Jump to content

Jerzy L. Głowacki

Member
  • Content Count

    82
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    6

Blog Entries posted by Jerzy L. Głowacki

  1. Jerzy L. Głowacki
    Oczekując na moment, kiedy Słowacy otworzą po zimie Tatry zastanawiam się, od czego by tu w Tatrach zacząć sezon 2008. Wygodnie i miło byłoby znaleźć się w poczciwej Roztoce, ale oznaczałoby to zderzenie się z tłumem ludzi na asfalcie prowadzącym do Morskiego Oka i licznymi wycieczkami podchodzącymi do Pięciu Stawów. A od tłumu odzwyczaiłem się w Podsarniu, oj odzwyczaiłem. Wiele lat wyruszałem, jak inni, w Tatry wiosną korzystając z dobrodziejstwa tzw. długiego, majowego weekendu. Ale po serii różnych zdarzeń nazwałem ten czas Wielkim Wiosennym Redykiem. Dlaczego? O tym za chwilę. Przełom kwietnia i maja, idziemy we dwóch, Andrzej Aścik i ja z Roztoki do Stawów przez Siklawę i dalej, przez Świstówkę w stronę MOka (Morskiego Oka). Siadamy sobie na dnie Świstówki na paru wystających tam ze śniegu kamieniach i kontemplujemy miłe dla oka widoki. Wtem w polu widzenia pojawia się, od strony Stawów, grupa młodych ludzi. Zaczynają się dzikie harce, zjazdy bez pojęcia i talentu na dno dolinki. Zjeżdżający nie mają pojęcia (w słowniku parlamentarno - rządowym: nie posiadają wiedzy), iż w kępach kosówki, w które wpadają, często głową, czają się niebezpieczeństwa w postaci przyciętych gałęzi kosodrzewiny, bo wiedzie tędy letnia ścieżka. Kamieni też trochę wystaje, a są dobrze zamaskowane kosówką. Jest za daleko, by ich ostrzec, są zresztą zbyt głośni i rozbawieni. Jakaś dziewczyna przebija się z impetem przez trzymetrowy, co najmniej pas kosodrzewiny, leży nieruchomo. Podnosimy się z Andrzejem z kamieni, gotowi ruszyć w górę, ale po chwili dziewczyna się podnosi, nie jest sama, interwencja jest zbędna. Andrzej stwierdza z irytacją: zabierajmy się stąd, bo za chwilę będziemy musieli organizować akcję. Ruszamy dalej, nie mamy ochoty na odwiedzenie zatłoczonego Morskiego Oka, a zatem po dojściu do Żlebu Żandarmerii czekamy na lukę między grupami turystów, aby zejść tym żlebem na Włosiennicę nie pociągając nikogo za sobą. Śnieg jest stabilny, zagrożenie lawinowe praktycznie zerowe, należy tylko wystrzegać się obszernych kawern, ukrytych pod powierzchnią śniegu – nie jest przyjemne znaleźć się nagle w głębokiej jamie z małym okienkiem nad głową, wpaść łatwo, ale wydostać się niezbyt łatwo. Ok., nikogo w polu widzenia, czekany w garść i szybko w dół do miejsca, gdzie żleb zwęża się i zakręca, tu, niewidoczni ze szlaku siadamy sobie wygodnie. Gawędzimy spokojnie, aż do momentu, kiedy pojawia się dwóch chłopaków w wieku, powiedzmy studenckim. Przyzwyczajenie staje się drugą naturą człowieka i nawet nie chodzi tu o długie lata spędzone na uczelni. Mieczysław Świerz, świetny w swoim czasie taternik, autor poczytnego przewodnika wspinaczkowego, a w cywilu profesor Gimnazjum Św. Anny w podwawelskim grodzie, (co było ongiś niezłym wstępem do późniejszego objęcia katedry na krakowskiej Alma Mater) popełnił dawno, dawno temu następujący aforyzm: Najtwardszą skamieliną w Tatrach jest ludzka głupota, nie wietrzeje nigdy. A głupota i brak wyobraźni skutecznie w górach zabijają. Tatry bardzo wcześnie pokazały mnie, iż piętnując głupotę można komuś życie uratować, jeśli dobrze lekcję zapamięta. Podnoszę się zatem z kamienia i groźnym tonem zaczynam przesłuchanie: co tu robią? Czy wiedzą, gdzie są? Czy ten