Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 08/01/2020 in all areas

  1. 12 points
    W poniedziałek udało się nam zdobyć wędrówką ze Starego Smokovca Teryho chatę 😉. Dzieciaki 8 i 2,5 roku dały radę 🙂 💪🏻👍. Pogoda dopisała 😍
  2. 11 points
    Jeszcze kilka zdjęć, ale średnio się do tego przykładałem. Raczej za rzadko jakiś postój.
  3. 10 points
    Wschodzik z Płaczliwego Rohacza. 🙂
  4. 9 points
  5. 9 points
    Sobotni wschód widziany z Wołowiny Jak i niedzielny z Przełęczy Kondrackiej
  6. 9 points
    @Gieferg filmik super serio, fajna muza a kapelusz to wymiata 🤩 @Zośka i @Luk_ musze wam powiedzieć, że nie chciałabym z wami w gory śmigać bo byscie mnie zgubili jak tak biegacie 😂 za czas 💪 Ja na Rysach byłam 28.07 w to słoneczne okienko pogodowe i tu moja zguba ( bo mimo ze wyszłam o 5:30 z Palenicy myślałam, że wcześnie) to troche tych ludków szło w tym samym kierunku.... na szczęście w żadnej kolejce nie stałam.... ale tłoczno było! Szlak wszyscy znacie więc bez rozpisywania będzie, mnie jednak te Mięgusze to się podobały - piękne są te ściany więc przyjrzałam im się dokładniej 😁 akurat to, że się idzie w cieniu dla mnie to była zaleta tego szlaku bo nie chciałabym tam wchodzić w pełnym słońcu... atrakcją są łańcuchy i brak nudy takiej "technicznej" pomimo powtarzalnego widoku. Ze szczytu jednak widoki sakramencko piękne 😍, ludzi pełno więc trzeba było się nagimnastykować aby uchwycić coś czyściutkiego bez "obcych" w tle 😂 Zejście na SK, gdyż ludzi po polskiej było już tyle że schodzenie było by koszmarem... od słowacji już na Rysy wchodziłam więc wiedziałam ze szlak widokowo - bajka 🤩 i słońca schodząc było tam tyle, że tęskniłam za chmurami, ręce pantenolem ratowałam więc + za cień po naszej stronie 😉
  7. 8 points
    Planowane od lat tatrzańskie wakacje, które miały zapoznać córę z kilkoma kluczowymi lokalizacjami w Tatrach długo stały pod znakiem zapytania ze względu na całą sytuację z koronawirusem, ale ostatecznie w czerwcu zapadła decyzja, że jednak jedziemy. Podobnie jak rok temu w Karkonoszach, także i tym razem w sześcioosobowym składzie. Prognozy jeszcze w dniu wyjazdu były nie za dobre - na 10 dni spodziewanych było całe trzy bez deszczu, więc już następnego dnia po przyjeździe zdecydowaliśmy się na poranne wyjście w góry, choć pogoda miała się zepsuć już koło południa. Deszcz złapał nas na zejściu ale nie zmoczył jakoś bardzo i... był to ostatni deszcz na szlaku podczas tego wyjazdu. Potem nastąpił calusieńki tydzień super-pogody (z jednym nieco bardziej pochmurnym dniem jednak również bezdeszczowym). Z zaplanowanych tras odpadła nam tylko Gęsia Szyja zastąpiona połową Czerwonych Wierchów, żeby córa weszła sobie w końcu na jakiś dwutysięcznik. Jako że był to wyjazd z dzieciakami (moja córa - 9 lat i znajomych - 12 lat), rozkład przewidywał dni odpoczynku i z początku tylko dwie dłuższe wycieczki. Tak to po kolei wyglądało: Dzień 1 - Wielki Kopieniec, zejście w deszczu do Cyrhli, reszta dnia na mieście/kwaterze Dzień 2 - miało padać, więc poszliśmy tylko do Doliny Strążyskiej do Siklawicy - nie padało. Dzień 3 - Dolina Pięciu Stawów - Świstówka - Morskie Oko - na zejściu do morskiego straszne tłumy na szlaku, jedyny minus tego dnia. Dzień 4 - Znowu miało padać ale nie padało, w tym dniu zrobiliśmy sobie odpoczynek i spacerek na Antałówkę. Z rana wydawało się, że córa złapała kontuzję kolana, ale okazało się, że to tylko chwilowy problem i godzinkę później już o nim zapomniała. Dzień 5 - Dolina Kościeliska, Wąwóz Kraków (i łańcuchowy chrzest bojowy dla dzieciaków, było trochę emocji w Smoczej Jamie), Smreczyński Staw Dzień 6 - ten bardziej pochmurny dzień - Hala Gąsienicowa (przez Boczań)/Czarny Staw Gąsienicowy/Mały Kościelec/Karb/Zielony Staw Gąsienicowy zejście Jaworzynką już w pełnym słońcu Dzień 7 - odpoczynek Dzień 8 - nasi towarzysze stwierdzili, że z różnych przyczyny mają dość i poszli na Nosal, do nas dołączyła dwójka zawodników rezerwowych i poszliśmy na Małołączniak przez Przysłop Miętusi, potem na Kopę Kondracką i powrót przez Dolinę Małej Łąki. Dzień 9 - epilog w postaci spacerku na Bachledzki Wierch i Antałówkę z widokiem na Tatry i pakowanie walizek. W pełni udane wakacje 🙂 I kilka fotek:
  8. 8 points
    To już moja piąta wycieczka na Krywań i jeszcze nigdy nie udało mi się przywieść fajnych zdjęć bo albo deszcz albo grad albo zapomniałam włożyć karty do aparatu. Tym razem miało być ciepło, słonecznie i idealnie do zrobienia super fotek do fajnej relacji. No właśnie...miało być ale wyszło jak zwykle. Nie wiem dlaczego za każdym razem pomimo sprawdzania prognoz i wielkiego wysiłku włożonego w wybranie tych najbardziej optymalnych godzin na wyprawę zawsze kończy się mgłą, chmurami i brakiem widoków. Przez tyle lat już się przyzwyczaiłam do chodzenia we mgle i nawet to polubiłam ale fajnie byłoby chociaż raz mieć lampę i świetne fotki ze szczytu. No cóż.....może następnym razem😉
  9. 8 points
    Odwiedziłam schodząc z Rysów na Słowację symboliczny cmentarz ofiar Tatr, bardzo ciekawe i takie wyciszające miejsce. Przy chacie nad popradzkim stawem idziemy żółtym szlakiem az na sam cmentarz.
  10. 8 points
    Kicuś w Roztoce 🤗 Kawy mu się chciało 😁
  11. 8 points
    Zobaczyłem tego mema w jakichś dzisiejszych internetach, zakrztusiłem się kolacją ze śmiechu i nie mogłem się powstrzymać, żeby nie wkleić tego tutaj 😆
  12. 7 points
    na dziko gdzieś w krzakach pewnie 😄😉 Ale zbaczamy z tematu, więc wrzucam jeszcze mój zachodzący zimowy dzionek 😉
  13. 6 points
    Zwykle najchętniej chodzę sama, aby mieć swobodę wycofania się w dowolnym momencie, bez niszczenia planów innym osobom. Szczerze mówiąc, gdybym szła z kimś kto nagle chciałby zawrócić, nie miałabym żalu, gdyby to miało oczywiście uzasadnienie ze strony tej osoby. W sumie, czemu nie, to nie zawody tylko urlop. Dla mnie opcja zawrócenia czy zmiany trasy jest zupełnie naturalna. Czasem trzeba, bo nie ma wyjścia, a czasem po prostu można, a ja akurat nie lubię się do niczego zmuszać. Nie mam poczucia porażki ani ambicji aby koniecznie powtórzyć trasę, chociaż często wracam w te niezdobyte miejsca, z ciekawości, z doświadczeniem jak wygląda trasa jest też często łatwiej. Góry działają na mnie hipnotyzująco i w ich otoczeniu się uspokajam, mogłabym chodzić wokół jednego drzewa i też bym była szczęśliwa 😀 Ale dla rozrywki opowiem Wam, że nawet wycofałam się kiedyś zimą z podejścia na dolinę Pięciu Stawów 😂 był taki paskudny, mokry i miałki śnieg, a pogoda średnio widokowa, więc po prostu wróciłam do ciepłej i przytulnej Roztoki.
  14. 6 points
    Samemu najwygodniej chyba głównie ze względu na niezależność - jeśli mam jakiś dylemat którą drogą podążyć, czy zjeść/otworzyć piwo teraz czy za chwilę, czy się spieszyć czy odpoczywać... takie problemy rozwiązuję sam ze sobą 😜 No i dodatkowo brak odpowiedzialności za kogokolwiek - dla mnie to zaleta.
