Jump to content

Jerzy L. Głowacki

Member
  • Content Count

    59
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    3

Jerzy L. Głowacki last won the day on January 19

Jerzy L. Głowacki had the most liked content!

Community Reputation

251 Excellent

7 Followers

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Zielone ludziki nad Czarnym Stawem. W swoim czasie, dawno, dawno temu niemile zaskoczył mnie listonosz przynosząc mi wezwanie na ćwiczenia wojskowe, gdy zaczynałem się już pakować w Tatry. Rad nie rad pojechałem do Grudziądza do stacjonującego tam pułku chemicznego. Zameldowałem się w pułku i wyfasowałem polowy mundur oraz tylko dwie gwiazdki, bo takowych ponoć zabrakło. Nie mając zamiaru degradować się do stopnia chorążego przypiąłem je do jednego naramiennika pozostawiając drugi „gołym” i poszedłem przejść się po terenie pułku. Idę sobie, a tu na kontrkursie pojawia się starszy sierżant, niski, brzuch piwny, gęba czerwona i nalana – typowy zupak, postrach niższych stopniem. Wykorzystując niecnie znaczną różnicę wzrostu mijam go od strony gołego naramiennika wiedząc doskonale, co się zdarzy, bo przecież mu nie zasalutowałem. Nie zawiodłem się na sierżancie, puszcza mnie na parę kroków po czym leci w moją stronę typowa, koszarowa wiązanka. Obracam się powoli odsłaniając drugi naramiennik i pieszczotliwym głosem wygłaszam te oto słowa: wy do mnie, sierżancie? Sierżanta krew zalewa, ale staje na baczność, salutuje i przeprasza. Za chwilę wpadam na oficera w stopniu majora, jak się później okazało szefa sztabu pułku: poruczniku, co wy tak niekompletnie ubrani? – Obywatelu majorze, magazynierowi gwiazdek zabrakło, pan major rozumie, nie chciałem się sam degradować. – No tak, macie rację. Poruczniku, wracajcie spokojnie na kwaterę, a ja już tego sukinkota pogonię. Miałem jeszcze ze sto metrów do kwatery, jak sprintem dobiegł do mnie magazynier trzymając w wyciągniętej dłoni dwie brakujące gwiazdki. Ćwiczenia te okazały się kompletnym niewypałem z wojskowego punktu widzenia, sprzęt był na poligonie, znający się na rzeczy oficerowie też, a zadaniem tych ćwiczeń było przeszkolenie piechocińskich kaprali podchorążych na wojskowych chemików, a na kilkunastu chłopa tylko ja jeden miałem specjalność dowódcy plutonu chemicznego. Na zakończenie musieliśmy sami napisać opinie o sobie. Do mojej opinii dopisano: wyróżnia się bardzo dobrą prezencją i bardzo dobrymi odruchami dowódczymi. Na marginesie: nosiłem już wtedy brodę, a żadnej okazji do wydaniu rozkazu nie miałem. Wróciłem do Łodzi i po dwóch dniach lokowałem się już we Franz Hilton Hotel vel Wozowni vel Starym Schronisku. Nazajutrz postanowiłem odwiedzić Żabi Niżni, dochodząc nad Czarny Staw zauważyłem na ryglu tegoż dwóch wojaków, z których jeden trzymał na kolanach wielką, komiśną księgę i coś w niej szrajbował, a wokół paru turystów stało. No cóż, cyrk mój, małpy nie moje, co to mnie obchodzi – ruszyłem zatem dalej. Jakieś tam okrzyki słyszałem, ale co mi tam, dopóki ktoś pomocy nie wzywa. Po chwili jednak słyszę za sobą tupot fasowanych butów i wrzask: do was mówię, głusi jesteście?! Odwracam się powoli i widzę, że mam przed sobą kaprala o czerwonej twarzy. Odruch wyniesiony z armii działa bezbłędnie, głos przestraja się automatycznie na koszarowy: wy do mnie kapralu? Jeśli tak to złóżcie z łaski swojej nóżki do kupy i zwracajcie się regulaminowo! Kapral momentalnie blednie, staje na baczność, salutuje i recytuje regulaminową formułkę. Jak się okazuje zapisują w owej księdze dane turystów udających się na Rysy i pod Chłopka, a ci wracając musza się u nich odmeldowywać, na szczęście wspinaczom dają spokój. Ilekroć później tego lata wchodziłem na rygiel stawu to stawano przede mną na baczność i zwracano się regulaminowo, bo ów kapral biorąc mnie za tzw. patrol oficerski przekazał mój rysopis kolegom. W tamtych czasach bowiem od czasu do czasu meldował się w schronisku oficer po cywilnemu, udawał turystę, a później do komendanta strażnicy na Palenicy Białczańskiej przychodził pasztet z listą uchybień w pełnieniu służby. Minęło wiele lat, schodząc z Owczej Przełęczy spotykam już na szlaku dwóch strażników granicznych, starszy, w stopniu majora prosi mnie o dokumenty, a po ułamku sekundy wykrzykuje: poznaję pana, rok temu podziwiałem, z jaką szybkością pan zbiega podczas burzy z tej przełęczy. O dokumentach mowy już nie było, zaczęła się miła pogawędka. A zimą do Roztoki wprost z nocnego pociągu trafiałem w charakterze pasażera skutera śnieżnego Straży Granicznej, trochę wódeczki też się wspólnie wypiło (oczywiście po służbie).
  2. Sygnały – do trzech razy sztuka Po tragicznym finale zimowego sukcesu na Broad Peak-u rozpętało się, niestety, typowe piekło Polaków, choć nie już tak jednoznaczne, jak po akcji na Małym Jaworowym i śmierci Klimka Bachledy. Po pierwsze zabierają głos znani himalaiści, w tym i partnerzy Macieja Berbeki, brat Maćka, Jacek Berbeka, członkowie rodziny Tomka Kowalskiego oraz znawcy lub nie himalaizmu zimowego nie licząc tzw. publiki. Najsurowiej skrytykował realia wyprawy Ryszard Gajewski, zakopiańczyk, ratownik TOPR-u, współautor (razem z Maćkiem) pierwszych wejść zimowych na Manaslu (8156m) i Czo Oju (8201m, razem z Maciejem Pawlikowskim) oraz uczestnik wyprawy zimowej z 1980 roku, której sukcesem było zdobycie po raz pierwszy w historii zimą ośmiotysięcznika i to w dodatku najwyższego, bo Mount Everestu. O ciężarze gatunkowym tej krytyki najdobitniej świadczył sam tytuł wywiadu: Katastrofa moralna w cieniu tragedii. Wywiad ten zaowocował groźbą procesu sądowego ze strony Artura Hajzera tym groźniejszą dla Gajewskiego, iż miałby on przed sądem przeciwko sobie pieniądze Hajzera, współzałożyciela firm Alpinus i HiMountain, a wiadomo nie od dziś, iż o porażce lub wygranej w takim procesie decyduje w istotnym stopniu klasa pełnomocników prawnych, która przekłada się bezpośrednio na wysokość honorarium. W sporze Hajzer – Gajewski zarząd Polskiego Związku Alpinizmu (PZA) staje murem za Hajzerem czyli koordynatorem programu Polski Himalaizm Zimowy 2010 - 2015 ostro atakując Gajewskiego. Kolejny krytyczny głos zabiera Maciej Pawlikowski w rozmowie z Januszem Kurczabem, opublikowanej pt. „Wyszliśmy razem – umieramy razem?” na portalu wspinanie.pl . Gwoli przypomnienia: Maciej Pawlikowski, zakopiańczyk, ratownik TOPR (Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski za działalność ratowniczą), uczestnik siedmiu zimowych wypraw na ośmiotysięczniki, współautor nowej drogi i jednocześnie pierwszego wejścia zimowego na Cho Oyu (8201m) – razem z Maciejem Berbeki. Janusz Kurczab – wybitny polski taternik i alpinista, kierownik wyprawy na K2 w 1976, która wytyczyła nową drogę na ten szczyt, choć do wejścia na wierzchołek zabrakło jej 200 metrów nietrudnego terenu, szermierz, olimpijczyk, uznany kronikarz wydarzeń w Himalajach i Karakorum. Tytuł rozmowy to trawestacja słów Andrzeja Wilczkowskiego z 1981 roku: Wyszliśmy razem – wracamy razem. A oto słowa Pawlikowskiego, jakie padły w tej rozmowie: …wracając ze szczytu najsilniejszy uczestnik pędzi pozostawiając wszystko i wszystkich za sobą. Uważam, że świadczy to o jego skrajnym egoizmie, braku oznak jakiejkolwiek empatii i dyskwalifikuje go jako partnera wspinaczkowego. To mocne, bardzo mocne słowa i można by było mieć wątpliwości co do słuszności takiego sądu, gdyby nie dwa wydarzenia z przeszłości: niezbyt przyzwoite zachowanie Bieleckiego wobec partnera na Gasherbrumie I, opisane w wyborze tekstów na temat Broad Peak-a oraz kuriozalny casus w Alpach, gdy to Bielecki jako przewodnik pozostawił za sobą daleko swojego klienta podczas zejścia w niełatwym terenie, co skończyło się, niestety, jego śmiertelnym odpadnięciem. Przeczytałem w swoim czasie wywiad z Aleksandrem Lwowem autorstwa Wojciecha Cieśli, jaki ukazał się 20 marca 2013 roku na stronie internetowej Newsweek.pl . Oto fragment tego wywiadu: Wojciech Cieśla: Uważa pan, że góry wcześniej dają sygnał? Ostrzegają? Aleksander Lwow: Tak. Mam mnóstwo przykładów. I są ludzie, którzy lekceważą sygnały. Alek Lwow wszedł na cztery ośmiotysięczniki, uczestniczył w wyprawach na K2 latem i zimą, Yalung Kang (jeden z wierzchołków bocznych Kangchenjungi, 8505m), czterokrotnie na Mount Everest, w tym również jako kierownik wyprawy międzynarodowej). To właśnie Alek ćwierć wieku temu czekał przez dobę na biwaku na schodzącego zimą z Rocky Summie na Broad Peak-u Macieja Berbeki wiedząc, iż Berbeka nie przeżyje bez jego pomocy. Gdyby obaj poszli na szczyt to najprawdopodobniej żaden z nich nie wróciłby do bazy. Można mieć różne zdania co do teorii sygnałów Alka, ale niestety teoria ta się empirycznie potwierdziła w przypadku Artura Hajzera. A było to tak. Hajzer rozpoczął swoją himalajską karierę od wysokiego c – nowa droga na Manaslu, pierwsze zimowe wejście na Annapurnę w towarzystwie Jurka Kukuczki, nowe drogi na Sziszapangmie (z Kukuczką i Wandą Rutkiewicz) i Annapurnie Wschodniej. Potem było bez mała dwadzieścia lat przerwy i kolejne wejścia na Dhalaulagiri, Nanga Parbat oraz Makalu. Głośną na cały świat stała się brawurowo zorganizowana przez niego akcja ratunkowa po Andrzeja Marciniaka, jedynego ocalałego z katastrofy lawinowej nad Przełęczą Lho La w masywie Everestu, w której zginęli: Eugeniusz Chrobak, Andrzej Zygmunt Heinrich, Mirosław Gardzielewski, Wacław Otręba i Mirosław „Falco” Dąsal. Tragedia ta wydarzyła się po zdobyciu Everestu przez Chrobaka i Marciniaka niełatwą granią zachodnią. Poobijany, ze śnieżną ślepotą Marciniak teoretycznie był bez szans, ocalał dzięki determinacji Hajzera, który wprost cudem zorganizował ekipę ratunkowa. Dwadzieścia lat później Marciniak odpadł na Pośredniej Grani w Tatrach Słowackich z blokiem i pomimo dobrej asekuracji zginął nie przeżywszy dziesięciometrowego lotu – dopadł go wyważony przez niego blok skalny. Pierwszy sygnał, jaki odebrał od gór Hajzer miał miejsce w 2005 roku podczas odwrotu z ataku szczytowego na nomen omen Broad Peak-u – złamał wówczas nogę, ale silni partnerzy sprowadzili go do bazy pokonując, bagatela, 3000 metrów deniwelacji. Sygnał drugi, 10 lutego 2008 roku Hajzer odpadł z nawisem z niewinnej na pozór grani Ciemniaka i zaliczył kilkuset metrowy lot z lawiną. Prawdopodobnie uratował mu życie wystający ponad lawinisko czekan zapewniając mu nie tylko dopływ powietrza, ale i szybkie uwolnienie spod śniegu, bo ów czekan zauważono dostatecznie szybko z pokładu Sokoła. Sygnał trzeci. W maju tego samego roku Hajzer wraz z Robertem Szymczakiem schodzą w ciężkich warunkach atmosferycznych z wierzchołka Dhaulagiri. Podczas zejścia występują u niego oznaki jednego z najskuteczniejszych, himalajskich zabójców – wysokościowego obrzęku mózgu. W sprowadzaniu Hajzera z obozu II do bazy pomagają między innymi dwaj Czesi, Radek Jaros i Zdenek Hruby.. Ci sami parę dni później sprowadzają po udanym ataku szczytowym dwójkę zdeteriorowanych Hiszpanów, za co zostają nagrodzeni nagrodami Fair Play. Zdenek Hruby to ciekawa postać, 57 lat, prezes Czeskiego Związku Alpinizmu, osiem ośmiotysięczników zdobytych w latach 1994 – 2012 i w odróżnieniu od zawodowych alpinistów człowiek piastujący w swojej karierze szereg odpowiedzialnych stanowisk państwowych. Niestety, 9 sierpnia 2013 roku podczas odwrotu z próby przeprowadzenia nowej drogi na pd.-zach. ścianie Gasherbrum-a I traci równowagę i ginie w wyniku prawie kilometrowego upadku. Miesiąc wcześniej, a dokładnie 7 lipca 2013 roku na tej samej górze podczas odwrotu z ataku szczytowego Hajzer odpada w tak zwanym Kuluarze Japońskim i ponosi śmierć. Rok 2013 nie jest rokiem szczęśliwym dla himalaistów. Wprawdzie ekipa pod wodzą Jacka Berbeki, brata Maćka odnajduje ciało Tomasza Kowalskiego wiszące na poręczówkach w pionowym kominku na bardzo wąskiej grani i grzebie je w odpowiednim miejscu, Jacek zyskuje pewność, iż grobem jego brata stała się głęboka szczelina pod przełęczą rozdzielającą wierzchołki Broad Peak-u i wraca do kraju bez strat własnych, lecz innym szczęście nie dopisuje. Niemiecka alpinistka z Poczdamu ginie niedaleko bazy pod tym samym ośmiotysięcznikiem w lodowcowym potoku w sposób niemal identyczny, jak przed laty Barbara Tasiemka. Trzech Irańczyków wytycza znowu na tej samej górze nową drogę, ale ginie w zejściu. W bazie pod Nanga Parbat terroryści zabijają ośmiu alpinistów, w tym dwóch ratowników Horskej Służby. 20 maja 2013 roku jedenastu wspinaczy osiąga główny wierzchołek Kanczendzongi, lecz pięciu z nich ginie podczas schodzenia. Pośrednią przyczyną tej tragedii jest wejście na wierzchołek o bardzo późnej porze, co doprowadza do nieprzygotowanego biwaku na wysokości 8300 metrów. Jeden z nich też nie dawno odebrał od gór sygnał – Zsolt Eross, zdobywca dziesięciu ośmiotysięczników, z których dwa, Lhotse (8510m) i Kanczendzongę z protezą prawej nogi, nogi, którą stracił pod kolanem w 2010 roku w wypadku lawinowym w Tatrach Słowackich wywołanym przez oberwanie nawisu śnieżnego. Trochę górskiej statystyki á propos wieku. Oto wiek, w którym sześciu kolejnych himalaistów zdobyło Koronę Himalajów: 1. Messner 42 lata 2. Kukuczka 39 lat 3. Loretan 36 lat 4. Carsolio 33 lata 5. Wielicki 46 lat 6. Oiarzabal 43 lat (23 wejścia na ośmiotysięczniki w ciągu 20 lat !) A teraz wiek tych, o których pisałem, a którzy pozostali w górach na zawsze: · Maciej Berbeka 59 lat · Artur Hajzer 51 lat · Zdenek Hruby 57 lat · Zsolt Eross 45 lat Nie sądzę, aby przytoczone powyżej zestawienie wymagało komentarza. Oficjalny raport Komisji PZA ostro ocenia postawę Bieleckiego, ale odnoszę wrażenie, iż na tej ocenie zaważyły w sposób istotny poprzednie przygody Bieleckiego, a ponadto szanowna komisja wyraźnie oszczędzała Zarząd PZA oraz nieżyjących, w tym i Artura Hajzera. Faktem niezaprzeczalnym jest, iż Berbeka i Kowalski zaryzykowali ostro i drogo za to zapłacili, ale bądźmy szczerzy, kto z nas nie ryzykował w górach. Sam czasem głośno, a czasem po cichu wypowiadałem znamienne słowa: Raz maty rodyła ! Czytelnikom mniej zapoznanym z prozą Henryka Sienkiewicza przypominam, te słowa na kartach Trylogii wypowiada Maksym Krzywonos do Chmielnickiego zgłaszając się na ochotnika do poprowadzenia wyprawy przeciwko księciu Jeremiemu Wiśniowieckiemu. Z drugiej strony ani Ala ani ja z całą pewnością nie postąpilibyśmy tak, jak postąpił Bielecki, to pewne. I znowu życie dopisało coś jeszcze do roboczego, pisanego Watermanem tekstu tej kroniki, coś, co z jednej strony wiąże się z wiekiem, 12 października 2013 Władysław Cywiński czyli po prostu Włodek wybrał się do Doliny Złomisk z zamiarem sprawdzenia pewnego szczegółu topograficznego w rejonie Wysokiej, koniecznego do zakończenia pracy nad XIX tomem swojego Przewodnika szczegółowego po Tatrach, traktującego o grani głównej Tatr. Ponieważ Wysoką spowiły chmury Włodek zdecydował się na samotną wspinaczkę na ścianie Tępej, kruchej i obfitującej w trawy. I mimo, iż w takim terenie czuł się świetnie i kondycję miał doskonałą, jak na swój wiek (74 lata) to odpadł ginąc na miejscu. Wieść o wypadku rozeszła się błyskawicznie po praktycznie wszystkich mediach, na forach internetowych pełno było osobistych pożegnań Włodka. Nic dziwnego, ratownikiem był od roku 1967, uczestniczył we kilkuset akcjach, ustanowił swoisty rekord w ilości dyżurów w Morskim Oku, przewodniczył przez wiele lat komisji egzaminacyjnej przewodnictwa tatrzańskiego, przejął od Starego Mistrza Topografii, W. H. Paryskiego pałeczkę najlepszego znawcy topografii Tatr. W 2009 roku z okazji stulecia TOPR odznaczeni zostali Krzyżami Komandorskimi Orderu Odrodzenia Polski: Władysław Cywiński, Michał Jagiełło, Janusz Siemiątkowski i pośmiertnie – Piotr Malinowski.
