieństwo potęgował brak obecności ludzi. Za to, gdy już się pojawiali, byli głównie seniorzy. Po drodze wykonaliśmy plan minimum, czyli weszliśmy na Greibichl (2247 m n.p.m.), przy okazji objadając się jagodami. Po drodze towarzyszyły nam świstaki, którym bardzo staraliśmy się zrobić zdjęcie. Nie bardzo chciały współpracować, muszę przyznać. Gdzieś pod szczytem udało nam się dostrzec dwa orły, które niestety odleciały, zanim doszliśmy do celu. Majestat tych ptaków robi niesamowite wrażenie. Nic nie poradzę, że lubię kwiaty. Ostatni fragment szlaku wiódł niewielką, malowniczą grańką, z piękną panoramą z widomo na jaki szczyt . Na szczycie spotkaliśmy wycieczkę… a jakże – emerytów. Wszyscy w doskonałych humorach, zadowoleni. Miło się na nich patrzyło. Na szczycie oczywiście znaleźliśmy krzyż, tym razem poświęcony pamięci młodego chłopaka. Nie udało się ustalić, dlaczego tam się znalazł. Siedzieliśmy na szczycie, podziwiając widoki. W pewnym momencie nawet nie zauważyliśmy, kiedy nasze orły wróciły. Jedno z nich przeleciało tuż nad moją głową, tak nisko… Mogę z całą odpowiedzialnością śpiewać: „Widziałam orła cień...”. Niezapomniane wrażenie! Alpejskie świstaki Wracaliśmy powoli, dając szansę na współpracę świstakom, ale już powoli myśląc o pakowaniu i powrocie do domu. O plany na przyszły rok też zadbaliśmy, ale o nich póki co… ciiiii…
    14 punktów
  5. Pyszniańska Przełęcz. Uchodzi za jedną z najpiękniejszych w Tatrach Zachodnich. Niegdyś bardzo uczęszczana, stanowiła jedną z najłatwiejszych dróg z Podhala na Liptów, dziś od polskiej strony praktycznie niedostępna, odgrodzona pasem obszaru ochrony ścisłej, w skłąd której wchodzi leząca u jej stóp Hala Pyszna... Pysznianska Przełęcz towarzyszy mi od maleńkości. Swietnie widoczna z okien domu mojego dziadka, z wciąż gołym okiem widoczną - tętniącą niegdyś życiem - ścieżką z Hali Pysznej, wraz z opowieściami ojca o dawnej sławie i pięknie Hali, od ponad 30 lat pobudza wyobraźnię. Niestety - jak pisałem - Hala jest zamknięta i amen. Ale przełęcz nie. Da się do niej dojść czerwonym szlakiem graniowym z Błyszcza. Tylko.... potem albo zejście na Słowację, alebo mozolna wspinaczka z powrotem na Błyszcz. Stad też... Pyszniańska Przełęcz - mimo mojej ogromnej sympatii i ciekawości - pozostawała dla mnie niedostępna. Myślałem o jej zdobyciu z Podbańskiej, a jakże, ale koniec końców decyzja zapadła - idziemy z Kir. Opowieść - w odróżnieniu od pozostałych, które do tej pory wrzuciłem - jest świeża. To już ten rocznik, a mamy dopiero czerwiec. Żeby nie było nudno, postaram się ją trochę ubarwić i podkoloryzować (bazujac na informacjach znalezionych w necie oraz z serialu Patrol Tatry - niestety aktualnie niedostępnego). Wszak życie to jeden wielki sen, czyż nie? Wcześnie rano docieram do mojego ukochanego schroniska na Hali Ornak. Schronisko powstało tuż po drugiej wojnie światowej, na miejsce spalonego podczas walk schroniska na Hali Pysznej. Oficjalnie schronisko spalili Niemcy, ale wiadomo, relację zdawała druga strona, wiec wiadomo, ze nie wiadomo. Co wiadomo - początek stycznia 1945. roku przyniósł kres legendarnemu schronisku, a to zapewne ułatwiło decyzję o calkowitym zamknięciu Hali Pysznej dla "zwykłych zjadaczy chelba" w roku 1948. Od tego czasu Pyszna - raj utracony - dostępna jest tylko dla osób z pozwoleniem TPNu, w praktyce jego pracowników czy badaczy. Ale nie zawsze tak było. Byo mianowicie tak, że - co dziś nie mieści się w głowie - Hala Pyszna była rajem dla turystów w lecie i dla narciarzy w zimie. Z Ornaku przez Siwe Sady, czy z Kamienistej przez Babie Nogi, nie zważając na ryzyko, zjeżdżało całe pokolenie słynnych w II Rzeczypospolitej narciarzy. Oraz spora grupa pasjonatów. NIe było tu wyciągów czy kolejki. Dla jednego krótkiego zjazdu trzeba było się gramolić kilkaset metrów w górę, a jednak tym ludziom się chciało. No i schronisko. Ciasne, zadymione, z minimalnymi tylko udogodnieniami, a jednak tak uwielbiane. O tamtych dziejach (nie tylko o Pysznej, ale o całych przedwojennych Tatrach od czasów C.K., przez II RP do początków Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej) można poczytać w książce Stanisława Zielińskiego "W stronę Pysznej". Polecam Tatromaniakom, bo - choć nie jestem "czytający" - przeczytałem z zapartym tchem. O "wyrypach", o TOPRze, Zaruskim, Oppenheimie, Rudej Wandzie, o początkach taternictwa, o jego ofiarach, zabawne anegdoty z życia przedowjennego Zakopanego. Czytelnik na zmianę to śmieje się, to płacze, a książka pozwala niemal namacalnie poczuć ten klimat i poczuć się, jakby siedziało się w cieple dymiacego pieca w schronisku na Pysznej. Stoje zatem w cieniu schroniska na Hali Ornak, ale dziś tam nie wchodzę. Dziś go nie zauważam. Nie ma go. Jest rok nie 2024, a 1936., gdy schronisko na Pysznej, po zakończonym remoncie, staje się schroniskiem całorocznym (wcześniej byo zamykane, a klucze pobierano w Zakopanem). Zdaje mi się, że zamiast - jak zwykle - skręcać żółtym szlakiem na Iwaniacką, ruszę przez las za znakami niebieskimi, by śniadanie zjeść nie na Hali Ornak, ale na Pysznej... Snić można. Co dziś zostało z dawnego, uczęszczanego szlaku? Wieśc niesie, że tu i tam, w lasach Doliny Pyszniańskiej znaleźć można jeszcze ślady ścieżki. Przekraczamy potok Dolinczański, by kierować się dalej wzdłuż coraz węższego potgoku Kościeliskiego. Tu już ściezki w zasadzi enie ma. Śmiałkom decydującym się na taką wyprawę grozi - oprócz konsekwencji prawnych - przedzieranie się przez chascze i wiatrołom. W końcu - u zbiegu Babiego i Siwego potoku tworzących razem potok Kościeliski, po przekroczeniu Babiego - staniemy w miejscu, gdzie stało niegdyś schronisko (foto - wikipedia) Niestety - sen snem, a schroniska nieodwołalnie już nie ma. Co pozostało? Fragmenty podmurówki, jakieś kawałki metalu, kilka rozrzuconych cegieł, jakieś drzwiczki - chyba od pieca - wbite w darń... Nie, nie dostaniemy już śniadania na Hali Pysznej. Można co najwyzej spróbować uścuisnac dłoń duchowi Zarukiego czy Marusarza... Las prawie całkiem wchłonął pozostałości dawnego budynku i schronisko na Pysznej nieodwołalnie należy do przeszłości. Ze schroniska prowadziły drogi przez Niżnią i Wyżnią Polanę Pyszną w stronę Pyszniańskiej i Siwej Przełęczy. Ścieżka na Pyszniańską - mimo upływu lat - jest wciąż dość widoczna, choć praktycznie całkowicie juz zarośnięta i w krótkim czasie pewnie zniknie na dobre. Nad polaną Hala ukazuje swoje nieprawdopodobne piękno. Legenda głosi, ze Hala Pyszna i Siwe Sady to jeden z najbardziej urokliwych zakątków Tatr Zachodnich. Dalej, pnąc się zakosami, stary szlak wprowadza wędrującą duszę na grań dokładnie w szerokim siodle Pyszniańskiej Przełęczy. Tutaj obudzę siebie i Was ze snu, a dalszą częśc opowieści zaczniemy od przełęczy właśnie. Tak jak niegdys nasi przodkowie po pokonaniu historycznego szlaku... Na przełęcz docieram póżno, około godziny 13. 7 godzin, a jeszcze trzeba wrócić. Ale mówiłem - to mozolna trasa. Jak zwykle - nie mam szczęścia do wiodoków, chmury wiszą na ok 2000m, zasłaniając większosć szczytów - tych okolicznych i tych dalszych. Dobrze widać Kamienistą, na ktorą prowadzi zamknięta dla ruchu, ale wciaż uczęszczana ścieżka. Z Przełęczy rozpościera się niesamowity widok na całą dolinę Kościeliską. Wykorzystujac moment słonecznej podogy podszedłem blizej i... ...jest bajkowo. Sama przełęcz bardzo mnie zaskoczyła. Z okna domu w Kościelisku wygląda ona jak głęboka przełęcz na ostrej jak brzytwa grani, tymczasem okazuje się ona - zwłaszcza od łągodnej, południowej strony - bardzo rozległa i szeroka... Na zdjeciu dobrze to widać podczas zejścia z Błyszcza/podejścia na Błyszcz, na zdjęciach samej przeł,ęczy - trudno to w sumie uchwycić, bo 3D to jednak 3D, zdjecia tgo nie oddają. Przełęcz wywarła na mnie niesamowite wrazenie. Dawno nie siedziałem tak długo w jedym miejscu i wcal enie wynikało to wyłącznie ze zmęczenia i perspektywy mozolnego gramolenia się na wysoki wierzchołek Błyszcza. Trzecim - obok zachwytu i zmęczenia - powodem przesiadywania na przełęczy był fakt, żebyło to ostatnie brakujące dostępne turystycznie miejsce na mapie Polskich Tatr Zachodnich wciąż przeze mnie niezdobyte. A czwartym - świadomość, ze pewnie nigdy tu nie wrócę. Samo dojście na przełęcz już było sporym wysiłkiem, a jeszcze trzeba wrócić. Nie, nie można zejśc na Pyszną, trzeba się toczyć przez Błyszcz. Do tego mam takie przeczucie, że nawet jesli zarysykujemy konflikt z prawem, przełażenie na takim zmęczeniu przez bezdroża pokryte wiatrołomem szczytem marzeń też pewnie nie jest, wiec - rad nie rad - zabłąkanyt na przełęczy polski turysta, nienawidzący ju,z pewnie Błyszcza całym sobą, musi się z tym Błyszczem, przeprosić i ruszyć z powrotem wzdłuż grani. Wzgklędnie zejśc do Podbańskiej i szukać tam transportu do Polski. Stosunkowo łagodne, za to bardzo, bardzo długie podejście jest nużące, a na podmęczonego rywala wręcz mordercze. Wierzchłek Błyszcza to pojawia się, to znika w chmurach... ale z każdym krokiem jest coraz bliżej. A o każdy krok tak już trudno. To walka o kazdy metr. Wiem - ju,z to gdzieś pisałem. Gdzie? w opisie wejścia na Bystrą, a jakże. Tak - masyw bystrej (a więc i Błyszcz) to mordercza gora. Wyssie z Ciebie każdą resztkę energii i nagle zaczynasz przeklinać niemoc niepozwalającą ci zdobyć szczytu znajdującego się lediwe 100 metrów wyżej. Co to jest 100 metrów?Dla wypoczętogo turysty - tyle co nic, dla turtsty podchodzącego pod szczyt Bystrej to wysokosc niemal nie do pokonania. Na dowód tego dodam, że z Błyszcza planowaliśmy jeszcze odwiedzić wyższa o 90m starą znajomą, ale... sił po prostu nie starczyło. Żaden z nas nie chciał już słyszećo dalszym podchodzeniu - byle w dół! Zaletą żólwiego tempa jest natomiast fakt, że - na robionych co klika kroków - postojach, zauważa siępiękno tatrzańskiej roślinności tak pomijane podczas energincznego wchodzenia na "pierwzej świeżości". I tak oto dowlokłęm się na szczyt Błyszcza. Zmęczenie - skrajne. Jak pisałem - nie było nawet sił żeby wyjśc jeszcze 90 m w górę na Bystrą. Więcej - nie było nawet siły żeby na luziku z tego Blyszcza zejśc. Zejście z Błyszcza to stroma ściezka zawalona sypkimi kamieniami.W sam raz dla zmęczonego wędrowca Mięśc=nie ledwo ju,z pracują, ledwo dają radę hamować ciężar 110kg, a do tego jeszcze kamienie ucuekają spod butów. Czy może być gorzej? W końcu osiagamy Bystre Sedlo i dalej będzie już lepiej. A przynajmniej bez sypkich kamyczków... zawse coś. Ten widok znam i lubię. Trzeci raz tędy ide w tym kierunku. Krowia ścieżka granią w stronę Siwego Zwornika, często nawiedzana przez stada kozic. Tego dnia całe kozicze rodziny biegały akurat dalej, na zbocvzach masywu, ale nietrudno je spotkać i tu. W stronę doliny Gaborowej płynie wartki potok stworzny przez roztapiające się łachy śniegu u stóp Starorobociańskiego, czy - jak wolą Słowacy - Klina. Jeszcze kilka kroków, krótkie podejście i... ...Siwy Zwornik. Czyli pora opuścić główną grań Tatr. Ostatni jeszcze rzut oka na Bystrą, która chwilowo wylazła zza chmur, oraz na świeżo zdobytą Przełęcz. Łezka się w oku kreci, naprawdę. Tyle lat marzeń o Pysznianskiej i w końcu jest. Choć koszt jest niebagatelny. Nie wrzucam zdjec z Siwej czy Ornaku, no - może jedno dla porządku... Zdjęć z Ornaku na pęczki. Góra popluarna i łatwo dostępna i sam nie wiem ile zdjęć z Ornaku mam na sowim dysku, ale dom kazdego dnia i każdej wycieczki mógłbym jakieś dopasować, nie muszę ju,z nawet pstrykać Po drodze... ....młoda kozica. Niby nic, a cieszy, bo nigdy nie byłęm tak blisko młodej kozicy, dała sobie zrobiczdjęcie i... mamusi nie było w okolicy Stąd widac już też cel - schronisko na Hali Ornak. Tak - mimo ogromnego zmęczenia zdecydowałem się na zejście przez Ornak i Iwaniacką, bo juz sama myśl o Starej Robocie i asfalcie w Chochołowskiej mnie po prosu odrzuca. Jak kuśtykać, to przez Ornak i Kościeliską, przynajmniej ciekawie. Pisalem, ze koszt wyprawy niebagatelny, Dlaczego? Bo zmęczenie, które generuje u mnie masyw Bystrej zawze jest ogromne. W dół idę jak niedołęga, podpierając się kijkami, zeby nie polecieć, bo waciane nogi po prostu nie umieją wyhamowac mojego cieżaru. Idę tempem ponizej wszelkich drogowskazó. Byle dojśc. Byle doczłapać. Pamiętam kiedy ostanio byem TAK zmęczony i było to na zejściu ze Sławkowskiego. Posłałem - niezgodnie ze sztuką, ale przecież wiem, ze jakos dopełznę - przyjaciela przodem, zeby już kupił piwo i jedzenie. I oto jesteśmy. Fakt - przed nami jeszcze zejscie do Kir, ale to już pikuś. Prosta droga, pokrzepiony w schronisku - jakoś zejdę. Schodząc widzę światło zachodzącego słońca na Kończystej Turni. Tak, to już prawie 15 godzin, a jeszcze trochę zostało. Zimna woda Kościeliskiego potoku pokrzepia, przynosi ulgę, orzeźwia (choć w zasadzie nie powinno się jej pić ) i ugruntowuje niesamowite poczucie wewnętrznego szczęscia. Tak - daliśmy radę. Odwieczne marzenie spełnione. Jeszcze chwila i leżę w hotelowym łóżku wciąz nie wierząc, ze to się stało. Czy dlatego, ze Pyszniańska jest aż tak nieosiągalna? Nie. To po prostu spełnienie marzenia, odkładanego przez lata z roku na rok na kolejny rok. I wiecie co? Choć znów - jak po bystrej - bolą mięsśnie, bolą pęcherze, a z Tatrami niechcący zawarłęm przymierze krwi... ...uwazam, ze ten ból jest warty tego szczęścia. W Tatrach czuję sie.... wolny i szczęśliwy. A to nie ma ceny.
    14 punktów
  6. Życie weryfikuje plany, także te górskie... i czasami trzeba odpuścić. No i w ramach "odpuszczania" wybraliśmy się na wycieczkę do Doliny Staroleśnej. Do Starego Smokowca dotarliśmy elektriczką, która naprawdę robi robotę. Przy okazji wiecie, że już ok. 1902/1903 roku z Popradu do Smokowca jezdził trolejbus, który kilka lat później został zamieniony na elektriczkę? Mniej więcej w tym samym czasie powstała pierwsza wersja kolejki na Hrebienok (ot... efekt czekania na pociąg 45 minut - wszystkie tablice wokół stacji przeczytałam). Oszczędzając nogi skorzystaliśmy z kolejki na Hrebienok i po kilku minutach, minąwszy Bilikową Chatę, skierowaliśmy się na zielony szlak, który zaprowadził nas do kolejnych odsłon Wodospadów Zimnej Wody. Byliśmy na nich sami, co nas absolutnie nie martwiło. Sesja fotograficzna i ruszyliśmy w kierunku Rajnerowej Chaty. W Chatce warto obejrzeć dzwonki (owcze?) i sprzęt sportowy oraz skosztować pysznej herbatki (piękny kaflowy piec). Od tego momentu do naszego celu poprowadził nas niebieski szlak, przez większość doliny towarzyszył nam będzie potok (Poprad?). Szlak jest skrzyżowaniem "ceprostrady" na Szpiglas i podejścia nad Czarny Staw pod Rysami - takie moje skojarzenia. Im dalej w dolinę tym bardziej imponująca panorama się robiła. Po lewej stronie rozgościł się min. Sławkowski Szczyt, po prawej (już przy Zbójeckiej Chacie bardziej) pięknie prezentował się Jaworowy, zaś perspektywę zamykał Świstowy i Mała Wysoka, z wyraźnie zaznaczoną Rohatka (lekcja topografii odrobiona ). Widoki były godne, a dodatkowo wzmocnione pojawiającymi się co jakiś czas chmurami. Tuż przed pierwszym stawkiem udało się nam wypatrzyć kozicę. Generalnie fajny spacer (moje 2/3 Ekipy ma "nieco" inne zdanie, ale co ja na to mogę... ), dla mnie w ramach regeneracji.
    14 punktów
  7. fantastyczna pogoda ( choć 2 razy nas potężnie dolało) tłumy po polskiej stronie i luzik na Słowacji
    14 punktów
  8. Oj była to piękna wycieczka. Inny rodzaj gór, niż nasze Tatry, potężne masywy, lodowce, wysokość... A ekipa - doskonała. Kilka fotek ode mnie.
    14 punktów
  9. Podłączę się i przedstawie wycieczkę, której już - niestety - nie da się powtórzyć. I mówie niestety, choć fakt - zakaz przejscia ze Swinicy na Zawrat moze i jakieś tam zalety ma. Nie wiem. Akurat to, ze szlak z Zawratu na Kozią Przełęcz jest jednokierunkowy, to dobrze, bo minąc tam się cieżko, natomiast moja wycieczka z 2015. była super i bardzo bym ją polecał, gdyby wolno było ją powtórzyć Na parkingu byłem pierwszy. Ech... Stilo. FIAT z fiatowską jakoscią, ale jeździło się super - bardzo lubiłęm to autko. Wychodzę wcześnie, bo sezon w pełni, a ja nie lubię tłoku... Na Psiej Trawce pogoda pod psem. Wejście Doliną Suchej Wody ma swoje zalety. Po pierwsze - nie zmęczysz się, po drugie - dalej nie wyruszasz zmęczony. Po trzecie... eeeee... no w Murowańcu byłem wciąż świeżutki. Zawsze trzy wymieniłem... Z Murowańca ruszam na zachód, by obejść Kościelec od tej właśnie strony. Z uwagi na pogodę mam plan by wyleźć na Świnicką Przełęcz, a dalej jak pogoda pozwoli... Widocznośc byle jaka. Ledwie widać koniec własnego nosa... W chmurach majaczy Kościelec. Blisko jest, a i tak ledwo widać. Tak idąc dochodzę do rozdroża koło Zielonego Stawu. Od tego momentu - idę po raz pierwszy. Nie byłem na Świnickiej Przełęczy, ani na Świnicy i byłem mocno "podjarany" perspektywą. Jak widać, na podejściu widoczność spadała, co wynikało pewnie z szybkiego nabierania wysokości. Pamiętam, ze podejście jest strome i wchodzi się szybko. Ale.... ja wtedy byłem w formie. Dziś pewnie bym płuca wypluł... Teren zrobił się uroczo skalisty. Coraz lepiej. Wszak Tatry Wysokie, to idzie się na skały, a nie na krowie ścieżki... Pod przełęczą - zaczyna być coś jakby widać. Szału bez, ale jest jakby lepiej. Tu widać jak strome jest to podejście. Naprawdę szybko nabiera sie wysokości. I oto jestem. I wysoko i nisko. Na szczyt Świnicy jeszcze jakieś 250m. Nie za dużo, ale dla podmęczonego piechura jest to jeszcze spory kawalek podejscia... Skręt w lewo na szczyt. Łańcuchy są, ale trudnosci okresliłbym jako niewielkie. Plus ze jestem dosć wcześnie, a ponadto pogoda odstraszyłą częśc chętnych na wysokogórskie wyprawy. Szczyt osiągam o 10:05. Wcześnie. Cały dzień jeszcze przede mną. Widoków brak, wiec szybko zawijam się i złażę. Nie lubię długich postojów, a już na pewno w chmurze... Dziś niestety trzeba by zejsc tą samą drogą, ew. co najwyzej przez Liliowe. W 2015. mogłęm ruszyć w stronę Zawratu, co też uczyniłem. Trudności wciaz nie uznałbym za duże. Trochę łańcucha, trochę klamer ale nic, co bardzo zapadłoby w pamięć. I Zawrat. Powrót po latach. Raz byłem na Zawracie z mamą i bratem, ale to było lata temu. Wejście od Murowańca, zejście do "piątki". Tym