  15. 6 points
    Drodzy, sezon w pełni, forum hula aż miło, ja - ze względów zawodowych - zaglądam tu trochę rzadziej, stąd też mam do Was wszystkich, zwłaszcza do nowych forumowiczów serdeczną prośbę. Nie dublujmy, plisss wątków, nie zaczynajmy nowych tematów, jeśli istnieją podobne, bo zaczyna się robić mały bałagan. Korzystajmy proszę z wyszukiwarki, to naprawdę znacznie ułatwi nam wszystkim życie 🙂 Dziękuję.
  16. 6 points
    Kto nie ryzykuje nie pije szampana 😂
  17. 6 points
    @Anuś nie wiem czy to dobry pomysł, bo czytając relacje Zośki to stwierdzam, że...: 😉
  18. 6 points
    Cześć 🙂 Zainspirowany swoją ostatnią wycieczką postanowiłem poszukać tu, na forum, jakąś zbiorczą listę mniej popularnych miejsc wartych odwiedzenia. Nie znalazłem, więc pomyślałem sobie, że fajnie by było stworzyć tutaj taką listę lokacji, do których naprawdę warto zajrzeć, w górach innych niż Tatry 🙂 Bez zbędnego ociągania, zaczynamy 🙂 Beskid Żywiecki, Krawców Wierch i Bacówka na Krawcowym Wierchu, 1038 m n.p.m. Na Krawculę zawitałem po raz trzeci w życiu. Ostatnio tam byłem 4 lata temu i kojarzyłem ją głównie z drzemką na szczycie 😉 Z racji tego, że miałem rower postanowiłem na nią nim wjechać żołtym szlakiem z Glinki. Dla zainteresowanych: tak w 60-65% da się na nią wjechać, ale trochę trzeba też popchać 🙂 Szlak oferuje bardzo ładne widoki nie tylko na Beskid Żywiecki, ale też na Tatry (odddalone o 40-60km) i Małą Fatrę, oddaloną o ok. 30 km. Sama bacówka jest postawiona na skraju polany. I chyba na samej bacówce w opisie tego niesamowitego miejsca chciałbym się skupić 🙂 Wchodząc przez drzwi pierwsze co zauważyłem to duża suszarnia na buty, a wchodząc do jadalni pierwsze co usłyszałem to muzyka - załoga bacówki na zapleczu przygrywała sobie piosenki. Jak dla mnie super sprawa, chyba nigdy nie zostałem tak "przywitany". Słyszałem też, że często wieczorami można się załapać też na taki koncert załogi bacówki 🙂 Brzmiało to na tyle przyjemnie, że czekałem aż się skończy utwór i dopiero wtedy zamówiłem napoje. Z racji tego, że przez Krawców Wierch nie przechodzi żaden zbytnio uczęszczany bądź ciekawy szlak to ekipa bacówki wyznaczyła kilkanaście własnych tras oznaczonymi różnymi kolorami! Co więcej, zawierają informację o długości tras, czasie przejścia, przewyższeniu oraz dla jakich aktywności są one przeznaczone (np. trekking, skitury, rower). Tracki tych szlaków można pobrać zarówno ze strony bacówki (https://krawcow.pttk.pl) jak i z kodu QR! Chapeau bas! Kolejnym zaskoczeniem było dla mnie, że gdy po "zwiedzeniu" okolicy zawróciłem w kierunku bacówki zauważyłem, że przed nią coś się dzieje. Okazało się, że do koncertu przygotowywał się zespół z Żywca. Mimo tego, że zdecydowanie nie były to moje klimaty muzyczne to naprawdę miło coś takiego widzieć. Co do miejsc noclegowych nie mogę się wypowiedzieć, poza tym, że nie ma problemu z rozbiciem namiotu, których było całkiem sporo 🙂 Podsumowując, warto odwiedzić to miejsce ze względu na jego niepowtarzalny klimat i widoki. Położona na uboczu, nie ma tam takich tłumów jak w innych popularnych miejscach w tym regionie. Z pewnością tam wrócę, choćby po to by przetestować wytyczone przez załogę bacówki trasy 🙂 Jeśli ktoś jest zainteresowany zjazdem z Krawculi rowerem to jest to możliwe w 100% całej długości trasy. Ja dodatkowo mniej więcej w 1/3 odbiłem sobie na spychaczówkę i przyjemnie zleciałem na dół 🙂 Widoki ze szlaku na Krawculę na zachód: Widok ze szlaku na Lipowską i Rysiankę: Tatry (a z początku myślałem, że to Niżne 😄, niespodzianka 🙂 ) ze szlaku: Bacówka i mapa tras w jej pobliżu: Widoki z polany Krawcowy Wierch na Małą Fatrę: Skrzyżowanie, na którym trzeba odbić by wygodnie zjechać spychaczówką do Glinki:
  19. 6 points
    To może nieśmiało dodam Beskid Wyspowy. To rozsiane zielone górki, mniej uczęszczane, nie są jakoś specjalnie wysokie, ale ładne, przyjemne, cichsze...no nie do końca, bo nieraz trzeba schodzić quadom z drogi, kiedy z daleka oznajmiają swoje przybycie. Największa z wysp to Mogielica 1170, z wieżą widokową, przy dobrej pogodzie można zobaczyć Beskidy, Pieniny, ponoć i Tatry(ja nie widziałam). Mogielica ma męża Łopienia, patrzą na siebie rozdzieleni drogą. Na Łopieniu jest ołtarz polowy i krzyż poświęcony papieżowi, gdzie odbywa się msza podczas wejścia zorganizowanego przez lokalną inicjatywę ,,Odkrywamy Beskid Wyspowy" . Oni wlasnie tak chodzą po Beskidzie wyspowym co roku i każdy może się podłączyć. widok ze Szczebla widok z polany Stumorgi z trasy na Mogielice wieża na Mogielicy obserwatorium na Lubomirze Sucha Polana między Łysina a Kamiennikiem z pamiątkowym pomnikiem
  20. 6 points
    I spotkałam jeszcze tego "bywalca" rejonów Morskiego Oka ... w drodze na Rysy ...
  21. 6 points
    Kozice na przełęczy Krzyżne 😊
  22. 6 points
    Ogromny cień i lekko widoczna aura 🙂 w końcu się udało. Edit. Żeby nie było odwróciłem się i spojrzałem jeszcze 2 razy 😄
  23. 5 points
    Stało się 🙂 i ja stanąłem dziś na tym pięknym szczycie 🙂 muszę przyznać, że lekki stres przed wejściem był, ale okazało się, że niepotrzebnie. Świnica zawsze groźnie patrzyła na mnie, gdy byłem gdzieś na Gąsienicowej czy na Kasprowym, czekając na swoją kolej, dziś, gdy nadszedł dzień próby, okazało się, że strach ma wielkie oczy 🙂 Wstępny plan był taki, żeby jednak wjechać na Kasprowy i przy jak najmniejszej liczbie ludzi i jak najwcześniej wejść na szczyt. Rzeczywistość okazała się nieco inna - tłum pod kolejką zniechęcił nas do czekania na wjazd i zachęcił do obrania szlaku przez Myślenickie Turnie. Rozszerzona o Kasprowy wycieczka okazała się ciekawa na każdym etapie, w ogóle przez te Myślenickie dawno nie szedłem a to taka fajna trasa 😛 i jaka szybka! Samo podejście od Świnickiej Przełęczy trzymało w lekkim napięciu, ale bardzo pozytywnym 🙂 jedynie końcówka taka sobie i tu się zgodzę z przedmówcą: Pod górę skorzystałem z łańcucha, ale był to moment, w którym na chwilę wstrzymałem oddech, nie czując się komfortowo. Schodząc stwierdziłem, że już nie chcę tego powtarzać i poszedłem chyba tą samą trasą, jak dla mnie dużo prostszą i bez kolejek na łańcuchach. My daliśmy radę, natomiast Świnica, cóż, w pewnej kwestii, nie 😄 nie udalo jej się zająć czołowego miejsca w rankingu najbardziej porytych szlaków. Lider wciąż należy do Zawratu z Gąsienicowej, no jakoś mnie przeryła psychicznie ta trasa.. . 😄 gdzieś tam Kościelec próbował gonić, ale przez ostatnie wejście jego notowania się poprawiły i Zawrat, przynajmniej do powtórki, niezagrożony 😉
  24. 5 points
    Ma być tort? Jest tort! 😄 Wszystkiego najlepszego, kochane forum! ♥
  25. 5 points
    Super te fotki👍 widać już bardziej zaawansowane stadium "choroby"👍😉
  26. 5 points