  3. In memoriam Niestety, Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski dołączyli do długiej listy tych himalaistów, którzy pozostali na zawsze w górach. Rok 1941, Szwajcaria. W małym hoteliku w Winterthur mieszka dwóch kaprali podchorążych z 2 Dywizji Strzelców, która w wyniku klęski Francji przekroczyła granicę szwajcarską i została tam internowana. Owi dwaj kaprale to Jerzy Hajdukiewicz i Jan Sawicki, ci sami, którzy w lipcu 1939 roku pokonali Klimkowy Żleb. Przepisy o internowaniu są wówczas jeszcze bardzo surowe, Hajdukiewicz z Sawickim mogą tylko marzyć o wspinaczkach i studiować literaturę górską. Na wszelki wypadek postanawiają nie tracić formy i przygotowywać się do alpejskich wspinaczek tak, jak mogą. Kiedyś, przy piętnastostopniowym mrozie otwierają okna, aby spędzić noc w warunkach choć trochę przypominających alpejski biwak – budzi ich w środku nocy łoskot pękającego kaloryfera. Hajdukiewicza pasjonuje zwłaszcza postać lodowego wojownika – Willo Welzenbacha. Ten niemiecki alpinista był pionierem współczesnej wspinaczki w lodzie, wprowadził haki lodowe do alpinistycznego arsenału, a także jako pierwszy zaproponował sześciostopniową skalę trudności. Jednym z największych sukcesów Welzenbacha było zdobycie w 1925 roku liczącej sobie 1300 metrów północnej ściany Dent d’Herens (4171 m), szczytu w Alpach Penińskich na granicy Włoch i Szwajcarii. Rok później Willo przeszedł bardzo poważne schorzenie stawu łokciowego, ale po trzech latach dostosował swoją technikę wspinania na tyle do swoich ograniczeń, iż powrócił do uprawiania wielkiego alpinizmu. Jako wspinacz był perfekcjonistą, w przeciągu 14 lat wspinania dokonał ok. 940 wejść, w tym 72 wejścia na czterotysięczniki alpejskie, poprowadził 50 nowych dróg ani razu nie odpadając. Niestety, pierwsza jego wyprawa w góry wysokie zakończyła się dla niego tragicznie, zginął wraz z dwoma innymi wspinaczami i sześcioma Szerpami podczas gwałtownego załamania pogody na Nanga Parbat w 1934 roku. Może to i dobrze, że tam zginął, bo nie zdążył stać się mordercą – w SA miał stopień scharführera (SA, Die Sturmabteilungen der NSDAP czyli Oddziały Szturmowe NSDAP, których formalnym dowódcą był kanclerz III Rzeszy niejaki Adolf Hitler). Nie sądzę jednak, aby Hajdukiewicz w tamtym czasie o tym wiedział. Welzenbach nie był pod tym względem wyjątkiem, Heinrich Harrer, współzdobywca północnej ściany Eigeru i Mount Hunter na Alasce, uczestnik wyprawy na Nanga Parbat w 1939 roku, nauczyciel Dalaj Lamy i autor książki Siedem lat w Tybecie był również członkiem NSDAP i jej sztafet ochronnych znanych powszechnie pod skrótem SS. Wchodząc na odpowiednią stronę internetową można sobie obejrzeć dwa następujące po sobie zdjęcia – na pierwszym z nich widzimy Harrera w towarzystwie Hitlera, a na drugim – Dalaj Lamy, trudno o większy kontrast. Hajdukiewicz całą wojnę spędza w Szwajcarii kontynuując studia medyczne na Uniwersytecie w Zurychu (dyplom lekarza w listopadzie 1945 roku, doktorat w lutym 1946, a potem powrót do Polski). W międzyczasie zdążył założyć Klub Wysokogórski Winterthur i odnieść szereg sukcesów w Alpach, z których największym było X przejście drogi Welzenbacha na północnej ścianie Dent d’Herens (w lipcu 1945 roku wspólnie z Maciejem Mischke). Dość długo funkcjonowało w taternictwie przekonanie, iż do wejść zimowych można zaliczyć drogi pokonane do końca kwietnia, co w warunkach tatrzańskich powodowało, że niejedno tzw. pierwsze przejście zimowe odbyło się w warunkach prawie letnich to jest po suchej skale bez śniegu i lodu. Stąd tez próba taniego zaliczenia pierwszego zimowego przejścia drogi Welzenbacha na Dent d’Herens w kwietniu 1959 roku przez zespół w składzie: Jan Mostowski, Zbigniew Rusinowski, Stanisław Biel, Jerzy Hajdukiewicz i Krzysztof Berbera, ojciec Macieja Berbeki, zaginionego na Broad Peaku. Ta mocna skądinąd ekipa musiała się wycofać ze ściany z racji posiadania muzealnego, jak na Alpy sprzętu. Nawiasem mówiąc, w przeciwieństwie do dzisiejszych czasów, tylko Berbeka z tego zespołu żył z gór jako zawodowy przewodnik, instruktor i ratownik. Kolejny rozdział dopisany do historii tej ściany dopisali w marcu 1963 roku trzej włoscy alpiniści, niestety tragiczny, bo zginęli w lawinie seraków, a świadkami tej tragedii były trzy pary nart zatknięte pod ścianą. Zimą 1963/64 do kolejnej próby zimowego przejścia tej drogi przygotowują się w Zakopanem Krzysztof Berbeka i Jerzy Hajdukiewicz. Krzysztof Berbeka jako zawodowy ratownik Grupy Tatrzańskiej, a dziś patron Grupy Podhalańskiej GOPR bierze na siebie prawie wszystkie zwózki z Kasprowego. Hajdukiewicz, ordynator Oddziału Operacyjnego Sanatorium na Bystrem, któremu jego siostra instrumentariuszka obszyła ligniną ośmiokilogramową płytę chodnikową, aby włożona do niewielkiego plecaka nie uwierała w plecy, opuszcza codziennie sanatorium i wchodzi przecinką na Nosal, a stamtąd kieruje się do swojego domu na Małym Żywczańskim przez Kalatówki, Sarnią Skałę i Dolinę Strążyską. W sobotę, czternastego marca w drogę Welzenbacha wchodzi siedmioosobowy zespół, w skład którego poza Jurkiem i Krzysztofem wchodzą młodzi Niemcy i Szwajcarzy. Po czterodniowej, wyczerpującej wspinaczce zespół ów osiąga wierzchołek i biwakuje na grani szczytowej. Następnego dnia podczas schodzenia odpada Berbeka i wyrywa ze stanowiska Hajdukiewicza, obaj ześlizgują się po zboczu ponad dwieście metrów odnosząc poważne obrażenia, uniemożliwiające im dalsze schodzenie. Dwaj młodzi alpiniści zostają z rannymi, pozostali trzej kontynuują zejście. Załamanie pogody i trudne warunki zimowe utrudniają akcję ratunkową, dopiero czwartego dnia cała czwórka, cierpiąca też już z powodu odmrożeń zostaje przetransportowana w sposób klasyczny na górne piętro lodowca, skąd dwa śmigłowce pilotowane przez pionierów ratownictwa powietrznego, Geigera i Martignoniego zabierają ich do kliniki w Zermatt. 1 kwietnia 1964 roku Krzysztof Berbeka umiera nagle w klinice w Zurychu z powodu powikłań spowodowanych przez odmrożenia, 17 kwietnia dwudziestoletni Dieter Naef z Zurichu traci oba podudzia w wyniku koniecznej amputacji. Krzysztof Berbeka pozostawia żonę i dwóch synów, dziesięcioletniego Macieja i sześcioletniego Jacka, obaj wejdą później do historii polskiego himalaizmu. W Klubie Wysokogórskim zostaje wtedy utworzony tzw. Fundusz Berbeki, funkcjonujący do dziś w ramach PZA, którego celem jest udzielanie pomocy rodzinom wspinaczy, którzy zginęli w górach. Jacek Berbeka kończy Akademię Wychowania Fizycznego w Krakowie ze specjalizacją narciarstwa alpejskiego, które przez szereg lat uprawia wyczynowo. Jego himalajskie curriculum vitae jest imponujące: Rok 1990/91, wyprawa zimowa na Nanga Parbat (8126 m), jedyny ośmiotysięcznik, obok K2, niezdobyty dotąd zimą Rok 1995, Gasherbrum I (8035 m) samotnie, Gasherbrum I (8068) Rok 1996, kierownik letniej wyprawy na Nanga Parbat, podczas tej wyprawy Krzysztof Wielicki zdobywa swój czternasty ośmiotysięcznik Rok 1997, samotne wejścia na Cho Oyu (8201 m) i Shisha Panama (8013 m) Lata 1998 – 2000, dwa ataki bez tlenu na Mount Everest z osiągnięciem wysokości 8400 m i 8650 m, w obu przypadkach został zmuszony do odwrotu przez huraganowy wiatr Rok 2002/3, udział w zimowej wyprawie na K2, i w tym przypadku silne wiatry uniemożliwiły zdobycie szczytu Od lat Jacek Berbeka prowadzi w Zakopanem przy ulicy Kościuszki 12 sklep ze sprzętem turystycznym i wspinaczkowym znany jako J. Berbeka – Sport. Według słów Jacka Berbeki pierwotnie to on miał uczestniczyć w zimowej wyprawie na Broad Peak w 2013 roku. W 1975 roku środowisko wrocławskie Klubu Wysokogórskiego zorganizowało wyprawę na niezdobyty do tej pory boczny wierzchołek Broad Peaku – Broad Peak Middle (8016 m). 28 lipca sześcioosobowy zespół szturmowy wyruszył z obozu III, położonego na wysokości 7100 m idąc drogą klasyczną na przełęcz między głównym, a bocznym wierzchołkiem. Drogę tę poprowadzili członkowie wyprawy austriackiej z 1957 roku (Hermann Buhl, Kurt Diemberger, Markus Schmuck i Fritz Wintersteller) zdobywając główny wierzchołek granią od przełęczy, tą samą drogą weszli na wierzchołek Polacy zimą 2013 roku. Tego lata drogę na przełęcz pokrywała gruba warstwa śniegu, co bardzo spowalniało wspinaczkę, aby zwiększyć jej tempo uczestnicy ataku zdecydowali się trzysta metrów poniżej przełęczy na pozostawienie trzech plecaków z częścią sprzętu, w tym niestety jednej z dwóch posiadanych lin. Pod przełęczą zespół uległ osłabieniu, gdyż jeden z alpinistów postanowił zawrócić. Warunki atmosferyczne ciągle się pogarszały, szczyt osiągnięto dopiero o godzinie 19.30 i natychmiast ruszono w drogę powrotną. Około godziny dwudziestej pierwszej założono z czekana ostatni zjazd trzydzieści metrów powyżej przełęczy. Ostatni zjeżdżał Bohdan Nowaczyk, niestety spadł on wraz z liną w blisko trzykilometrową ścianę po stronie chińskiej, czekan odnaleźli po latach Jerzy Kukuczka i Wojciech Kurtyka. Pozostała czwórka spędziła noc w bardzo ciężkich warunkach w rejonie przełęczy, a po biwaku kontynuowała zejście w zamieci śnieżnej dysponując jedynie krótką, prowizoryczną liną sporządzoną z pętli osobistych i rozplecionych pasów asekuracyjnych. Podczas zejścia zginęli kolejno Marek Lesicki i Andrzej Sikorski, uratowali się tylko Kazimierz Głazek i Janusz Kuliś. Obie te tragedie, z 1975 i 2013 roku miały wspólny mianownik – atakowano szczyt licznym zespołem bez zespołu ubezpieczającego. Można dyskutować na ten temat, podnosić różnice między latem, a zimą, ale faktem jest, iż zdobywcy pierwszego ośmiotysięcznika, Annapurny, zginęliby na niej, gdyby nie zespół, który czekał na nich w ostatnim obozie. Co więcej, obaj przeżyli także dlatego, iż w skład wyprawy wchodził świetny lekarz. Pytanie, czy w skład narodowej wyprawy, działającej w pełnej izolacji w środku zimy nie powinien wchodzić lekarz. Dlaczego skład wyprawy na dobrą sprawę był słaby? Dwóch himalajskich dziadków, w tym jeden z dwudziestoletnią przerwą wyprawową, młody alpinista, który nigdy nie był na ośmiu tysiącach metrów, tylko jeden himalaista z dużym doświadczeniem i w dobrej formie? I to wszystko z wielkim szumem medialnym pod patronatem Prezydenta RP i barwnymi plakietkami licznych sponsorów. Latem 1985 roku Wanda Rutkiewicz, Liliane Barrad i Barbara Kozłowska schodzą już po lodowcu po nieudanym ataku na Broad Peak. W pewnej chwili Barbara Kozłowska traci równowagę i ześlizguje się po lodzie do rwącego potoku – ciężki plecak nie daje jej żadnej szansy, tonie. 23 czerwca 1986 roku Wanda Rutkiewicz jako pierwsza kobieta staje na wierzchołku K2, pół godziny później szczyt osiągają Liliane i Maurice Barrad. Ze względu na późną porę biwakują wszyscy w niewielkiej odległości od wierzchołka, następnego dnia Liliane i Marice zginą podczas zejścia, sześć lat później Wanda zaginie w partii szczytowej Kangchenjungi.
  4. Wspomnienia. Halina Krüger i Wanda Rutkiewicz były prekursorkami wspinania się na trudnych drogach i w górach wysokich w samodzielnych zespołach kobiecych. Halina wraz z Anią Okopińską zdobywa światowy rekord wysokości zespołu kobiecego na Gasherbrumie II (8035), Wanda wchodzi na Everest jako pierwsza europejska alpinistka, jest główną kandydatką do kobiecej Korony Himalajów. Niestety podczas kobiecej wyprawy na K2, w nisko położonym na wysokości zaledwie 6700m obozie II Ania Okopińska stwierdza rano z przerażeniem, iż Halina nie żyje. Wystarczyła jedna noc, aby rozwinął się śmiertelny w skutkach wysokościowy obrzęk mózgu. Cztery lata później, też na K2 ginie Mrówka, Dobrosława Miodowicz-Wolf. Mija sześć lat i Wanda Rutkiewicz nie wraca z samotnego ataku szczytowego na Kanczendzongę, kończy się sen o potędze polskiego alpinizmu kobiecego. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych po polskiej stronie Tatr latem wspinało się nie więcej, jak trzysta osób w tym samym okresie czasu. Wypadek śmiertelny zdarzał się średnio co miesiąc lub dwa, przyjmowaliśmy to ze smutkiem i wspinaliśmy się dalej. W dwudziestoleciu międzywojennym wspinało się niewielu, a kobiece zespoły można było policzyć na palcach jednej ręki. Tym tragiczniejszą sekwencją były dwa wypadki – w 1928 roku Zofia Krókowska i Jadwiga Honowska giną na Ostrym Szczycie, a rok później odpadają na południowej ścianie Zamarłej Turni młodziutkie, a już świetne w skale siostry Skotnicówny. Po tym ostatnim wypadku klasyczna na Zamarłej obrasta znowu legendą tak skuteczną w oddziaływaniu na panie, iż na samym wstępie mojej działalności tatrzańskiej byłem świadkiem pierwszego kobiecego przejścia tej drogi. Nawiasem mówiąc legendę tę podsycali tej miary twórcy, jak Przyboś i Choromański, a sceneria Dolinki Pustej stanowiła dla niej odpowiednią oprawę. Światek taternicki był mały, relacje z wypadków rozchodziły się w nim szybko i szeroko mając niebagatelny wpływ na wyobraźnię. Nasz nieżyjący już przyjaciel, największy obok Staszka Motyki spec od Zamarłej pokazał kiedyś Ali i mnie zdjęcia wykonane w Pustej po wypadku Lidy i Marzeny, były wstrząsające nawet dla doświadczonych wspinaczy. Już po napisaniu tej partii tekstu (o górskiej parapsychologii) nadeszła z Karakorum wpierw wiadomość o zdobyciu szczytu, a potem o przymusowym biwaku Berbeki i Kowalskiego w zejściu. W Podsarniu coraz silniej wiał halny, było ciepło i słonecznie, postanowiłem zatem zainaugurować górski sezon 2013. O dziesiątej rano ruszyłem spod leśniczówki Stańcowa na skraju Lipnicy Wielkiej w stronę granicznej Przełęczy pod Przyporem. Do przełęczy szedłem wygodnie po śladach skutera, a dalej, na słowacką stronę prowadziły mnie ślady nart. Śnieg był jeszcze po nocy twardy nie przypinałem więc rakiet. W najniższym punkcie drogi łączącej Stańcową z Hajownią Hviezdoslawa stoi sobie wygodna wiata z paleniskiem, stołami i ławami, idealne miejsce zimą na odpoczynek i drugie śniadanie. Zatelefonowałem też do Ali informując ją, jakie mam plany na najbliższe godziny – w zamian usłyszałem, iżbym miał się na baczności, bo w Podsarniu tak duje, że kot lata! Wiem, co to oznacza w partii szczytowej Babiej Góry i nie mam zamiaru aż tam podchodzić. Chcę dzisiaj dokonać rekonesansu terenu rozciągającego się między dwiema pobocznymi graniami, powinienem zatem być osłonięty przed wiatrem z trzech stron. Przypinam rakiety, cofam się kilkaset metrów główną drogą i wchodzę w wąską przecinkę prowadzącą w górę stoku – jej pierwszy, widoczny z drogi odcinek pokrywa nieskazitelna biel śniegu, dopiero wyżej pojawiają się tropy, głównie jeleni. Śnieg jest przepadający, jelenie zapadały się na głębokość od kilkunastu do kilkudziesięciu centymetrów, ale moje rakiety pozostawiają na śniegu tylko rysunek swojego kształtu. Moją uwagę przykuwa para niewielkich ptaków drapieżnych zataczających kręgi tuż nad wierzchołkami drzew i kwilących w charakterystyczny sposób. Po chwili ich zachowanie staje się dla mnie jasne, zostały spłoszone znad pożywienia przez znacznie groźniejszego przeciwnika. W lewo skos w węższej przecince leży jeleń niedawno sprawiony przez wilki, a znad niego podrywa się do lotu orzeł. Konfiguracja terenu sprawia, iż musi przedefilować przede mną w odległości nie większej, niż piętnaście metrów i na wysokości mniej więcej mojej głowy, to rzadka okazja podziwiać tego ptaka z tak niewielkiej odległości, ostatni raz miałem taką okazję pięćdziesiąt lat temu tuż pod wierzchołkiem Mięguszowieckiego Szczytu Pośredniego – pokłoniłem mu się wtedy głęboko. Jelenia zgubił ów przepadający śnieg, uciekał w dół stoku środkiem bardzo wąskiej przecinki, jeden z wilków wyprzedził go biegnąc twardszym śniegiem pod gałęziami smreków i zaatakował z boku, był to śmiertelnie skuteczny atak. Tu warto wspomnieć, iż tropiąc przez dwie zimy parę wilków w okolicach Podsarnia sporo się o nich nauczyłem, aby przeżyć muszą się sporo napracować, a większość ataków na sarny i jelenie to ataki chybione. Powierzchnia śniegu jest w tym przypadku księgą, z której wiele można odczytać. Wyżej teren stał się ciekawszym, coraz częściej przydawały się kolce na spodzie rakiet oraz aluminiowe zęby, wysuwające się spod rakiet przy wysokim podnoszeniu pięt. Koniec końców dotarłem do granicy wielkiego rąbaniska pełnego wykrotów i wiatrołomów, a to teren bardzo niewdzięczny dla rakiet, zwłaszcza tych klasycznych, z długimi ogonami. Uznałem więc, iż pora zawrócić do Stańcowej. W Podsarniu dowiedziałem się od Ali, iż sytuacja na Broad Peaku staje się z każdą godziną bardziej dramatyczną – brak wiadomości o Macieju Berbece i Tomaszu Kowalskim.
  5. Krótki wstęp do parapsychologii górskiej – część II. Kiedyś uważano, iż wracanie do schroniska lub namiotu po zapomnianą rzecz przynosi pecha na wspinaczce. Schyłek wspinaczkowego lata 1968, Hala Gąsienicowa. Razem z Jankiem z Bydgoszczy mamy ochotę na Komin Drege’a na Granatach. W ostatniej chwili zmieniamy plany ze względu na niezbyt pewną pogodę, zamieniamy formację wklęsłą na wypukłą, decydujemy się na Filar Staszla na Zadnim Granacie. W Murowańcu Janek zamienia niechcący swój plecak na plecak kolegi, który podszedł z taboru do schroniska, aby znaleźć partnera na Zamarłą. O taką zamianę nietrudno było, bo prawie wszyscy używali horolezek, słowackich plecaków wspinaczkowych. W efekcie pod ścianą okazuje się, iż mamy dwie liny, sporo haków i karabinków, ale tylko jeden młotek – kostek i friendów jeszcze wówczas w Tatrach nie znano. Janek zbiega do Murowańca i wraca pod ścianę z własnym plecakiem, zaczynamy więc wspinaczkę ze znacznym opóźnieniem, które jeszcze się powiększa na pierwszych wyciągach, bo obaj usiłujemy wyprostować drogę dodając własne warianty. Na kluczowym wyciągu zaczyna lać i to jak – coś na kształt lokalnego oberwania chmury. Żlebami walą po kwadransie potoki wody tocząc spore nawet wanty, gratulujemy sobie wyboru drogi, bo w kominie ryzyko ukamienowania bądź utopienia byłoby całkiem realne. Po raz pierwszy w życiu wspinam się po omacku, woda na przewieszonych stopniach tworzy kaskady lejąc mi się prosto w oczy, wpływa rękawami do skafandra i wypływa nogawkami spodni. Gdy jesteśmy już na łatwym zachodzie, który w kilkanaście minut sprowadziłby nas do Koziej Dolinki podejmujemy brzemienną w skutkach decyzję: skoro jesteśmy już całkowicie przemoczeni, a pozostałe partie żebra mają być łatwe to dokończmy drogę, lać dłużej tak intensywnie też już pewnie nie będzie. Błąd, dalsza część filara nie okazuje się tak łatwą, jak sądziliśmy, a lać nie przestaje. Wkrótce pojawiają się pierwsze oznaki wychłodzenia organizmu, dreszcze, niekontrolowane skurcze rąk. Janek wbija hak, nagle kuli się, puszcza młotek i prawą dłonią otacza lewą, w pierwszej chwili sądziłem, iż trafił obuchem młotka w lewą dłoń trzymającą hak. Po chwili widzę jednak, iż z trudem prawą dłonią rozprostowuje palce drugiej dłoni. Sytuacja ta powtarza się jeszcze. Mam na sobie spodnie uszyte z lekkiego brezentu, który, jak to brezent, zesztywniał po namoczeniu i gdy stoję na stanowisku też stoi utrzymując przyzwoity dystans od mojej skóry, woda po nim ścieka zapewniając mi pewien komfort termiczny. Ruszam ze stanowiska, namoknięty brezent zaczyna przylegać do mięśni nóg skutecznie je chłodząc i gdy stoję na wąskiej listwie skalnej wypatrując dalszej drogi nogi wpadają mi w tzw. telegraf, z trudem utrzymuję się na listwie. W następnych latach zrezygnuję z brezentu na rzecz uczciwej wełny. Wyżej, aby przyśpieszyć wspinaczkę rezygnuję z obejścia trudności i atakuję wprost piątkową przewieszkę. Na kancie przewieszki rozginają mi się palce, na szczęście trochę niżej jest szczelina w której skutecznie blokuję łokieć i wracam na stopnie pod przewieszką. Rozgrzewam palce i atakuję powtórnie, tym razem z powodzeniem. Dopisuje nam szczęście – osiągamy chodecki teren o zmierzchu, latarek oczywiście nie mamy, ale mimo to szybko zbiegamy do Murowańca i dalej, na tabor. Stwierdzamy obaj, iż grozi nam obustronne zapalenie płuc i trzeba coś zażyć doustnie, aby się przed nim obronić. Proponuję prawdziwy bykobój w charakterze odtrutki, zaparzam w menażce pół litra mocnej kawy i wlewam do niej pół litra spirytusu. Pijemy ten specjał na gorąco przykrywając kubki dłońmi, aby alkohol niepotrzebnie nie wyparowywał. Po paru łykach Janek stwierdza, iż mieszanka ta zbyt pali gardło i zaraz przyniesie coś zimnego do popijania. Tu zapomniałem dodać, iż mój partner z zawodu był chemikiem. To coś zimnego okazało się siedemdziesięcio procentową śliwowicą. Wkrótce po opróżnieniu menażki zasypiamy obaj w namiocie jak niemowlęta, aby obudzić się po paru godzinach. Przestało padać, niebo jest wygwieżdżone. Wychodzimy z namiotu na krótki spacer, ku naszemu zaskoczeniu jesteśmy już trzeźwi i w dobrej formie, nasze wychłodzone organizmy spaliły alkohol tak skutecznie, iż nie ma mowy o jakimkolwiek kacu. Zabawne, po raz wtóry uniknąłem w tym sezonie want lecących z góry zamieniając Drege’a na Staszla. Dwa tygodnie wcześniej na Kozich Czubach zacząłem prostować popularną Zetkę i wpakowałem się w nieciekawy teren, krucho, mchy, problematyczna asekuracja. Kląłem siebie za ten pomysł mając po prawej ręce właściwą rysę o pewnej skale, do której nie chciało mi się wcześniej przetrawersować. I właśnie w tym momencie rysą tą przeleciało parę sporych want, poruszonych nieopatrznie przez turystów na nieodległej Orlej Perci. To dopiero początek długiej serii przygód ze spadającymi kamieniami nieodmiennie kończących się szczęśliwym finałem. Wspólnym mianownikiem tych przygód było to, iż w niewiadomy mi tak do końca sposób odgadywałem, gdzie i jak poleci kamień czy kamienie. Prowadziło to czasem do zabawnych sytuacji, kiedy będąc w skądinąd doborowym towarzystwie stwierdzałem: Uwaga, kamień! Koledzy patrzą na mnie ze zdziwieniem, ale po chwili rzeczywiście przelatuje koło nas kamień. I zaczynają się pytania w rodzaju: Skąd wiedziałeś? Można oczywiście snuć określone przypuszczenia, w Tatrach stosunkowo rzadko samoistnie spadają kamienie, często winowajcą jest kozica, wędrująca podszczytowymi trawnikami lub wspinający się wyżej zespół. Można wówczas podświadomie wychwycić jakieś dźwięki poprzedzające lot kamienia. Od czasu do czasu zdarza się, iż świst rozcinanego powietrza nie jest tożsamy z zagrożeniem. Prowadzę przez Siodełko w Filarze na Mięgusza szesnastoletnią Magdę, Andrzeja Aścika i spotkanego nad Czarnym Stawem wspinacza, który, jak się później okazało, chciał odczarować Mięgusza po tym, jak przed dziesięcioma laty złamał na nim sobie kręgosłup. W czujnym miejscu rozlega się charakterystyczny świst, Magda i pozostali wciągają głowy w ramiona kuląc się ku skale. Za chwilę dziwią się, iż stoję wyprostowany i uśmiechnięty – wskazuję im wychodzącego z lotu nurkowego daleko pod nami jastrzębia, z biegiem czasu nauczyłem się odróżniać odgłos jego nurkowania od świstu spadającego kamienia. Gęsta mgła spowija Żabie, idę rozległym, trawiastym zachodem od żlebu spadającego z Białczańskiej Przełęczy Wyżnej w kierunku Białczańskiej Przełęczy. Teren ten pozbawiony jest charakterystycznych punktów orientacyjnych, jak na tak gęstą mgłę, w nawigacji pomagają mi odgłosy jakiegoś zespołu wspinającego się na Żabim Mnichu. Nagle wymiana słów między wspinaczami robi się co nieco nerwowa, tam, do licha, trzeba uważać, bo chyba jestem w linii spadku tego zespołu, a stoję na połogich płytach skalnych. Sekunda, dwie i słyszę, jak gdzieś wysoko odbija się od skał spory zapewne blok. Reaguję instynktownie skacząc za znajdujące się tuż obok mini żeberko i przypadając do gleby. Ułamek sekundy później w płyty skalne, na których stałem uderza blok skalny z taką siłą, iż jego fragmenty lecą we wszystkie strony, ale ów grzbiecik skalny chroni mnie skutecznie. Lata dziewięćdziesiąte. Dowiaduję się, iż Magda wybiera się z kolegą w Atlas Wysoki. Natychmiastowe skojarzenie –powrót ze wspinaczki w Wysokim Atlasie w nieznanym terenie, wisząca dolinka, wysoki, pionowy próg. Wylatuje stanowisko zjazdowe, obie dziewczyny giną, ich ciała znajdują ich koledzy następnego dnia. Ta smutna historia prześladuje mnie aż do momentu, kiedy otrzymujemy wiadomość od Magdy, iż kończą działalność górską w Atlasie i wracają do kraju. Ale pamięć o tamtym wypadku powraca, gdy Magda zaczyna relacjonować swoje przygody w Atlasie. Długa i trudna droga wspinaczkowa, a potem powrót do wioski – opis przewodnikowy drogi zejściowej nie pokrywa się z terenem, ryzykowne zjazdy z niepewnych stanowisk w zapadającym zmierzchu, droga do nikąd, próby wytrawersowania w bok znad urwisk, już w kompletnej ciemności. I nagle gdzieś pojawia się światełko, które naprowadza ich na kozią perć prowadzącą na dno doliny. Początkowo sądzą, iż to ich marokański przewodnik wyszedł im naprzeciw, ale okazuje się, iż nie ruszył się z wioski. Może obozujący w wiosce Hiszpanie? Też nie, bo nadużyli tego i owego i zapomnieli o Bożym świecie pogrążeni w kamiennym śnie. Opatrznościowe światełko pozostaje zagadką. Chyba, iż wierzy się w parapsychologię – wówczas wytłumaczenie jest trywialnie proste: to ja je zapaliłem siłą woli.