razem - na krzyż - od Świnicy na Orlą Perć. Pora wczesna, siły są. Decyzja - ruszam dalej na Kozią Przełecz. To moj pierwszy i - mimo upływu juuż 9 lat - wciąż jedyny epizod na Orlej Perci. Z moim aktualnym brzuchem i kondycją - nie wiem, czy dane mi będzie jeszcze wrócić. Mam takie wrazenie, ze gdzieś po drodze byłą jeszcze drabinka, ale chyba nie zrobiłem zdjęcia... Doszedłem do żóltego szlaku w dół na Halę Gasienicową i uznałem, że zdecydowanie dość. Nie bez powodu wspominam o moim brzucholu. Rzadko to piszę, ale Orla - a przynajmnije ten odcinek - jest kondycyjnie wymagający. Nawet niekoniecznie sprawnościowo, ale kondycyjnie. Nie wymaga wielkiej gibkości czy wielkiej siły, wymaga kondycji, zeby ten dośc długi wysiłek wytrzymać i nie paść po drodze. Zmachałem się, a byłem w formie. Czy uważam, ze szlak jest trudny? Ja uważam że nie, ale jeden z mijających mnie na zejsciu "karków" krzyczał, że "sraka jest". Więc - co kto lubi. Jak dla mnie - fajne i wcale nie tak trudne. A wysportowany nigdy nie byłem, wiec to chyba głownie kwestia głowy. Na zejściu na dobre się rozpogodziło. Po drodze mijałem ludzi wchodzacych na górę, których widać zachęciło rozpogodzenie. Cieszyłem się, że ja już schodzę. Nie lubię tłoku, kolejek do łańcuchów, przepychania sie do stolika w schroniskach. Najbardziej Tatry lubię poza sezonem. Ale - tym razem dałem radę się zebrać i wyprzedzić tłum. I dobrze mi z tym było... W Murowańcu o 14:05. Tempo dobre. Ech.. żeby mieć dziś ten power... Zejście Doliną Suchej Wody i do domu. To był udany dzień. Bardzo, bardzo udany dzień
    14 punktów
  10. W czwartek 2 maja pogoda zapowiadała się pięknie. Wcześnie rano wyjechaliśmy w kierunku granicy w Jurgowie ponieważ - jak to powiada nasz Kolega @barbie609 moder - chcieliśmy spędzić majówkę tam gdzie majówki nie ma. Pojechaliśmy do Słowackiego Raju. Nie byliśmy tam wcześniej więc wszystko nas ciekawiło i sprawiało niemałą frajdę. Wędrówkę rozpoczęliśmy z porkingu Podlesok. skąd prowadzi kilka różnych szlaków, my na początek wybraliśmy jeden z najciekawszych czyli wąwóz Sucha Bela Cały czas idziemy dnem malowniczego i niestety troche mokrego wąwozu. Idąc wsłuchujemy się w pluskanie strumyka snującego się pod naszymi nogami i uroczy o tej porze świergot ptaków. Mijamy też kilka przepięknych wodospadów. Na szlaku nie byliśmy sami ale spotykane od czasu do czasu pojedyncze osoby albo niewielkie grupki trudno nazwać tłumem. W takich miejscach jak drobinki naturalnie trzeba było zwolnić i iść uważniej więc tu spotykaliśmy najwiecej ludzi. Drabinki, kładki, stupaczki, łańcuchy i mnóstwo ciekawych, ekscytujących zakamarkow. Przejście całego wąwozu zajęło nam niecałe cztery godziny. Przy rozejściu szlaków okazało się że mamy sporo czasu i jeszcze więcej ochoty na dalszą wędrówkę. Postanowiliśmy przejść jeszcze Przełom Hornadu. Najpierw żółtym a później czerwonym szlakiem dotarliśmy do Klastoriska Tutaj kolejne rozwidlenie szlaków. Po krótkiej przerwie idziemy dalej w stronę Hornadu. Początkowo ścieżka prowadzi łagodnie przez las ale po jakimś czasie robi się na tyle stromo że w kilku miejscach pojawiają się łańcuchy. Po niecałej godzinie docieramy do niebiesko znakowanego Przełomu Hornadu Wędrówka Przełomem również dostarcza nam wielu niesamowitych wrażeń. Jest przepięknie! Kończąc wędrówkę zamykajmy jednocześnie pętelkę bo szlak zaprowadził nas do punktu wyjścia czyli na Podlesok. To była cudowna przygoda, z pewnością wrócimy do Słowackiego Raju jeszcze nie jeden raz.. Tymczasem jedziemy do Nowej Leśnej gdzie mamy nocleg. Przed nami jeszcze trochę majowych wrażeń.
    14 punktów
  11. Ci, którzy mnie znają wiedzą że Dolina Białovodska jest moim ulubionym miejscem w Tatrach. Byłem tam chyba ponad 20 razy i przemierzając bezwidokowe fragmenty trasy muszę przyznać, że zaczęły mnie trochę nużyć ( tak do mostku w okolicy Polany pod Upłazki ). Skoro TANAP w nowym regulaminie stworzył możliwość jazdy rowerem do Polany pod Wysoką, to aż żal było by nie skorzystać. Pierwszy etap można było pokonywać do leśniczówki już wcześniej na dwóch kółkach..... Skoro nie musiałem taszczyć plecaka na szlaku, to mogłem zabrać więcej sprzętu foto .... Mniej więcej do tego miejsca jedzie się wygodnie i luksusową drogą.... za mostkiem zaczyna się prawdziwa trasa górska, luźne kamienie , gdzie niegdzie większe głazy i kilka stromych choć króciutkich podjazdów. Przyda się solidny rower i trochę umiejętności jazdy po wertepach.....za to frajda z jazdy po Tatrach nie do wycenienia.... Aż szkoda że do Polany pod Wysoką jest tylko 9 kilometrów z hakiem
    13 punktów
  12. Na hasło "wschód słońca Beskidach" prawie każdy górołaz odpowiada " Babia Góra". Mnie jednak witanie dnia w tłumie niezbyt odpowiada więc myślałem od dłuższego czasu gdzie by tu uderzyć w długi weekend. Piękna pogoda, wolny dzień , widokowe miejsce i puste? Okazało się, że to możliwe i 11 listopada słonko w tym miejscu wschodziło tylko dla mnie, spędziłem tam ponad godzinę i nie przyszedł w tym czasie nikt Panorama Tatr tuż po wschodzie.... Wyszło !!!.... Niby daleko, ale w sumie na wyciągniecie ręki.... Beskidy też pięknie oświetlone.....
    13 punktów
  13. Całkiem przyjemna wycieczka na Litworowy Staw. Pomimo, że ładny dzień ale jednak znacznie krótszy, zatem nic wyżej i dalej nie chodziło mi po głowie, wracanie po nocy nie dla mnie. W nocy to ja śpię. Dolina Białej wody jak zwykle piękna. Pogoda dopisywała i można było podziwiać widoczne z daleka szczyty. Albo doliny gdy wyszło się wyżej. Staw z lodową taflą, ciągnęło chłodem od niego, inaczej niz na słonecznej trasie która nas do niego przywiodła. Zielony Staw bronił dojścia zatem widoczny tylko z góry. Powrót już szarówką, po zmianie czasu o to nietrudno. Osób na szlaku bardzo umiarkowanie, raczej szli dalej. Cena parkingu mnie zdziwiła 15 euro, pamiętam inną z tego roku albo mi się już coś pomieszało. W każdym razie- dostosowali się do cen na Palenicy.
    13 punktów
  14. Trochę informacji (bo jeszcze odsypiam lot i zmianę czasu) Kalifornia Góry Sierra Nevada ok. 300 km na wschód od San Francisco Park narodowy powstał już w 1864 r na prawach Stanu Kalifornia a od 1890 roku został uznany przez rząd USA, czyli obok Yellowstone jest jednym z najstarszych parków narodowych. Powierzchnia 3062 km kwadratowe, rocznie odwiedzany przez ok. 4 miliony turystów Najczęściej odwiedzana jest Yosemite Valley (Taka nasza Dolina Rybiego Potoku)
    13 punktów
  15. Chciałabym w końcu napisać, że było słońce i słońce i słońce.... ale nie mogę, bo jak zwykle codziennie zaliczaliśmy solidny deszczowy prysznic...a zaczęło się już w drodze do schroniska w Dolinie Chochołowskiej. Doszliśmy mokrzy, ale już w słońcu. Ponieważ dzień był jeszcze młody, mimo chmur na niebie, ruszyliśmy na mały rekonesans i rozejście na Grzesia. Sesja fotograficzna, jak zwykle trwała i trwała. Dopiero ryzyko kolejnego zmoknięcia skutecznie zmobilizowało nas do szybkiego zejścia. Pozostało planować dzień następny przy pysznej szarlotce. Kolejny dzień wita nas słoneczkiem i chmurami (a jak inaczej....?!). Ruszamy z planem wyjścia na Kończysty Wierch. Oczywiście zagadujemy się i mijamy wejście na czerwony szlak. No nic - mała zmiana planów i zaczynamy podchodzić od szlakiem przez Trzydniowiański. Szlak na początku nie jest urokliwy, ale plusem jest to, że szybko wychodzimy na grzbiet i możemy podziwiać widoki. Na szlaku niewielu turystów mimo soboty. Bez problemów osiągamy Trzydniowiański, gdzie mamy czas na herbatę i coś na ząb. Kolejny przystanek i nasz top na dziś to Kończysty. 40 minut po stopniach i siatce .... i tyle o tym napiszę. Dobrze, że na górze widoki dopisują, choć wieje równo. Jak zwykle sesja i .... przez chwilę myślimy, czy nie ruszyć na Starorobociański, ale zaraz przypominamy sobie prognozy, a w nich deszcze i deszcze ... niestety po 10 mimutach zaczyna padać. Deszcz odprowadza nas w dolinę... Niedziela miała przynieść fantastyczne widoki ze Starorobociańskego Wierchu. Ruszamy o 8.00 ze schroniska z nadzieją, że prognozy choć raz się nie sprawdzą... Po godzinie juz wiemy, że dobrze nie będzie, bo zaczynają się wypiętrzać chmury burzowe. Mimo wszystko liczymy, że wycieczka się uda. Dobre tempo pozwala sie nam po nieco ponad 2 godzinach zameldować na Siwej Przełęczy. Już nie jest różowo... ale przecież już jest tak blisko... Idziemy na Siwy Zwornik. Jak na złość nie możemy odpalić map z burzami. Z pomocą przychodzi nam @Mateusz Z - burze idą. W ciągu kilku minut ze słonecznej pogody zostaje wspomnienie, zaczyna wiać zimny wiatr. Ze wszystkich stron mamy ciemne, paskudne chmury. Pytanie tylko za ile to się "wysypie". Mamy w sumie z kwadrans do szczytu i ... robimy odwrót. Oczywiście, jak jesteśmy na Siwej Przełęczy na chwilę się przeciera i wychodzi słońce, ale za chwile słyszymy gdzieś nad Ornakami burze. Schodzimy tak, jak przyszliśmy. Dziś wycieczki na Ornaku nie będzie. Po drodze łapie nas deszcz z gradem i kolejna burza. Cóż, tradycja moknięcia podtrzymana.... Asia, Aga, Sylwia, Mario, Robert - byliście mega dzielni! Brawo dla Was!!!