    Spaliśmy wtedy w ukochanej Roztoce. ❤️ Pobudka o 3:30 i zejście na Palenicę, gdzie o 5:00 czekał już nasz przewodnik. Zapakowaliśmy się do jego auta i w drogę! Naszym przewodnikiem był Edi, min. zawodowy ratownik TOPR, także wiedzieliśmy, że na pewno jesteśmy w dobrych rękach 😄 Dojechaliśmy do Tatrzańskiej Polanki, a potem trzęsącym się a'la busem, do Śląskiego Domu. Tam chwilka na jakieś szybkie śniadanko, toaletka i w drogę ... w góry, na najwyższy szczyt Karpat! Wyruszyliśmy około 7:00 spod hotelu w kierunku Polskiego Grzebienia. Sierpniowa pogoda w 2018 była cudowna, słońce jeszcze nisko, fajny chłodek, lekki wiatr, nic tylko iść ... Za Stawem Wielickim zaczęliśmy nabierać wysokości. Po kilku chwilach, zeszliśmy ze znakowanego szlaku i rozpoczęliśmy podejście pod Wielicką Próbę. Będąc już pod ścianą, ubraliśmy uprzęże i kaski oraz związaliśmy się liną. Tam nagrałam jedyny super extra szybki filmik, gdyż przewodnik już nas popędzał do wspinaczki. Zaczynał się pierwszy etap wspinania. Uczucie towarzyszące mi wtedy, pamiętam bardzo dobrze, ponieważ uwielbiam dotykać dłońmi tatrzańską skałę. Czułam się w swoim żywiole, intuicyjnie chwytałam się skały, co raz bardziej nabierając wysokości. Po około godzinie wdrapywania się, przeszliśmy na drugą stronę grani, gdzie znaleźliśmy się na Przełączce nad Kotłem. Tutaj nad Gerlachowskim Kotłem, z łatwością pokonywaliśmy zbocze Małego Gerlacha. Co jakiś czas mijały nas zespoły prowadzone przez innych przewodników, głównie słowackich. Doganialiśmy ich, a ze względu na duży ruch, Edi wybrał jednak trudniejszą technicznie drogę, obfitującą w dość mocne ekspozycje. Mogliśmy wszystkich ominąć i tym samym przeżyć jeszcze lepszą przygodę! Trawersowaliśmy zbocza Małego Gerlacha i co jakiś czas wspinaliśmy się w górę, czy schodziliśmy w dół. Po kilku takich wejściach i zejściach, po skale, przy dużej ekspozycji, która była naprawdę spora, weszliśmy na szczyt i grzecznie czekając na swoją kolej, dotknęliśmy krzyża... Widoki ze szczytu oczywiście przepiękne! Ale pamiętam, że panorama nie zachwyciła mnie tak jak widok z Rysów, który uważam jak dotąd za najpiękniejszy, jaki widziałam. A może przytłoczył mnie ogrom Jego Wysokości? Lodowy, Durne, czy Łomnica były za daleko, a do innych bliższych szczytów, jakieś 200 metrów niżej i też miałam wrażenie, że są sporo dalej. Egoistycznie, po prostu lubię mieć górki dla siebie „na wyciągnięcie dłoni”, dlatego pewnie takie miałam odczucia 😊 Na szczycie było z nami o zgrozo - jakieś 15 osób! Co i tak nie przebija, ilości ludzi w sezonie letnim, na naszym najwyższym szczycie 😉 Obowiązkowo wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej, umieszczonej w metalowej skrzynce i po około 30 min., podziwiania, wzdychania i cykania fotek, ponownie związani liną, zaczęliśmy zejście Batyżowiecką Próbą. Potem Edi powiedział, że byliśmy jedyni, którzy tak długi czas spędzili na szczycie. Inne zespoły po zrobieniu pamiątkowej foty, od razu schodziły. Pomyślałam - nie ma mowy, żebym po 5 min. od wejścia miała od razu schodzić! Batyżowiecka Próba dała nam wiele pozytywnych emocji, ale załatwiła mi kolana. Nie ma co się dziwić, gdyż samo zejście po skałach, to jakieś 500 m ciągłego, stromego parcia w dół. Kilka umieszczonych klamer, po pionowej ściance, dostarczyło nam lekkiego dreszczyku emocji. Gdyby jednak ich tam nie było, myślę że konieczny byłby zjazd po linie, a to dopiero emocje! Dolina Batyżowiecka jest przepiękna, a otaczający ją masyw Gerlacha i inne szczyty, robią przeogromne wrażenie. Szliśmy dalej w dół doliny, po drodze mijając Staw Batyżowiecki. W górze słońce tak nie dokuczało jak w dolinie, a nam niestety kończyła się woda. Przemierzając kolejne metry, z każdą upływająca chwilą, robiło się coraz cieplej, była godzina 13. Na szczęście do celu było już blisko i po jakimś czasie, dostrzegliśmy w dole Śląski Dom. Obowiązkowe piwko przed hotelem, smakowało wybornie i nawet nie zwróciłam uwagi, że miało 3,5% 😉 Czekaliśmy jeszcze na a'la busa. Kilka innych przewodników witało się z naszym i wtedy usłyszeliśmy słowa skierowane, do Ediego - Witamy najlepszego topografa Tatr! Spojrzeliśmy na siebie nawzajem, dumnie się uśmiechając, że to właśnie Edi prowadził nas na legendarny Gerlach. Wyprawa dobiegła końca i wróciliśmy do Roztoki. Tam przynajmniej miałam swoją Fortunkę, którą opiłam naszą zdobycz 😉 Ps. Celowo użyłam wcześniej słowa wycieczka, ponieważ jak to z reguły bywa na zaplanowanej wycieczce, na nic więcej czasu nie ma, oprócz trzymania się kurczowo planu. Tak było również wtedy. Przewodnik nadał dosyć duże tempo, dlatego nie zrobiłam wielu zdjęć z podejścia, nad czym mega ubolewam. Myślę, że jeśli kogoś marzeniem jest, wejść na Gerlach, to wybranie przewodnika jest najłatwiejszą opcją, nie mylić z najtańszą 😉 Taka przygoda, to jednak spory wydatek, ale i tak sądzę, że warto. Gdybym mogła jednak wejść jeszcze raz, to poszłabym bez przewodnika, ale wtedy inną drogą. Ta którą szliśmy jest niestety, drogą tylko na wejścia przewodnickie. Z górskim pozdrowieniem! Mili ✌️
  27. 5 points
    @ŁukaszJ ale się martw, bo to w sumie bardzo przyjemna "choroba" 🙂😉 ( nawet w zaawansowanym stadium)
  28. 5 points
    @ŁukaszJPiękne fotki 😍 Fajne wycieczki, czy wiesz ze występują u Ciebie już właśnie pierwsze symptomy pewnej trudnej do wyleczenia choroby? 😁 a i czy wiesz, że później będzie jeszcze gorzej.... na wyleczenie marne szanse 🤣 Witaj w klubie 😉💪
  29. 5 points
    Nie nie to nie off top😂 to wszystko jest na temat i z przymrużeniem oka 👍😉
  30. 5 points
    @Mnich Moderator "dbamy" o to żebyś miał gdzie chodzi w najlepszych butach teraz i na emeryturze 🙂😉 Co dołączysz do naszego państwa tatrzańskiego?
  31. 5 points
    Dzięki za kolejne rady. Za mną drugi wyjazd, choć miał być jeden, a podejrzewam że nawet na tych dwóch się nie skończy w tym roku. 4) Zakopane - Kuźnice - Kopa - Małołęczniak - Krzesanica - Ciemniak - Hala Ornak - Kiry Nie była to dla mnie tak fajna trasa, jak Kopa - Kasprowy, ciekawsze odbicie spod Ciemniaka na halę Ornak, ale dam Tatrom Zachodnim jeszcze kolejne szanse. 5) Zakopane - Kuźnice - Karb - Kościelec - Kuźnice - Zakopane Super. Na razie dostarczyło to najwięcej satysfakcji. Po tych pięciu dniach w dwóch ratach wygląda to tak: Z końcem sierpnia lub we wrześniu planuje kolejny wyjazd. Cd. Tatr Zachodnich. Ponadto Świnica wydaje mi się naturalną koleją rzeczy po najpierw Giewoncie, następie Szpiglasowym od Doliny 5 Stawów i teraz Kościelcu. Na Kościelcu miałem wprawdzie jeden moment zawahania, jak tu się chwycić i musiałem przez 30 sekund nabrać koncentraci, spokoju, ale poszło i zejście już na luzie, choć zejścia trochę początkowo się obawiałem. Próbować Świnicy?