  6. Krótki wstęp do parapsychologii górskiej – część I. W 1964 roku, dwa lata po śmierci autora, ukazuje się Komin Pokutników pióra Jana Długosza, taternika i alpinisty, który na pewien czas stał się legendą swojego środowiska. Nie był fenomenalnym wspinaczem, ale miał serce i głowę do rozwiązywania problemów, jak ongiś nazywało się w taternickiej gwarze wytyczanie nowych dróg na trudnych formacjach skalnych. Wprowadził w Tatry technikę osadzania w skale nitów, dzięki której rozwiązano na początek dwa problemy – lewą połać Kazalnicy i środek wschodniej ściany Mnicha czyli pokonano tzw. Wariant R. Dziś, w epoce systematycznego treningu wspinaczkowego, obuwia high friction i nowoczesnych środków asekuracji drogi te pokonuje się klasycznie czyli wykorzystując wyłącznie naturalną rzeźbę skalną pomijając oczywiście pewne jej zmodyfikowanie poprzez tzw. erozję wspinaczkową. Pozornym paradoksem jest to, iż Długosz zginął na banalnej grani Zadniego Kościelca podczas nadzorowania szkolenia komandosów, nikt nie był świadkiem jego śmierci, najprawdopodobniej odpadł stanąwszy na odpękniętym bloku. Jeden z rozdziałów Komina Pokutników nosi tytuł Czarny Motyl, a kończy się tak: …to stara, bardzo stara legenda góralska, kiedy zimą widzi się czarnego motyla, w tej chwili umiera w górach człowiek. Jest rok 1970, siedzimy sobie z Alą wygodnie na piargach pod ścianą, przygotowujemy się do wspinaczki – trzeba rozwinąć i sklarować linę, wpiąć haki w karabinki etc. Nagle obok nas siada czarny motyl, a pamięć przywołuje wspomnianą przez Długosza legendę. Tak na wszelki wypadek mówię do Ali: przenieśmy się bliżej ściany. Gdy siedzimy już parę metrów dalej, w miejsce, gdzie przed chwilą siedzieliśmy trafia bez żadnego ostrzeżenia kamień spadający z górnej części ściany. Kolejne tatrzańskie lato, oczekuję w MOku na przyjazd Ali i włóczę się po okolicy. Pewnego dnia za cel wybieram sobie Zachód Grońskiego na Wołowym Grzbiecie. Cel okazuje się ambitniejszym, niż pierwotnie sądziłem. Mohutna ławica twardego, pozostałego jeszcze z zimy śniegu ciągnie się bez żadnej przerwy od podnóża północnej ściany Żabiego Konia aż po taflę Czarnego Stawu, nie sposób jej ominąć. Postanawiam sforsować ją ukośnym trawersem, bo tak jest bezpieczniej, jedynym sprzętem, jakim dysponuję jest wspinaczkowy młotek, na szczęście zimowy. Zaczyna się żmudna robota, wybijam kolejne stopnie zerkając z pewnym niepokojem na dolną część urwisk między liniami spadku Żabiej Przełęczy i Żabiej Przełęczy Wyżnej, teren to niezwykle kruchy i prawdopodobieństwo, iż coś stamtąd może polecieć na pewno nie jest zerowe. A jak poleci to będę w kłopocie, bo każdy unik może się łatwo zakończyć kilkusetmetrowym zjazdem po śniegu aż nad Czarny Staw. Oddycham z ulgą wkraczając na piargi, gdzie zaczyna się Zachód Grońskiego. Bez problemu pokonuję próg przegradzający zachód, a następnie wspinam się szczeliną brzeżną ciągnącego się wzdłuż zachodu płata śniegu. Za czas jakiś szczelina słusznej bo czterometrowej głębokości zwęża się i staje dęba, skały po lewej ręce pokrywa czarna maź mało sympatycznego błota – pora opuścić szczelinę. Wychodzę na płat śniegu zacieraczką, jedna stopa na skale, druga wbita w śnieg. Jestem teraz jak gdyby na rozbiegu gigantycznej skoczni, chwila nieuwagi, źle wyważony ruch i co to będzie za skok! Metr za metrem zdobywam wysokość będąc maksymalnie skoncentrowanym, nachylenie stoku nie daje żadnych szans w przypadku utraty równowagi. Gdy śnieg się kończy jestem już solidnie zmęczony psychicznie, co nie sprawia mi osobistej satysfakcji. Mała Wołowa Szczerbina i długie kluczenie popod granią po słowackiej stronie aż po Czarnostawiańską Przełęcz, Czarny Mięgusz i Przełęcz pod Chłopkiem. Na ryglu Czarnego Stawu spoglądam w stronę drogi, która przebyłem. Spod Żabiego Konia ciągnie się w dół wyraźna rynna, wyżłobiona w śniegu przez solidny blok skalny – rynna ta na długości kilkunastu metrów wiedzie po moich śladach! Mija kilka lat. W Morskim Oku pojawia się H. Adams Carter, wieloletni redaktor naczelny American Alpine Journal, uczestnik dwóch amerykańskich wypraw na owiany legendą himalajski siedmiotysięcznik Nanda Devi, wypraw, które dzieliło w czasie czterdzieści lat (1936 i 1976). Carter przez cały wieczór snuje w schronisku opowieść o tej górze. Następnego dnia po wieczornej opowieści Carter rusza na Zachód Grońskiego w towarzystwie Ryszarda Szafirskiego, naczelnika TOPR-u i też himalaisty. Warunki na zachodzie są mniej więcej takie same, na jakie natrafiłem przed laty – czuję się rozgrzeszony z psychicznych rozterek na zachodzie, obaj panowie niosą na plecakach raki i czekany, których tak mi wówczas brakowało. Ale wróćmy do Nanda Devi. Nanda Devi leży w Himalajach Garhwalu, ma dwa wierzchołki, główny o wysokości 7816m i niższy, zwany Nanda Devi East, mierzący 7434m. Pod głównym wierzchołkiem rozciąga się ogromny kocioł zamknięty wysokimi ścianami, tak piękny, iż nadano mu nazwę Sanktuarium Nanda Devi. Devi oznacza boginię, Nanda to siedemnasty przydomek bogini śmierci Kali, małżonki Sziwy. Główny wierzchołek został zdobyty przez amerykańsko- angielską wyprawę w 1936 roku. Nanda Devi East była głównym celem czteroosobowej, polskiej wyprawy wiosną 1939 roku. 2 lipca tego roku, po pokonaniu bardzo dużych trudności na wierzchołek wchodzą Jakub Bujak i Janusz Klarner, to polski rekord wysokości, który przetrwa wiele lat, bo Polskę ogarnie wpierw wojenna pożoga, a potem kraj nasz zostanie przez aliantów sprzedany Stalinowi i jego następcom. Plany polskiej wyprawy były jednak ambitniejsze – jej uczestnikom marzy się zdobycie jeszcze jednego siedmiotysięcznika, co w tamtych czasach byłoby swoistym rekordem. Adam Karpiński i Stefan Bernadzikiewicz udają się na rekonesans pod Tirsuli. Niestety, podczas pierwszego biwaku na ich obóz spada lawina – koledzy nie są w stanie odnaleźć ich ciał pod zwałami śniegu i lodu. To początek legendy o klątwie bogini śmierci, grożącej według miejscowych podań śmiałkom, którzy odważą się atakować ten szczyt. Nawiasem mówiąc syn Adama Karpińskiego zginie siedemnaście lat później w Tatrach na progu Dolinki Spadowej. Jest 30 czerwca 1945 roku, Jakub Bujak, prywatnie znany specjalista od silników odrzutowych wybiera się na górską wycieczkę w Kornwalii – z wycieczki tej nie wraca, ginie bez śladu. Czwarty uczestnik wyprawy, Janusz Klarner we wrześniu 1949 roku wychodzi z warszawskiego mieszkania, podobno po papierosy, i nigdy nie wraca do domu. Klarner był żołnierzem Armii Krajowej, a zatem rodzina i znajomi podejrzewają, iż został, jak wielu innych, aresztowany. Krewni piszą listy do władz, szukają go w więzieniach, bezskutecznie. W tamtych ponurych czasach niejeden z Polaków zginął w ubeckiej katowni. Być może taki los spotkał Janusza Klarnera. Rok 1951, francuska wyprawa podnosi bardzo wysoko poprzeczkę: planuje wejście na obydwa wierzchołki Nanda Devi łącznie z trawersowaniem łączącej ich długiej grani. Wspinacze z Lyonu, Duplat i Vignes wchodzą, najprawdopodobniej, na wierzchołek główny i rozpoczynają wspinaczkę granią w kierunku niższego wierzchołka. Naprzeciw tej dwójce wspinają się granią Nanda Devi East francuski wspinacz Dubost i Szerpa Tensing, dopisuje im szczęście – dokonują II wejścia na ten wierzchołek i nie napotkawszy drugiego zespołu szczęśliwie schodzą do bazy, jak zginęli Duplat i Vignes nie wiadomo po dzień dzisiejszy. Dwa lata później nazwisko Tensinga znane jest całemu światu. Po zdobyciu Mount Everestu dziennikarze zadają mu, jak się im wydaje, retoryczne pytanie: Jak była pana najtrudniejsza wspinaczka w życiu? I dziwią się, gdy pada zaskakująca odpowiedź: Nanda Devi. Fragment wspomnień Tensinga: W miarę jak posuwaliśmy się naprzód, grań stawała się coraz to węższa i bardziej eksponowana, oblodzona lub też pokryta sypkim, niezwiązanym śniegiem. Nie byliśmy pierwsi na tej drodze. Dwanaście lat temu robili ją alpiniści polscy zdobywając szczyt. Kilkakrotnie napotykaliśmy pozostawione przez nich liny i haki tkwiące jeszcze w lodzie, jednakże zbyt już stare i zniszczone, aby można im było zawierzyć. Musieliśmy więc iść własną drogą – poprzez ogromne uskoki i turnie, to znów wąską krawędzią nad trzykilometrową przepaścią, a przez cały czas po stopniach tak niepewnych, iż w każdej chwili groziły obsunięciem. Po czterdziestu latach wracają pod Nanda Devi Amerykanie. W odróżnieniu od pierwszej wyprawy, która nie miała kierownika, ta posiada aż dwóch, Cartera, który uczestniczył w pierwszej wyprawie i Willy Unsoelda. Willy to ciekawa postać, studiował fizykę i religioznawstwo, pracował w Korpusie Pokoju w Nepalu. W 1963 roku uczestniczył w pierwszym trawersowaniu Everestu – wejście zachodnim żebrem i zejście przez Przełęcz Południową. Zafascynowany Nepalem i masywem Nanda Devi nadał swojej córce takie właśnie imię: Nanda Devi Unsoeld. 1 sierpnia 1976 roku trzech uczestników wyprawy osiąga wierzchołek Nanda Devi. W drugim ataku szczytowym uczestniczy Nanda Devi Unsoeld – niestety umiera w czasie tego ataku, a jej ciało zostaje zrzucone w północno-wschodnią ścianę. Dziewczyna zbagatelizowała drobną infekcję nie chcąc rezygnować z ataku szczytowego, a to, co jest drobiazgiem na poziomie morza na dużej wysokości może stać się śmiertelnym problemem. Według relacji Cartera Szerpowie uczestniczący w wyprawie potraktowali ten wypadek z niezwykłym spokojem uznając, iż to bogini Kali powołała swoją imienniczkę do nieba. Trzy lata później ojciec Nandy Devi ginie w lawinie na Mt. Rainier. Nie mają szczęścia do jubileuszu także Polacy, polsko-indyjska wyprawa zorganizowana w pięćdziesiątą rocznicę zwycięskiej wyprawy musi się cofnąć z powodu fatalnych warunków atmosferycznych. Najtragiczniejszą do ubiegłego roku wyprawą na Nanda Devi była wojskowa wyprawa indyjska z 1981 roku, której celem było zdobycie obydwu wierzchołków – w czasie tej wyprawy zginęło pięciu jej uczestników. Niestety, w tym roku w maju pod Nanda Devi East ginie ośmiu z dwunastu uczestników międzynarodowej wyprawy, ale po osiemdziesięciu latach polskiej wyprawie udaje się osiągnąć wierzchołek. Cdn.
  7. Ciekaw jestem, ilu narciarzy przekraczających Żleb Marcinowskich wie i pamięta o tragedii, jaka tam się wydarzyła przed laty. Tu przytaczam ciekawy tekst z Internetu. 321góry Forum górskie Góry - Historia, kultura, sztuka - Czy ktoś pamięta Dom Polaka? Iwona S - 2006-05-02, 07:57 Temat postu: Czy ktoś pamięta Dom Polaka? O istnieniu Domu Polaka dowiedziałam się Sie od Ojca. Ilekroć wchodziliśmy na Kasprowy, Ojciec zatrzymywał się i wskazując na miejsce byłego schroniska, mówił: tu stal kiedyś Dom Polaka. Zabrała go lawina. Tyle pamiętam z dzieciństwa a teraz znalazłam artykuł w Tygodniku Podhalańskim, opisujący tamte zdarzenia. Polecam. Tatry bywają okrutne. Nikt nie doświadczył tego bardziej niż ród Marcinkowskich. „Dnia 28 Lutego 1856 r. zasypał pięciu górników śnieg. Ci nieszczęśliwi powracali z bani Ornak w Dolinie Kościeliskiej i idąc zapewne żlebem, trafili na moment, kiedy właśnie uwiózł się śnieg z szczytów Dziewiątej i Ornackich… Między nimi był Ojciec z dwoma małoletnimi synami - oprócz tego zostawił w domu sześcioro dzieci prawie niemowląt - prawdziwych sierot - nazywał się Wojciech Gąsienica. Drugi - Jan Gąsienica zostawił dwa małoletnie dziewczęta. Ci 4 byli od Kasprusia. Piąty był Józef Pawełko, syn Hutmana z Morawy rodem, liczył lat 16”. Tak wspomina ksiądz Stolarczyk tragedię, jaka zdarzyła się w rodzinie „hamerników”, czyli górników tatrzańskich. Dokładnie, w sto lat później w tym samym rodzie podobne nieszczęście powtórzyło się w Dolinie Goryczkowej. Zachowało się to zdarzenie w moich wspomnieniach z lat dziecinnych. Ciotka Zofia Gąsienica Marcinowska schodziła z przysiółka Gładkie z plecakiem i bambusowymi kijami narciarskimi. Zatrzymała się i jak zwykle ukochała mnie, pucyła ku sercu, całowała, o coś pytała i obdzieliła słodkimi miętusami. Lubiłem te powtarzane ukochiwania, po czym do wieczora jeździłem na sankach. Na drugi dzień wczesnym rankiem ojciec podniesionym głosem oznajmił mamie: - Jezus Maryjo, babo, Morcinowscy nie zyjom. Zosie, Władka i granicnyk zabrała lawina. Słowo „lawina”, którego znaczenia nie rozumiałem, wyzwoliło we mnie lęk. Tata zaopatrzony w jedzenie i łopatę ruszył, jak wielu zakopiańczyków, szukać swoich najbliższych krewnych i pozostałych. Z końcem dnia powracał zmęczonym krokiem. Oto strzęp przekazywanych matce wrażeń: - Nie zyjom syćka. Kie by ik tam nie było. Lawina! Uciec przed niom nie było jako. Schronisko zdrzyzdzone het. Coz tyz to z tymi Morcinowskiemi? Ujek Jan zginon na austryjackiej wojnie, Wojtek na Zamarłej Turni, a Władek ze Zosiom w Goryckowej. Modlenie rodziców i siódemki dzieci na nic się zdało. Strach przed lawiną pozostał. W rodzinnych zbiorach zachował się wiersz ojca, Stanisława Gąsienicy Byrcyna. Poznajmy jego fragment: Lawina wiecór z turni runyna, Z posumem wiatru i groźnyk chmur, A przed niom z gwizdem sunyła Płania powietrza i śniegu mur… I śmierzć, wśród trzasku łomanyk smrekow, Gasieła ludzkie zywoty, Na Goryckowej, wśród nocy cienia I zimnej śnieznej psoty…. Historię tego zdarzenia można odtworzyć w oparciu o materiały rodzinne córki Marcinowskich, Marii Gąsienicy Jaszewskiej. O północy z 2 na 3 marca 1956 r. placówka WOP ogłosiła alarm, gdyż trzej żołnierze nie powrócili z patrolu. Poszukująca ich kolejna trójka trafiła w śnieżycy na Halę Goryczkową i stwierdziła w świetle wystrzelonej rakiety rozległe lawinisko w miejscu znanych im schronisk: Polaka i Króla. Ponadto zwały śniegu pochłonęły dwa szałasy, stojące tu od niepamiętnych czasów. Z Kondratowego Wierchu, obecnie nazywanym Żlebem Marcinowskich, spadła potężna lawina. Zmieniła odwieczny swój tor i wydzierając całe płaty kosówkowej zapory oraz starego drzewostanu, zniszczyła wszystko na swojej drodze. Plątanina połamanych czy wyrwanych z korzeniami smreków, skał oraz rozwalonych schronisk i szałasów sięgała poza Goryczkowy Potok. Zmiana pogody, odwilż i silne wichury, tworzące wielkie śnieżne nawisy, umożliwiły powstanie śmiertelnego niebezpieczeństwa. Tadeusz Pawłowski, ówczesny naczelnik GOPR-u, sprawnie zorganizował akcję ratowania, którą bezpośrednio kierował Ludwik Ziemblic przy wsparciu WOP. Już od godziny 5.30, jak zanotowano w księdze z przebiegu akcji, w poszukiwaniach na Goryczkowej brali udział: Józef Gąsienica Gładczan, Szymon Gąsienica Wawrytko, Stanisław Gąsienica Roj I, Stanisław Marusarz, Adam Gąsienica Sieczka i Józef Gąsienica Janik Firek. Później dotarło wielu innych. Wymieńmy chociaż niektórych, w podzięce za ich ofiarność: Stanisława Skupnia, Stanisława Grandysa, Jana Spławińskiego, Antoniego Krzyżaka, Józefa Bukowskiego, Stanisława Gąsienicę Giewonta, Eugeniusza Strzebońskiego, Jakuba Gąsienicę Wawrytko, Artura Prosałowskiego, Stanisława Urbańskiego, Władysława Gąsienicę, Józefa Krzeptowskiego oraz Józefa Zubka. Właściwie całe Zakopane ruszyło, aby pomagać. Łącznie przekopywało lawinisko ponad 800 osób. W ciągu kilku godzin odnaleziono ciała Władysława i Zofii Gąsieniców Marcinowskich oraz żołnierzy WOP: Józefa Tomińskiego, Tadeusz Rutkowskiego i Eugeniusza Żerańskiego. Zapowiadana wycieczka na skutek wichury i śnieżycy nie dotarła w góry, zatrzymała się szczęśliwie w Zakopanem. Przebieg całego zdarzenia przedstawiał się następująco. Władysław Marcinowski przebywał 2 marca na Hali Goryczkowej jako gospodarz tzw. schroniska Polaka. Jego żona tego dnia, po odwiedzeniu domu na Gładkiem, późno skończyła zakupy w Zakopanem. O zmierzchu z koniecznym prowiantem zjawiła się w Kuźnicach. Nie zdążyła na ostatni kurs kolejki, jednak okazało się, że będzie jeszcze jazda na Myślenickie Turnie i z niej skorzystała. Nie była świadoma, że wtedy ważył się prawdopodobnie los jej żywota. Utartą perć od stacji kolejki ku schronisku nawet z ciężarem przemierzała w kilkanaście minut. O podobnej porze trzej żołnierze, patrolujący wówczas granicę państwową, ruszyli z Kasprowego Wierchu w kierunku Hali Goryczkowej. Przy schronisku, osłaniającym przed wiejącym wiatrem i śniegiem, spoczęli na ławce. Tutaj dopadł ich biały żywioł. Odnaleziona Zofia miała na ręku zegarek, który wskazywał godzinę 19.30. Jeśli ten czas wskazywał na zejście lawiny, to zapewne droga z Kuźnic na piechotę uratowałaby jej życie. Władysław przygnieciony został belkami stropu. Żołnierze byli przysypani zwałami śniegu. Zofia ze Stopków Olesioków i Władysław Gąsienicowie Marcinowscy pochodzili ze starych, podhalańskich rodów, zasiedziałych w Zakopanem. Marcinowscy dziedziczyli spore współwłasności w Hali Kasprowej i Hali Goryczkowej. Na tej ostatniej odkupili od rodziny Polaków z Poronina niewielkie schronisko i tu zajęli się gospodarzeniem. Ich działalność była bardzo chwalona przez turystów, a najbardziej przez narciarzy. Przypomnijmy tych ciekawych ludzi. Władysław (ur. w 1913 r.) był po kądzieli potomkiem sławnego przewodnika Tytusa Chałubińskiego, Wojciecha Gąsienicy Roja. Obok prowadzonej na dawnej Polanie Gładkie dużej gazdówki, podejmował się on różnych prac w Tatrach. Był ratownikiem tatrzańskim, członkiem TOPR od 1950 r. i uczestniczył w kilkunastu wyprawach ratunkowych. Jeszcze w okresie międzywojennym uprawiał turystykę, taternictwo oraz narciarstwo. Jego bardzo zdolny brat Wojciech, student prawa UJ, zginął podczas wspinaczki w południowym urwisku Zamarłej Turni. Władysław należał do operatywnych przedsiębiorców. Zofia (ur. w 1910 r.) należała do pokolenia, które przynosiło chlubę polskiemu narciarstwu obok Stanisława Marusarza, Bronisława Czecha czy Bronisławy Staszel Polankowej. Ta niezwykła dziewczyna swoją karierę narciarską rozpoczynała w latach 20. XX w., startując jeszcze w spódnicy góralskiej. Była świetną zawodniczką Sekcji Narciarskiej PTT. W zawodach o mistrzostwo Polski w 1932 r. zdobyła I miejsce w biegu kobiet, a w 1935 r. w kombinacji alpejskiej. Na zawodach FIS w 1939 r. osiągnęła, jak oceniano wówczas, świetne ósme miejsce w biegach pań. Zofia była również bardzo dobrą taterniczką. W 1931 r. uczestniczyła z Bronisławem Czechem i Janem Gnojkiem w próbie przejścia głównej grani Tatr Wysokich. W ciągu czterech dni przeszli oni odcinek pomiędzy Przełęczą Liliowe a Polskim Grzebieniem. Z tymi samymi taternikami zdobyła w 1931 r. południową ścianę Zamarłej Turni, a w 1932 r. z Bronisławem Czechem i Stanisławem Marusarzem zachodnią ścianę Kościelca. Marcinowscy cieszyli się dużym szacunkiem ludzi, wśród których żyli. Pozostawili jedyną córkę Marię, którą zaopiekowała się szczerze babcia Bronisława. Mała poprawka, Wojciech Gąsienica – Marcinowski zginął w 1932 roku razem z Tadeuszem Bośniackim nie na południowej ścianie Zamarłej Turni, a na sąsiednim urwisku, jakim opada do Dolinki Pustej Zmarzła Przełęcz.