    13 punktów
  16. 13 punktów
  17. Długi, majowy weekend, na dodatek przepiękna pogoda - wszystko to mówi mi, że od polskiej części Tatr należy trzymać się jak najdalej. Koło domu z kolei mnóstwo roboty, jak to na wiosnę, więc dłuższy wyjazd też nie wchodzi w grę a choć na chwilę człowiek chętnie by gdzieś wyskoczył. Przypominałem sobie , że nowy regulamin TANAP pozwala pójść Juraniową już od pierwszego maja, a że ostatnio byłem tam ponad 15 lat temu, to postanowiłem sprawdzić, czy jeszcze mi się tam podoba. Już na początku spodobała mi się cena parkoviska w Oravicach, bo gdzie jeszcze w Tatrach można dziś zostawić auto za dwa euro ? Potem trochę ponad pół godziny asfaltem ( średnio mi sie to podobało), no i godzinka w wąwozie, który był na szczęście całkiem pusty - przez godzinę ni żywej duszy !!! Na roślinki jeszcze trochę za wcześnie , więc kilka zdjęć Juraniowego potoku. Potem króciutkie, delikatne podejście na Sedlo Umrla i szybkie zejście. Jeszcze po drodze rzut okiem w kierunku Doliny Bobrowieckiej i szlaku na Wołowiec .......... .............. no i asfaltem na dół już niestety droga pusta nie była. Nasi rodacy przebudzili się , dojechali i postanowili się przespacerować. No i to by było na tyle - na torfowisku roślin oprócz kaczeńców jeszcze brak , więc końcowy etap średnio atrakcyjny , ale ogólnie spacer udany - 10 km na świeżym, tatrzańskim powietrzu zawsze jest w cenie
    13 punktów
  18. Tegoroczny "urlop główny" spędziliśmy na południu Francji. I chociaż celem było zwiedzanie Lazurowego Wybrzeża, to jakieś konkretne góry musiały się znaleźć w naszym planie podróży. Szybka analiza mapy i już wiem co chcę zobaczyć- Park Narodowy Mercantour. Znajduję jedną jedyną relację w języku polskim na temat wejścia na Mont Pelat- najwyższego szczytu pasma o tej samej nazwie. Opis jest zachęcający i razem S. stwierdzamy, że na pierwsze wejście na trzytysięcznik nada się idealnie. Do miejsca docelowego mamy około 150 km. z campingu na którym mieszkamy- ciut daleko, ale na jednodniowy wypad ujdzie. No to jedziemy. Nawigacja wepchnęła nas na jakąś górską krętą drogę o szerokości 1 samochodu więc momentami jest ciekawie Dojeżdżamy do turystycznej miejscowości Allos- skąd już nieco lepsza droga zaprowadzi nas na parking du Laus położony na wysokości 2100 m. npm. Dzięki temu na szczyt mamy tylko 900 metrów w pionie do pokonania- jak z Kuźnic na Kasprowy Początek szlaku to ceprostrada- nic zresztą dziwnego, gdyż czerwony szlak doprowadza do tutejszego "Morskiego Oka"- mieliśmy zahaczyć w drodze powrotnej, ale to dołożyłoby nam ok 1,5 godziny, a tyle czasu to nie mieliśmy. O ile w Tatarach najbardziej boję się burz i niedźwiedzi, czasem też przepaści albo tego, że nie poradzę sobie w trudnym miejscu, tak tutaj dochodzi dodatkowy strach- cały poprzedni dzień czytałam o chorobie wysokościowej i tylko czekałam aż nas dopadnie Problemem było to, że stacjonowaliśmy nad samym morzem czyli dokładnie na 0 npm. W ramach przygotowań 2 razy weszliśmy na górki 500 m. npm(czyli pagórki raczej) oraz wjechaliśmy samochodem na 1200 m. Czyli pod katem aklimatyzacji byliśmy przygotowani raczej słabo Tymczasem opuszczamy ceprostradę i wchodzimy do lasu. Napotkani na szlaku Włosi mówią nam Bą żur, no milusio jest. Za lasem wchodzimy do zielonej dolinki: Im wyżej, tym teren robi się coraz bardziej surowy: Większość trasy to zakosy i trawersy, idzie się bardzo przyjemnie. Jest i "Morskie Oko" w dole: Bliżej szczytu szlak robi się mniej przyjemny- bardzo wąska ścieżka trawersuje dość strome zbocze usłane pierdyliardem maleńkich kamyczków które tylko czekają na wyjazd spod czyjegoś buta. Ten fragment przechodzę trochę z duszą na ramieniu, myśląc "a co to na zejściu będzie" Po drodze przechodzimy przez 2 wielkie płaty śniegu- na szczęście raki niepotrzebne(ale w plecakach były) Bliżej szczytu upierdliwe piargi się kończą i robi się bardziej skaliście. Samo wejście przypomina nieco wejście na Rysy od Słowacji- gdzieniegdzie trzeba pomóc sobie kończyną górną, ale raczej nic trudnego. Wlazłam i nawet nie dopadła mnie choroba wysokościowa Na szczycie robimy sobie dłuższą przerwę- chyba zasłużyliśmy Niestety widoczność nie jest najlepsza. Ja to bym chciała moment zejścia odwlec w nieskończoność, bo już trzęsę portkami przed piargowiskiem. Ale okazało się jednak, że nie jest tak źle. O, tyle już zeszliśmy: Większym problemem na zejściu okazały się miejsca ze śniegiem, który pod wpływem popołudniowego słońca miejscami przeobraził się w wodospady. Towarzysze zejścia(jak i wejścia) Nie liczyłam ile świstaków spotkaliśmy na tej wycieczce, ale szacuję że jakieś 50. Gdy z powrotem jesteśmy w zielonej dolince robimy sobie dłuuugą przerwę na jedzenie picie itp. Schodzimy na parking, który w ciągu dnia zdążył opustoszeć, na camping wracamy już inną drogą- bardziej cywilizowaną za to 20 km dłuższą Wspaniała to była wyprawa, polecam każdemu Szlaków w tamtych okolicach gęsto więc myślę, że kiedyś wrócimy.
    12 punktów
  19. Słowo się rzekło ( w wątku o Górach Choczańskich) więc wypada napisać o tym jak spędziliśmy resztę dnia. Od Luczańskiego Wodospadu już niedaleko do Rużomberka, no a Rużomberok to dla mnie przede wszystkim Vlkolinec. Urocza wioska położona w Wielkiej Fatrze w Trlenskiej Dolinie na południowych stokach Sidorova. Jako, że porządnie zgłodniałem to najpierw był prawie bieg do restauracji regionalnej . Ten bieg okazał się strzałem w dziesiątkę, bo zamawiając miejscowy liptowski przysmak -harule, załapaliśmy się na ostatnie porcje słoninki. Ponieważ jedzenie w górach to ważna sprawa, więc przy okazji polecam Restaurant Vlkolinec i harule. To rodzaj placka ziemniaczanego z dodatkiem kaszy manny, świeżą bryndzą , szczypiorkiem i słoninką. Palce lizać ! Wejście do osady, która dziś formalnie jest dzielnicą Rużomberku stąd na niektórych domach podwójne tabliczki z numerami. Wieś była już znana w 1461 roku, postawili ją mieszkańcy sąsiedniego Białego Potoku jako osadę drwali i węglarzy. Pod koniec XVI wieku było tam prawdopodobnie 5 domostw. Vlkolinec podobnie zresztą jak Rużomberok należały wtedy do państwa zamkowego Likava. Historia wsi jest dość ciekawa i burzliwa, ale o tym można się dowiedzieć samemu na miejscu jeśli ktoś byłby chętny. W 1770 roku postawiono we wsi drewnianą dzwonnicę, która zachowała się nienaruszona do dziś... Wieś leży na wysokości 525-1019 m n.p.m.. Znajdowała się tam murowana szkoła jednoklasowa, obecnie mieści się tam stała ekspozycja, a dwójka dzieci w wieku szkolnym dowożona jest do Białego Potoku. W centrum wsi nieopodal dzwonnicy znajduje się kolejny ważny zabytek - 12 metrowa drewniana studnia na korbę ... " Wilkoliniec jest interesującą, nienaruszoną i dobrze utrzymaną osadą , złożoną z typowych obiektów zrębowych charakterystycznego środkowo-europejskiego typu. Nie jest znany żaden inny zespół mieszkalny, który można by było porównać z Wilkolińcem pod względem jednorodności" to cytat z wpisu wsi na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO z listopada 1993 roku Gdyby nie turyści fotografujący smartfonami co się da i auta stałych mieszkańców zaparkowane przed domami, miało by się wrażenie, że czas się w tym urokliwym miejscu zatrzymał dawno temu, a i dziś popołudniu gdy znikną z uliczek oglądający, można poczuć się jak w dawnym Liptovie...kolorowe domki między którymi czas biegnie jakoś inaczej.... Nie wiem, czy jeszcze wrócę tu kolejny raz bo zdrowie już szwankuje, ale jak zamknę oczy to mam cały czas w głowie to ciche miejsce, które warto odwiedzić zwłaszcza tak jak teraz - poza sezonem. Ponieważ trzeba było przed powrotem spalić kalorie pochłonięte razem z harulami - poszliśmy jeszcze na Sedlo pod Sidorovom, żeby wycieczka była jednak bardziej górska. Na zdjęciu Malinô Brdo czyli Malina Skalka 980 m n.p.m. pod nią mieści się obecnie hotel i stacja narciarska , prowadz tam też szlak turystyczny z Rużomberka. Bardziej malowniczy widok jest na drugą stronę w kierunku doliny rzeki Revuca... Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i trzeba było powoli wracać do rzeczywistości . To była bardzo udana niedziela ...
    12 punktów
  20. Biała Orawa od pewnego czasu to rejon masowego wysypu wież widokowych, więc wracając z kolejki w kierunku przejścia w Winiarczykówce, warto odbić w Zakamennym obok marketu COOP w kierunku wsi Novot, Tam są dwa punkty widokowe, do ciekawszej wieży da się przy odrobinie samozaparcia dojechać samochodem na Modlovy Vrch i w nagrodę mamy piękny widok na cztery strony świata ( no piękny oprócz szpecącego krajobraz masztu GSM, ale zawsze można udawać że go tam nie ma i delektować się górską panoramą) Kaplinka Panne Marie a w tle za nią Królowa Beskidów..... Zbliżenie na Babią Górę i Małą Babią Stąd do Pilska jedynie 11 km w linii prostej..... Są i Tatry na horyzoncie... Widać też Małą Fatrę, Niżne i Chocza. Dla każdego co kto lubi...
    12 punktów
  21. Cały ubiegły tydzień jeździłem na nartach w Alpach Sabaudzkich. Mieszkaliśmy w Val d Isere, pogoda jak na zdjęciach, temperatury nawet - 19 stopni powyżej 3 tysięcy
    12 punktów
  22. I czas na część IV, ostatnią. Były to jeszcze czasy gdy po OP chodziłem wręcz nałogowo, a potem... Potem niestety z roku na rok coraz bardziej zniechęcał mnie tłok
    12 punktów
  23. Wyjście a w zasadzie decyzja o Kościelcu w sumie na spontanie. Po śniadaniu w hotelu stwierdziłem, że na Kościelec mam najbliżej i po 8.00 zjechałem z Cyrhli do ronda Św.JPII złapałem busik do Kuźnic i ogień. Bilet do TPN kupiłem przez internet bo i tak miałem tego dnia iść w góry, miały być Granaty ale po Zawracie i Świnicy nogi nie doszły w 100% do formy. Może i dobrze bo wyjście mega udane.
    12 punktów
  24. 12 punktów
  25. 12 punktów
  26. 12 punktów
  27. 12 punktów
  28. Może ktoś był na Maderze a jeżeli nie to zachęcam - ciepły klimat, ocean, piękne góry. Myślę że tam wrócę. Góry niewysokie ale mają lekko alpejski charakter. Najwyższy szczyt Pico Ruivo 1862 m.n.p.m. Jednak robi to wrażenie bo jest to wysokość względna i bezwzględna, ocean jest nieco ponad 10 km od szczytu w linii prostej. Cała wyspa jest górzysta ze wspaniałą roślinnością. Poniżej kilka górskich zdjęć. Poniżej warto zwrócić uwagę na górską drogę pełno tam takich.