  32. 5 points
    Godzina 5:40. Budzę się, o dziwo, samemu. Budziki nastawione na 6:00 i 6:15, ale czuję się w miarę "wyspany" - o ile to możliwe mówiąc po niecałych 5h snu 😉 Stwierdzam, że nie ma co dosypiać, bo mogę obudzić się totalnie zmulony. Wstaję. Wlatuje śniadanko. Jajecznica, kanapki z serem, herbatka. Za oknem piękne, błękitne niebo. Termometr wskazuje 10 st. C. Eh... Gdyby taka temperatura panowała cały dzień😉 Na drogę przygotowuję sobie jeszcze kanapki i jabłuszko. Wody w bukłaku dwa litry - niewiele, ale styknie, bo dużo schronisk będę mijał po drodze. W trosce o moje zjechane po przedwczorajszym treningu nogi wsypuję słuszną ilość tabletek z magnezem. Oby mi moich biednych, zmasakrowanych pośladków nie odcięło na zbiegu😂 Po 6:30 jestem spakowany i gotowy do drogi. Kierunek - Sopotnia Wielka. Po 7:20 dojeżdżam do celu - wylotu zielonego szlaku na Pilsko. Wytaczam się z auta - na pewno już 10 st. C nie ma 😉 Szybki zrzut zbędnych płynów, dopasowuje pas biodrowy i piersiowy plecaka, kijki w dłoń i....mogę ruszać 🙂 Jest godzina 7:29. Na początku wycieczki towarzyszą mi dwie myśli: 1. Dobrze, że w Beskidach nie ma tak długich, tatrzańskich dolin, jak np. pojeb*na Chochołowska i mogę iść od razu pod górę; 2. Jak najszybciej zdobyć wysokość - toczyłem swoisty wyścig, co wzrośnie szybciej - moja wysokość n.p.m. czy temperatura powietrza 😄 Jak na godzinę 7:30 idzie mi się zaskakująco szybko. Jestem pod wrażeniem swojego tempa, a i tak się hamuję - wiem, że zbędne przyspieszenie, szarpnięcie odpokutuje na ostatnich kilometrach. Także staram się utrzymywać zimną krew 🙂 Zielony szlak jest w miarę przyjemny - dużo błotnistych fragmentów, na których muszę trochę zwalniać, by je przejść suchą stopą. Szlak szeroki, nie wiem czy nie jest nim czasami zaopatrywane schronisko na Hali Miziowej, nie trzeba przedzierać się przez chaszcze. Pierwsze, ładne widoczki zaczynają się po ok. 25 minutach marszu, co jest chyba jednym z rekordowych szlaków pod tym względem 🙂 Momentami widzę też Pilsko, jak to daleko! Jednak ma to swoje minusy - jeśli są widoki, to znaczy, że w pobliżu nie ma drzew. A jak nie ma drzew to słonko sprawia, że momentalnie robi się turbo gorąco. Ale psychika pod tym względem też zahartowana - pocieszam się, że robiąc treningi w klatce schodowej bez okien, w której jest wilgotno jak cholera jest dużo, dużo gorzej. Dopóki nie będzie 35 stopni to nie stanę 😄 W pewnym momencie zatrzymuję się przed skrzyżowaniem. Standardowo - oznaczeń brak. Prosto czy w lewo 🤔 (w prawo na pewno odpada, bo w dół, jeszcze nie teraz 😛). Dobra, niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba 😃 Idę w lewo, ale po 3 minutach coś mnie tknęło. "Oby nie było powtórki z Banikova, Łukasz" - myślę sobie. Zachowawczo wyciągam więc telefon, odpalam mapkę i wszytko staje się jasne - poszedłem źle, powinienem iść prosto 😛 Chwila namysłu, cofać się czy iść dalej? "Eee, to Beskidy, po drugiej stronie tej górki jest dalej szlak, poradzę sobie" - pomyślał głupi Jaś i poszedł 🙃 A tak poważnie to moje przemyślenia były słuszne - zameldowałem się na wierzchołku tej górki, skręciłem w lewo (cały czas szedłem wyraźną drogą), po czym odbijając lekko w lewo ścieżką zbiegłem do czarnego szlaku. "Kurde, jak to Pilsko i końcowe podejście rośnie w oczach" - myślę sobie, widząc już stromy fragment od Hali Miziowej na szczyt. Odbijam w prawo i po 2 minutach melduję się na Przełęczy Buczynka, skąd bez zatrzymywania się ruszam dalej. Po paru minutach mijam rozległą Halę Górową, Pilsko już na wyciągnięcie ręki. Mijam też pierwszych ludzi. Biegnie się przyjemnie, póki co, pośladki i dwugłowe uda nie przeszkadzają. Ale co to by był za luksus, gdyby w 100% były sprawne! 😛 Wbiegam w las, płaskie podejście i zanim się obejrzałem melduję się na skraju Hali Miziowej. Nieźle, zajęło mi to niecałą godzinkę. Po dwóch minutach jestem pod schroniskiem. Zerkam na szlakowskazy - Pilsko, szczyt Polski, 30 minut. Hm... chyba da się szybciej 😃 Biorę łyka wody i zaczynam to co sprawia mi największą przyjemność. Jedna, wielka KOSA pod górę 😁 Tyle razy już tędy szedłem, że wiem czego się spodziewać, ale opowiem Wam w skrócie o co chodzi: Pilsko to ten typ góry, który potrafi robić w wała😉 Wychodzisz zza schroniska - patrzysz na to strome podejście - WTF, tam to chyba musi być polski szczyt. Podczas podchodzenia widzisz, że z lewej strony nagle znowu góra rośnie, podejście nie łagodnieje - "dobra, tam jednak musi być szczyt!". W końcu człowiek się doczłapie i JEB! na szczyt trzeba znowu trochę podejść. Już witasz się z gąską, a na tabliczce "Góra Pięciu Kopców" 😉 F*ck, dobra jeszcze chwilę i jesteś na Pilsku. W końcu, mijając kosówkę dochodzisz na właściwy, słowacki wierzchołek. Mnie na szczęście Pilsko już nie oszukuje (tak, dałem mu się zrobić w konia swego czasu z 2 razy😛). 8:50 jestem na Górze Pięciu Kopców. Swoją drogą, zastanawialiście, gdzie jest te Pięć Kopców? Nie? To ja Wam podpowiem 😉 Jeden kopiec znalazłem na słupku granicznym 😛 Reszty poszukajcie sami 😃 Po kolejnych dwóch minutach już jestem na Pilsku, wierzchołku słowackim. Czas? Jak dla mnie niezły - 1h 23min z Sopotni, szybciej niż zakładałem 😃 Gdybym tam mieszkał, to co drugi dzień mógłbym wlatywać na Pilsko. A widoki ze szczytu... Jeśli ktoś uważa, że na Babiej ładniej to nie był na Pilsku😉 Przy dobrej widoczności widać Tatry, Małą Fatrę i kawałek Tatr Niżnych. A przy gorszej - Babią Górę, caaaaały Beskid Żywiecki i Śląski na czele ze Skrzycznem. Na szczycie prócz mnie nie ma nikogo, ale po dwóch minutach dociera państwo, z którymi spędzę kolejne 20 minut na rozmowie o bieganiu, Romanie Ficku i jego GSB w 107 godzin, panoramach, Tatrach i innych górskich rzeczach 🙂 W międzyczasie wsuwam zasłużonego Snickersa (bardziej chyba temu by mieć lżejszy plecak, niż faktycznie potrzebowałem doładowania 😂) i obserwuję pogodę. Strzelające w górę chmury Towering Cumulus nad Beskidem Śląskim podpowiadają mi, że faktycznie może być dzisiaj burzowo. Na szczycie spędziłem trochę ponad 20 minut, ale cóż, czas opuścić przyjemny wiaterek i chłód Pilska, i zacząć się kierować w dół, ku Rysiance i Lipowskiej, które świetnie też widać ze szczytu. O 9:15 zaczynam zbieg, szybko mijam Górę Pięciu Kopców, następnie w stronę wyciągu i cyk, odbijam w lewo na niebieski szlak, by ominąć Halę Miziową. Zatrzymuję się tylko, aby zerknąć na mój dzisiejszy cel - Wielką Raczę (to ta za tą górką, co wskazuje kijek. Przy okazji załapał się jakiś latający owadowaty 😄) . Temperatura wraz z utratą wysokości rośnie. "Te chmury wcale nie są takie złe, o ile przysłonią to słoneczko" myślę sobie, zachowując czujność na stromym zbiegu. Mniej więcej w tym czasie zaczynam toczyć dyskusję z moimi nie zregenerowanymi pośladkami i dwugłowymi mięśniami ud. - Dacie radę? - Póki co tak! - Jak coś by było nie tak to mówcie! - Na pewno pierwszy się o tym dowiesz! Lecę dalej - środek sezonu, niedziela, a ludzi jak na lekarstwo. Stoicie dalej w kolejkach w Tatrach na Giewont