  8. Lawiny. Lawiny – temat jak rzeka, rzeka śniegu. Znawcy tego tematu lubili ongiś nadawać swoim opracowaniom górnolotne tytuły, jak na przykład Lawiny – biała zagadka przyrody (Stefan Myczkowski, Wierchy, rok XXVI). Dziś unika się takich sformułowań, bo wiemy na ten temat znacznie więcej i to w ścisłej, matematycznej formie. Konia jednak z rzędem albo i dwa temu, kto potrafi przewidzieć, gdzie, kiedy i z jakim skutkiem. Pierwszy wypadek lawinowy już dziś mieliśmy – ale złamana noga to niewielki rachunek. Dla mediów katastrofy lawinowe to, jakby powiedział Moryc Welt z Ziemi Obiecanej, pokupny towar. Jeden z pierwszych opisów lawin sporządził jeszcze na pergaminowych zwojach współczesny Neronowi poeta rzymski Silius Italicus, według którego lawiny w tamtych czasach zmiatały nieraz całe kohorty. Ba, łacińskie labare (spadać, uderzać, ślizgać się) ewaluowało przez niemieckie Labine i Lauwine do dzisiejszego Die Lawine. Od poezji do w miarę precyzyjnych opisów długa była droga, trwała ona półtora tysiąca lat, bo w dopiero Zürichu w Roku Pańskim 1574 ukazało się dzieło Simlera De Alpibus Commentarius zawierające takowe opisy. Każdy doświadczony alpinista, jeśli znajdzie się w kompletnie nieznanym mu wcześniej terenie wysokogórskim w dolinie porośniętej na dole lasem bez trudu oceni rozkład potencjalnego zagrożenia lawinowego w poszczególnych partiach tej doliny. Cennych informacji na ten temat dostarczy mu między innymi przebieg górnej granicy lasu. Nawiasem mówiąc wspomniany już przeze mnie Stefan Myczkowski to również badacz górnej granicy lasu w Tatrach. W Stanach Zjednoczonych i Kanadzie rośnie liczba katastrof lawinowych sprowokowanych następującym procederem. Przyjeżdżają ludzie z miasta i mówią do siebie: Jaki tu piękny widok, warto tu zbudować dom, bo i cena ziemi przystępna. A widok jest piękny, bo lawiny przez lata wyrąbały tu las, miejscowi o tym wiedzą i dlatego cena działek jest niska. W Szwajcarii w kantonie Uri nad miejscowością Andermatt rośnie las tworzący na stromym zboczu rysunek trójkąta, ten las jest prawnie chroniony od roku 1397, bo chroni tą miejscowość przed lawinami. Osobliwością szwajcarską jest to, iż Szwajcarzy bardzo wcześnie zaczęli nadawać imiona co groźniejszym lawinom. I tak lawina zwana Rodi w 1618 roku zniszczyła miejscowość Plurs zabijając wszystkich jej mieszkańców w liczbie półtora tysiąca za wyjątkiem czterech osób przebywających poza nią, a łączna liczba jej ofiar wyniosła według kronik 2427. Stopień ryzyka związanego z lawinami i świetne zorganizowanie szwajcarskiego społeczeństwa sprawiły, iż Szwajcarzy stali się pionierami w badaniach nad lawinami angażując wcześnie w te badania specjalistów z wielu dziedzin. W 1931 roku powstaje Swiss Federal Commission for Snow i Avalanche Research, w latach 1935-36 przeprowadzane są pierwsze eksperymenty w Davos, a następnie zostaje utworzony Instytut Badań Śniegu i Lawin z laboratorium ulokowanym na wysokości 2662 m na Weissfluhjoch nad Davos. Takie alpejskie zimy, jak zima 1950-51, zwana z angielska Winter of Terror niewątpliwie miały niebagatelny wpływ na rozwój tych badań i w konsekwencji na coraz to szersze stosowanie zabudowy antylawinowej i kontrolowanego wywoływania lawin. W przeciągu tej zimy w czasie trzech jej miesięcy 649 lawin w Alpach spowodowało śmierć ponad 265 osób, w tym w samej Szwajcarii 96, a straty materialne oceniono na blisko 18 milionów ówczesnych franków szwajcarskich. W miarę upływu czasu ryzyko katastrof z jednej strony maleje z racji coraz skuteczniejszych metod prognozowania i efektywniejszej zabudowy antylawinowej, ale z drugiej strony rozbudowa ośrodków narciarskich i tras zjazdowych to ryzyko podnosi wskutek bilansowania na zasadzie kompromisu racji ekonomicznych i bezpieczeństwa. Szczególnie wysokie ryzyko katastrof lawinowych występuje zawsze podczas działań wojennych, kiedy to wielu żołnierzy przebywa w niewłaściwych miejscach w niewłaściwym czasie. Historycznie pierwszy przekonał się o tym boleśnie sam Hannibal tracąc nieprawdopodobnie wielu ludzi (podobno i słoni bojowych) podczas forsowania przełęczy alpejskich. W czasie I wojny światowej lawiny wywołane zarówno przez przyczyny naturalne, jak i celowy ostrzał artyleryjski spowodowały istną hekatombę. Całkiem niedawno przed napisaniem tych słów media doniosły o zniesieniu przez lawinę pakistańskiej bazy wojskowej na lodowcu Siaczen w Kaszmirze na pograniczu pakistańsko-indyjskim, gdzie od lat toczy się wojna pozycyjna – zginęło 135 żołnierzy i personelu cywilnego. Tatrzańską Winter of Terror była zima 1955-56 z obfitymi opadami śniegu i licznym i licznymi lawinami o nie notowanych dotychczas skutkach. Przypomnijmy jednocześnie, iż wówczas niewielu taterników, turystów i narciarzy wkraczało zimą w Tatry, a ci którzy to czynili reprezentowali niewątpliwie średnio znacznie wyższy poziom umiejętności i doświadczenia niż dzisiaj. Dwudziestego lutego ginie w lawinie pod Małym Kościelcem inżynier Michał Przerwa-Tetmajer, wypadek ten jest niemal kopią wypadku Mieczysława Karłowicza, miejsca znalezienia ich ciał dzieli odległość zaledwie stu metrów. Pierwszego marca mimo sporego zagrożenia lawinowego spieszący się na ważne zebranie w Krakowie szef Komisji Turystyki Narciarskiej PTTK, Marian Marcinkowski opuszcza schronisko w Pięciu Stawach i wkrótce ginie w lawinie – jego ciało zostanie odnalezione dopiero pierwszego maja. Drugiego marca wieczorem z Kondratowego wierchu rusza wielka lawina, nie spada najprostszą drogą lecz idzie łukiem przez las łamiąc drzewa i wyrywając z ziemi wielkie głazy. Schronisko na Hali Goryczkowej zamienia się w bezwładną plątaninę belek, desek i cegieł z komina wymieszanych ze śniegiem, ginie dwoje gospodarzy schroniska i trzyosobowy patrol WOP-u. Jest to najtragiczniejszy wypadek lawinowy po polskiej stronie Tatr od roku 1856, kiedy to na stokach Ornaku lawina pogrzebała pięciu hawiarzy czyli górników. Trzeciego marca gigantyczna lawina ze Żlebu Żandarmerii zasypuje drogę do Morskiego Oka na przestrzeni sześciuset metrów, droga ta stanie się przejezdną dopiero w połowie czerwca, na szczęście obywa się bez ofiar. Dwunastego kwietnia podczas próby zimowego przejścia grani Tatr na południowych stokach Mięguszowieckiego Szczytu Pośredniego lawina zabija Henryka Czarnockiego i Tadeusza Strumiłłę, świetnych taterników. Ale największa z katastrof ma miejsce ósmego marca w Niżnych Tatrach w rejonie Zdziarskiej Holi (1841m). Przez osiem dni poprzedzających ową tragedię pada śnieg, a wiatr przenosi go dodatkowo na stronę zawietrzną. Na stoku o nachyleniu dochodzącym do trzydziestu dwu stopni na twardym, firnowym podłożu gromadzi się dwumetrowa warstwa śniegu. Tego dnia na wysokości około 1700 – 1750 metrów następuje obryw o długości ośmiuset metrów, tysiące ton śniegu ruszają w dół osiągając prędkość rzędu 250 km/h. Nisko, w dolinie porośniętej stu, stu pięćdziesięcioletnim lasem stoi solidny, dwuizbowy budyneczek drewniany, częściowo osłonięty skałą. Każdy z lawinowych ekspertów tamtych lat uznałby to miejsce za absolutnie bezpieczne. A jednak lawina wyrąbuje sobie drogę przez las i swoim podmuchem roznosi ów domek na strzępy zabijając szesnastu, a ciężko raniąc trzech robotników leśnych. Długość toru lawiny wyniesie trzy i pół kilometra, pokonana różnica wzniesień osiemset metrów, język lawiny, jak oceniono miał objętość 470 tysięcy metrów sześciennych i masę 283 tysięcy ton, a akcja ratunkowa wymagała wykonania gigantycznej pracy, wzięło w niej udział łącznie 3717 ratowników. To nie największa ze słowackich katastrof lawinowych, w 1924 roku w Wielkiej Fatrze lawina o długości toru dwa i pół kilometra niszczy połowę osady Rybo, ginie osiemnastu jej mieszkańców. Dziwnym trafem największa z polskich katastrof lawinowych ma miejsce, podobnie jak w przypadku Słowacji, poza Tatrami. Karkonosze, druga dekada marca 1968 roku. Wieje silny wiatr nanosząc świeży śnieg na zlodowaciałe podłoże wielkiej depresji nad Białym Jarem u stóp Małej Kopy. Zagrożenie lawinowe jest ewidentne, jedna lawina już zeszła. Z powodu wiatru wyciąg krzesełkowy na Kopę jest unieruchomiony, a wycieczki podchodzą Białym Jarem w górę. Koło południa rusza śnieg nagromadzony w depresji, tor lawiny sięga prawie kilometra, lawinisko ma od dwudziestu pięciu do osiemdziesięciu metrów szerokości i do dwudziestu pięciu metrów wysokości , masa zawartego w nim śniegu jest rzędu kilkudziesięciu tysięcy ton. W zasięgu lawiny znalazły się dwadzieścia cztery osoby, pięć z nich podmuch odrzucił poza lawinisko, dziewiętnaście osób zginęło. Dwa miesiące wcześniej w Orawskiej Magurce na Kubinskej Holi lawina zagarnęła pięćdziesięciu trzech narciarzy, sześciu z nich zginęło, a dwudziestu pięciu zostało rannych. Mija sześć lat, dwudziestego stycznia 1974 roku przed południem na śnieżnym pólku w Dolinie Mięguszowieckiej, zaledwie czterysta metrów od schroniska nad Popradzkim Stawem trwają zajęcia kursu narciarskiego dla uczniów Technikum Budowlanego z Komarna. Zajęcia prowadzi nauczyciel tego technikum, kursanci mają po osiemnaście – dziewiętnaście lat, a wśród nich jest również trzynastoletni syn nauczyciela. W żlebie spadającym z Przełęczy nad Skokiem w Grani Baszt obrywa się lawina, schodzi na dno doliny i wspina się na przeciwstok na wysokość czterdziestu czterech metrów. Bilans lawiny jest tragiczny, dwanaście ofiar śmiertelnych, w tym nauczyciel i jego syn. Wkraczając w XXI wiek dysponujemy już niebagatelną wiedzą o lawinach, procedurami pozwalającymi szacować zagrożenie lawinowe, metodyką minimalizacji ryzyka przy planowaniu górskiej eskapady. Mino to zwykła ludzka niefrasobliwość i złudne poczucie bezpieczeństwa w licznej grupie prowadzą do kolejnych nieszczęść, instynkt stadny też potrafi zabijać. Szerokim echem odbija się wypadek licealistów z Tych prowadzonych na Rysy przez nieodpowiedzialnego nauczyciela – osiem ofiar śmiertelnych. Równie symptomatycznym jest wypadek lawinowy w Spalonym Żlebie w masywie Rohaczy w Sylwestra roku 2005, kiedy to nad ranem lawina zabiła siedmiu z ośmiu czeskich narciarzy beztrosko biwakujących w namiotach rozbitych na środku tego żlebu. Najpoważniejszą organizacją międzynarodową zajmującą się bezpieczeństwem w górach jest IKAR – CISA, Międzynarodowy Komitet Ratownictwa Alpejskiego mająca swą siedzibę w Szwajcarii, której członkami są obecnie organizacje ratownicze w liczbie trzydziestu, w tym GOPR i TOPR. Prezydentem IKAR jest Herold Biner, urodzony w 1963 roku w Sion szwajcarski pilot i instruktor związany od 1983 roku z Air Zermatt, mający na swoim koncie wylatanych dwanaście tysięcy godzin na śmigłowcach i przeszło trzy tysiące akcji ratunkowych z powietrza. IKAR od szeregu lat zbiera i analizuje statystyki wypadków w górach. Rzućmy okiem na ostatnie opublikowane przez te organizację dane odnoszące się do śmiertelnych wypadków lawinowych w zimie 2009/2010 w dwudziestu dwu krajach. Łączna liczba ofiar to 251, z czego w poszczególnych krajach zginęło osób: Włochy 45, Francja 41, Austria 39, USA 36, Szwajcaria 29, w Polsce i w Słowacji po 6. Wypadki lawinowe w USA i Kanadzie mają swoją specyfikę, większość ofiar to kierowcy skuterów śnieżnych, idealnie nadających się do podcinania lawin na lawiniastych, stromych zboczach. Na szczęście przepisy obowiązujące w europejskich parkach narodowych skutecznie eliminują tego rodzaju wypadki. Nie należy kojarzyć katastrof lawinowych wyłącznie z wielkimi lawinami – w marcu 1964 roku w masywie Mont Blanc niewielka stosunkowo deska śnieżna na Aiguille Verte strąciła z grani z tragicznym skutkiem czternastu uczestników kursu przewodnickiego najsłynniejszej szkoły górskiej na świecie, ENSA czyli francuskiej Państwowej Szkoły Narciarstwa i Alpinizmu w Chamonix. Szczególnie groźne bywają skutki wstrząsów tektonicznych w górach typu alpejskiego. W roku 1970 w Peru gigantyczny obryw z Huascaranu, być może wywołany wstrząsem tektonicznym spowodował śmierć około dwudziestu tysięcy ludzi, w tym całej, szesnastoosobowej wyprawy czechosłowackiej – ciał członków tej wyprawy nigdy nie wydobyto spod lawiniska o miąższości ponad szesnastu metrów skał, błota, ziemi, śniegu i lodu. Wieczorem, trzynastego sierpnia 1990 roku w Pamirze na zboczu Piku Lenina (7134 m) wstrząs tektoniczny wyzwolił lawinę, która zmiotła w stromy, pocięty szczelinami lodospad obóz zwany Patelnią, w którym przebywało w namiotach przeszło czterdziestu alpinistów różnych narodowości, tylko dwóch z nich ocalało. Lawiny są nie tylko groźnym, ale i bardzo pięknym zjawiskiem, choć ich piękno można podziwiać w pełni tylko z bezpiecznego miejsca. Oczywiście pojęcie bezpiecznego miejsca jest pojęciem względnym. W warunkach skrajnego zagrożenia wielkimi lawinami do całkowicie bezpiecznych miejsc nie zaliczają się na przykład schroniska w Morskim Oku i na Polanie Chochołowskiej. Pewnego roku zjawiłem się w Roztoce pod koniec kwietnia. Ledwo zdążyłem przepakować plecak i zadomowić się w pokoju to zaczął padać deszcz. Nazajutrz rano świeciło już jednak słońce, a słupek alkoholu w termometrze wspinał się coraz wyżej, wyruszyłem zatem z Roztoki kierując się w stronę Morskiego Oka, a następnie rozpocząłem podejście do Czarnego Stawu. Dzień zapowiadał się pięknie, bo nie groziło mi tradycyjne w porze długiego weekendu vel Wielkiego Redyku Wiosennego zbiegowisko nad Czarnym Stawem. Powody tego były dwa. Po pierwsze drogę zagradzało gigantyczne lawinisko, które zastygło w postaci żlebów i grzęd kilkumetrowej wysokości, a po drugie nad Morskie Oko zaczynały dobiegać odgłosy ciężkich lawin firnowych różnego wagomiaru. Nad Czarnym Stawem zastałem jedynie pięć osób, które i tak szybko zeszły w dół, zostałem sam. Z plecaka wyciągnąłem dwa płaty karimatki i usadowiłem się wygodnie w pozycji leżącej na wielkiej wancie na ryglu stawu, jedynej wytopionej ze śniegu. Przez cztery godziny słuchałem i oglądałem istny lawinowy festiwal, przez ten czas zeszła dobrze ponad setka lawin. Bądźmy jednak szczerzy, podsumowując całokształt moich doznań osobistych związanych z lawinami muszę stwierdzić z cała stanowczością, iż suma sumarum strach górował nad zachwytem i to znacznie. O ile jednym z najpiękniejszych dźwięków w górach po dzień dzisiejszy pozostaje dla mnie trzask karabinka zapinanego na przelocie po trudnym i ryzykownym fragmencie drogi wspinaczkowej to trzasku pękającego śniegu w lawiniastym żlebie wolałbym już więcej nie usłyszeć.