    12 punktów
  29. kolejna partia: Papirusowa Drabina na Przełęczy Stolarczyka, Kołowy i Papirusowe Turnie na przełęczy, Kieżmarskie, Widły i Durne na przełęczy Baranie Rogi, z przodu Papirusowe Turnie Kołowy i Bielskie Łomnica i Durne Papirusowe Turnie Kołowy Dolina Czarna Jaworowa na szczycie droga wejściowa/zejściowa Papirusowe Turnie w Papirusowej Drabinie może będzie CD...
    12 punktów
  30. "Dumna" Łomnica Baranie Rogi Masyw Lodowego Z grani Małego Lodowego roztacza się lepszy widok niż z Lodowej Przęłeczy Ostry szczyt przy zejściu do Doliny Jaworowej
    12 punktów
  31. Pora na dalszy ciąg moich sugestii spacerowych dla tatromaniaków w stanie spoczynku, ewentualnie dla tych, którzy są akurat w pobliżu i mają dzień wypoczynkowy, tudzież zabrali w góry dziecko sąsiadów i okazało się że ich latorośl nie ma w sobie genów górołaza Nadal jesteśmy na słowackiej części Orawy, czyli na tak zwanej Białej Orawie. Jadąc autem z Namestova w kierunku Orawskiej Leśnej trzeba skręcić po przejechaniu wsi Zakamenne, w leśną wąską drogę asfaltową , która po kilku kilometrach skończy się na stacji odrestaurowanego odcinka Oravskiej lesnej železnicy, czyli kolejki wąskotorowej będącej częścią niestety nie istniejącej już Kysucko-oravskiej lesnej železnicy, którą dawniej zwożono drewno pozyskane w orawskich lasach. W 1926 roku łączna długość torów wynosiła 110 km, dzisiaj po stronie orawskiej jest to około 7 km . Stacja początkowa nazywa się Tanecnik, znajduje się tam parking, kasa biletowa ( chociaż w wakacyjne weekendy warto zakupić bilet on-line bo liczba chętnych przewyższa często ilość miejsc i trzeba czekać 2 godziny na następny kurs). Cena biletu normalnego to w 2025 roku 7 EUR. Na zdjęciu vlacik na peronie stacji Tanecnik.... Wąskotorówka z dwoma lokomotywkami spalinowymi z przodu i z tyłu składu, dzielnie pokonuje trasę w kierunku sedla Beskyd... Po drodze mijamy łąki pełne o tej porze roku mieczyków dachówkowatych , spora część trasy prowadzi przez las , gdzie szczególnie dzieci ucieszą się z widoku umieszczonych przy torach postaci z bajek - jest m.in. Pinokio, Baba Jaga z Jasiem i Małgosią. Pociąg jedzie dwadzieścia kilka minut do stacji Beskyd gdzie ma dwudziestominutowy postój.... W tym czasie warto podszedłem na pobliską wieżę widokową, bo skoro to forum górskie, to w relacji powinien znaleźć się jakiś akcent górski Widok nie jest może zbyt rozległy, ale przy dobrej pogodzie widać fragment Tatr, konkretnie rejon Bystrej - widoczność nie była powalająca, ale czytający tą relację (mam nieśmiałą nadzieję, że ktoś to jednak czyta )na komputerze może dojrzą na horyzoncie zarys tatrzańskich wierzchołków. Jeśli nie , to uwierzcie mi na słowo - one tam są Za to na pewno widać wyraźnie Wielkiego Rozsutsa , najbardziej charakterystyczny szczyt Małej Fatry....... W międzyczasie na przełęcz dotarł wagonik motorowy od strony Kysuckiej. To maleństwo zabiera 10 osób i startuje ze skansenu w Vychylovce nieopodal Novej Bystricy. To bardzo ciekawe i unikalne na europejską skalę rozwiązanie, bo już na początku XX wieku kolejka ta wioząc ciężkie drewno, pokonywała na dystansie 1.5 km ponad 217 metrów przewyższenia. Na zdjęciu zachowany wagonik motorowy na stacji Beskyd.... jeszcze tylko rzut okiem na przeniesiony w to miejsce stary dom i trzeba wracać - pociążek nie będzie czekał na spóźnialskich Odrestaurowana przy pomocy środków pozyskanych z UE, kolejka to gratka dla dzieci a także miłośników kolei i pasjonatów techniki z dawnych lat. Mnie się ta podróż w czasie bardzo spodobała, mimo ze nie przepadam za zbyt dużą ilością osób w jednym miejscu. Moim zdaniem można by także niezbyt wielkim kosztem jeszcze uatrakcyjnić to miejsce eksponując np zachowany zabytkowy parowóz, który uruchamiany jest od święta, a na co dzień stoi zamknięty w hangarze, a udostępniony do oglądania stanowił by sam w sobie niewątpliwą atrakcję, tak samo jak stojący na bocznicy zaniedbany wagon .No ale może kiedyś Muzeum Orawskie zawiadujące tym miejscem, znajdzie i na to środki.
    11 punktów
  32. Otarta noga nas pokonała i trzeba było zmienić plany. Miało być lżej i było, bo poszliśmy sobie obejrzeć wodospady i dalej do Chaty Teryho. Szlak przyjemny, ale ilość ludzi nieustannie przywoływała na myśl wycieczki nad Czarny Staw. Samo otoczenie Chaty przyjemne. Takie w sam raz, żeby przez dłuższą chwilę nic nie robić. PS. Na stacji czekał zabytkowy zestaw kolejkowy PS. 2. Byliśmy w Chacie w rocznicę wycieczki @zinox
    11 punktów
  33. Szukając zimy powędrowałam z Brzezin do Koziej Dolinki. Widoki nie zawiodły i zima też się pokazała. Szlak z Brzezin oblodzony, od Czarnego Stawu śniegu było coraz więcej i to takiego sypkiego a Zmarzły Staw uczynił swoim zmarznięciem piękne lodowe widoki Ludzi całkiem ok. Kościelec miał branie, na Zawrat też szli. Na szlaku na Granaty kogoś było widać. Autostrada przez staw funkcjonowała bez opłat.
    11 punktów
  34. Witajcie! Dziś coś zgoła innego niż zwykle. Innego o tyle, że normalnie pisze razej o "grubszych" trasach, pomijając krótkie spacerki, zeby nie zaśmiecać Forum dobrze znanymi fotami np Kościeliskiej - wszak... cóż w tym ciekawego, że bylem się przejsc na Halę Ornak? Dziś chciałem po krótce przedstawić miniony tydzień, w który - wyjatkowo - wybrałem się z rodziną (bo normalnie chodzę sam - chętnych na "cioranie się" brak). Ulokowaliśmy się nieopodal Drogi do Białego. Bo wygodnie, koło parku. Wszak z czteromiesięcznym dzieckiem cieżko planować wyprawy graniowe, a park to zawsze dobre rozwiazanie na szybki spacer z wózkiem. W tym miejscu pozwolę sobie zaprezentować - mam nadzieję - przedstawiciela kolejnego pokolenie tatromaniaków. Poznajcie Jasia! Pierwszy dzień zaczęliśmy skromnie - od spaceru nad Biały Potok... Jaś - nieprzewidywalny, bo wciaz malutki - okazał się jednak bardzo grzeczny i zainteresowany, więc kolejny dzień to Dolina Strążyska. Pogoda byłą średnio łąskawa, ale Giewont było widać, a to w Strążyskiej najważniejsze. Głośne "a guuuu" na jego widok świadczyło chyba o tym, ze Jasiowi też się podobało. I dobrze, prawdziwego Polaka Giewont musi łapać za serce Dalej wózkiem się już nie pojedzie, więc nad Siklawicę wyskoczyłęm już samotnie... Uwielbiam to miejsce i nie mogłem nie pójść Zachęceni sukcesem następnego dnia wybraliśmy się do doliny Kościeliskiej. Pogoda tym razem dopisała, ale był to jedyny - zresztą nie cay - pogodny dzień w upływającym tygodniu... Pozwolę sobie wrzucić kilak "zwykłych" zdjec z doliny, bo w końcu udało mi się naprawić mój stary dobry aparat fotograficzny i znów mogę robić zdjecia czymś lepszym niż komórka. Fakt, że muszę jeszcze popracować nad ogniskowaniem, ale są lepsze, bez dwóch zdań... Uprzedzajac atak - zona pcha wózek bo chciała, nie że jej kazałem xD Tym razem Jaś znów był grzeczny. Generalnie większą częśc drogi przespał, obudził siędopiero na Hali Pisanej. Niestety obudzenie się to dla niego dobrze, bo może podziwiać widoki, dla mnie gorzej, bo chce - w tym celu- być niesiony przodem do kierunku ruchu. Żadne nosidła póki co nie wchodzą w grę i tak ja mam trochę siłowni niosąc gagatka do samego schroniska. Schronisko oczywiscie nabite po brzegi, na zewnątrz miejsca tylko przy koszu na śmieci, bogato zasiedlonym przez szukajace resztek osy. Zatem postój z gatunku krótkich i szybki odwrót do Kir, bo tak tłum ludzi, jak tłum os ciężko uznać za dobre warunki do dfłuższych posiadów. Ogólnie raczej stronię od tlumów - tlumy mam w mieście i nie po to jadę w "dzicz" żeby cisnąc się na łąwkach jak w jakimś autobusie MPK w godzinach szczytu. Na koniec Raptawickie Turnie. Zawsze jak przechodzę w tym miejscu mam takie dziwne wrażenie czy przeczucie, ze to się kiedyś zawali. Nie wiem - jakoś tak... napawają mnie takim lękiem. Nie wiem, czemu, coś w nich widać takiego jest... No ale dobrze. Rozumiem, ze nie każdego musi ciekawić mały Jaś w dolinkach (bo dla mnie to oczywiście wielkie przeżcie), zatem przejdę do drugiego tematu tej historii, w kolejny - deszczowy i pochmurny - dzień i już znów samotnie, bo jednak uznałem, ze też coś mi się od życia należy. I poszedłem sam. Pierwotnie chciałem sobie wejśc na Giewont,bo w sumie dawno nie byłem, ale z zaplanowanego na 6:00 wymarszu nic nie wyszło, bo Jaś strasznie "dawał czadu" tej nosy i o 6:00 to raczej myślałem o spaniu niż o górskich wędrówkach. Koniec końców, plecak i buy założyłem o 10:15 i - nie majac zbyt wielu opcji - wybrałem za cel Sarnią Skałę. Bo blisko, bo jednak zawze jakaś góra i... bo to jedyne miejsce w polskiej części Tatr Zachodnich, gdzie mnie jeszcze nie było. W tym miejscu muszę się przyznać, ze od jakiegoś czasu chełpię się, ze przeszedłęm już wszystkie znakowane szlaki polskich Tatr Zachodnich, a do wczoraj byłą to tylko półprawda, bo - jak słynna wwisoka Galów - jedna mała górka wciaz pozostała przeze mnie niezdobyta i