albo na Kasprowy? O, jaka szkoda 😛 Ja w tym czasie popylam góra dół w Beskidzie na pustym szlaku😉 Mijam strome podejście na Hali Cudzichowej - raz stamtąd zjeżdżałem rowerem, po chwili miałem taką prędkość, że ludzi zauważyłem na 0,05 sek przed tym jak ich mijałem. Jak ja się wtedy nie wyjeb*łem to nie wiem. Zwłaszcza, że zjeżdżałem na lewo od szlaku, po trawie. Podejście się kończy, staje na szczycie pagórka o nazwie... Brst? Brvst? Coś w tym stylu. Tak czy siak, charakterystyczne miejsce, bo stoi tam ławeczka, przy której odpoczywa rowerzysta, z którym jeszcze się spotkam. No! To teraz w dół! Zbiegam aż miło, aż tu nagle szlak zamienia się w jakiś raj dla świń! "Kur*a, albo ja jestem jakiś odjeb*ny od rzeczywistości albo to nie jest szlak" - myślę sobie, podziwiając jedno, wielkie bagno. Jak to ominąć? Z lewej? Nie. Z prawej? Pff... Szanse jak w Totka... Dobra, próbuję. Stawiam prawą nogę w miarę stabilnie, lewa, prawa, ale gdzie tu postawić lewą? Dobra, są jakieś trawki, powinno być stabilnie. Stawiam lewą nogę i chlup! Bagienko pod spodem pochłania mi nogę. Wyskakuje jak poparzony, robię trzy kolejne kroki ale w końcu jestem po drugiej stronie. Kosztem uwalonego buta. W tym czasie mija mnie wcześniej spotkany rowerzysta - jemu to dobrze! No dobra, czas dokonać oględzin. Błoto w skarpecie to taka gra na czas - szybciej dobiegnę czy zatrę stopę? Chwytam garść trawy, próbuje trochę się wyczyścić. Nie jest źle, całkiem ładnie schodzi, w bucie bardziej woda niż błotko, ale kurde... JAK TO BŁOTO WALI! Nasrał tam ktoś czy co? A do bieżącej wody na Rysiance jeszcze trochę... Dobra, ruszam dalej, trzymając swoją lewą, śmierdzącą rękę jak najdalej od swojego nosa 😉 Btw, to błoto strzelam, że powstało przez quady i motory (o czym zresztą świadczą ślady), wiem że to częsta i popularna trasa. I spoko, rozumiem, że chcą spędzić czas w górach z moto, ale jest tyle spychaczówek, dróg. Jest gdzie jeździć, więc jeśli ktoś to czyta pomykający na moto - wybierajcie coś innego niż szlaki, naprawdę jest dużo innych opcji. I zamontujcie tłumiki, te Wasze pierdziawki nie należą do najprzyjemniejszych dźwięków lasu 😉 Lecę dalej, do Przełęczy Trzy Kopce nie daleko. Rysianka i Lipowska rosną w oczach, tą drugą nawet już widzę 😉 Po chwili jestem już na Trzech Kopcach, teraz w dół, w stronę rezerwatu przyrody. Szlak przez rezerwat z roku na rok coraz bardziej zniszczony. Parę lat temu były kładki z poręczami, później były kładki bez poręczy, a teraz już momentami brakuje kładek. Bagno jest tam zawsze, więc nie chce się narzucać, ale szlak powinien być szlakiem a nie poza-szlakiem. Od rezerwatu jeszcze chwilka i już jestem na skraju hali. Hala jest gigantyczna, a na wiosnę kwitnie tam masa krokusów (na zdjęciu krokusy z kwietnia 2019). Podchodząc nią mijamy się po raz trzeci ze spotkanym wcześniej rowerzystą. Podjazd jest słuszny, dlatego wcale mnie ten widok nie dziwi. Zamieniamy parę słów, dowiaduje się, że też startuje z Sopotni oraz, że mnie widział jak zaczynałem traskę, ale on wjeżdżał drogą. Przy tych podjazdach, mając w pamięci swoją własną przygodę rowerową w tych regionach zastanawiam się, czy w ogóle warto pchać się tu na dwóch kółkach. Wciągania tego żelastwa jest cała masa. Tak czy siak na pewno ostatni fragment jego trasy, która leci już tylko w dół, będzie dużo przyjemniejszy niż mój🙂 O 10:24 melduję się przed schroniskiem. Czas z Pilska 1:09, całkiem całkiem mimo bagna. Teraz trzeba się posilić - zamawiam żurek. Kusi zimny browarek, jednak to nawet 1/3 trasy nie jest, więc planuje, że to złoto wleci pod koniec wycieczki 😉 Szybko zjadam pyszniutką zupkę popijaną chłodną coca-colą. Wcinam szybciutko, gdyż toaleta upomina się o swój towar 😛Trochę czasu w niej spędzam, na szczęście Rysianka nie oszczędza na papierze i jest normalny, biały, a nie ten ścierny - szary 😉 Zbieram się do dalszej trasy, gdyż niebo coraz bardziej przykrywają chmurki. Fajnie - będzie chłodniej. Ruszam w stronę Lipowskiej w celu uzupełnienia wody. Najgorzej jest ruszyć po takiej przerwie. Moje pośladki i dwugłowe uda mówią w tym czasie do mnie: - Stary, czy ciebie kompletnie powaliło?! Myśleliśmy, że na Rysiance koniec! - Nie narzekajcie chłopaki! Marudzicie! - Przecież był żurek! Posiłek jest przecież na koniec dnia! - No to widzicie. Niespodzianka! Na Lipowskiej melduję się po 5 minutach, wyciągam bukłak, uzupełniam wodę do ponad 2l. Chciałem wrzucić dwie tabsy magnezu, wleciały trzy. Kurde, będzie słodko. Pakuję plecak, biegnę dalej, ale chwilunia... Coś nie pasuje. Coś mnie obciera. Chyba czas... Użyć plastra na stopę i wazelinki na... 😏 Znajduję ustronne miejsca, robię to co trzeba, licząc na to, że nikt mnie nie zaskoczy w niezręcznej sytuacji 😂 Sprawdzam naoliwienie napędu - o tak, śmiga aż miło, mogę lecieć dalej😉 Teraz zaczyna się najprzyjemniejszy fragment trasy. 75% drogi z Rysianki do Ujsół to łąki i hale. Fragment baaardzo dobrze mi znany, nawet lepiej niż odcinek Pilsko - Rysianka. Znam tu niemalże każdy fragment trasy. Mijam rozejście szlaku na Halę Boraczą, odbijając w lewo by podążać żółtym szlakiem, biegnę z minutkę, i nagle... robi się biało! Łowiecki!!! Staję przed nimi by je puścić a one stop! VID_20200726_112008.mp4 Wyraźnie koleżanki nie chcą iść mimo zachęt swoich przewodników. Robi się patowa sytuacja, chyba przypadkowo zatrzymałem tą delegację. Usuwam się w bok, a one jak stały tak stoją. No dobra, sam rozwiążę ten problem, pomogę im - wchodzę pomiędzy nie, by ominąć newralgiczny zator. Mają zdecydowaną przewagę liczebną, ale albo ja taki straszny albo mój aromat sprawia, że ustępują mi miejsca😉 W końcu ruszyły dalej 😉 Zwierzątko w historii - zaliczone! Trasa żółtym szlakiem jest nadzwyczaj przyjemna. Wysokość wytraca się naprawdę powoli, więc biegnę patrząc na Wielkiego Rozsutca w paśmie Małej Fatry i na szczyty Beskidu Żywieckiego. Tempo na tym odcinku 5'30/km, całkiem ładne jak na dystans, który już mam w nogach 🙂 Dobiegam do Hali Redykalnej, dalej w dół, następnie pod górę, mijam dwie kałuże, których się spodziewałem, bo są tam zawsze. Następnie chwilę po równym i w dół zakosami, po fragmencie szlaku, który służył do zwózki drewna. Truchta się po tym naprawdę nieprzyjemnie, gdyż oprócz dużej ilości luźnych kamieni jest również dosyć błotnisty. Widzę też mój kolejny cel, pie*rzony Muńcuł. Trafiam też w końcu na pierwsze zabudowania - zawsze mnie zastanawia, czy np. dzieci, by się pobawić z rówieśnikami, muszą dymać, góra dół do np. Złatnej. I wyobraźcie to sobie xD Jesteście np. 10-latkiem i wychodzicie z domu by popykać w gałę czy coś. Schodzicie na dół przez 40 minut i nagle sobie uświadamiacie, że nie pamiętacie czy zamknęliście drzwi do domu na klucz (bo każdy kiedyś cofał się, by sprawdzić czy drzwi są zamknięte😏). Więc zawracacie. Zajmuje Wam to godzinę, drzwi oczywiście zamknięte, więc popylacie kolejne 40 minut w dół. I dwie godziny wyjęte z życia 😉 Chyba, że taki bąbel lubi widoczki, może one taki wysiłek rękompensują. Mijam