  9. Fatum Z przyzwyczajenia śledzę warunki w Tatrach, podobnie, jak to czyniłem w Łodzi na parę tygodni przed zimowym wyjazdem w Tatry. Mały komentarz na ten temat. Codziennie ogłaszany jest przez TOPR komunikat lawinowy, ale komunikat ten daje jedynie uśrednioną ocenę zagrożenia lawinowego nie oddając z natury rzeczy rzeczywistego zagrożenia w danym miejscu i w danym czasie. Taką ocenę trzeba wypracować samemu, a jej podstawą jest znajomość terenu i warunków, w jakich w ostatnim okresie czasu kształtowała się pokrywa śnieżna. Margines błędu jest niestety dość szeroki, a jak twierdzą wybitni specjaliści od lawin najgorsze jest to, iż lawina nie wie, że ma do czynienia ze specjalistą. Nawiasem mówiąc zawsze twierdziłem, iż na mapie Europy są dwa miejsca, obydwa na terenie Szwajcarii, gdzie najchętniej pracowałbym przez długie lata. To CERN i Instytut Badania Śniegu i Lawin w okolicy Davos. Tak się jakoś składało przez dość długi okres czasu, iż przyjeżdżałem w Tatry przy lawinowej trójce, z której następnie szybko robiła się czwórka, a nawet piątka, co zmuszało mnie do całkiem sporego wysiłku intelektualnego, aby nie siedzieć w schronisku i aby liczba wyjść zgodziła się z liczbą powrotów na własnych nogach. 19 II 2012, niedzielne przedpołudnie. Kolejka na Kasprowy nie kursuje z racji silnego wiatru, który przenosił duże masy śniegu, ocieplenie, lawinowa trójka ogłoszona przez TOPR i czwórka według oceny Horskiej Służby. Na internetowej stronie Tygodnika Podhalańskiego ukazuje się poniższy komunikat: 24tp.pl 2012-02-19 11:51:54 Lawina w Tatrach. Obie narciarki odkopane. Jedna przytomna, stan drugiej bardzo ciężki Lawina w Dolinie Goryczkowej. Pod śniegiem znalazły się dwie narciarki. Pierwsza szybko odkopana przez ratownika z Kasprowego Wierchu trafiła do szpitala. Po kilkunastu minutach odkopano drugą. Nie dawała oznak życia. Później odzyskała tętno, lekarze cały czas walczą o jej życie. Lawina zeszła w okolicach Dol. Goryczkowej, niedaleko Świńskiego Kotła, w rejonie Żlebu Marcinowskich. Szlakiem narciarskim łączącym Goryczkową z Kondratową na nartach ski-turowych szły trzy osoby - dwie kobiety i jeden mężczyzna. Kobiety znalazły się pod śniegiem. Mężczyzna sam wydostał się spod śniegu i razem z ratownikiem TOPR z Kasprowego Wierchu odkopał pierwszą z kobiet. Pod śniegiem straciła przytomność, ale później ją odzyskała. Śmigłowcem została przetransportowana do szpitala. - Po kilkunastu minutach udało się odkopać drugą z zasypanych. Nie dawała oznak życia. Rozpoczęliśmy jej reanimację. W takim stanie została przetransportowana do szpitala i przekazana ekipie specjalistycznej karetki pogotowia - powiedział na lądowisku śmigłowca Marcin Firczyk, ratownik TOPR. Lekarze cały czas walczą o jej życie. Kobieta odzyskała tętno, ale nie jest przytomna. W akcji brało udział przeszło 20 ratowników TOPR. W Tatrach wieje dziś silny wiatr. Zatrzymał on kolejki w rejonie Kasprowego. Wzrosła temperatura. Nie kursuje kolejka linowa na Kasprowy. Obowiązuje trzeci stopień zagrożenia lawinowego. W rejonie Żlebu Marcinowskich przebiega nartostrada w stronę Hali Kondratowej. W 1956 r. żlebem zeszła lawina, która na Niżnej Goryczkowej Równi zabiła pięć osób, w tym gospodarzy znajdującego się tam wtedy schroniska. Dwa dni później Tygodnik podaje wiadomość o śmierci drugiej z zasypanych narciarek, mija trochę czasu i media podają jej nazwisko: Joanna Wolf – Szczerba, natychmiast wracam pamięcią do dnia sprzed lat. 13 VIII 1992, naszą bazą wypadową w Tatry jest, jak zwykle, Stara (poczciwa) Roztoka, Magda mieszka na taborze na Starych Szałasiskach (trochę powyżej Włosiennicy) i dzielnie się wspina. Tego dnia spotykam Magdę na ceprostradzie, ma w planie Międzymiastową na Mnichu, a ja wejście na Mięgusza granią od Hińczowej. Piękny, słoneczny dzień, ciepły granit na grani, długi, samotny posiad na wierzchołku – sielanka. Zaczynam schodzić i po paru chwilach dobiega do moich uszów dźwięk, który nie wróży w Tatrach niczego dobrego, głuchy warkot łopat wirników śmigłowca. Denerwuje mnie to, iż nie mogę określić, czy dźwięk ten dochodzi z otoczenia Doliny za Mnichem, gdzie miała się wspinać Magda czy z otoczenia Czarnego Stawu. Nie ma co deliberować, zdejmuję plecak, aby mieć większą swobodę ruchu, ustawiam go na grani i wchodzę w ścianę kopuły szczytowej Mięgusza. Po iluś tam metrach trawersu docieram do punktu, z którego dostrzegam lądujący nad Czarnym Stawem śmigłowiec – oddycham z ulgą, o Magdę mogę być spokojny. Wracam na grań, powoli i ostrożnie, a tam nad moim plecakiem stoi dwoje dwukrotnie ode mnie młodszych wspinaczy wyraźnie martwiących się losem właściciela plecaka. Nie dziwię się im, sam na ich miejscu martwiłbym się i to bardzo. Sielanka trwa dalej, niedługo potem rozstaję się z młodymi, oni schodzą prosto granią, a ja dla urozmaicenia dość skomplikowanym orientacyjnie obejściem grani. Tuż nad Hińczową Przełęczą rozsiadam się wygodnie i zapalam fajkę. Po pewnym czasie dochodzą do mnie ci sami taternicy, z którymi niedawno się rozstałem, są zdziwieni widząc nad przełęczą dziadka z nieco już posiwiałą brodą, pada pytanie: To obejście grani jest krótsze? Moja odpowiedź zapewne nie była dla nich satysfakcjonującą: Skądże, jest dłuższe. No cóż, mimo upływu lat ciągle jestem tu u siebie. Kolejny posiad na dobrze podgrzanej słońcem Zadniej Galerii, kontemplacja chylącego się do zajścia za grań słońca, schronisko, kufel zimnego piwa. Postanawiam odwiedzić Magdę na taborze, gdy dochodzę do Starych Szałasisk zapada właśnie zmrok. Na środku obozowiska płonie watra otoczona wianuszkiem taborowiczów. Magda rozpoznaje moją sylwetkę, zrywa się i podbiega do mnie, poczucie sielanki pryska w jednej chwili, gdy dostrzegam jej zapłakane oczy, padają słowa, które w różnych odmianach już nieraz w Tatrach słyszałem: Jasiek Wolf zginął dziś na Kazalnicy. Wypadki takie, jak ten robią na innych szczególne wrażenie. Po pierwsze Jasiek należał do ścisłej czołówki tatrzańskiej, odnosił też poważne sukcesy w alpinizmie zimowym. Po drugie wypadek nie wydarzył się podczas samej wspinaczki, a podczas powrotu pod ścianę. Ongiś, w klasycznym okresie taternictwa wspinaczka kończyła się prawie zawsze na wierzchołku. W miarę upływu czasu na takich ścianach, jak Kazalnica czy Czołówka MSW zaczęto po pokonaniu zasadniczego ciągu trudności zjeżdżać na linie pod ścianę, pojawiły się stałe, pewne stanowiska zjazdowe. Nawiasem mówiąc zjazdy w takich warunkach są zwykle bardziej bezpieczne, niż kontynuowanie wspinaczki w łatwym, ale trawiastym i kruchym terenie, kiedy asekuracja staje się iluzoryczna bądź w ogóle jej brak. Podana wyżej nazwa Czołówka MSW jest również symbolem upływu czasu, dawniej mówiło się: ściana czołowa północno-wschodniego filara Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego. Tym razem jednak jeden ze zjazdów zakończył się lotem Wolfa aż do tafli Czarnego Stawu z tylko jednym, śmiertelnym w skutkach odbiciem się od skał. Co było przyczyną? Do końca nie wiem, choć niektórzy z ratowników TOPR-u sugerowali, iż Wolf dojechał do końca liny, a że nie było na jej końcu zabezpieczającej kluczki to poleciał w powietrze. Kiedyś w ściśle dobranym gronie nie raz żartowaliśmy: Jak się gdzieś w Tatrach ubijemy to dopiero nas Sałyga obsmaruje! Rzecz w tym, iż ówcześnie kronikę TOPR-u prowadziła Krystyna Sałyga – Dąbkowska, która miała zwyczaj prawie każdemu pośmiertnie coś wytknąć. Dziś kronikę prowadzi Adam Marasek i również pro publico bono błędy pośmiertnie wytyka. Tragizmu wypadkowi na Kazalnicy dodało to, iż Jasiek zginął na oczach własnej żony, która wcześniej ukończyła inną drogę na Kazalnicy. Joanna była drugą żoną Wolfa, wspólnie wychowywali dwoje dzieci, jedno ich obojga, drugie z poprzedniego małżeństwa Jaśka. Pierwszą żoną Wolfa była Dobrosława Miodowicz – Wolf „Mrówka”, absolwentka etnografii na UJ-jocie, jedna z najlepiej wspinających się dziewczyn, siostra Kostka Miodowicza, również taternika, który zapewne ku niezadowoleniu ojca, szefa OPPZ działał w opozycji i poszedł w politykę. „Mrówka” zginęła podczas odwrotu z partii szczytowej K2 w Karakorum latem 1986 roku. Joanna Wiglusz – Wolf - Szczerba ukończyła geologię na tej samej uczelni, świetnie wspinała się w skale, w połowie lat dziewięćdziesiątych była prezesem Klubu Wysokogórskiego Warszawa, do którego należała i Magda. Wcześnie przeżyła pierwszą tragedię, jej chłopak z okresu studiów, a być może i mąż, Staszek Bagiński zginął na wspinaczce w Alpach Francuskich. Joanna w ostatnich latach szukała możliwości przeniesienia się bliżej gór, w ubiegłym roku udało jej się przenieść wraz z rodziną na Podhale – podjęła pracę w Nowym targu jako kurator sądowy. Los sprawił, iż zginęła nie na wspinaczce lecz podczas z pozoru niewinnego spaceru narciarskiego. Została pochowana w Zakopanem na Nowym Cmentarzu przy ulicy Nowotarskiej. Na Magdę i jej partnera parę dni po śmierci Jaska spadł smutny obowiązek dokończenia w pewnym sensie jego pogrzebu – podchodząc pod drogę Długosza na Kazalnicy natrafili na miejsce, w które on uderzył, a gdy ktoś z nas po długim locie odbija się od skał to z reguły coś w nich pozostawia. Wolf był matematykiem, matematykiem jest także znany szeroko z wielkiej polityki Janusz Onyszkiewicz, doskonały speleolog i alpinista, prezes Polskiego Związku Alpinizmu od 2001 do 2016 roku (rekordzistą w PZA jest profesor Andrzej Paczkowski, rozsądny człowiek w IPN-ie, który zaliczył siedem kadencji na tym stanowisku). Onyszkiewicza prześladował pech, pierwszą żonę, Witosławę Boretti – Onyszkiewicz stracił w jednej z jaskiń Kaukazu w 1967 roku, drugą, Alison Chadwick – Onyszkiewicz na Annapurnie jedenaście lat później. Później dał spokój wspinającym się dziewczynom, ożenił się po raz trzeci i przedłużył po kądzieli ród Piłsudskich. PS. W kilka lat po osiedleniu się na Orawie pewnego razu stanąłem przed dylematem, krótsza droga zejścia czy znacznie dłuższa, ale połączona z ewentualną i wątpliwą przyjemnością schodzenia w mroku przy świetle małej, awaryjnej czołówki. Ostatecznie wybrałem drogę dłuższą unikając tym sposobem małej, ale gustownej lawinki śnieżno-kamiennej, która ruszyła samoczynnie nie doczekawszy się mnie – obserwując jej bieg z bezpiecznego miejsca sam sobie gratulacje złożyłem. To tak na marginesie.
  10. Kwietny biwak. W latach dziewięćdziesiątych bardzo polubiliśmy z Alą przejście przez grań główną Tatr z Tatrzańskiej Kotliny do Jaworzyny Spiskiej przez Przełęcz pod Kopą. Ten idylliczny, górski spacer ma swoje niebagatelne zalety estetyczne, bo wiedzie przez kwietne latem łąki Wspólnej Pastwy, Przednich i Zadnich Koperszadów okraszone piękną panoramą doliny Kieżmarskiej, jest to inny świat w porównaniu z surowym pięknem większości dolin Tatr Wysokich. Wielokrotnie zdarzało się nam, iż przechodząc przez piękne miejsca w Tatrach czuliśmy żal, iż musimy się spieszyć, aby zdążyć na nocleg do schroniska czy taborowego namiotu. Jednym z takich właśnie miejsc jest Wspólna Pastwa, rozległa polana przechodząca wyżej w strome trawniki i łany kosówki uwieńczone białą koronką skałek na grani. Dlatego też ruszyłem pewnego pięknego do Tatrzańskiej Kotliny, aby przejść z niej do Javoriny biwakując dwukrotnie po drodze. Z Podsarnia wyruszamy we troje, bo Magda chce zapoznać Mieszka z otoczeniem doliny Kieżmarskiej – chcą nocować w schronisku nad Zielonym Stawem Kieżmarskim. Korki na gościńcu Oswalda Balzera i niezbyt przyjazny dla turystów rozkład jazdy słowackich autobusów sprawia, iż docieram do Tatrzańskiej Kotliny stosunkowo późno. Mając sprzęt biwakowy w plecaku nie muszę się spieszyć, skoro do rozbicia namiotu potrzebuję niespełna dwóch metrów kwadratowych w miarę równej powierzchni. Skoro tak, to mogę sobie pozwolić na zjedzenie smacznego obiadu zakrapianego czapowanym czyli beczkowym piwem w sympatycznej knajpce u Furmana. Przed laty pierwszy etap wędrówki prowadzący do małego schroniska zwanego przez Słowaków Plesnivcem czyli Szarotką wiódł wśród gęstego lasu, teraz po klęsce huraganu i ciągłych atakach kornika co chwila odsłaniają się tam ładne panoramy. Pogoda nie sprzyja podchodzeniu ze sporym obciążeniem, słońce pali, jest parno, idzie mi się ciężko – to pierwszy w tym sezonie wypad z kompletem sprzętu biwakowego. Koło godziny piątej docieram do schroniska i aż korci mnie, aby w nim spędzić noc, ostatni turyści już je opuścili, jest tu przytulnie i miło. Póki co postanawiam się pokrzepić piwem i parówkami. Konsekwencje tego posiłku są zbliżone, a właściwie identyczne, jak kiedyś w Morskim Oku. Wówczas zimową porą opuściłem Roztokę w siąpiącym pomimo zimy deszczyku, który na wysokości Włosiennicy przemienił się w prawie poziomo padający śnieg, bo nieźle piździło czyli wiało. Do schroniska nad Morskim Okiem wszedłem z mocnym postanowieniem zjedzenia tam drugiego śniadania, posiedzenia na werandzie i powrotu do Roztoki. No cóż, MOko to prawie półtora roku mojego życia, na werandzie spędziłem praktycznie niepoliczalną liczbę godzin i przywiązałem się do tego miejsca niebywale, co zresztą było nie tylko moim udziałem, vide Miejsce przy stole Andrzeja Wilczkowskiego będące swoistą sagą werandy. Oczywiście w miarę, jak ubywało mi włosów na czubku głowy, a potem przybywało siwych włosów w brodzie weranda przestawała być werandą w starym stylu z racji przekształcania się MOka ze schroniska w garkuchnię wypełnioną obficie zwiedzaczami Morskiego Oka, dla których owa garkuchnia i bufet stanowią znacznie większa atrakcję, od tego, co na zewnątrz. Tego dnia pogoda była jednak na tyle niemiłą, iż mało kto dotarł z parkingu nad Morskie Oko. Jak wiadomo wszystkim bywalcom tego schroniska od momentu, kiedy goście przestali być obsługiwani przez kelnerki i kelnerów posiłki zamawia się tudzież odbiera w otwartych na rozcież drzwiach prowadzących zarówno do kuchni, jak i dawnej świetlicy, zamienionej bardzo dawno temu na reprezentacyjny gabinet Łapińskich. Stojąc w tychże drzwiach poprosiłem o porcję parówek i dwie szklanki wina, w tym jedną na gorąco. Po spożyciu owego śniadania zakropiłem je jeszcze jedną szklanką wina, założyłem kurtkę i czapkę, zarzuciłem plecak na ramiona, wyszedłem na zewnątrz, po czym przypiąłem raki i ruszyłem przez skute lodem jezioro w stronę progu Czarnego Stawu – co mi tam pogoda! Co wrażliwszych czytelników uspokajam, mój organizm w takich warunkach bardzo szybko spala alkohol, tam, gdzie należało już uważać byłem trzeźwy jak grzeczne niemowlę. I miałem góry tylko dla siebie, bo naśladowców tego dnia nie znalazłem. Teraz, w pełni lata butelka dobrego piwa wystarczyła, kwadrans przed szóstą opuściłem Szarotkę kontynuując marsz w stronę Wspólnej Pastwy. Na leśnych zakosach perci napotkałem kilku zapóźnionych turystów schodzących w dół, zbliżając się do celu mojej wędrówki nie sądziłem, abym jeszcze kogoś napotkał. I pomyliłem się – w stronę Szarotki podążali jeszcze dwaj rowerzyści nieźle wyekwipowani. Gdy słońce chyliło się już ku zachodowi zszedłem z perci oddalając się od niej na jakieś sto metrów i rozbiłem namiot na kwietnym dywanie mając w zasięgu wzroku wspaniałą panoramę otoczenia Doliny Kieżmarskiej. Ten biwak miał jeszcze jeden aspekt poza estetycznym, aspekt sentymentalny. Czterdzieści siedem lat temu podczas naszego pierwszego, wspólnego tatrzańskiego lata Ala i ja spędziliśmy tydzień nad Zielonym Stawem Kieżmarskim, teraz w tym samym schronisku układali się do snu Mieszko i Magda. Wracają wspomnienia sprzed lat: odwrót spod oblodzonych Baranich Rogów we mgle i sierpniowej śnieżycy, szadź na Kołowym Szczycie, wygrzebywanie spod śniegu chwytów i stopni na Jastrzębiej Turni, ogromny, pomarańczowy księżyc nad Kieżmarską, gdy nocą wracaliśmy z nieistniejącej już Kieżmarskiej Chaty do Brnčalki. Ej, łezka się w oku kręci! Poranek jest piękny, szybko zwijam mokry od rosy namiot, pakuję plecak i opuszczam miejsce niecnego przestępstwa. Szlak wiodący z Białych Stawków Kieżmarskich do Szarotki jest w środku lata licznie uczęszczany, ale o tak wczesnej porze nikogo na nim nie napotykam, co dla mnie jest dość istotną wartością. Nad stawkami stoi wygodna wiata, do wody tylko parę kroków, idealne miejsce na spożycie śniadania. Po śniadaniu czekało mnie nudne i nużące z racji wagi plecaka podejście na Przełęcz pod Kopą. Chętnie spędziłbym najbliższą noc na grani, ale brak tam wody, a jest bardzo upalnie. Decyduję się więc na długą sjestę na przełęczy, a później na biwak na dnie Doliny Zadnich Koperszadów. Chwilę po rozpoczęciu zejścia napotykam dwóch starszych panów mozolnie podchodzących na przełęcz i wypowiadam do nich te oto słowa: Stara Gwardia się nie poddaje, choć czasami mówi mérde ! Starszy z turystów odpowiada: A czasami gorzej… i zaczyna się rozmowa, rozmowa cokolwiek nietypowa w tym miejscu. O Polsce i Polakach, Łodzi i renomowanych, przedwojennych gimnazjach. Ojciec mojego interlokutora kończył przed wojną gimnazjum (według dzisiejszej terminologii – i liceum) Zimowskich, w murach którego, choć już pod inną nazwą spędziłem całe lat jedenaście. Trzy godziny później będę rozmawiał po raz wtóry tego dnia, ale tenor tej rozmowy będzie diametralnie różny. Schodząc szybko z przełęczy układam sobie plan na resztę dnia – postanawiam odwiedzić miejsce, o którym słyszałem, ale nigdy tam nie byłem, jak mi się tam spodoba to spędzę tam noc. Nazwa tego miejsca jest zachęcająca, choć jak na Tatry nieco egzotyczna – Chata na Burdeli. Po przekroczeniu potoku na Krzyżówce opuszczam znakowany szlak, skręcam w lewo, omijam szlaban z odpowiednim zakazem i po kilkunastu minutach niespiesznego marszu wchodzę na śródleśną polanę ze stojącą tam sporą i solidną chatą. Chata sprawia wrażenie aktualnie nie zamieszkałej, o czym świadczą solidnie zablokowane okiennice. Otoczenie świetnie się na biwak nadaje, wyciągam zatem z plecaka wilgotny jeszcze po porannej rosie namiot, aby go wysuszyć, spożywam kolację, odpoczywam. Niestety, pod wieczór okazuje się, iż chata ma jednak lokatorów – zjawia się bardzo sympatyczna dziewczyna w towarzystwie niezbyt sympatycznego jegomościa. Rozszyfrować tych dwoje to żaden problem, on to kostyczny, zrzędliwy pracownik naukowy, najprawdopodobniej specjalista od jakiejś roślinki rosnącej w Tatrach w przedziale wysokości od … do … na podłożu … (wpisać odpowiednie dane!), ona to ani chybi jego doktorantka. Po paru chwilach rozmowy jest dla mnie jasne, iż poza wysokospecjalizowaną pracą naukową zrzęda nie ma nic wspólnego z górami, trzęsie portkami, iż mógłby mnie tu zastać wraz z nim jakiś strażnik, namawia mnie do szybkiego opuszczenia polany, bo nadchodzi gwałtowna burza! Taki z niego przyjemniaczek. Nie mam gwarancji, czy cichcem nie sięgnie po telefon, aby mi filanców na kark sprowadzić, dla świętego spokoju wrzucam suchy już namiot do plecaka i opuszczam polanę. Chętnie bym zrzędzie coś do słuchu na odchodne powiedział, ale żal mi dziewczyny, bo tego pokroju ludzie lubią sobie odbijać własne porażki na innych, zwłaszcza, jeśli są ich podwładnymi. Wracam na szlak i szybko schodzę w dół Doliny Zadnich Koperszadów aż do momentu, gdy zaczyna zapadać zmrok i jednocześnie zaczynają spadać pierwsze krople deszczu – szybki odskok z pięćdziesiąt metrów w las i błyskawiczne rozbijanie namiotu w pomrukach nadchodzącej burzy. Rano wczesna pobudka, pakowanie się w leciutkiej mżawce przy świetle czołówki, a potem ściganie się z deszczem – byle do wiaty przy moście nieopodal leśniczówki na Gałajdówce. Tuż po mnie do wiaty dobiega zaawansowany już w latach ratownik TOPR z bardzo wysoką, znaną mi z widzenia, wspinającą się dziewczyną. Palę fajkę, ratownik pali papierosa za papierosem, na zewnątrz wiaty leje nieprzytomnie – zgadzamy się obaj, że to niezdrowa pogoda, zużycie tytoniu rośnie niepomiernie. Szybko okazuje się, iż mamy wspólnych znajomych, wspominamy dawne czasy i akcje, dyskutujemy, á propos pogody o różnych modelach synoptycznych. Po mniej więcej godzinie lejba przechodzi w mżawkę, dziewczyna z ratownikiem czekają na dalszą poprawę pogody, a ja ruszam w kierunku Jaworzyny, aby jeszcze dziś o przyzwoitej porze znaleźć się w Podsarniu.