to właśnie była Sarnia Skala. Samą Ścieżkę nad Reglami - fakt - przeszedłem całą, ale idac od Kościeliskiej na Kalatówki nie bardzo miałem juz "parę", żeby jeszcze robić wypad na szczyt... Wycieczkę zaczynam w Dolinie Białego. Zdjęcia znów "komórkowe", bo szkoda mi było aparatu na deszcz.. W samej dolinie ludzi dużo nie było, natomiast przy Sarnim Wodospadzie już troszkę. Na tyle dużo, ze nie było szans na ładne "czyste" zdjecie... Ogólnie Dolina Białego okazała się być bardzo, bardzo ładna. Miejscami bardzo tatrzańska, skalista, miejscami jakby "beskidzka" z pięknym mieszanym lasem... Przedtem byłem w niej tylko dwa razy, bo zawsze jakoś nie po drodze. Raz z babcią, ale tak dawno, ze juz nie pamiętam, a raz schodziłęm nią po trasie - omijając Kuźnice - i byłem zbyt zmęczony, żeby nawet dobrze spojrzeć. I byłem szczerze zadziwiony jej pięknem. Ot - takie tam. Dolina Białego. A jednak jest to zdecydowanie jedna z piękniejszych tatrzańskich dolin, do tego nie za długa i nie za krótka, w sam raz na sparcerek. Spod wodospadu trasa wiedzie dośc mocno w górę do Scieżki nad Reglami. Wstyd się przyznać, ale narzuciłem sobie szybkie tempo i konkretnie się na tym podejściu zmachałem i zapociłem. Z przykroscią stwierdzam, że ja po prostu swoich ograniczeń nie przeskoczę i wciaz obowiazuje ta sama zasada. MOgę zazdrościc kondycji ludziskom - dosłownie - biegajacym poo tych górach, ale ja zeby dojsc wysoko - muszę iść powoli. Nawet bez postojó (w czym leży tajemnica moich - mimo wszystko - nienajgorszych czasów, ale powoli. Wczoraj nie szedłem wysoko, wiec sobie pozwoliłęm na więcej i padłem jeszcze w górnym reglu. Na Ściezce ruch wyraźnie większy. Dodam, ze większosc tych ludzi szła tam gdzie ja - na Sarnią Skałę. I jestem na Sarniej Skale. Ostatnie miejsce, gdzie można dojśc (tzn. legalnie), a gdzie mnie jeszcze nie widziano. Wszystkie szlaki zaliczone, teraz czas na... Słowację Zejście do Doliny Strążyskiej - koszmarynka. Mokro i ślisko, oczywiście wywaliłem się, że aż jęknęło. Muszę pomyśleć o zmianie butów, bo niby mam świetne "wysokogórskie" buty na wibramie, a ludziom w adidaskach było łatwiej i mnie te buty niepokoją. Mam wrazenie, że poprzednie ślizgały się mnej... ale to moze ja byłem młodszy i lżejszy. Z Doliny Strażyskiej chciałem jeszcze przejśc do Małej Łąki, ale byłem zmęczony (tak, po Sarniej!), a podejścia na Przełęcz w Grzybowcu zdecydowanie nie lubię i nie znalazłem w sobie siły, żeby się katować. Zamiast tego Drogą pod Reglami poszedłem sobie do Doliny za Bramką. W Dolinie za Bramką też byłem raz albo dwa (chyba raz), bo to taka dolina donikąd. Odkąd w imie ochrony przyrody zamknięto Łysanki (czyli od dawna), Dolina za Bramką przestała być atrakcyjna, bo dojsc do niej trzeba spory jednak kawałek, a jest krótka i nie da się nią nigdzie dojść. Można by rzec - nieciekawa i nie po drodze, ale to nie do konca tak, bo jakkolwiek nfaktycznie nie jest po drodze i trzeba wracać tą samą drogą jeszzce zanim się dobrze wyruszy, to sama dolina jest piękna. I tu dochodzimy do końca. A szkoda, bo chciałoby się iść dalej. Choć pewnie nie tego dnia, bo właśnie rozpadało się na dobre i zdecydowanie pora była wracać. Zanim doszedłem do Grunwaldzkiej byłem już i tak przemoczony do "suchej nitki", ale dzień i tak uwazam za bardzo udany. Ostatni szczyt zdobyty, trening zawsze jaiś był, trasa może nie szczyt marzeń, ale też nie takie nic. I przypomniałem sobie zakątki, w których nie byłem już od wielu lat, i które praktycznie calkiem już zapomniałem. Jesli ktoś dobrnął do konca tej przydługiej opowiesci - bardzo dziękuję za uwagę i... do zobaczenia na kolejnych górskich szlakach!!!
    11 punktów
  35. 11 punktów
  36. Z soboty na niedzielę lało ale niedziela ma być ładna,więc wyruszamy tylko we dwoje. Cel jest taki trochę nieoczywisty. Wiele razy widzieliśmy tą górę , przechodziliśmy pod nią idąc do Juraniowej więc trzeba zobaczyć jak ta Magura wygląda. Z mapy wynika ,że ładniej będzie od strony słowackiej.Wyruszamy z Orawicy spod basenów. Szybko schodzimy z asfaltu na żółty szlak. Już początek pokazuje,że chyba nie będzie łatwo trochę wyżej pierwsze widokowe hale no i tu zaczyna się typowy słowacki problem , fatalne oznakowanie , zejście z polan do lasu udaje się jescze znaleźć ale dalej zaczyna się karpacka puszcza a znaków ni huhu. znajdujemy jakąś ścieżkę i pojedynczy znak , udaje się nam wydostać ponad las nawigacja wymaga użycia i starych i nowych sposobów.Zasięgu nie ma więc ściągnijcie sobie mapy do trybu offline. Ale nagroda jest tego warta , kornik wspólnie z halnym otworzył wspaniałe widoki ,oczywiście na horyzoncie Wielki Chocz . Wychodzimy na hale , widoki są piękne na polanach pojawia się trochę oznakowania , ale szlak jest dalej dziki , pusty od wyruszenia nie spotkaliśmy nikogo.Trzeba forsować liczne wiatrołomy , docieramy na szczyt jest pusty, mnóstwo borowiny tak chyba wygląda niedźwiedzi raj po jakimś czasie docierają wędrowcy od polskiej strony , wygodnej wiatce przysiadamy na herbatę widoki dokoła są piękne po oczywiście pozdrawiamy tych co na szlaku po nasyceniu się widokami schodzimy , chcemy sobie odmienić i zejść leśną drogą , kończy się marszem na przełaj przez dziki las , bo droga aktualnie robi za błotnistą rynnę po której poruszanie się jest praktycznie niemożliwe. Dajemy radę i docieramy w cywilizowane strony. Uzupełniamy zapas kofoli i ruszamy do domu. Podsumowując jest to piękna pusta widokowa trasa , trzeba tylko uważać na nawigację.
    11 punktów
  37. Kładłem się wczoraj spać - lało...... Obudziłem się koło drugiej - lało...... O piątej z minutami - nie lało.....a skoro nie lało, a zaczęło wiać solidnie to zamarzył mi się magiczny wschód słońca, który w takich warunkach był całkiem prawdopodobny... Zanim się pozbierałem było już trochę późno, więc wybrałem opcję przydomową i zdążyłem na styk. Było pomarańczowo, mgliście i wietrznie nad końcówką Beskidu Makowskiego i nad Wyspowym tańczyły podświetlone mgiełki..... Jako się rzekło, byłem za późno, więc na wschód czekałem max 3 minuty..... Słonko szybko nabrało wysokości ( no i niech ktoś powie że ono się nie rusza ) i pora było się zbierać na poranną kawkę.... Sprzęt wylądował w torbie i skierowałem się do domu.......ale w międzyczasie słońce schowało się za chmurkę i zatrzymał mnie kolejny widok. Cóż począć - trza się wypakować bo Luboń Wielki prezentuje się dziś całkiem fajnie.... No i to by było na tyle dzisiejszej relacji...
    11 punktów
  38. Wczoraj nadeszła pora na tatrzański rowerowy klasyk - wycieczkę Doliną Cichą i Koprową. Od dłuższego czasu odwlekałem wizytę w Cichej ze względu na odległość od domu . Jakoś nie wydawała mi się aż tak atrakcyjna, by tłuc się autem całą Drogą Wolności aż na Podbańskie. W Koprowej byłem już kilka razy przy okazji wycieczek na Koprowy, do Doliny Ciemnosmreczyńskiej czy na Gładką Przełęcz. W końcu jednak wypadało poznać jedną z nielicznych słowackich tatrzańskich dolin, w której jeszcze nie byłem. Postanowiłem więc zaliczyć obie trasy podczas jednej wycieczki. W sumie wyszło niedaleko, bo tylko 36 km przy sumie podjazdów 540 metrów. Na pierwszy ogień - Cicha. Faktycznie cicho tam, raniutko spotkałem jadąc w górę tylko 4 piechurów i pięcioro rowerzystów. Przez całą długość odcinka szlaku udostępnionego dla cyklistów jest nawierzchnia asfaltowa, miejscami pokruszona, ale da się spokojnie wjechać i zjechać bez szaleństw. \ P drodze, przy odejściu szlaku na Kasprowy, przypięte do słupka dwa rowery - następnym razem też tak zrobię i po dojechaniu do końca cyklickiej cesty zostawię pojazd i udam się z buta w kierunku Zaworów. Podszedłem wczoraj tym szlakiem z pół kilometra i jest tam pięknie i nadzwyczaj dziko. Zawróciłem ponieważ nie miałem odpowiednich butów na pieszą wędrówkę. Widok z miejsca w którym kończy się trasa rowerowa....Kasine Turnie Kanapka , chwila oddechu i zjazd ....jeszcze tylko chwilka postoju przy ławeczkach z widokiem na Cichy Potok... Koło leśniczówki u wlotu doliny odbijam w lewo w Koprową. Tu droga jest już o wiele szersza i asfalt w dużo lepszym stanie. No i widać Krywań Tu kilometry połykam szybciutko i za chwilę jestem na mostku z którego mam fajne widoki... Po następnych pięciu minutach niestety konic drogi dla rowerzystów....można by podjechać kawałeczek dalej bo droga na to pozwala ale tuz przy końcu stoi auto TANAP i piknikuje gość w zielonym mundurze z żoną i córką. Wypada więc zrobić fotkę Niżnej NIewcyrskiej Siklawie i zawracać... Dobra - żartowałem . To stróżka pod wodospadem Kmietov Vodopad to ten i jest całkiem spory jak na środek lata. Pamiętam jak w sierpniu ledwo go był widać nieraz. Jeszcze tylko odpoczynek na kanapkę na brzegu Koprowej Wody i czas wracać do cywilizacji. To długi weekend więc powrót zajmuje mi prawie 3 godziny samochodem, ale i tak było warto - to był udany dzień......