kolejny dom, słyszę szczekanie - oho, ciekawe czy to nadal ten sam, biało-czarny pies, który czasami wylatuje w moja stronę. Kawałek dalej, po lewej stronie jest coś na kształt RODOS, a po kolejnym kawałku traski jestem na Kręcichłostach. Po prawej Chata na Zagroniu, w której kiedyś coś było, później nic nie było, później było, a teraz już sam nie wiem, czy coś jest 😃 W tym miejscu żółty szlak skręca w prawo, w dół, a czarny wiedzie dalej grzbietem. Ruszam dalej czarnym, który po chwili odbija w lewo w jakąś łąkę, więc robię użytek z tego co dźwigam w plecaku od początku wycieczki - preparatu na kleszcze i komary. Nóżki spryskane, mogę atakować. Szlak trochę zapomniany, uczęszczany od wielkiego dzwonu. W pewnym momencie mijam skrzyżowanie, oczywiście oznaczeń brak, ale to nie ma znaczenia, bo droga, którą wybrałem i tak schodzi do Ujsół. W nogach niecałe 26km, zaczyna się asfalt, więc postanawiam kawałek sobie odpocząć w marszu. Dochodzę do głównej drogi, skręcam w lewo, po 50m w prawo i ląduje na szlaku na pie*rzony Muńcuł. Pierwszy, asfaltowy odcinek trasy (były dwa) przechodzę w ok. 10 minut i skręcam w lewo. Następna górka zaczyna mnie przerażać - w przeciwieństwie do Pilska ona w ogóle nie rośnie w oczach. Zaczynam (w końcu) jakieś podejście. Ten odcinek jest chyba tak samo uczęszczany jak z Targanic do Przełęczy Kocierskiej (kto wygooglował, jak ja, gdzie to jest ręka w górę!😄 🙋‍♂️). Przedzieram się przez pozarastany szlak. Przyjemność z podchodzenia takie 2/10. Siły w nogach powoli zaczyna ubywać. Patrzę na zegarek, 27km za mną... Toż to jeszcze połowy trasy nie ma! Psychika powoli zaczyna klękać. Kolejna rozmowa z ciałem: - Ja chcę schabowego - mówi brzusio. - Ja to napiłabym się zimnego, obiecanego browarka - dodaje psycha. - A my to najchętniej już byśmy zeszły - wtrącają się pośladki w duecie z udami. - Ej, stary, w ogóle dupa wołowa z ciebie, krople do nosa by mi się przydały na to pylenie traw - dodaje nos. - Dobra, macie mnie - odpowiadam. Siadam na polanie. Wyciągam czekoladę by uzupełnić energię i dać odetchnąć nogom. Dawno nie byłem tak styrany psychicznie podejściem pod górę. Nad Słowacją widzę deszcz, ehhh, gdyby tu tak trochę popadało. W odpowiedzi dostałem trzy, nic nie znaczące krople wody z nieba 😞 Po jakiś 5-10 minutach ruszam dalej. Motywuję się obiadkiem, zimnym browarkiem i coca-colą w Bacówce na Rycerzowej. Miałem nawet w głowie plan, co i w jakiej kolejności spożyję. Do następnej przerwy 9km. Podchodzę dalej na ten pie*rzony Muńcuł. Trafiam na swoją schodząca ze szczytu rodzinkę. Robimy deal - oddaje im dwa snickersy i trochę czekolady w zamian za trzy łyki wody. Swojej namagnezowanej, słodkiej powoli zaczynam mieć dosyć. Na szczęście już nie daleko. Mijam polankę, którą kojarzę z map. Spoglądam z niej na drogę którą przebiegłem - Pilsko, Rysiankę i Lipowską. 14:02 melduje się na szczycie pie*rzonego Muńcuła. Dobra dobra, ale dlaczego ja go tak w sumie nazywam? Już wyjaśniam. Patrząc na tabliczkę dociera do mnie, że nigdy, przenigdy, nie widziałem żadnych zdjęć ze szlaku na niego, nikt nigdy mi go nie polecał, żadnych opisów przebiegu szlaku, itp. I ja się wcale nie dziwię. Nikt o zdrowych zmysłach tam się nie pcha. Podejście żmudne i zapomniane, widoki, mimo wysokości, bardzo przeciętne, a szczyt? Heh, szczyt? Gdyby nie powalone drzewo, które musiałem obejść, to poszedłbym tak, jak pokazywał szlakowskaz i nawet bym nie wiedział że na nim jestem, bo wierzchołek prezentuje się tak: Ten Muńcuł był tak wspaniały, że nie spędziłbym nawet 0,00001 sek więcej niż to konieczne. Teraz prawie 200m w dół w kierunku Przełęczy Kotarz. W międzyczasie typowe, beskidzkie atrakcje - do omijania błota już się przyzwyczajam. Psychika coraz bardziej zmęczona. Po 20 minutach docieram do przełęczy. Ech... niby tak blisko do Rycerzowej, a niby tak daleko... Siadam na chwilkę na pieńku i mówię do swoich kończyn: - Damy radę? - My, uda z pośladkami, dostajemy mocno, dlaczego nie dałeś nam odpocząć 😞 - Ehh, sorry chłopaki, może te przysiady z wyskokiem na koniec trenigu nie były dobrym pomysłem 😕 Zakładam nogę na nogę, by je przez chwilę odciążyć. Posiedziałem dosłownie dwie minuty, pociągnąłem przedostatni łyk wody z bukłaka i ruszyłem dalej. Na szczęście podejście, moje uda się ucieszą. Im bliżej celu tym czas wolniej leci. Trasa biegnie przez las, nic się nie dzieje. Na dodatek to też nie jest chyba zbyt uczęszczany odcinek, cały w lesie, więc jest totalna nuda. Podczas płaskich odcinków, czuję, że biegnąc moje stopy snują się coraz bliżej ziemi. W końcu dołącza żółty szlak z mojej lewej strony - do Bacówki niedaleko. Biorę ostatni, przesłodzony łyk wody. W głowie tylko browar i schabowy. I chwila leżingu na trawie. Punktualnie 15:00 wchodzę do schroniska, 35,5km za mną. Wyłączam zegarek, podpinam go wraz z telefonem do powerbanka. Na sztywnych nogach podchodzę do bufetu, zerkam w menu. Kotlet, kotlet, kotlet... NIE MAJĄ TU SCHABOWEGO??? Co, jak?! Jest bigos, jakieś racuchy, ale kotlet gdzie? Co to ma być 😞 ? Motywacja zrobiła kolaps... Z ostatnią nutką nadziei pytam panią w bufecie: - To są wszystkie pozycje w menu? - Tak. Z braku laku zamawiam racuchy z sosem borówkowym. - A piwo z lodówki jest? - Nie ma. Nie dałem po sobie poznać, jak bardzo zabolała mnie ta informacja. Z kamienną twarzą domawiam jeszcze coca-colę i dwie butelki wody. Siadam przy stole i to, co wtedy zaczęło się dziać wychodzi poza zmysły... Moje nogi zaczynają boleć. Ale to nie jest tak, że czuję mięśnie czy coś. Żaden automasaż, stanie czy siedzenie nie pomaga. Ból w czwartym wymiarze, niewyczuwalny, ale obecny. Co to do cholery jest? Zbyt szybko usiadłem, zmęczenie, jakieś niewyczuwalne skurcze? Abstrakcja. Jeśli to nie przejdzie to się stąd nie ruszę. Zaciskam zęby z bólu, próbując zająć myśli uzupełnieniem wody w bukłaku. W końcu przychodzi mój posiłek. Prezentuje się nieźle. Jem, próbując nie oszaleć z bólu. Jednak wraz ze znikającymi racuchami powoli ból ustępuje. Nie spieszę się z dalszą częścią biegu, bo szczerze powiedziawszy mam nadzieję przeczekać prognozowany deszcz w tym rejonie. Po posiłku zmierzam do WC by zrzucić parę zbędnych kilogramów. Hehe, siedziałem tam z 20 minut, sam nie wiem, gdzie ja tyle dzisiaj zjadłem 😂 Wychodzę przed bacówkę i się kładę. Dzwonię do mojego ziomka Pitera, by dał parę wskazówek co do trasy i proszę go o "osłonę meteo" 😛 Pozostałą trasę już znam, więc wiem, że leci głównie przez las, przez który ciężko obserwować pogodę. O 16:08 ruszam dalej, niestety poniosłem pierwszą stratę w sprzęcie - urwał się pasek od zegarka 😞 Posiłek i relaks zrobiły swoje - mogę cisnąć. Zaczynam podchodzić na Rycerzową. Oho, znowu współczynnik tarcia się zwiększył 😏 Zerkam za siebie, ludzie daleko, ale jeszcze przyspieszam, by mnie nikt nie zaskoczył. W lesie znowu wjeżdża wazelinka. Noooo, tak to można działać 😎 Z przerwą na smarowanie na Rycerzowej melduje się po 16 minutach i schodząc tracę zegarek 😞 Całe szczęście, odnajduję