żleb jest podcięty? Itp. Obaj jesteśmy ubrani na czerwono, mamy marsowe miny – młodzi ludzie są wyraźnie wystraszeni i potulni, poszli za naszymi śladami, obiecują poprawę. Udzielamy im paru wskazówek i puszczamy dołu. Na Włosiennicy wypijamy, zgodnie z tradycją po piwie i schodzimy, nie spiesząc się do Roztoki. Tuż przed schroniskiem napotykamy naszych delikwentów ze Żlebu Żandarmerii – chwalą się, iż już wiedzą, gdzie się zapuścili i co to za miejsce, rozpytali się o to Gazdy na Roztoce. Dla bliżej niezorientowanych – dzierżawca schroniska i zarazem ratownik z wieloletnim stażem, a wyżej wzmiankowany żleb to potencjalne źródło lawin o takim wagoniarze, iż potrafiły na parę tygodni odciąć schronisko w MOku. Nazwa żlebu wzięła się stąd, iż za czasów c.k. monarchii postawiono tam koszary dla żandarmów – długo nie postało, nawet górale nie zdążyli tych koszar podpalić. Następnego dnia, dla odmiany, podziwiamy z Andrzejem z wierzchołka Mniszka ślady na śniegu, pozostawione niedawno prze jakiegoś bardzo ostrożnego we własnym mniemaniu turystę, który spacerował sobie w odległości około dwóch metrów od krawędzi urwisk opadających do Mnichowego Żlebu. Rzecz w tym, iż krawędź żlebu jest tam głęboko poszczerbiona, a nawisy, dochodzące do pięciu metrów wysięgu, wyrównały tą krawędź prawie do linii prostej. Mija rok, znowu idę przez Świstówkę, tym razem samotnie. Zejście na dno dolinki nie jest całkowicie bezpieczne, towarzyszą mi typowe zsuwy śnieżne, muszę uważać, aby nie podciąć większej lawinki. To nie są warunki na pałętanie się po Żlebie Żandarmerii – ale, od czego jest tak zwany Piwny Żleb wyprowadzający ostatecznie na Stare Szałasiska i Włosiennicę. Pomny ubiegłorocznych doświadczeń wpadam na głupi w ostatecznym rachunku pomysł: jeśli wykonam trawers w stronę tego żlebu w najbardziej niedogodnym miejscu to nikt po moich śladach nie powinien pójść. O święta naiwności! Trawers jest rzeczywiście niedogodny, bo grożący w razie popełnienia błędu ekspresową podróżą na dno Doliny Roztoki, czyli na łono Abrahama mówiąc wprost. Gdy docieram do górnej granicy lasu postanawiam spożyć małe, co nieco. Siadam wygodnie na zwalonym smreku, pojadam i popijam gorącą herbatkę z termosu. Idyllę psuje mi widok dwojga trzydziestolatków, wyłaniających się zza drzew. Zgubili moje ślady w lesie, są bezradni, jak małe dzieci. Cały ich animusz i odporność psychiczna wypaliły na wspomnianym trawersie, – ale nie zawrócili, pchali się dalej nie wiadomo, po co. Podobnie, jak przed rokiem, włóczę się po Dolinie za Mnichem. Warunki trudne, miejscami twardo, gdzie indziej przepadający śnieg – parę kroków po powierzchni śniegu i nagle siedzi się w nim po pas albo po szyję. Silnie operuje słońce, po południu rozpoczyna się festiwal niezbyt dużych, ale całkiem groźnych lawinek firnowych. Przekraczają one przetorowany na Szpiglasową Przełęcz szlak dochodząc prawie na samo dno Dolinki. Czworo młodych ludzi, nie reagując na ostrzegawcze okrzyki pcha się w stronę przełęczy w najbardziej idiotyczny sposób. Zamiast obejść najsilniej zagrożony teren dołem podchodzą coraz wyżej, tam gdzie żleby tworzą prawie układ dyszy Lavalla zwielokrotniając zagrożenie. Mają szczęście, wpisują się prawie dokładnie w połowę odstępu czasu między dwiema kolejnymi lawinami. Wtedy wówczas nadałem długiemu weekendowi majowemu prywatną nazwę Wielkiego Redyku Wiosennego – nie prawdą jest, iż owiec i baranów jest w Tatrach teraz mniej. Cdn.