    11 punktów
  39. a wczoraj taki wschód słońca nad zamkiem Hogwarts sfotografowałem
    11 punktów
  40. Witajcie ponownie. Dziś kolejna trasa z mojego archiwum, wycieczka sprzed 5 lat. Wybrałem się dość późno, bo juz w październiku, ale warunki były jeszcze bardzo dobre. Tylko dzień krótki. Rano dojeżdżam moją nieodżałowaną Imprezą do Szczyrbskiego Jeziora. Wybieram parking możliwie najbliżej wejścia do Doliny Młynickiej. Jestem wcześnie - jak pisameł, dzień krótki - więc miejsca jeszcze są, choć wcale nie jest pusto. Jest środek jesieni i góry już rude. Przygotowanie mam żadne, w zasadzie zauważyłęm przeglądając mapę przełęcz na wysokości ponad 2300m n.p.m. i stwierdziłem, że idę Początek wygląda zachęcająco. Jak się przyjrzeć zdjęciu - po lewej widać wyciąg krzesełkowy, którym mozna nieco ująć sobie z różnicy wzniesien, ale wtedy robimy trase w drugą stronę, ponoć wbrez zalecanemu kierunkowi. Zależnie od tego, czy jest sezon, czy nie - moze to mieć jakieś tam znaczenie, bo - jak to często bywa - w sezonie ruch dwukierunkowy powoduje zatory na łańcuchach, Ruszam zatem doliną Młynicką z zamiarem powrotu przez Dolinę Furkotną. Trasę - a jakże - zaczynamy w lesie. Naturalnie - im wyżej tym ciekawiej, więc dziarsko prę do przodu. To jeszcze okres, gdy miałem sporo "pary", której ostatnio - z przykrościa stwierdzam - trochę mi brakuje. No i... miałem wtedy 15kg mniej. Wstyd się przyznać. Dolina zasadniczo wygląda podobnie do innych polodowcowych dolin słowackich Tatr Wysokich. Kończy się kotłem - zapewne (jeszcze tego nie wiem) z jeziorami polodowcowymi. Kulminacyjnym momentem doliny jest vodopad Skok, w rzeczy samej pięknej urody. Dalej robi się tłoczno, bo dogoniłem turystów, którzy wyruszyli przede mną i odpoczywali u stóp wodospadu. Ja nie odpoczywam, ja idę. Tak już mam. Postoje są ultra krótkie, chyba ze w schroniskach, gdzie siłą rzeczy muszę poczekać na zupę Rzut oka do tyłu ukazuje Dolinę Młynicką i zabudowania Szczyrbskiego Jeziora. A przed nami ... ...a jakże, kocioł z jeziorami. Teren na chwilę nieco się wypłaszcza. Znów - trzeba stromo podejśc do kotła, w którym jest już dosć płasko. Róznica jest taka, że w tym akurat nie znajdziemy żadnego schroniska, gdzie mozna by się posilić przed końcowym podejściem. Zabudowania Szczyrbskiego... ...wciaż są dość blisko. Dolina nie jest przesadnie długa, a - z drugiej strony - samo Szczyrbskie Jezioro jest dość wysoko, więc "cywilizację" widać blizej niż zwykle. Idac dalej, trafiamy na iście "marsjański" krajobraz. Choć to w znacznej mierze zasługa jesieni i rudych traw . Po drodze mijamy tablicę poświeconą - o ile mnie pamięc nie myli - wypadkowi helikoprera Horskiej Sluzby. Znów rzut oka do tyłu... ...i widać, ze jesteśmy już wyzej niż niżej. Dalej już tylko skały, skały i... ...a jakże, jezioro I znów skały. Rozpoczyna się finalne podejście na przełęcz. Jest trochę ludzi, wiec idzie się wolniej niż by się szło samemu. Przechodzę przełęcz nie zatrzymując się, bo ludzi jest jednak sporo. Przełęcz to - zresztą - tego dnia nic takiego, same gołe skały, a widoków brak, bo siedzi chmura. Ale jest wysoka, jest trochę skał, wiec nie uważam absolutnie, że nie było warto iśc. Przeciwnie - jestem wniebowziety. Wszak jest wysoko, a przeszedłem nader sprawnie i kolejna wysoka przełęcz zdobyta, nawet jeśi - znów - nie zostałem nagrodzony pięknymi widokami. Po drugiej stronie chmura jest jeszcze gorsza, albo po prostu wciaz siada. Zejście do Doliny Furkotnej jest takie, jakiego się można spodziewać. Proste i przez rumowisko skalne. Konia z rzędem temu, kto rozpozna słowacką dolinę na takim zdjęciu, w wyższych partiach one są do siebie bardzo podobne. Choć pewnie zdaży się maniak, który rozpozna charakterystyczny krzaczek kosówki i powie mi, żeto ewidentnie Furkotna rok 2019 Dalej jest już krowia perć. W niedługim czasie dochodzę do rozdroża i skrecam w lewo w stronę schroniska pod Soliskiem, bo w sumie przydałby się obiad. Trzeba wejsc troche pod górę, ale bez "brawury", a obiad kusi. Choć nogi nie chcą... Wkrótce osiagam cel. W schronisku Haluszki i Kofola, bo wracam samochodem i piwo - choć kusi - jest ryzykowne. Wszak nie planuję już długiego zejścia, a właściwie to szybko dochodzę do wniosku, ze wcale nie planuję zejścia! Jest bowiem inna, jakże kusząca dla zmęczonego i nażartego turysty, opcja dostania się do widocznego już tuż tuż Szczyrbskiego Jeziora - można mianowice zjechać kolejką. Na wejsciu byłby to wielki dyshonor, tak "grać na cheat'ach" i sobie ułatwiać, ale w dół? A pewnie. Bilet - pamiętam - nie był jakiś koszmarnie drogi i się skusiłem. W sumie nie przepadam za wyciągami - patrzę w dół i myślę czy pprzeżyłbym pęknięcie liny. Ogólnie nie lubię wyciągów, nie lubię latać samolotem - krótko mówiąc - nie lubię sytuacji, gdzie jestem zależny od losu a nie od siebie samego. Nawet jeśli rysyko jest minimalne. Sam przejazd natomiast bardzo mi się - mimo moich lęków - podoba. Szybko, wygodnie, kolana zaoszczędzone - same plusy. Warto zauważyć, ze o tej porze obłozenie jest bardzo niskie, już nie pamiętam czy jechałem całkiem sam, czy ktoś jeszcze wjeżdżał, ale wyciag był praktycznie pusty. I tak oto dotarłęm z powrotem na parking. Dalej do samochodu i z powrotem do Polski. Trasa podobała mi się bardzo, choć gdyby nie było na górze gęstej chmury - pewnie byłoby ciekawiej. Ale to fajna trasa. Mocno w górę, ciekawa rzeźba terenu, trochę łańcucha, trochę skał i wysoko. Nic, przywykłem... widoki mnie nie lubią i się przede mną chowają. OK, szanuję. Jak pisałem, ze nie podobał mi się Sławkowski, to nie dlatego tylko, ze nie miałem widoków. Po prostu sama trasa na Sławkowski jest - jak na coś tak wysokiego - reaczej nudnawa, natomiast tu jest dobrze. I wcale nie tak długo, jak się sprężyć to nie jest to nawet całodniówka, rzczej takie 1/2-2/3. I na koniec znów - czy polecam? TAK!
    11 punktów
  41. Witajcie! Zgodnie z obietnicą - Krywań. Wyprawa z roku 2018, więc parę latek minęło. Krywań to narodowa góra Słowaków, coś jak dla nas Giewont, tylko wyższe. Fakt, obleżenia aż takiego jak na Giewoncie nie uświadczymy, natomiast dobrze jest omijać dzień 'narodnego vstupu" Ten wybitny wierzchołęk położony jest w zachodniej części Tatr Wysokich. Jadąc od Zakopanego szybciej chyba dojedziemy od wschodu przez Łomnicę, ja - z kościeliska - wybrałem wariant przez Liptowski Mikułasz, natomiast - o ile nie nocujemy po prostu na Słowacji - trzeba uwzględnić czas dojazdu. Ja wyjechałem bardzo wcześnie, zeby załapać się na miejsca na parkingu (a i tak nie byliśmy pierwsi). NIe wiem, czy wprowadzono już system rezerwacji miejsc na tym parkingu - nie sprawdzalem. Droga z Podbańskiej pnie się mocno w górę, dzieki czemu parking Trzy Studniczki (Trzy Źródła) połozony jest dość wysoko, bo - jeśli dobrze pamiętam - w okolicach 1150m.n.p.m. Znajduje się on w okolicach nieistniejacego już Schroniska Ważeckiego, które spłonęło w 1999r i nie zostało odbudowane. Czyni to samą górę nieco niższą, pozostawiając wysokość względną na poziomie 1350m. Dużo i nie dużo, Rysy z Palenicy są wyższe. Tu coś jak Bystra z Kir i tylko trochę wyższe niż Czerwone Wierchy. Początki trasy wiodą wśród łąk... Wkrótce jednak rozpoczynamy żmudne podejście lasem. Lesne dłuzyzny to nie jest wcale moje ulubienie, najczęsciej drzewa, drzewa i jeszcze więcej drzew Tu - na szczęscie - wznosimy się dość szybko. Miejscami niby są widoki, ale rzcaej na południe niż w stronę samej góry. Jak widać... leśna ścieżka. Póki co nic szczególnego, ale większość tatrzańskich tras taj się zaczyna. Dodam też - choć oczywiście zalezy, kto idzie - że choć łatwa ścieżka zachęca do gnania co sił pod górę, zalecam oszczędzać siły na wyższe partie. Góra jest jednak dośc męcząca i warto trzymać rozsądne tempo na podejściu w lesie. W wyższych partiach lasu - coś sie zaczyna dziać. W końcu zaczynamy dość dobrze widzić cel wyprawy. Tu wprawdzie postanowił troszkę schować się w chmurach, ale widać na jakiego potwora idziemy. To nie byle jaka górka, to Krywań! Mnie taki widok nigdy nie napawa optymizmem. To jest tak strasznie wysoko. Zawsze myslę, że nie wlezę. Że nie ma opcji, zebym ja TAM wlazł... Większym optymizmem napawają mnie natomiast spojrzenia za siebie. Bo dopiero teraz widać, jak wysoko już weszliśmy. Skoro udało się wejsć aż tu, to dalej też się musi udać! I tak, zawsze na takich długich, żmudnych podejściach mam mieszane uczucia. Raz idę ochoczo, z entuzjazmem, że jestem mocn i góa mi nie straszna, a zaraz - przytłoczony majestatem poteżnego kolosa - czuję się słaby i nabieram obwa co do powodzenia wyprawy... A w międzyczasie osiagamy piętro kosodrzewin. Scieżka wije się radośnie w kosówce, wciaz pnąć się mocno w górę. Znów rzut oka za siebie - nachylenie jest konkretne.o nie jest spacerek po płaskim, tu jest kokret. A przed nami... jest. Krywań. U mnie budzi skojarzenia z The Lonely Mountain i zastanawaim się, czy na boku nie będzie ukrytych drzwi do skarbca... I znów rzut oka za siebe. Zobaczcie to podejście. Niby spacer w kosówce, ale sił coraz mniej. Gdy dochodzimy do rozdroża... ...okazuje się, ze jesteśmy już na wysokości Krzesanicy! A jeszcze kawałek został. To jest miejsce, z którego mozemy atakować szczyt, albo możemy ominąć szczyt i zejśc na wschodnią stronę. Tak czy inaczej - i tak trzeba tu wrócić, bo na i ze szczytu prowadzi tylko jedna droga. Konkretnie w górę po skałach. Od tego meijsca naoptkamy pewne trudności, dla jednych istotne, dla drugich nie. Szlak nie jest w żaden sposób ubezpieczony, po prostu miejscami goła skała do lekkej wspinaczki, ale moim zdaniem nic takiego. Widoki zacne... Tam parking, z którego wyszliśmy. Daleeeeko! Za to szczyt blisko. I też daleko, bo zmęczenie coraz bardziej daje o sobie znać... Takie skałki. NIby nic, a dla niektórych - coś. KOło południa dochodzimy w okolicę szczytu. Jeszcze chwila, jeszcze moment... ...i stoję na KRYWANIU! Niesamowity moment. Zdobycie takiej góry to zawsze wielka satysfakcja. Jestem tu. Wlazłęm. Wysiłek ogromny, ale nagrodzony. Radość - oczywiście - ogromna. Ze szczytu podziwiamy piękną panoramę. Ja trradycyjnie nbie mam w ogóle szczęścia do widoków i tego dnia chmury również - a jakże - był, ale - jak na moje szczęście - nie jest źle. I pora wracać. Jak na mnie - i tak spędziłęm na szczycie sporo czasu. Może dlatego, ze nie było tloczno. Często ludzie po zdobyciu szczytu chwile go okupują, przez co - zwłąszcza z ciaśniejszych wierzchołków - od razu schodzę niżej i tam odpoczywam. Jeśli dobrze pamiętam - to chyba okolice rozdroża, z któreego ruszamy na wschód, w kierunku Jamskiego Stawu. Stamtąd można spokojnie przejść Tatrzańską Magistralą na parking, wiec zamiast wracać tak, jak się przyszło, zdecydowanie ciekawiej jest zrobić - nieco tylko dłuższe - kólko. Teren atrakcyjny, widoki ładne. Dalej zdjecia z zejscia robione w obu kierunkach... Wracając jeszcze na moment do kwestii podejścia, mnie bardziej podoba się wariant, którym szedłęm, z widokiem na 'Lonely Mountain". Z tamtej perspektywy góra wyglada baśniowo. I tak - osiągamy Jamski Staw. Trzy źródła mamy osiągnąc w godzinę-dwadzieścia, ale - o ile pamiętam, a może już moja wyobraxnia pracuje - mimo zmęczenia przeszliśmy ten odcinek wyraźnie szybciej. Tu warto wspomniec, że czasy na słowackich drogowskazach - inaczej niż na polskich - to czasy przejścia, bez postojów. Zatem to, ze w Polsce z reguły mamy lepszy czas niż na drogowskazie, wcale nie znaczy , zę na Słowacji też tak będzie i nie polecam takiego założenia, bo można się zdziwić. Ten odcinek Magistrali to znów droga głownie przez łąki. Malownicza. Moim zdaniem duzo ciekawsza niż leśne odcinki. Mijamy Jamski Staw... Po drodze ukazuje się nasz świeżo zdobyty szczyt. Krywań. Z tej strony wygląda dużo mniej ciekawie. Nie strzelista wieża, a taka rozdeptana kopuła... Jeszcze chwila, jeszcze moment i piekielnie zmęczeni docieramy do samochodu. Koniec wyprawy? Nie, jeszcze 1,5 godziny powrotu i to tez trzeba uwzględnić w kalkulacjach. Wyprawa jest wagi najcieższej. Porządna, męcząca "całodniówka". Czy polecam? OJ TAK!!!