go po minucie w krzakach. Chowam go w oddzielnej kieszonce, aby nie wypadł. Ciało trochę odpoczęło, ta godzinka regeneracji pozwoliła mi cisnąć na jakieś 70% początkowych możliwości. Tylko ciało, ciałem, a szlak szlakiem. Ścieżka wąska, więc nie za bardzo jest gdzie się rozpędzić. Poza tym zaczyna się znowu błoto, które na tak wąskiej ścieżce naprawdę utrudnia sprawę. No trudno. Na odcinku do przełęczy Przegibek więcej szedłem niż biegłem. Przy okazji spotkałem drzewko jak to z Krzywego Lasu. Mniej więcej w połowie zacząłem też słyszeć mruczenie nieba po swojej prawej stronie. Sprawdzam radary, burza około 20km na północ ode mnie, głównie nad Beskidem Śląskim. Przemieszcza się na północny wschód, więc jestem w miarę bezpieczny. Obrywam tylko rykoszetem. Dosyć intensywny deszcz pozwala mi się schłodzić. Niby mam przeciwdeszczową kurtkę w plecaku, ale taki deszczyk działa kojąco. Jednocześnie utrudnia trochę marszobieg, bo trasa staje się coraz bardziej śliska. W głowie rozważam dalsze możliwości - zbiegać do Rycerki przez Bendoszkę Wielką z charakterystycznym krzyżem na szczycie czy cisnąć dalej na Wielką Raczę? W międzyczasie wcinam jabłuszko, bo przy ilości kalorii jaką spalam, głodny się robię co niecałą godzinę. Docieram na Przełęcz Przegibek, przestaje padać. Zasięg taki o, dzwonię do Pitera. - Stary, potrzebuję prognozy na mniej więcej dwie godziny w przód. Tyle potrzebuję by być na Raczy. - Słuchaj Łukasz, wg prognoz burza na Wielkiej Raczy powinna być po 20. - A deszcz? - Jeśli będzie padać to tak jak przed chwilą. - A chmury Cb? Nic się na południowy-zachód nie buduje? - Póki co jest git, ja bym biegł. - Dobra stary, cisnę. Jak coś to dawaj mi znać tak co 30 minut, jakby miało coś się zmienić. Tutaj większość trasy jest w lesie, więc deszcz czy wybudowaną burzę to usłyszę na chwilę przed. Jak dasz mi czas na reakcję to zlecę w dół spychaczówką, bo parę z nich mijam po drodze. Zerkam ostatni raz na południowy zachód. Tarcza słońca przebija się przez chmury. Wygląda to zachęcająco. "Dobra, cisnę na Raczę. Potrzebuje 1:40-2:00 pogody, oby pykło" myślę zaczynając marszobieg z Przełęczy Przegibek. Po prawej widzę cały czas szalejącą burzę nad Beskidem Śląskim. Sił coraz mniej, stopy snują się coraz bliżej ziemi, ale psychika w dobrym stanie. Tam gdzie mogę - truchtam, jak jest podejście - idę. Szlak w sporej części w błocie. Wybiegam na polankę, którą kojarzę. Troszkę się ściemnia. Wbiegam z powrotem w gęsty las. Godzina 18:00 a jest trochę tak, jakbym miał zaraz wyciągać czołówkę. Przecinam spychaczówkę lecącą w dół, ku Rycerce. Wyciągam telefon. Wiadomość od Pitera z przed 15min "Jest git, ciśnij". Dzwonię. - Piter, jak sytuacja? Trochę się ciemno robi. - Stary wg prognoz i satelity póki co jest ok. - Sure? Jak coś to mam właśnie spychaczówkę, w razie czego mogę nią cisnąć, a do Raczy potrzebuję jeszcze 40 minut. Więcej niż połowę odcinka mam już za sobą. - Stary, w ciągu godziny prognozy mówią, że będzie git. - Dobra, to lecę, jak będę miał burze w ciągu godziny to wisisz mi dużego browara. - Haha, niech ci będzie. Rozłączam się. Po dwóch minutach zaczyna delikatnie kropić, po kolejnych dwóch docieram do skraju lasu. Przede mną zaczyna się Hala Śrubita. Zerkam na południowy zachód... "Oooo ch*ju złoty, spieee*dalam" - myślę sobię widząc gigantyczną ścianę deszczu w odległości około kilometra, pędzącą w moją stronę niczym rozszalały walec. Robię w tył zwrot i w tym momencie zaczyna się cała magia. Odpala się instynkt "uciekaj albo walcz". Na moje piąstki nadciągająca burza chyba by się zaśmiała, więc wybieram pierwszą opcję. Moje nadnercza generują obłędne ilości adrenaliny. Jej zastrzyk powoduje przyrost energii. Zmęczenie? Jakie zmęczenie? Ponad 45km w nogach? Bolą cię? Pff.. Zapomnij. Odcinek, który przed chwilą zrobiłem delikatnym marszobiegiem, wciągnąłem nosem na raz. Deszcz mnie dopada. Przeskakuję potok, widzę spychaczówkę. Odbijam w lewo i dzida w dół. Zakładać kurtkę? Niebo pomogło mi udzielić odpowiedzi: - Nie ma sensu, mordo. Myślisz, że kurtka by ci pomogła? Patrz na to. Ściana deszczu jaka zaczęła mnie zalewać, spowodowała, że przestałem widzieć na prawe oko. Włączony tryb ultra speedu sprawił jedno - miałem totalnie w dupie czy będzie padało mocniej, bo już bardziej mokry być nie mogę. Aaa... Tak, gdy myślałem że już mocniej padać nie będzie, to natura po raz kolejny pokazała, kto na tym świecie rozdaje karty. Intensywność deszczu wtłaczała mi tak gigantyczne ilości wody do butów, że co krok wylewał mi się z nich potok. Nagle przed oczami zrobiło mi się jasno. Liczę czas... 1... 2... 3... Po 8-9 sekundach, usłyszałem grzmot z tyłu po lewej. Kur*a, jakoś 2,5km. Zwiększam tempo. Błoto? Że co, że wcześniej je omijałem? Teraz cisnąłem przez sam środek. Od początku deszczu minęło 5 minut. Powódź błyskawiczna? Jak najbardziej. Droga którą leciałem, zamieniła się w strumień. Ze zboczy po prawej strony tworzył się wodospad ściekającej wody. Takiego gniewu natury dawno nie widziałem. Kolejny grzmot. Z tyłu. 7 sekund. Coraz bliżej. Zaczyna się asfalt. Rozglądam się za schronieniem. Jakiś daszek, domek, chatka, cokolwiek? Jest coś? Znowu robi się jasno. 5 sekund. Rozsądek hamuje rozpędzone nogi. Staram się omijać nowo powstałe potoki, aby w razie czego nie zostać porażonym w razie uderzenia. Skracam też długość kroku, aby napięcie krokowe było jak najmniejsze. Znowu błysk, 3 sekundy, przechodzę w marsz. Kur*a, parking, na którym jest dach już musi być niedaleko. Nagle widzę po raz piąty błysk po czym słyszę od razu grzmot. Grzmot, który brzmiał jak trzaśnięcie bicza. Dobra, stop. Najwyższy czas się zatrzymać. Odrzucam kijki. Staję pomiędzy dwoma, zdrowymi drzewami. Czekam. Mija minuta, dwie, przede mną kawałek otwartej przestrzeni a na jej skraju widzę paśnik. Iść czy nie iść? Czekam, nasłuchuję. Po kolejnych minutach stwierdzam, że spróbuję, idę. Po chwili docieram. Chociaż pod dachem sucho. Wyciągam telefon, na szczęście plecak w miarę wodoodporny. Wycieram ręce o drzewo, aby użyć telefonu. No fajnie, ale woda dalej ścieka po rękach, więc muszę też telefon wytrzeć o drzewo. 