  11. Wspomnienie o Klimku – Część III. Dzień drugi. W ścianę wchodzą dwa zespoły, jeden kierowany przez Henryka Bednarskiego, drugi przez Mieczysława Świerza. Dobór liderów tych zespołów jest symptomatyczny, Henryk Bednarski to najprawdopodobniej najsprawniejszy wspinacz tamtej epoki, Mieczysław Świerz to jeden z najwybitniejszych taterników wszystkich czasów. Mimo to próba jest bezowocna, nie osiągnięto miejsca, w którym Jarzyna pozostawił Szulakiewicza, nie wiadomo, co się dzieje z Klimkiem Bachledą, choć powszechnie przypuszczano, iż wydostał się na grań Jaworowego Muru i zszedł, jak to wówczas mawiano, na węgierską stronę. Dzień trzeci. Dziewięciu ratowników pod komendą Zaruskiego wykorzystując poprawę pogody dociera po pokonaniu bardzo dużych trudności do ciała Szulakiewicza i rozpoczyna transport zwłok. Pod wieczór pogoda znowu się psuje, co zmusza ratowników do spędzenia nocy w skale w bardzo ciężkich warunkach. Dzień czwarty. Rano ratownicy zjeżdżają pod ścianę w deszczu i schodzą do Jaworzyny, aby tam spędzić noc, ciało Szulakiewicza zostaje w skałach. Zaniepokojony losem Klimka Bachledy Zaruski wysyła do Zakopanego niejakiego Bolesława Macudzińskiego z pisemnym rozkazem następującej treści: Jeżeli Klimek istotnie jest w Zakopanem pan M. może nie wracać, jeśli Klimka w Zakopanem nie ma, niezwłocznie ma wrócić do Jaworzyny i zameldować mi o tym. Wysłanie pana M. do Zakopanego miało związek z plotkami, jakie dotarły do Jaworzyny, a według których widziano Klimka w Zakopanem bądź w Morskim Oku. Ponieważ wieść o zaginięciu Klimka już się rozeszła do Jaworzyny przybywają taternicy węgierscy z braćmi Komarnickimi na czele, należy tu wspomnieć, iż Klimek Bachleda był niezwykle ceniony na południowej stronie Tatr. Dzień piąty. Pan M. do Jaworzyny nie wrócił, a zatem Zaruski, człowiek niezwykle prawy nie bierze w ogóle pod uwagę, iż mógł się zachować tak nieodpowiedzialnie i dochodzi do wniosku, iż Klimek jest istotnie w Zakopanem, rezygnuje zatem z pomocy taterników węgierskich. Dziewięcioosobowy zespół ratowników kończy późnym popołudniem transport zwłok Szulakiewicza, a jednocześnie z Morskiego Oka powraca wysłany tam Janek Obrochta z hiobową wieścią: Klimka nie ma ani w Morskim Oku ani w Zakopanem. Dzień szósty. Próba ponownego wejścia w ścianę Małego Jaworowego kończy się Sobkowej Równi z powodu kolejnego, głębokiego załamania pogody. Ratownicy tym razem wracają do Zakopanego, bo odzież nasza przedstawiała mokre, zabłocone szmaty. Dzień siódmy. W Zakopanem Jerzy Żuławski, członek Pogotowia kompletuje osiemnastoosobowy zespół ratowników, który ma wznowić poszukiwania. Żuławski to postać nietuzinkowa, doktor filozofii Uniwersytetu w Bernie, poeta i dramaturg, autor powieści Na Srebrnym Globie, żołnierz Legionów, ojciec Marka, Juliusza i Wawrzyńca, również znanych w przyszłości taterników. Dzień ósmy. Podczas przeszukiwania Jaworowego Muru Bednarski i Zdyb dostrzegają ciało Klimka w kominowatym żlebie opadającym z Wyżnej Rówienkowej Przełęczy ku piargom doliny Jaworowej. Znowu pada deszcz, uczestnicy akcji schodzą do górnej granicy lasu i tam przy watrze spędzają noc pod gołym niebem. Dzień dziewiąty. Ciało Klimka leży ponad pierwszym, trudnym progiem żlebu. A sam żleb? Oddajmy głos Jerzemu Hajdukiewiczowi, który wraz z Janem Sawickim dokonał pierwszego przejścia tego żlebu w lipcu 1939 roku: Ostatnią naszą wspólną drogą była Wyżnia Rówienkowa Przełęcz z doliny Jaworowej, Klimkowym Kominem. Droga nadzwyczaj trudna o niezwykle kruchych skałach. Ten trzystu metrowy, ogromny, częściowo żlebowaty kanion nie pozostawił w mojej pamięci miłych wspomnień, była to droga ponura, krucha, przepojona pamięcią tragicznej śmierci Klimka Bachledy… Klimkowy Komin zrobiliśmy w dniach 17 – 18 lipca z biwakiem bardzo niewygodnym, stojąc przy dwu niepewnych hakach, i to jak na złość kilka metrów od wygodnej platformy, deszcz i tym razem nas nie ominął, nocna mgła falowała… Dziewiątego dnia akcji przez dolny próg Klimkowego Żlebu spadał na piargi wodospad uniemożliwiając całkowicie wspinaczkę, wobec czego Zaruski zatrzymuje siedmiu ratowników, pozostali wracają do Zakopanego. Dzień dziesiąty. Znowu pada, a ściana jest z rana oblodzona. Kiedy deszcz ustaje, a lód odpada od skały udaje się pokonać dolny próg żlebu za pomocą drabiny zbitej ad hoc w lesie i znieść ciało Klimka w dolinę. Notki biograficzne Mariusz Zaruski (1867 – 1941) Szkołę średnią ukończył w Kamieńcu Podolskim, studiował na Uniwersytecie Odeskim na wydziale matematyczno – fizycznym, jak wielu młodych Polaków został uwięziony i skazany na zesłanie. Podczas zesłania ukończył w Archangielsku szkołę morską, żeglował po Morzu Białym, Oceanie Lodowatym, Atlantyku przechodząc pełną morską karierę od marynarza do kapitana. Opuścił potem Rosję przenosząc się do Galicji, studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, a następnie osiadł w Zakopanem. Malował, pisał wierszem i prozą, fotografował. Prekursor ski–alpinizmu – prowadząc kurs narciarstwa dla przewodników tatrzańskich zjechał na nartach z Kościelca w towarzystwie uczestników kursu. Uprawiał z powodzeniem taternictwo letnie i zimowe odnosząc szereg sukcesów. Twórca Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, które zostało utworzone w 1909 roku jako czwarta tego typu organizacja na świecie, a pierwsza poza krajami alpejskimi. Zaruski nie stronił również od innej działalności: był instruktorem harcerskim, instruktorem drużyn kawaleryjskich w Związku Walki Czynnej Józefa Piłsudzkiego, kawalerzystą w Legionach, komendantem konspiracyjnego obwodu nowotarskiego Polskiej Organizacji Wojskowej, współzałożycielem (wspólnie ze Stefanem Żeromskim) Zakopiańskiej Organizacji Narodowej (13 X 1918 r.), żołnierzem, a później i dowódcą 1 Pułku Ułanów Beliny – Prażmowskiego, sformował i dowodził 11-tym Pułkiem Ułanów, szczególnie zasłużonym w walkach o Wilno. Kawaler Virtuti Militari i pięciokrotnego Krzyża Walecznych. Adiutant prezydenta Wojciechowskiego. Przeszedł z racji wieku w stan spoczynku jako generał brygady tuż przed przewrotem majowym w 1926 roku. Po przejściu w stan spoczynku bynajmniej nie spoczął: zorganizował Yacht Klub Polski, był prezesem Polskiego Związku Żeglarskiego, inicjatorem powstania Ligi Morskiej i Rzecznej, pierwszym starostą morskim. Zorganizował harcerstwo morskie i jako pierwszy dowodził żaglowcem Zawisza Czarny. Aresztowany przez NKWD zmarł w więzieniu w Chersoniu w 1941 roku, był synem powstańca styczniowego. Zygmunt Klemensiewicz (1886 – 1963) Studiował na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Tu drobna uwaga dla co młodszych czytelników Kroniki. Na tak nazwanym wydziale można było studiować matematykę, fizykę i chemię, do dziś każdy z fizyków (i nie tylko) pisząc publikację w języku angielskim umieszcza przed swoim nazwiskiem literki PhD (Filozofii Doktor), o ile posiada stopień doktora. Zygmunt Klemensiewicz obronił w 1908 roku na tymże uniwersytecie doktorat na podstawie pracy zatytułowanej Chlorek antymonowy jako czynnik jonizujący, promotorem tej pracy był profesor Stanisław Tołłoczko. Żeby było zabawniej, podczas pierwszego roku studiów korzystałem z podręcznika chemii autorstwa Stanisława Tołłoczki, oczywiście było to któreś z rzędu wydanie, poprawione i uzupełnione. Prowadził badania nad przewodnictwem elektrycznym w gazach, habilitował się w roku 1912. W latach 1913-14 był stypendystą fundacji Carnegie – Curie i pracował w Instytucie Radowym w Paryżu u Marii Curie – Skłodowskiej, a następnie w Instytucie Pasteura. W latach 1920-40 był profesorem chemii fizycznej i elektroniki na Politechnice Lwowskiej. W czasie II wojny światowej przez Kazachstan, Iran i Egipt przedostał się do Anglii, gdzie zorganizował Politechnikę Polską, która miała pięć wydziałów i około tysiąca studentów. Po powrocie do kraju w roku 1956 zorganizował na Politechnice Śląskiej w Gliwicach Katedrę Fizyki Jądrowej i specjalność studiów energetyka jądrowa. Mieczysław Świerz (1891 – 1929) Polonista, z zawodu nauczyciel, obronił na Uniwersytecie Jagiellońskim doktorat z zakresu historii literatury polskiej (konkretnie o Sewerynie Goszczyńskim). Jeden z najwybitniejszych taterników swojej epoki, autor około stu nowych dróg wspinaczkowych, współautor (z J. Chmielowskim) używanego przez dziesiątki lat przewodnika wspinaczkowego po Tatrach. W latach 1921 – 28 prezes Sekcji Turystycznej Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, redaktor Taternika, pierwszy prezes Polskiego Związku Narciarskiego. Zginął w wieku 38 lat podczas próby powtórzenia drogi Stanisławskiego na zachodniej ścianie Kościelca, najprawdopodobniej wskutek przesztywnienia asekuracji podczas odpadnięcia, czego konsekwencją było zerwanie liny asekuracyjnej. Henryk Bednarski (1885 – 1945) Jako młody chłopak uciekł z rodzinnego Płocka, aby uniknąć aresztowania z powodu przynależności do PPS, Polskiej Partii Socjalistycznej. W Zakopanem Bednarski kończy sławną Szkołę Przemysłu Drzewnego i pracuje jako technik budowlany. W szkole tej poznaje Stanisława Barabasza, pierwszego zakopiańskiego narciarza, a przez niego Mariusza Zaruskiego i Mieczysława Karłowicza, zaczyna sam uprawiać narciarstwo i taternictwo. Według ówczesnych był najlepszym narciarzem tatrzańskim do wybuchu I wojny światowej, startował w zawodach przez lat trzydzieści. Świetny wspinacz, autor drogi klasycznej na południowej ścianie Zamarłej Turni, współzałożyciel TOPR-u, brał udział w praktycznie wszystkich najtrudniejszych wyprawach ratunkowych. Obdarzony był niezwykłą intuicją w odnajdywaniu najwłaściwszej drogi w skale, posiadał iście fotograficzną pamięcią, potrafił bezbłędnie odtworzyć post factum wszystkie szczegóły poprowadzonej drogi, choć zwykle nie pamiętał nazw topograficznych szczytów, na które te drogi wiodły, nigdy nie pobłądził. Lista jego pierwszych wejść jest praktycznie nie do ustalenia, bo kompletnie mu nie zależało na ich ogłaszaniu. Henryk Bednarski w czasie okupacji niemieckiej przeszedł przez obóz Auschwitz (miał numer obozowy 67), a potem był więźniem Dachau. Umarł na obustronne zapalenie płuc w amerykańskim szpitalu w Bawarii tuż po wyzwoleniu obozu. W akcji na Małym Jaworowym brali też udział znani przewodnicy tatrzańscy: Jędrzej Marusarz Jarząbek (1877 – 1961), członek honorowy TOPR-u od 1945 roku, uważany powszechnie za następcę Klimka Bachledy, Jakub Gąsienica Wawrytko starszy (1862 – 1950), pierwszy przewodnik tatrzański odznaczony za działalność ratowniczą francuskim medalem za zasługi dla ratownictwa górskiego, członek honorowy TOPR-u (od 1934 roku) i Klubu Wysokogórskiego (od 1948 roku), Wojciech Tylka Suleja (1870 – 1916), należący do ścisłej elity tatrzańskiej. Pokłosie akcji na Małym Jaworowym Akcja ratunkowa na Małym Jaworowym była pierwszą akcją o takich rozmiarach w Tatrach, akcją na owe czasy niezwykle trudną. Jednocześnie była to pierwsza akcja, podczas której nie udało się rannemu udzielić pomocy, a co więcej, zginął podczas niej ratownik. Wiele napisano o heroizmie Klimka Bachledy i były to słowa ze wszech miar słuszne. Nie sposób jednak nie wspomnieć o drugiej stronie medalu – Klimek Bachleda zginął, bo nie wykonał rozkazu Naczelnika. To po pierwsze. A po drugie, co mógłby uczynić, gdyby dotarł do Szulakiewicza? Umrzeć razem z nim? Sprowadzić śmierć na Zaruskiego i Zdyba? Tego nie dowiemy się już nigdy. Co do niewykonania rozkazu – w każdej armii świata grozi za to podczas wojny kara śmierci, ale znane są i chwalebne wyjątki. Najsłynniejszy admirał Royal Navy, Nelson został za niewykonanie rozkazu nagrodzony najwyższym orderem Imperium Brytyjskiego, Orderem Łaźni, bo dzięki temu, iż rozkazu nie wykonał to zwyciężył pod Trafalgarem. Najdalej w tym względzie poszło Cesarstwo Austrii, bo ustanowiono w nim na tę okoliczność specjalny order, Order Marii Teresy. Jego kawalerem został podczas I wojny światowej generał Tadeusz Rozwadowski. Po wyprawie ratunkowej rozpętało się, a jakże, typowe piekło Polaków, bo znaleźli się i tacy, co zaczęli rozpowszechniać tezę, iż Zaruski, zazdrosny o Klimkową sławę posłał go na śmierć. Skąd my to znamy? Mariusz Zaruski zażądał powołania komisji, która by go, jako kierownika wyprawy osądziła. Została z obywateli wybrana komisja, w skład której weszli: prof. uniw. dr W. Kulczyński, dr A. Kuczewski i prof. uniw. dr M. Smoluchowski. Komisja przesłuchała wszystkich uczestników wyprawy, zbadała warunki i wyrok swój uwalniający mię od strasznego zarzutu, ogłosiła w gazetach. Notki biograficzne Marian Smoluchowski (1872 – 1917) Jeden z najwybitniejszych polskich fizyków, pionier fizyki statystycznej. W latach 1900 – 1912 profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, od 1912 roku profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownik Katedry Fizyki Doświadczalnej, tuż przed śmiercią wybrany na rektora tegoż uniwersytetu. W okresie od 1891 do 1894 należał wraz z bratem Tadeuszem, chemikiem do ścisłej czołówki alpinistów Alp Wschodnich, taternictwo uprawiał w latach 1910 – 16 mając za partnerów takich wspinaczy, jak Janusz Chmielowski, Zygmunt Klemensiewicz, Mieczysław Świerz i Jerzy Żulawski. Władysław Kulczyński senior (1854 – 1919) Światowej sławy arachnolog, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek Akademii Umiejętności, jeden z wybitnych taterników końca XIX wieku, działacz Towarzystwa Tatrzańskiego. Jarzyna i Szulakiewicz Obserwując uważnie ścianę Małego Jaworowego najpierw z Sobkowej Równi, a później znad Jaworowego Stawu bez trudu można rozpoznać jej słabe punkty w dolnych i środkowych partiach. Tę część analizy obaj wspinacze przeprowadzili prawidłowo, co potwierdzili niejako rok później bracia Komarniccy dokonując pierwszego przejścia tej ściany. Niestety, Jarzyna i Szulakiewicz zlekceważyli pionowe, po części płytowe urwisko podszczytowe. Zabrakło im refleksji, iż z takim potencjalnym nagromadzeniem trudności nie mieli dotychczas do czynienia, a ponadto iż w te trudności musieli wejść po pokonaniu około trzystu metrów kruchej ściany, co musiało zaowocować znacznym zmęczeniem. Gdy natrafili na bardzo duże trudności, a ścianę zaczęła spowijać mgła to powinni wycofać się ze ściany lub szukać obejścia partii szczytowej. Pierwotny plan ataku zakładał wspinaczkę w zespole trójkowym, co zważywszy wysokość ściany i to, iż miało to być jej pierwsze przejście było zamiarem rozsądnym. Wypunktujmy zalety zespołu trójkowego, zwłaszcza istotne w tamtych czasach. Zespół trójkowy dysponował z natury rzeczy dwiema linami, co pozwalało w razie odwrotu zredukować liczbę zjazdów o połowę w porównaniu z zespołem dwójkowym. Jak już wspominałem asekuracja w tamtych czasach nastręczała wiele problemów i często bywała iluzoryczną, wspinając się w zespole trójkowym można było zastosować taktykę zwaną później jako taktyka tzw. szybkiej trójki, w której prowadzący asekurowany jest dwiema linami przez obu pozostałych wspinaczy. Co więcej, w razie wypadku i zranienia jednego z taterników mógł on zostać pod opieką jednego z kolegów, a trzeci z nich, dysponując dwiema linami miał szansę na szybki odwrót i sprowadzenie pomocy. Oczywiście w tym konkretnym przypadku wcale nie musiałoby to doprowadzić do szczęśliwego finału. Ograniczenia Trudno dociec, co myślał Klimek Bachleda, gdy dotarł do przerwy w skalisto – trawiastym zachodziku noszącym dziś nazwę Klimkowej Ławki. Warunki były fatalne, Klimek z całą pewnością czuł ciężar zmęczenia, zasięg obserwacji miał niewielki. Trudności duże, ale do pokonania. Nie wiadomo, czy Klimek próbował sforsować ową przerwę wprost czy obejść ją górą. Doświadczenie miał ogromne, odporność psychiczną i fizyczną większą, niż Zaruski i Zdyb, to prawda. Ale miał wtedy 61 lat i wiele trudów niełatwego życia na Podhalu za sobą, co musiało zaważyć na jego sprawności fizycznej. I to go zapewne zgubiło. Nie ma co ukrywać, każdy wiek wiąże się z określonymi ograniczeniami, na początku brakuje nam doświadczenia, potem, gdy je zbierzemy zaczyna się nieunikniony spadek sprawności fizycznej, a potem i kondycji.