    11 punktów
  42. To może po cichutku wrócimy z wysokich szczytów do naszych skromnych Beskidów. Dzisiaj , korzystając z kilku niespodziewanych wolnych chwil, postanowiłem odwiedzić okolice Królowej Beskidów. Zanosiło się na deszcz i koło południa miałem kilka spraw do załatwienia, więc wycieczka siłą rzeczy miała być krótka. Ponieważ nie jestem fanem zatłoczonych szlaków i na dodatek (nie bijcie), nie przepadam za Babią, to wybór padł na jej młodszą siostrę ( a może córkę)- Małą Babią. Chociaż wycieczka była bez planu, ot spontaniczny pomysł wczoraj wieczorem, to plan był taki, że wyjdę z Markowej przez Przełęcz Brona na Małą B. i jeśli pogoda się utrzyma to przez Żywieckie Rozstaje do schroniska i powrót do auta, a jeśli nie to po własnych śladach......Wg prognoz padać miało dopiero około 13 tej ale jak to często bywa trafili jak kulą w płot i zaczęło rzęsiście kropkać około ósmej, więc pomysł pętelki szybko upadł i jednogłośnie podjąłem decyzję o wycofie, bo w moim wieku i tak nie urosnę więc deszcz na szlaku średnio lubię. Jak jeszcze nie padało, to było całkiem całkiem... Na dodatek moje przewidywania się sprawdziły i pierwszych człowieków w liczbie dwóch spotkałem dopiero przy schrornisku, potem jeszcze kilku przy podejściu na przełęcz ( schodzili po obejrzeniu wschodu) . Małą Babią miałem tylko dla siebie przez pół godziny , a pewnie było by dłużej gdybym nie musiał schodzić...
    11 punktów
  43. Wybraliśmy się w Tatry Zachodnie po stronie słowackiej Z parkingu Spalena na Banikowską Przełęcz I potem już Banikov, Hruba Kopa, Trzy Kopy i zejście do Smutnej Przełęczy. Powrót na parking Smutną Doliną. Chmury trochę zasłaniały widoki I pochłaniały szczyty, dopiero gdzieś w okolicach przełęczy po zejściu z Hrubej Kopy ustapily miejsca słońcu. Przejscie granią obfituje w łańcuchy, jak dla mnie nie jest łatwe do przejścia bo to też spora ekspozycja, ale szlo się nam dobrze, bo nie było wiatru, skała byla sucha, zatem warunki świetne. Zdjęć z grani mało, bardziej byłam skupiona na bezpiecznym przejściu niż fajnych kadrach. Gdy chmury się podniosły swietnie było widać Rohacze, Dolinę Żarska z górującym Barancem. Ale i tak najbardziej lubię odwrocic się w tył, by spojrzeć na przebyty szlak. Z praktycznych informacje- parking został zautomatyzowany, pobiera się bilet przy wjeździe a cena wzrosła do 8 euro za dzień. Do Taliakowej Chaty jeździ ciuchcia. Nie wiem czy zawsze tam jeździła, bo wcześniej widziałam podobną tylko jeżdżącą po dolinie a ta jechała również przez parking i do schroniska. Nie pyrcy jak ta drynda z Chocholowskiej. Ceny za przejazd nie znam.
    11 punktów
  44. Mam sentyment do Kalatówek i Kopy Kondrackiej. Tu wszystko się zaczęło - to właśnie Kopa była celem naszej pierwszej forumowej integracji. Tak narodziła się nasza Wataha Jako że nocuję na Kalatówkach, na Kopę szedłem przez Kondratową. Budowa nowego schroniska wre, właściciele chcą je otworzyć w maju przyszłego roku. Obok placu budowy działa tymczasowa budka gastronomiczna. Ceny, niestety, z kosmosu. Myślę, że w Szwajcarii jest taniej. 15 złociszy za pajdę chleba ze smalcem to naprawdę przegięcie. Nie kupiłem nic. Za to uciąłem sobie przyjemną dyskusję z sympatyczną i kochającą Tatry siostrą zakonną. Szlak na Kopę tradycyjnie dłużył się niemiłosiernie. Upał dawał się mocno we znaki, dobrze, że wziąłem zapas wody. Za to na górze bajka Pogoda igła, a widoki zapierają dech w piersiach. Na szczycie poznałem przeuroczą Kasię. Przegadaliśmy chyba godzinę. Było o górach, życiu, filmach. I trochę o polityce Powrót przez ulubiony szlak @Mateusz Z- popularne piekiełko. Tym razem nie zjarało mi karku. Schodziło się wyjątkowo dobrze, może dlatego, że ludzi na szlaku jak na lekarstwo To był bardzo słoneczny i dobry dzień
    11 punktów
  45. To i ja powspominam swoje nieco żałosne początki Zaczęło się w lutym 1991 r. 8-letnia ja, 5-letnia siostra i rodzice, którzy musieli na moment postradać zmysły. Nasz sprzęt górski to dżinsy, przemakalne kurtki i kozaczki relaks. Idziemy na Stóg Izerski brodząc po kolanach, a może i po pas w kopnym śniegu. Oczywiście szczytu nie zdobywamy, a ja czuję się tak umordowana, że postanawiam znienawidzić góry i nigdy już nie przyjeżdżać tu zimą. Kolejne doświadczenie to rok 1994 i lato w Bieszczadach. Tu już było nieco lepiej, coś połaziliśmy. Były teksty "tatusiu, już nie mam siły", ale Połoninę Wetlińską dało się urobić. Pamiętam, że bardzo stromy las zrobił wrażenie. Miłości do gór nadal nie było, wolałam kąpiele w Solinie :P. Kolejne wspomnienie to lato 1996. Znów Stóg Izerski. Tym razem urywamy się staruszkom ze smyczy i ja, siostra i rok młodsza kuzynka zdobywamy szczyt samodzielnie. Na tamten moment przygoda życia. Nocleg w schronisku bez prądu, nie pamiętam czy była woda W kolejnych latach góry zeszły zupełnie na boczny tor, w liceum nie chciało się już jeździć z rodzicami, na studiach wiecznie doskwierał mi brak gotówki. Poza tym podobnie jak @Artur S pochodzę z najbardziej płaskiej części Polski, więc wiadomo W góry udało mi się wrócić dopiero w 2011 roku, w życiu już mocno dorosłym. Znów były to Bieszczady. Znów miałam dżinsy, trampki na bardzo płaskich podeszwach, dżinsową kurtkę i plecak kostkę, który mi został z czasów punkowo-hipisowych ;). Cóż, korzenie zobowiązują;P Po tym wyjeździe bakcyl górski został załapany, po 2 miesiącach były Karkonosze, a rok później Tatry. Które z początku wydawały mi się wielkie i straszne, ale powoli się z nimi oswajałam, aż doszłam do momentu, że jestem z tych co nie wierzą w góry piękniejsze od Tatr(chociaż inne góry lubię też!) Na tym pierwszym wyjeździe była Świstówka, Czerwone Wierchy, Kościeliska, Kasprowy, Grześ-Rakoń-Wołowiec i Łomnica kolejką A kolejnego burzowego lata była imponująca seria wycofów I chyba lubię nawet Krupówki. Natomiast do górskiej zimy ciągle nie mogę się przekonać, to chyba trauma z dzieciństwa Jak znajdę jutro stare fotki to wstawię je tutaj.
    11 punktów
  46. Mój górski początek był w Bieszczadach. Lata 80-te ubiegłego wieku, wczasy z rodzicami w Ustrzykach Dolnych i kilka wycieczek po okolicznych pagórkach. Spodobało mi się tak średnio,raz że w lipcu był straszny upał, dwa to ubiór w tamtym czasie kompletnie nie górski a trzy to rodzina, która była raczej mocno nizinna. Potem było kilka lat przerwy i pierwszy wyjazd już z własnego wyboru w najbliższe poważniejsze góry czyli Karkonosze. Pamiętam że pierwsze podejście było po trasie wyciągu na Szrenicę pod linami. Ten sposób spędzania wolnego czasu przypadł mi do gustu i od tego wyjazdu zaczęło się częstsze dreptanie po hopkach . Na początku wyjazdy na zmianę z morzem bo z Poznania miałem tyle samo drogi na południe co i na północ, ale stopniowo zacząłem częściej wybierać wyższe rejony. Karkonosze, Góry Stołowe, Izerskie i tamte okolice. Gdy poznałem żonę, która pochodzi z Beskidów,mój los został przypieczętowany. Ona nie wyobrażała sobie życia "na płaskim", ja coraz bardziej lgnąłem do gór więc wybór był prosty. Oczywiście na początku były dojazdy z Poznania i krótkie weekendowe wypady. Zacząlem tatrzańskie wędrówki od dolinek. Pierwsza była Koscieliska do Smreczyńskiego Stawu, po drodze z zahaczeniem Okna Pawlikowskiego. Pamiętam że widząc z niego szczyt Bystrej - przepadłem. No i tak to się zaczęło i trwa do dziś, chociaż z racji stanu zdrowia wycieczki są już raczej lajtowe i coraz rzadziej bywam w Tatrach, to mieszkanie w Beskidach, praktycznie w lesie przy szlaku, zaspokaja mój głód gór.
    11 punktów
  47. Odwiedziłem Małą Fatrę poraz drugi, tym razem późną wiosną. Pogoda dopisała, widoki i przyroda rewelacja. Taka mieszanka Tatr, Pienin i Bieszczad.
    11 punktów
  48. 11 punktów
  49. Widok z Gorców na Tatry o wschodzie słońca
    11 punktów
×
×
  • Dodaj nową pozycję...