8% baterii, szału nie ma. Chyba od deszczu, albo jakiejś magii w ciągu 20 minut stracił jakieś 20%. Dalej telefon nie reaguje na moje paluchy. Hm... Mam przecież kurtkę przeciwdeszczową w plecaku! Na coś się przyda! Jej suchymi fragmentami wycieram ekran telefonu. W końcu udaje mi się dodzwonić do rodzinki. Oby tu tylko trafiła, bo inaczej będę musiał pukać po domach by wykonać telefon. Deszcz powoli słabnie, grzmot po którym stanąłem był na szczęście ostatnim. Z ciekawości zerknąłem jeszcze na radary. Aha, fajnie. Czas jaki minął od wykrycia tej komórki burzowej do opadu to jakieś 10-20 minut. W lesie wizualnie niemalże nie do zauważenia. Zbieram się. Pakuję rzeczy do plecaka. Ciało zastane, poziom adrenaliny tak szybko jak wzrósł podobnie opada. Ruszam truchtem w kierunku parkingu. Wow, ale szybko moje ciało zaczęło się wychładzać. Wyciągam zegarek, pasek zasięgu mruga. Cholera stracił sygnał, zatrzymał się po 7,5km od Rycerzowej. (Jak później sprawdziłem, to zdechł jakieś 10-15 minut przed początkiem opadu, może tak zareagował na burzę, co mnie dosyć zdziwiło, ale jednocześnie może być w przyszłości użyteczną wskazówką. O ile będę go miał na ręce 😛). Po chwili docieram do parkingu. Do przyjazdu transportu mam jeszcze chwilę. Godzina 19:14. Odejmując postój pod paśnikiem to ostatnie 4km zrobiłem trochę w ponad 20minut. Szok, jak warunki potrafią z nas wykrzesać dodatkową moc. Dobra nie ma co czekać. Wyciągam kurtkę przeciwdeszczową. Do wytarcia telefonu się nadała, ale na ciało to tak średnio, nic nie pomoże. Z braku laku ściągam bluzkę, na pewno szybciej wyschnę. By się z powrotem trochę rozgrzać po postoju w paśniku robię parę seryjek pompek, wymachy, truchcik, od razu cieplej. Z bluzki mogę wyciskać wodę tak, jakbym ją wyjął z wody. Burza tak szybko jak przyszła, tak szybko poszła. W końcu podjeżdża auto, do którego się ładuję. Zadowolenie miesza się z niedosytem. 40 minut. Tyle zabrakło mi do Wielkiej Raczy, na której bym tą burzę przeczekał i spokojnie sobie struchtał w dół. No i to obiecane sobie piwko nie pykło. Pierwszy, górski ultramaraton zaliczony? Zaliczony, bo dystans powyżej 42km. Pokonana trasa około 50km +/-200m, bo GPS padł. Niedosyt jest? Jest, bo prawdopodobnie nie pękła "pięćdziesiątka". Dosłownie zabrakło mi chyba 200m. Ale ważne, że wiem, że jestem w stanie taki dystans pokonać. Kolejna bariera psychiczna przesunięta. Poza tym, chciałem obskoczyć jeszcze tą Wielką Raczę. Następnym razem na nią wbiegnę 😂 Wraz z całym Beskidem Żywieckim, a co! 😂 Czy polecam tą trasę? Tak, oprócz odcinka Ujsoły - Muńcuł - Hala Rycerzowa. Jeśli macie możliwość - omijajcie ten koszmar szerokim łukiem. Czy powtórzę tą trasę? Ze względu na powyższy fragment raczej nie😄 Chyba, że z jakimś supportem, bo psychicznie dawno nie byłem zjechany tak, jak wtedy. Słowem zakończenia, super przygoda. Zacząłem trasę przy pięknej pogodzie, skończyłem w totalnym, pogodowym szale. Muszę parę rzeczy pozmieniać (np. nie katować nóg na treningu na dwa dni przed - sądziłem, że będzie git😄). I trzeba poprawić trochę regenerację po takim wysiłku. Następnego dnia wiozłem taczkę z drewnem na ognisko. I albo to, albo źle wyprofilowane klapki, które podbijają mi stopę na zewnętrznej krawędzi sprawiły, że do leczenia poza zakwasami i odsciskami doszedł mi uraz kostki albo coś takiego. Ale tak czy siak, apetyt rośnie w miarę jedzenia 😋 Na pewno to nie jest mój ostatni taki bieg w tym sezonie. Tylko doleczę kostkę i mogę cisnąć 🙂 A w porównaniu do ostatniego biegu z Tatr. Jak dla mnie ten bieg był o jakieś dwa poziomy trudniejszy. Przewyższenie podobne, ale tam było mimo wszystko 14km po w miarę płaskich dolinach, a cała magia działa się powyżej schronisk. Tutaj, mimo podobnego przewyższenia to jednak dystans, temperatura, rodzaj nawierzchni (dużo ruchomych kamieni), pofałdowanie terenu, przedzieranie się przez chaszcze i omijanie błota sprawiło, że było dużo, dużo ciężej. I w Tatrach jak już się jest wyżej, to widoki są niemalże non stop, a tutaj yyyy... różnie 😛 Trasa: Sopotnia Wielka - Hala Miziowa - Pilsko - Hala Cebulowa - Hala Rysianka - Hala Lipowska - Ujsoły - Muńcuł - Hala Rycerzowa - Rycerzowa Wielka - Przełęcz Przegibek - Hala Śrubita - Rycerka Górna. Dystans: ~50km Przewyższenie: ~2700m ↗ ~2700m↘ Czas w ruchu: 8h 40min Czas wliczając w to większe przerwy: 11h 43min Na czasie dało się zbić sporo, przede wszystkim na posiłkach i ogarnianiu meteo. A chyba najwięcej na postojach w WC 🙃Jeszcze jakby doszedł na czas filtr do wody, to w bukłaku nie dźwigałbym więcej niż 1,5l, co na pewno by się przełożyło na tempo 🙂 P.S. Sorka za niektóre, ruszone zdjęcia. Na telefonie wydawały się w miarę git, a często foty robiłem nie zatrzymując się, więc stąd to rozmycie 🙂
  33. 5 points
    Ale ja 5 razy bez wazeliny a Ty 😉😁 ?
  34. 5 points
    Miś w górach czuje się najlepiej 😉 jest w plecaku tylko na górskich wędrówkach 🤗
  35. 5 points
    Ruda nie zdążyła odpowiedzieć, bo właśnie dobiegł do nich słynny biegacz górski @Luk_nieSkywalker, który przemierzał właśnie Beskidy i tak sobie pomyślał, niczym Forrest Gump, że skoro wcale się nie zmęczył, to może pobiec trochę dalej i dalej i tak dobiegł do Tatr. Po drodze na chwile zatrzymały go łowiecki, zdziwione, że w środku zimy tak bez kożucha biegnie. Chciały go swoim ciałem ogrzać i zaczęły się do niego przytulać. Jednak słynny biegacz @Luk_nieSkywalker był takim twardzielem, że jemu nigdy nie było zimno i dlatego zbójnickim podskokiem uwolnił się od nadopiekuńczych łowiecek i ....
  36. 5 points
    Polski Grzebień i Mała Wysoka. Polecam. Dolina Białej wody jest świetna, widoki po wyjściu z lasu mega. Do tego otoczenie Litworowego stawu... Już nie wspominając o panoramie z Małej
  37. 5 points
    @vatra dzięki. Myślę, gdzie by tu pójść za tydzień.
  38. 4 points
    @Anuś tak, domyślam się 🙂 delikatne objawy występowały przez lata, a teraz to już poszło... W górach jest coś trudnego do opisania.
  39. 4 points
    Ale to będą małe kolejki, bo ludzie rozproszą się na wiele pojedyńczych Giewontów. To już nie będzie to samo 😉 😛
  40. 4 points
    Każda góra powinna być Giewontem, gdzie nie spojrzysz tam Giewont.
  41. 4 points
    @Zośka @Luk_ znając Was to tu zaraz popłynie nowa zabawa (temat😂) "Przebudowa Tatr"😛😂
  42. 4 points
  43. 4 points
    Nie do końca o górach ale o wędrowaniu ,,Mimochodem o chodzeniu" - Augystynek Fajna książka, o tym, że najbardziej naturalna rzecz jaką jest chodzenie stała się czymś dziwnym, jakby fanaberią. W książce są ciekawostki, opowieści o sławnych osobach, którzy wędrowali, trochę antropologii, mnóstwo cytatów. np taki Sørena Kierkegaarda -„Nie znam tak uciążliwej myśli, od której nie dałoby się uciec, idąc"
  44. 4 points
    Jak sie nic nie zmieni, to w niedzielę, na szlaku który mi @Mateusz Z podpowiedział, jedząc zupę którą zaproponowała @Zośka z termosu poleconego przez @Luk_
  45. 4 points
    Urlop...hmm...coś tam słyszałam, że niektórzy takie cuda mają. 🙂
  46. 4 points
    @Zośka super, że się po raz piąty nie zniechęciłaś się do zdobycia szczytu mimo niepogody. Szanuję takie podejście. Z tego co kojarzę to jakoś się minęliśmy w Tarach Słowackich. 🙂 Co do widoków to coś tam widać, nie było tragedii. Mi się marzy obejrzeć wschód słońca na Krywaniu...
  47. 4 points
    To ja sobie przycupnę tu, żeby się napatrzeć na te cudowności! 😮🥰 Ja chce w Tatry! 😭😄
  48. 4 points
    @Luk_ po sąsiedzku dołączam Beskid Śląski. Pusto, cicho, ślicznie ( poza Baranią, bo tam zawsze tłoczno, ale Tatry widać). Opisy i foty za dwa tygodnie 🥰😁.
  49. 4 points
    Zagadka: ile kozic jest na zdjęciu?
  50. 4 points
    Zimą można chodzić po szlakach nocą, można obserwować nocne niebo. Łatwo zobaczyć z wyższych partii gór wschód czy zachód słońca. Słońce tak nie dokucza na szlaku... Same plusy zimy. :D
×
×
  • Create New...