  12. Wspomnienie o Klimku. Część II. Wróćmy do Doliny Jaworowej, rano, piątego sierpnia dochodzi według relacji Jarzyny do sprzeczki między Szulakiewiczem, a Bizoniem, ten ostatni rezygnuje ze wspinaczki i schodzi na dół. Pozostała dwójka rozpoczyna wspinaczkę. Początkowo idą tak, jak bracia Komarniccy rok później, ale w środkowej partii ściany kierują się bardziej wprost ku wierzchołkowi w sposób mniej więcej odpowiadający drodze Slámy, co sprawia, iż wchodzą w znacznie trudniejszy teren. Być może mgła nie pozwoliła im na właściwą ocenę trudności ściany podszczytowej. Po pokonaniu 2/3 wysokości ściany Jarzyna odpada będąc pięć metrów nad stanowiskiem wyrywając z niego partnera, lecą obaj, ale lina zahacza o jakiś występ skalny i o dziwo, wytrzymuje szarpnięcie. Jarzyna jest tylko potłuczony, natomiast Szulakiewicz jest w znacznie gorszym stanie, nie jest w stanie poruszać się, ma złamany kręgosłup`. Jarzyna ściąga kolegę na wygodną platformę, nazywaną dziś Pościelą Szulakiewicza, zabezpiecza go przed upadkiem i rozpoczyna zejście w ciągle pogarszających się warunkach atmosferycznych. Można podziwiać determinację i kondycję fizyczną Jarzyny – około godziny 22 wchodzi do schroniska nad Morskim Okiem, do którego już wtedy dochodziła linia telefoniczna, prosi jednego z turystów o powiadomienie Pogotowia o wypadku i wraca do Jaworzyny, gdzie w tamtejszej szkole kładzie się spać o pierwszej w nocy po przebyciu łącznie około 30 kilometrów, przypomnijmy, po prawie trzydziestometrowym locie w ścianie. O siódmej rano jest już z powrotem pod ścianą Małego Jaworowego, gdzie czeka ze szkicem przebytej drogi na Zaruskiego. Mariusz Zaruski, twórca Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego i Naczelnik Straży Ratunkowej wspomina: Telefonował turysta, poproszony przez p. Jarzynę, aby wysłać jednego przewodnika, który by pomógł zejść Szulakiewiczowi!!! Zaruski, wiedząc o jaką ścianę chodzi, wzywa pełen skład Pogotowia. U podnóża ściany padają rozkazy: w prawo idzie zespół pod komendą Klemensiewicza, w lewo zespół Lesieckiego, środkiem sam Zaruski z Klimkiem Bachledą i Stanisławem Zdybem, a za nimi Znamięcki i Kordys, w ścianę chce także wejść Jarzyna, ale pan Mariusz nie wyraża na to zgody. W świecie nauki od lat dość popularną, acz nie do końca skuteczną oceną wkładu naukowego w daną dyscyplinę jest metoda zliczania liczby cytowań danego autora w renomowanych czasopismach naukowych. Historię taternictwa można podzielić z grubsza na dwa okresy: klasyczny, kiedy obowiązywała zamknięta, sześciostopniowa skala trudności i modernistyczny vel sportowy, kiedy tę skalę otworzono od góry dodając następne stopnie. Granicą obu tych okresów stała się epoka nazwana w Alpach sesto grado superiore czyli skrajnie trudno górna granica (VI+). Przewodnik Paryskiego należy bardziej do tej pierwszego okresu. Tom 25 Tatr Wysokich to skorowidz nazwisk – łatwo policzyć na ilu stronach i w ilu tomikach pojawia się przy opisach dróg wspinaczkowych nazwisko takiego czy innego taternika. Według takiej oceny największy wkład w historię taternictwa wniósł Gyla Komarnicki: 244 strony w 23 tomikach. Na dziewiątej pozycji jest Klimek Bachleda, 180 stron w 22 tomikach, dziesiąty jest Zygmunt Klemensiewicz, odpowiednio 164 i 22, trzynasty Roman Kordys 149 i 23. Dorobek Mariusza Zaruskiego opisany jest na 82 stronach w 13 tomikach, Józefa Lesieckiego na 75 stronach w 10 tomikach, Aleksandra Znamięckiego na 48 stronach w 15 tomikach. Gdy zachodzi konieczność prowadzenia akcji ratunkowej w niezdobytej jeszcze ścianie w trudnych, a nawet skrajnie trudnych warunkach to liczą się przede wszystkim doświadczenie i zdolności organizacyjne, intuicja, odporność fizyczna i psychiczna. Zdolnościami organizacyjnymi górował nad wszystkimi Mariusz Zaruski, przywykły do dowodzenia ludźmi i potrafiący wymusić posłuch – tu procentowało jego doświadczenie oficera i kapitana pływającego między innymi po Morzu Białym i Oceanie Lodowatym, także na żaglowcach. Doświadczenie, intuicja w skale, odporność fizyczna i psychiczna to walory Klimka Bachledy, tatrzańskiej legendy jeszcze za życia. Na dziewięciu szczytach był pierwszy, na dziesięciu – drugi, na ośmiu przełęczach pierwszy. W zimie jako pierwszy wszedł na cztery szczyty, w tym i Gerlach, przeszedł około stu dróg wspinaczkowych. W Tatrach istnieje ponad dziesięć skalnych formacji nazwanych jego imieniem, między innymi Klimkowa Turnia, główny wierzchołek Staroleśnej. Akcja ratunkowa rozwija się w fatalnych warunkach, deszcz przechodzi w grad, a później w śnieg, ścianą spływają potoki wody, zespoły Klemensiewicza i Lesieckiego natrafiają na tak duże trudności, iż muszą się wycofać. Sam Zaruski wspomina: Wspinając się z trudem ściankami żlebu, albo dnem jego, czołgając się po oślizgłych płytach lub czepiając się chwytów niepewnych, od dawna zostaliśmy przemoczeni do nitki. Lodowata woda strumieniami wlewała się nam za kołnierze, w rękawy, i przez trzewiki spływała na zewnątrz. Pomimo forsownej pracy wspinania się drżeliśmy z zimna. Jeden Klimek czuł się lepiej od innych, gdyż miał serdak na sobie i wełniane spodnie góralskie. My zaś wszyscy lekko byliśmy odziani w zwyczajne turystyczne ubrania, które ciepła nie dają. Zespół Zaruskiego dociera pod litą, pionową ścianę szczytową, od Szulakiewicza dzieli ich wówczas jakieś 80 metrów, zatrzymują się, aby nieco odpocząć: O posiłku nie było mowy, o tym, żeby usiąść nikt również nie myślał. Staliśmy tedy i stojąc spali. Drżeliśmy przy tym z zimna, nie drżeliśmy, źle mówię, lecz dygotaliśmy; głowa, ręce i nogi szarpały się ustawicznie jak w tańcu Św. Wita. Byliśmy już bliscy zobojętnienia na wszystko. Wtedy to zapewne Klimek odwiązuje się od liny łączącej go z Zaruskim i zaczyna się wspinać. Za jakiś czas Zaruski ze Zdybem ruszają dalej, ale po pokonaniu niewielu metrów muszą zawrócić, bo są tak wyczerpani, iż nawet jeśliby udało się im dotrzeć do Szulakiewicza to i tak nie byliby w stanie udzielić mu jakiejkolwiek realnej pomocy. Ponownie stoją w tym samym miejscu, gdzie poprzednio odpoczywali i czekają na Klimka. Dostrzegają go ostatecznie 40 metrów wyżej z prawej strony, Zaruski dwukrotnie poleca Klimkowi odwrót, ale ten macha ręką w kierunku pobliskiego żlebu i wspina się dalej, po chwili znika on z pola widzenia. Po pewnym czasie od strony tamtego żlebu dociera do nich łoskot kamiennej lawiny. Zaruski i Zdyb czekają na Klimka jeszcze ponad pół godziny, po czym zostawiają dla niego jedną z lin, aby mu ułatwić zejście i ruszają w dół. Jak już wspomniałem, Klimek za życia był już tatrzańską legendą, trudno było dopuścić myśl, iż odpadł, zresztą obaj wspinacze byli już skrajnie wyczerpani – zrobili wszystko, co mogli zrobić w tej sytuacji, piargi osiągają już po zmroku, o trzeciej w nocy są w leśniczówce u wylotu Doliny Jaworowej. Tak się kończy pierwszy dzień akcji na Małym Jaworowym. Cdn.
  13. Wspomnienie o Klimku – Część I. Czwartego sierpnia 1910 roku w Dolinie Jaworowej układają się do snu trzej taternicy – Józef Bizoń, Jan Jarzyna i Stanisław Szulakiewicz, członkowie Akademickiego Klubu Turystycznego we Lwowie, założonego w 1906 roku na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Józef Bizoń to jeden z prekursorów narciarstwa sportowego w Polsce i działacz AKT. Osiemnastoletni Jan Jarzyna, świeżo upieczony student Politechniki Lwowskiej to bardzo utalentowany narciarz, w marcu tego roku podczas I Międzynarodowego Dnia Narciarzy w Zakopanem wygrywa dwie konkurencje pokonując między innymi dwóch znanych, austriackich alpejczyków. Cała trójka posiada pewne doświadczenie wspinaczkowe, największym ich sukcesem jest pierwsze przejście wschodniej ściany Wysokiej w 1909 roku . Lwowiacy zamierzają dokonać teraz pierwszego przejścia północnej ściany Małego Jaworowego. Jest to plan bardzo ambitny. Sześćdziesiąt lat później ukaże się tom XV Tatr Wysokich Paryskiego. Stary Mistrz topografii wymienia w nim cztery drogi wspinaczkowe wiodące tą ścianą, wymienię je w porządku chronologicznym lat ich wytyczenia. Rok 1911. Ukosem przez północną ścianę drogą Komarnickich. Droga bardzo trudna (IV), eksponowana, dość niebezpieczna ze względu na kruche skały przetykane trawkami i miejscami przysute żwirem; 4 godz. Rok 1930. Lewą częścią pn. ściany drogą Stanisławskiego. Droga nadzwyczaj trudna (V), z powodu niezwykle kruchych skał ogromnie niebezpieczna; 5 godz. Rok 1951. Środkową częścią pn. ściany drogą Slámy. Droga częściowo skrajnie trudna (VI); 5 godz. Rok 1956. Prawą częścią pn. ściany, W. Kogut i R. Łazarski. Droga bardzo trudna (IV) z jednym miejscem nadzwyczaj trudnym (V), eksponowana, o bardzo kruchej skale; 4.15 godz. Jak kształtowała się historia pokonywania kolejnych stopni trudności w Tatrach? Mniej więcej tak. W 1879 lub w 1880 roku Jan Gwalbert Pawlikowski i przewodnik Maciej Sieczka zdobywają Mnicha drogą o trudnościach ocenianych jako dwójka – dość trudno. W 1901 roku Karol Jurzyca i przewodnik J. Hunsdorfer junior pokonują podczas próby przejścia południowej ściany Ostrego Szczytu trudności trójkowe – trudno. W 1905 roku Katherine i Maksymilian Bröske oraz Simon Hȁberlein podwyższają trudności do czwórki – bardzo trudno, ma to miejsce na Żabim Koniu i południowej ścianie Ostrego Szczytu. Piątka czyli nadzwyczaj trudno to trudności, na jakie napotkali bracia Komarniccy próbując przejść południową ścianę Zamarłej Turni oraz Władysław Kulczyński junior i Mieczysław Świerz analogicznie na pn.-wsch. ścianie Mnicha. Pierwsza piątkowa droga w Tatrach to klasyczna na Zamarłej, poprowadzona 23 lipca 1910 roku przez Henryka Bednarskiego, Józefa Lesieckiego, Leona Lorię i Stanisława Zdyba. Na drogę szóstkową trzeba będzie jeszcze długo poczekać: w 1930 roku Dębińska, Jasińska, Wojsznis i J. Żuławski przechodzą pn. ścianę Mnicha – dziś ta droga nosi nazwę Klasyczny kant i młodym wspinaczom bardziej przypomina wspinaczkę skałkową, niż poważną drogę wspinaczkową. Taką drogą jest natomiast szóstkowa droga Orłowskiego na Galerii Gankowej – rok 1939. Trudności to jedno, a bezpieczeństwo na wspinaczce to już całkiem inne zagadnienie. Wbrew pozorom odpadnięcie na bardzo trudnej drodze przy obecnej technice asekuracji grozi najczęściej o wiele łagodniejszymi konsekwencjami, niż na drodze łatwej, co zwykle kwitujemy lapidarnym stwierdzeniem: Najgorzej jest lecieć tam, gdzie nie ma gdzie lecieć. Lot w powietrze przy pewnej asekuracji niczym nie grozi, a obijanie się o skały podczas odpadnięcia na łatwej drodze często kończy się tragicznie. Spróbuję teraz przybliżyć czytelnikom, jak asekurowano się w Tatrach przed pierwszą wojną światową. Wielce przydatnym w tym celu będzie fragment pierwszego polskiego podręcznika wspinaczki czyli Zasad Taternictwa Zygmunta Klemensiewicza, wydanego we Lwowie Anno Domini 1913. Przytoczę ten fragment w oryginalnym brzmieniu tudzież pisowni: … Trafiają się jednak miejsca, gdzie z powodu złego uwarstwienia, kruchości lub gładkości skały, odpowiadającego powyższym warunkom punktu oparcia (np. bloku skalnego) znaleźć nie można. Tam uciekamy się do środka, bądź co bądź sztucznego, jakim jest wbicie haka. Obiera się do tego celu poziome, bardzo wązkie pęknięcie, które ponadto powinno ciągnąć się wgłąb skały ku dołowi, a nie ku górze; inaczej mógłby hak, przy szarpnięciu, w dół wylecieć. Wbija się go za pomocą kamienia na głębokość przynajmniej 2/3 długości, poczem jeszcze trzeba spróbować, czy się nie chwieje i czy skała wokoło nie została przez tę operację podważona. Chcąc zabezpieczyć (się) na haku, trzeba przeciągnąć linę przez pierścień (haka), co wymaga odwiązania się. Praktyczniejszy sposób polega na tem, że przez pierścień zakłada się pętlę tak, ażeby i przez nią i lina przechodziła … Ten sposób asekurowania był nie do zastosowania w trudnych miejscach z oczywistych przyczyn, co w wielu przypadkach czyniło asekurację wręcz iluzoryczną. Odkąd zasady asekuracji zostały poddane analizie opartej o zasady fizyki i badania wytrzymałościowe lin podstawowym pojęciem stosowanym w tej analizie stał się tzw. współczynnik odpadnięcia określany jako stosunek długości lotu wspinacza do czynnej długości liny. Załóżmy, że drugi koniec liny, którą związany jest w pionowej ścianie alpinista jest przywiązany do sztywnego punktu asekuracyjnego w postaci haka. Alpinista wspina się dziesięć metrów w linii pionowej ponad hak, a następnie odpada i leci w dół bez kontaktu ze skałą. Zaniedbując rozciągliwość liny stwierdzamy, iż długość lotu wyniesie dwadzieścia metrów, a energię upadku musi zaabsorbować dziesięciometrowy odcinek liny, współczynnik odpadnięcia ma wartość 2, a takie odpadnięcie możemy nazwać maksymalnym. Współczesna lina wspinaczkowa musi wytrzymać przynajmniej kilka takich szarpnięć w przeciwieństwie do jakiejkolwiek liny wspinaczkowej wykonanej z włókien roślinnych, gdyż taka lina jest w stanie zaabsorbować jedynie kilka procent energii upadku. Gdyby ktoś szalony posłużyłby się na przykład linką stalową zdolną do zaabsorbowania takiej energii to zginąłby wskutek obrażeń wewnętrznych spowodowanych przeciążeniem. Istota asekuracji linami wykonywanymi z manili czy sizalu polegała na stopniowym wytracaniu energii upadku poprzez tarcie, gdy asekurujący wypuszczał linę ze stanowiska hamując upadek partnera, jeśli jednak przesztywnił asekurację zbyt gwałtownie i silnie zaciskając dłonie na linie to albo sam wylatywał ze stanowiska albo lina ulegała zerwaniu. Z drugiej strony wbijanie kolejnych haków przez prowadzącego, zwanych hakami przelotowymi, obniżało potencjalną wartość współczynnik odpadnięcia i czyniło asekurację bardziej pewną. Nie trudno dojść do wniosku, iż najbardziej ryzykowne były pierwsze metry wspinaczki ponad stanowiskiem asekuracyjnym. Legenda głosi, iż Klemensiewicz niedługo po napisaniu Zasad Taternictwa zmienił zdanie na temat wbijania haków za pomocą kamienia: po cóż nosić młotek, jak zawsze się jakiś kamień po ręką znajdzie. Otóż podczas jednej ze wspinaczek kamień, którym, jak zwykle, wbijał hak pękł niespodziewanie na dwie części, a jedna z nich spadając zraniła jego partnera na tyle poważnie, iż musieli się wycofać. Bezpieczeństwo podczas wspinaczki znacznie wzrosło, gdy zaczęto łączyć linę z hakami za pomocą karabinków, zróżnicowano haki, wprowadzono włókna poliamidowe do produkcji lin itd. Wspinaczom wchodzącym w dobie obecnej w południową ścianę Zamarłej Turni i nieźle obwieszonym sprzętem dedykuję wspomnienie o Zaruskim i Znamięckim, którzy podczas III przejścia klasycznej posłużyli się jedynie pięcioma hakami (ściana Zamarłej ma w tej linii wysokość rzędu 140 metrów). Jakie były nasze własne doświadczenia mniej więcej pięćdziesiąt parę lat po Zaruskim. W dalszym ciągu podstawowym sprzętem były haki z miękkiej stali, ale do wyposażenia doszły stalowe karabinki o sporym zapasie wytrzymałości, liny sizalowe spotykało się incydentalnie. Osobiście sizalu użyłem tylko parę razy na bardzo łatwych drogach, ale spotkałem optymistów, którzy w Roku Pańskim 1966 wybierali się na szóstkowy uskok Zadniego Mnicha z polską liną podciągową wykonaną z sizalu. Standardowo podchodząc pod wybraną ścianę mieliśmy ze sobą nie więcej, jak 8 – 9 karabinków i 12 – 13 haków. Korzystając z prowadzonego przez lata górskiego notatnika wymienię dla przykładu trzy drogi o trudnościach typowych dla opisywanego okresu w Tatrach. · Północna ściana Mięguszowieckiego drogą klasyczną (pierwsze przejście w roku 1906) z własnym wariantem, trudności III, krótki odcinek IV, wysokość ściany 800 metrów, 1 hak · Kazalnica drogą Korosadowicza (1934 rok), trudności III, wysokość ściany ok. 450 metrów, 2 haki · Kozie Czuby środkową częścią północnej ściany (1912 rok), trudności III, wysokość ściany ok. 200 metrów, 13 haków Dwie pierwsze drogi charakteryzują się znaczną kruszyną i długimi partiami tzw. pionowych trawników, co czyni klasyczną asekurację za pomocą haków dość iluzoryczną, a nawet w dobie obecnej trudno byłoby się tam asekurować w sposób pewny, co sprawia, iż w praktyce drogi te są pokonywane praktycznie tylko zimą. Ale ponieważ, mówiąc pół żartem pół serio, byłem w poprzednim wcieleniu kozicą (jeśli wierzyć w reinkarnację) to prowadziłem na tych drogach non stop nie uważając, iż zbytnio ryzykuję. Nawiasem mówiąc, gdy byłem już starszym panem po pięćdziesiątce to Magda stwierdziła, iż gdyby na północną Mięgusza wybrałbym się na żywca czyli bez asekuracji w towarzystwie młodego, znacznie ode mnie sprawniejszego wspinacza to ja byłbym tam bardziej bezpieczny. Trzecia droga to droga w pełni skalna i dość dobrze oczyszczona ze skalnego rumoszu, umożliwiająca już całkiem poprawną asekurację. Przeszliśmy ją, Ala i ja w zespole trójkowym mając za trzeciego szesnastoletniego chłopaka, naszego podopiecznego, dla którego była to czwarta wspinaczka w życiu – wypadało się więc porządnie asekurować.
  14. Jaworowa – część II. Zwijam namiot, pakuję plecak i ruszam dalej. Blisko podstawy progu, jakim podcięte jest następne piętro doliny zatrzymuję się na dłużej. Powodem jest stado kozic, które wykorzystując nieobecność turystów o tak wczesnej porze pasie się w pobliżu ścieżki, siadam na kamieniu, zapalam fajkę i na zmianę przypatruję się to kozicom, to ścianom Jaworowego Muru dobrze podświetlonym porannym słońcem. Stara jak taternictwo rozrywka intelektualna, wybieranie w myśli różnych sposobów przejścia tych urwisk. Medytacje te przerywa pojawienie się kilku pojedynczych sylwetek na ścieżce, kozice ruszają ku podnóżom skalnych ścian, a ja kontynuuję marsz ku Sobkowej Równi, przedostatniemu piętru Doliny Jaworowej. Jeszcze raz sprawdza się moje powiedzenie, iż tak wrosłem w tatrzański krajobraz, iż zaakceptowały mnie nawet kozice. Dolinę Jaworową poznaliśmy z Alą stosunkowo późno, bo latem 1971 roku, wcześniej nie pociągał nas zbytnio Jaworowy Mur, bo i podejście długie, i skała bardzo krucha. Gdy kończyło się nasze wspólne, siódme tatrzańskie lato postanowiliśmy opuścić na trzy dni taborisko w rejonie Morskiego Oka i zafundować sobie turystyczną wycieczkę. Do plecaków powędrowało trochę żywności, palnik, menażka, brezentowa płachta i mój puchowy komplet biwakowy, na który składała się kurtka oraz noga słonia w postaci krótkiego śpiwora. Z racji dzielącej nas różnicy wzrostu noga słonia miała posłużyć Ali za pełnowymiarowy śpiwór, mnie w zupełności wystarczała zaś kurtka, karimatek jeszcze nie było, a materace pneumatyczne były w owym czasie zbyt ciężkie, aby brać je na krótki wypad. W dawnych czasach sypiało się na gołej ziemi bądź na trawie, a kolebę wykładało się cetyną czyli gałązkami kosówki. Jak kosówki nie było, bo za wysoko to trzeba się było ułożyć do snu bezpośrednio na skale, nic dziwnego, iż będąc na górskiej emeryturze w sensie nie uprawiania wspinaczki sensu stricto człek co jakiś czas odwiedza reumatologa (ale warto było!). Pierwszego dnia w spacerowym tempie wędrujemy sobie Białą Wodą, bez pośpiechu gotujemy obiad przy Pięknych Kamieniach, godnych swojej nazwy. Piękne Kamienie to dwie ogromne wanty leżące w korycie Białej Wody, które napotykamy tuż po przekroczeniu Rówienkowego Potoku. Zmrok dopada nas nad Litworowym Stawem, gdzie w towarzystwie pewnej starszej pani i jej dwóch córek spędzamy noc w Litworowej Kolebie. Śniadanie jemy nad stawem, potem Polski Grzebień, Dolina Wielicka, Siodełko i Magistrala Turystyczna, bo kierujemy się do Doliny Małej Zimnej Wody i Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Gdy kończy się światło dzienne schodzimy z magistrali odchodząc od niej na kilkadziesiąt metrów i układamy się do snu w lesie pod rozłożystym smrekiem. Budzi nas rano ciekawska wiewiórka kołysząca się na gałęzi tuż nad nami. Zwijamy się szybko, bo rano okazało się, iż spaliśmy w widłach ścieżki biegnącej tu zakosami, jeszcze kilkanaście metrów podejścia w ciemności, a biwakowalibyśmy na ścieżce. Pod Terinką dopada nas gwałtowne załamanie pogody, istna ściana wody wali się w dolinę, a mimo to góry spowija gęsta mgła, w której podchodzimy na Lodową Przełęcz. Jeszcze sporo nas od niej dzieli, a Ala wypowiada słowa, które po latach będę od czasu do czasu słyszał w górach z ust Magdy: Muszę coś zjeść, bo inaczej dalej nie pójdę! Znajdujemy jakieś pół metra kwadratowego płaskiego terenu i pod marną osłoną jakiegoś głazu podgrzewamy w menażce konserwę. Nagle do naszych uszów dociera złowieszczy hurkot, nie mamy wątpliwości, gdzieś blisko we mgle rozpędza się całkiem spora, tak na ucho, lawinka kamienna. Widzimy w tej mgle góra na piętnaście metrów, to za mało, aby móc salwować się w razie czego ucieczką, pozostaje jedynie zabawa w trafi nie trafi – nie trafiła, poszła bokiem na tyle, że nic nie zauważyliśmy. Po przekroczeniu przełęczy schodzenie Jaworową dłuży nam się niemiłosiernie, jesteśmy namoczeni wodą jak pranie dobrej gospodyni w balii, perć przypomina bardziej potok, niż turystyczną ścieżkę, ilość przekraczanych potoków jest imponująca – łatwo odróżnić te okresowe od stałych, te ostatnie forsować jest trudno. Późnym wieczorem pukamy do drzwi leśniczówki na Gałajdówce vel Polanie pod Muraniem w nadziei, iż dadzą nam jakiś kąt pod dachem. Nic z tego, leśniczego nie ma, a leśniczyna boi się nas wpuścić do leśniczówki. Inna sprawa, iż jest rok 1971, od niesławnej pamięci anschlussu Czechosłowacji upłynęły zaledwie trzy lata. Idziemy dalej, już po ciemku licząc po trosze, iż jakiś kierowca podrzuci nas przynajmniej z Javoriny na Łysą Polanę. Niestety, po raz wtóry okazuje się, iż nadzieja to matka głupich. Na przejściu granicznym nowy kłopot, za chwilę ucieknie nam ostatni autobus jadący z Morskiego Oka do Zakopanego, a celnicy gdzieś się zawieruszyli, wopiści nie chcą nas bez nich przepuścić na drugą stronę granicy. Ala grozi, iż jak nas nie przepuszczą to będą musieli nas przenocować – to skutkuje. Dobiegamy do autobusu w ostatniej chwili i jeszcze przed północą zakopujemy się głęboko w siano na strychu starej, góralskiej chałupy u pani Katarzyny Walczak na Skibówkach. Wtręt historyczny dla młodych czytelników. Wiosna 1968 roku, nazwana później Praską Wiosną. Czechosłowacja się liberalizuje, co budzi niekłamaną wściekłość Moskwy i poważne zaniepokojenie rodzimych satrapów w tzw. demoludach czyli satelickich pseudopaństwach wchodzących w skład Układu Warszawskiego. W nocy z 20 na 21 sierpnia ponad pół miliona żołnierzy tego układu wspieranych przez siedem i pół tysiąca czołgów rusza na Czechosłowację w obronie sowieckiej wersji komunizmu, w tym 2 Armia Ludowego Wojska Polskiego stworzona na bazie Śląskiego Okręgu Wojskowego. Jej dowódca, generał Florian Siwicki uważa, iż siły wydzielone z okręgu są zbyt szczupłe, prosi więc swego przełożonego, ministra obrony narodowej w osobie generała Jaruzelskiego o wsparcie i je otrzymuje. Podobno nasz polski wkład w tę operację o kryptonimie Dunaj to ponad 24 tysiące żołnierzy, 647 czołgów, 566 transporterów opancerzonych, 450 dział, prawie pięć tysięcy samochodów i wsparcie 6 Pomorskiej Dywizji Powietrzno – Desantowej. A niejaki Piotr Duda, przewodniczący Solidarności, który służył w tej jednostce nomen omen w latach 1981 – 83 obnosi się z odznaką spadochroniarza w klapie marynarki, co dobitnie świadczy o jego głupocie i kompletnym bezhołowiu w związku, co z niemałą przykrością stwierdzam, jako działacz Solidarności w latach 1980 – 2006. Upłyną zaledwie dwa lata, a Ludowe Wojsko Polskie pod światłym kierownictwem Jaruzela otworzy ogień z broni maszynowej do bezbronnych robotników idących do pracy, tak na wszelki wypadek. Żeby było śmieszniej, Siwicki w grudniu 1981 roku stanie obok Jaruzelskiego na czele WRONY czyli Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, która nawet według komunistycznego prawa dokona wojskowego zamachu stanu. Za wierność Moskwie i rodzimym komunistom Siwicki zostanie sowicie wynagrodzony: zostaje członkiem Politbiura czyli członkiem najwyższego gremium partyjnego, a od 1983 roku aż po rok 1990 będzie ministrem obrony narodowej. Teraz obaj biedaczkowie nie mogą zostać osądzeni choćby w sensie moralnym, bo są zbyt chorzy. Strach pomyśleć, co by było, gdyby tacy sami specjaliści od prawa zasiadali w trybunale norymberskim, jednak najlogiczniej rozwiązali te kwestię Rumuni, szybko i sprawnie. Tu wspomnę narodowego wiersza: a gwałt niech się gwałtem odciska. Ale zostawmy smutne dzieje w spokoju, jest rok 2011, Czechosłowacji nie ma już na mapie Europy, Polska i Słowacja są w Unii Europejskiej, czas zapomnieć o dawnych urazach. Podejście na Sobkową Rówień to seria stromych stopni, słońce jest już wysoko, upał dopada wszystkich na ścieżce, ci, co podchodzą z Jaworzyny są już zmęczeni, mnie zaczyna dokuczać ciężkawy plecak i brak wcześniejszego treningu. O poranku myślałem sobie, iż na skraju Równi uzupełnię zapas wody, zdeponuję na ostatnim piętrze czyli Michałkowej Równi co cięższe rzeczy, wejdę gdzieś wyżej, choćby na Jaworową Przełęcz, a potem wrócę do depozytu i zabiwakuję. Niestety, spotyka mnie zawód, lipcowe ulewy rozmyły i wymyły śniegi w Sobkowym Żlebie, ostatnia woda jest w Żabim Stawie Jaworowym leżącym sporo niżej od Sobkowej Równi. Upał gęstnieje coraz bardziej, tracę ochotę na biwakowanie gdzieś wyżej bez wody pod dostatkiem tuż pod bokiem. Schodzę kawałek ze ścieżki, wypakowuję część rzeczy z plecaka i chowam pod kamień – mam zamiar powłóczyć się po tym piętrze doliny w poszukiwaniu miejsc dogodnych do biwakowania w następnych latach. Po dłuższych peregrynacjach wracam po rzeczy, schodzę nad staw i rozbijam namiot w uroczym miejscu. Namiot jest w barwie ochronnej, nie na darmo kupują go fotografowie przyrody, trzeba by się dobrze rozglądać po dolinie, aby dostrzec go pod wieczór. Rozstawianie namiotu w takim terenie to specyficzna czynność, tzw. śledzie czy szpilki na nic się nie przydają w przeciwieństwie do pętelek z cienkiego, ale i mocnego repsznurka zarzucanych na co pewniejsze kamienie czy raczej niewielkie bloki skalne. To ważna czynność, jeśliby zaskoczyłby mnie w nocy halny o takiej sile, jak przed paru laty to wraz z niedbale zabezpieczonym namiotem znalazłbym się zapewne ze sto metrów niżej nieźle poobijany, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Jestem na wysokości prawie 1900 metrów, o zmierzchu robi się tu raczej chłodno – układam się zatem w śpiworze nie zamykając jeszcze namiotu. Wtedy na krawędzi Sobkowej Równi pojawia się to samo stado kozic, które obserwowałem o poranku. Patrząc, jak wędruje to stado zaskakująco późno, bo po wielu latach chodzenia po Tatrach dociera do mnie jeszcze jeden szczegół z idealnego wręcz przystosowania kozic do warunków panujących w górach. Otóż kozice mają na czole poniżej rogów białe plamy, takie same plamy maja na zadkach. Gdy światła w dolinie jest już naprawdę mało przestaję widzieć sylwetki kozic, ale owe białe plamy dostrzegam jeszcze całkiem wyraźnie. Stado kozic przemieszcza się na większe odległości zazwyczaj w szyku torowym, dorosłe kozice bacznie zwracają uwagę na to, aby najmłodsi członkowie stada nie wyłamywali się z szyku, nie pozostawali w tyle ani nie wyprzedzali kozicy idącej na czele – białe plamy bardzo im to ułatwiają. Kolejny poranek znowu jest bardzo piękny, powierzchnia stawu iskrzy się w słońcu, zielona trawa kontrastuje ostro z wielkimi stożkami piargów, a wprost nad głową sterczy mi ogromna, licząca sobie 450 metrów północna ściana Małego Jaworowego. Ukośnie padające na nią promienie słońca wyodrębniają w niej wyraźnie długą, trawiasto – skalistą półkę biegnącą ukosem ku ponuremu żlebowi. Wędruję w myślach tą półką, nawet dziś, idąc samotnie nie natrafiłbym na niej na miejsca trudne dla mnie. Ale półka ta ostatecznie gubi się w gładkiej ścianie, czego przeszło wiek temu we mgle i deszczu nie mógł dostrzec Klimek Bachleda – dziś ta półka nosi nazwę Klimkowej Ławki, a ów żleb zowie się Klimkowym. Ale o tym za chwilę, bo to dłuższa historia. Widoczność jest świetna, a na dole, nad Spiszem pojawiają się charakterystyczne chmury, to nie wróży nic dobrego, najprawdopodobniej późnym popołudniem lub pod wieczór załamie się pogoda, co najwyżej wytrzyma do jutra. Pora zwijać namiot i ruszać ku dolinom, na ten raz wystarczy. Na Sobkową Rówień wchodzę prawie jednocześnie z trojgiem Słowaków, podchodzących od Javoriny. Dwudziestoparoletnia, ciemnowłosa Słowaczka próbuje swoich sił w bulderingu, jak się dziś uczenie nazywa wspinaczkę po wielkich wantach, starsi demonstrują jej technikę pokonywania przewieszek zwaną kiedyś techniką wielkiego kroku. Uśmiecham się, bo kiedyś lubiłem zarzucać stopę powyżej własnej głowy na kant przewieszki, co oczywiście dziś oprotestowuje mój kręgosłup, od najstarszego ze Słowaków jestem starszy o przynajmniej lat dwadzieścia. Właśnie ten Słowak wyciąga z plecaka statyw i sporą kamerę, podchodzę do niego i nawiązuję rozmowę na temat fotografii górskiej. Pod koniec mój rozmówca patrząc na mnie z filuternym uśmiechem pyta: Biwakowałeś tam nad stawem, a nie bałeś się niedźwiedzia? Widząc uśmiech na mojej twarzy dodaje: Ja jestem grotołazem ze Spiskiej Beli, niedźwiedzie często spotykam i też się ich nie boję, ale ci z dołu to się ich naprawdę boją! Aby bez problemów wrócić do Podsarnia busami muszę znaleźć się na Łysej Polanie około godziny dziewiątej rano, a to oznacza, iż powinienem jeszcze jedną noc spędzić w dolinie, najlepiej na Jaworowej Polanie. Schodzę bez pośpiechu, jem obiad nad potokiem w Jaworowym Ogrodzie. Ala uprzedza mnie przez telefon o nadchodzącym froncie burzowym, pierwsze burzowe chmury widzę już nad Spiszem. Nie mam ochoty na ewentualne zwijanie mokrego namiotu wczesnym rankiem i to być może w deszczu – postanawiam zatem wykorzystać domek TANAP-u, położony w lesie tuż obok Jaworowej Polany. Ma on mały ganeczek o wymiarach jak raz pasujących pod mój namiot. Wkrótce po rozstawieniu namiotu spadają pierwsze krople deszczu, słychać też odgłosy wyładowań. Gdy po przejściu burzy deszcz przestaje padać dostrzegam w zapadającym już zmroku samotną sylwetkę z dużym plecakiem podchodzącą ścieżką w górę doliny – tej nocy Jaworowy Ogród będzie gościł nie tylko zwierzęta. Na zdjęciach nasze niegdysiejsze namioty – Stare Szałasiska 1967 i Rąbaniska 1968. A także przygotowania do obiadu przy Pięknych Kamieniach i poranek po biwaku w Litworowej Kolebie.
  15. Jaworowa. Część I. Wiosną w Suchej pani reumatolog wystawia nam skierowania na ambulatoryjne leczenie sanatoryjne, skierowanie to musi być zaakceptowane w Krakowie w małopolskim oddziale NFZ. Po paru tygodniach otrzymujemy zaskakujące w swej treści pismo z Krakowa, zawiadamiające nas o wpisaniu na listę oczekujących na stacjonarne leczenie sanatoryjne i uprzedzające jednocześnie, iż przewidywany czas oczekiwania to osiemnaście miesięcy. W naszej sytuacji takie leczenie to kompletna bzdura, bo gdziekolwiek by nas nie skierowano to walory klimatyczne musiałyby być znacząco gorsze od tych, które są naszym udziałem w Podsarniu. Tajemnicą poliszynela jest to, iż niejednemu polskiemu tzw. uzdrowisku grozi utrata jego statusu wskutek notorycznie przekraczanych norm zanieczyszczenia powietrza. Dotyczy to nawet Rabki czyli rozsądną metodą jest pojechanie tam każdego dnia na zabiegi, poczym szybkie jej opuszczenie. Ala telefonuje do Krakowa i oprotestowuje to zawiadomienie. Za dzień lub dwa telefonuje do nas lekarka, która nasz wniosek zatwierdzała i przeprasza za pomyłkę. Efektem tego całego korowodu jest to, iż zamiast rozpocząć zabiegi w Rabce w maju lub czerwcu zaczynamy je w lipcu, co jest dla nas bardzo niekorzystne zarówno ze względu na prace polowe, jak i działalność górską. Przyznano nam osiemnaście dni zabiegowych po trzy zabiegi dziennie, zabiegi odbywają się od poniedziałku do piątku, ale pech chce, iż często właśnie w soboty i niedziele pada deszcz. W jeden z nielicznych pogodnych weekendów ruszam na Babią Górę, aby choć trochę nabrać kondycji. Jest upalnie i parno, bo sporo deszczu spadło w ostatnie dni. Jak zwykle na perci wiodącej na Babią Górę z Przywarówki prawie nikogo nie ma, dopiero w pobliżu górnej granicy lasu spotykam samotnego wędrowca: Proszę pana, na wierzchołku taki tłok, że prawie nie ma gdzie usiąść! Rzeczywiście, na grani ciągnącej się od Krowiarek po sam szczyt Diablaka widać wyraźnie ludzkich sylwetek dążących ku wierzchołkowi. Tłumu w górach nie znoszę, a zatem kończę podejście na uroczym tarasie podszczytowym. Zabiegi w Rabce nareszcie się kończą, kończy się i lipiec, mogę wreszcie ruszyć w Tatry, co nie jest tak proste, jak by się wydawało. Warto rozwinąć ten temat. Orawa jako kraina geograficzna po obu stronach granicy jest bardzo atrakcyjnym rejonem, z punktu widzenia Unii Europejskiej wchodzi w skład Euroregionu Tatry, niestety bardziej papierkowo – biurokratycznego, niż realnego. Działalność tego tworu, jak do tej pory polega głównie na produkowaniu za ciężkie pieniądze różnych projektów i opracowań, których nikt na dobrą sprawę nie czyta i pod ciężarem których uginają się jedynie półki w odpowiednich urzędach. Tu mała poprawka, aktualnie remontowana jest pełna dziur do tej pory droga wiodąca z Lipnicy Wielkiej w piękną dolinę ograniczoną z jednej strony masywem Babiej Góry, a masywem Pilska z drugiej. Walory krajoznawcze Orawy to interesujące skanseny, rozległe tereny, piękne krajobrazowo i ogólnodostępne w tym sensie, iż nie obowiązują na nich zakazy schodzenia ze znakowanych szlaków turystycznych. Do Orawy zalicza się także część słowackich Tatr Zachodnich znanych na Słowacji jako Tatry Orawskie z grupą Rohaczy na czele. Wioski po obu stronach granicy są wystarczająco przygotowane do świadczenia usług noclegowych w ramach tzw. agroturystyki, ale rozwój turystyki kładzie, poza brakiem informacji przede wszystkim brak komunikacji. Aby swobodnie tu wędrować trzeba ruszyć samochodem minimum w dwie osoby, przy czym jednej z nich przypadnie w danym dniu rola kierowcy, chyba że schodząc z danego wierzchołka cofać się będziemy każdorazowo po własnych śladach do samochodu, co dla prawdziwego turysty atrakcją nie jest. Po polskiej stronie komunikacja publiczna w sezonie turystycznym jest fatalna, gdyż mniej więcej połowa kursów jest likwidowana po zakończeniu zajęć szkolnych, a coś takiego, jak rozkład jazdy czy tabliczki przystankowe są traktowane jako komunistyczny przesąd. Nie raz spotkałem się wśród z powszechnym i głośnym wśród Orawców czy Podhalan aplauzem, gdy stojąc na przystanku wśród miejscowych, zastanawiających się, czy jakiś bus w ogóle pojedzie i o której godzinie, proponowałem, aby złapać starostę, przywiązać go za przyrodzenie (o ile takowe posiada) do busa i przeciągnąć ze trzy kilometry. Rzecz w tym, iż to wydział komunikacji i transportu wydaje koncesje na transport osób, a zatem to starosta jest odpowiedzialny za cały ten bałagan. I jak zwykle wszystko jedno, czy ów czynownik jest pisowskiej czy platformerskiej proweniencji. Sytuację naszą ratuje nieco to, iż okno sąsiadki wychodzi na przystanek. Jak mam latem pojechać busem do Nowego Targu to pytam się jej, o której jedzie bus do Nowego Targu, a większość busów i autobusów jadących do Zakopanego jedzie przez Nowy Targ albo zaczyna jazdę z Nowego Targu czyli miasta. O bardzo wczesnej porze wsiadam do busa w Podsarniu, przesiadam się w Nowym Targu do autobusu, aby znaleźć się w Zakopanem tuż przed odjazdem autobusu prywatnej linii utrzymującej w sezonie letnim regularne kursy do Popradu. Autobus ten zgodnie z rozkładem jazdy powinien jechać przez Łysą Polanę i Tatrzańską Jaworzynę zwaną pokrótce Javoriną. Ponieważ kurs owego autobusu rozpoczyna się pod Nosalem i sprzedawane są na niego wcześniej bilety to podchodzę do kierowcy i pytam się go, czy podrzuci mnie do Javoriny, kierowca po krótkim wahaniu wyraża zgodę. Dlaczego kierowca się zawahał dowiaduję się dopiero, gdy autobus na rondzie w Bukowinie zmienia kierunek jazdy o 270 stopni kierując się w dół w stronę Białki. A zatem kierowca zamierza ominąć korki w rejonie Łysej Polany jadąc przez Jurgów i Podspady omijając w ten sposób i Javorinę. Dotrzymuje jednak słowa skręcając w Podspadach w prawo, wysadza mnie w Javorinie, poczym zawraca w stronę Starego Smokowca i Popradu, doprawdy uprzejmy z niego facet. Pora jest już popołudniowa, na górne piętro doliny już dzisiaj raczej nie zdążę, musiałbym zbytnio się śpieszyć. Starym obyczajem wyniesionym jeszcze z wypadów do Jaworowej z Roztoki wstępuję do Bufetu Taja. W pewnej odległości od centrum Javoriny stoją na zboczu obok narciarskiego wyciągu dwie drewniane chałupki połączone pomostem z ze stołami i ławami osłoniętymi wielkimi parasolami. Dolny, mniejszy szałasik to kuchnia, górny służy za jadalnię w dni słotne lub wietrzne, oraz zimą. Zawieszony na zewnątrz kuchni głośnik rozbrzmiewa non stop dźwiękami radia RMF, w jadalni można popatrzeć na telewizję. Czapowane czyli kuflowe piwo, dobrze doprawione papryką parówki, fajka i ruszam w górę doliny. Dzień jest pogodny, wielu turystów ruszyło w góry, ale jak zwykle – w Jaworowej przesadnego tłoku nie ma. W miarę nabywania przeze mnie wysokości coraz częściej schodzący z góry turyści nawiązują ze mną rozmowę, zdziwieni tym, iż ktoś idący z ciężkim na oko plecakiem podchodzi o tej porze w górę doliny. Pierwszą rozmówczynią jest pani przewodnik z Zakopanego, młodsza ode mnie o jakieś dziesięć lat: Czy nie za późno pan podchodzi? Odpowiadam z szerokim uśmiechem: Tu żadna pora nie jest dla mnie zbyt późna. – A, będzie pan biwakował! Polecam jagody i maliny, są bardzo słodkie. Lubię tu przychodzić nie tylko dla nich, można tu jeszcze chodzić z psem. Pani towarzyszy bardzo ładny husky, wyraźnie zadowolony ze spaceru. To początek trwającej ponad kwadrans rozmowy o górach i ludziach, którzy po nich chodzą. Tego dnia w Jaworowej sprawdza się następująca reguła: Pierwsi schodzą w dół najstarsi czyli najwolniejsi. Zabawny dyskurs: - Tak późno pan podchodzi? Czy jest tam jakieś inne schronisko (w domyśle: poza Terinką leżącą już po drugiej stronie grani w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich)? – Ale panowie wygodni, schroniska koniecznie wam potrzeba! Tu włącza się do rozmowy kolejny interlokutor: - A mówiłem wam, że pan będzie biwakował gdzieś wysoko! Mijam górną granicę lasu, przechodzę przez kładkę na Jaworowym Potoku i jestem już w przepięknym Jaworowym Ogrodzie, w którym już raz biwakowałem razem z Magdą. Kieruję się ku zbiorowisku wielkich want, aby tam poszukać miejsca dogodnego do rozbicia namiotu, miejsce to powinno być w miarę dyskretne, aby namiot zbytnio nie rzucał się w oczy. Słońce już zaszło, w dolinie robi się szaro. Zbliża się do mnie schodząca w dół grupa młodzieży niosąca średniej wielkości plecaki, z całą pewnością przeszli przez Lodową Przełęcz, będą już późnym wieczorem szukać noclegu w Javorinie lub po polskiej stronie. Schodzę z wąskiej tu perci, aby mogli swobodnie przejść, ale oni też ustępują mi drogi: Bo panu bardziej się śpieszy, niż nam. O święta naiwności, sądzą, iż mam zamiar spać w Terince odległej o przynajmniej trzy godziny drogi, a jest już po osiemnastej. Wyprowadzam ich z błędu: Nic podobnego, jak mi się znudzi podchodzenie to zostanę tam, dokąd doszedłem. Na pożegnanie jedna z dziewczyn rzuca mi na odchodne: Proszę uważać, bo tam są kozice! Moja krótka odpowiedź wywołuje głośną salwę śmiechu: To bardzo dobrze, gorzej, jak by były tam kozły (kozły, bo niekoniecznie muszą wiedzieć, co to są capy). Jeszcze kilka minut i znajduję wygodną płasienkę na wierzchu ogromnej, płaskiej wanty okolonej niską kosówką i wyższymi wantami, co czyni miejsce biwaku praktycznie niewidoczne ze ścieżki, potok płynie tuż, tuż, co jest niebagatelnym ułatwieniem na biwaku. Ranek jest pogodny, może nawet zbyt pogodny – tropik namiotu od wewnątrz jest suchy, brak rosy, to wróży zmianę pogody w najbliższym czasie. Gossamer - legalnie.
×
×
  • Create New...