  2. Jerzy L. Głowacki
    Ostatni Mohikanin
              Otwieram kolejny, pięćdziesiąty sezon tatrzański towarzyską przechadzką ze znajomymi z Łodzi. Idziemy z Tatrzańskiej Kotliny przez schronisko Plesnivec (Szarotka), Wspólną Pastwę i Przednie Koperszady do Białych Stawków. Dla moich towarzyszy to pierwszy wypad w Tatry Bielskie, dla mnie pierwszy wiosną. Na rozległej polanie zwanej Wspólną Pastwą pozostałości po potężnym lawinisku, ścięte lub połamane smreki. Nasza eskapada rozpoczęła się też od lawinowego akcentu. Samochód postanowiliśmy zostawić pod małym pensjonatem na skraju Tatrzańskiej Kotliny. Weszliśmy do baru, mieszczącego się w tym pensjonacie, aby zapytać się, czy nie będzie przeszkadzał w tym miejscu. Nawiązała się krótka rozmowa, z której wynikało, iż zimą przed tym pensjonatem pozostawili samochód ojciec z córką, mieszkańcy Krakowa. Dotarli oni do Plesnivca, a w parę chwil po jego opuszczeniu zostali zagarnięci przez potężną lawinę, w której zginęli. Zdarzenie to uczuliło pracowników pensjonatu i skłoniło ich do pytania o górskie zamiary tych, którzy pozostawiają tam samochody.
              Schronisko to zbudowane jest na sztucznie wyrobionej w stromym zboczu platformie, tuż nad zbiegiem dwóch potężnych żlebów, z których pierwszy nosi zasłużoną nazwę Lawinowego. Sam budynek chroniony jest przez las, ale najbliższe jego otoczenie jest zagrożone i to poważnie lawinami. Zadaję sobie pytanie, czy tych dwoje zdawało sobie sprawę z zagrożenia, czy poruszało się z błogim uczuciem bezpieczeństwa. A lawina poszła nie Lawinowym, lecz Owczym Żlebem.
              Wędrując w stronę Białych Stawków można podziwiać jeden z najwyższych rejonów Tatr Wysokich, grupę Kieżmarskich Szczytów i Łomnicy, Durny Szczyt i Baranie Rogi. Jak na połowę czerwca śniegu jest wyjątkowo dużo, nawet pod niską, jak na Tatry Przełęczą pod Kopą leży wielki płat śniegu. Wegetacja roślin dopiero się zaczyna, musi upłynąć parę tygodni, aby oko mogło się cieszyć barwnymi dywanami kwiatów na łąkach Przednich Koperszadów .
              W lipcu czekam na dogodny moment, aby wrócić do ulubionego procederu biwakowania w kolebach. Przed dziesięcioma laty dopisałem do swojej listy tatrzańskich standardów biwakowanie w Ciemnosmreczyńskiej Kolebie. Nad przesmykiem łączącym dwa piękne, Ciemnosmreczyńskie Stawy leży ogromna wanta wielkości góralskiej chałupy. Od strony zachodniej wanta ta tworzy pochyły okap, jako tako chroniący wraz z  kamiennym murkiem od deszczu. Najbliższy szlak turystyczny kończy się na początku dolnego ze stawów, perci już dawno zarosły i wtopiły się w teren – od późnego popołudnia w zasięgu wzroku nie widzi się człowieka, w otoczeniu koleby pojawia się nie więcej, jak kilkanaście, ściśle dobranych osób rocznie.
              Rano wsiadam do busa w Podsarniu, jadę do Nowego Targu, gdzie się przesiadam. Jeszcze jedna przesiadka czeka mnie w Zakopanem. Wreszcie Palenica Białczańska i schronisko w Roztoce, gdzie zatrzymuję się na nocleg. Droga do Morskiego Oka w remoncie, więc tłum wali przez Roztokę, park łaskawie otworzył dla turystów drogę jezdną do schroniska.. Gospodarze się zmienili, ale z nowymi szybko nawiązuję kontakt, ze starej, roztoczańskiej gwardii ni żywej duszy. Następnego dnia rano rozpoczynam podejście – asfaltem do MOka, ceprostradą do Doliny za Mnichem. Na gościńcu pracuje ciężki sprzęt, remont w pełni, mimo wczesnej pory gęstnieje też tłum turystów.  Stare, górskie grzechy trzeba odpokutować, coś w kręgosłupie z lekka uciska na rdzeń, zaczynam kuleć na prawą nogę. Nie przejmuję się tym zbytnio, wejdę w tzw. teren, rozgimnastykuję kręgosłup i przejdzie. Na ceprostradzie dla odmiany dokucza mi upał, przed którym trudno uciec, bo prawie piętnastokilogramowy plecak opóźnia tempo marszu tym bardziej, iż brak mi tatrzańskiego treningu. Ale gdy w Dolinie za Mnichem opuszczam znakowaną ścieżkę kierując się popod Mnicha jest już dobrze, upał osłabł, mięśnie się rozgrzały, wycieczkowicze zostali na szlaku. Stosując terminologię wojskową moim zadaniem bliższym jest dotarcie na Zadnią Galerię Cubryńską, zadaniem dalszym jest osiągnięcie Ciemnosmreczyńskiej Koleby, leżącej oczywiście po drugiej stronie grani.
              Na Zadnią Galerię docieram późnym popołudniem, śniegu na niej jeszcze sporo, Zadni Stawek głęboko pod śniegiem i lodem, ale jest na niej już bardzo ciepło i przytulnie, choć zwykle to jedno z najzimniejszych miejsc w otoczeniu Morskiego Oka. Jest tak miło, iż szukam pretekstu, aby nie iść dalej tego dnia. Zmęczony jestem, to fakt, ale nie na tyle, aby nie dojść w rozsądnym czasie do koleby. Nagle przypominam sobie, iż jestem tu po raz setny i jeszcze tu nie biwakowałem, OK., śpię na Galerii. Wyciągam z plecaka wiktuały, menażkę, palnik, pojemnik z butanem. Zaczynam popołudniową sjestę, kontempluję krajobraz, skaczę po maliniakach czyli wantach. Po pewnym czasie od południowego zachodu nadciągają nad główną grań Tatr potężne cumulusy, robi się ciekawie.  Odległy pomruk przypomina mi, iż niezbyt zdrowo byłoby spać absolutnie sub Iove, należałoby poszukać jakiejś osłony przed ewentualną nawałnicą. Mały kłopot, koleba nieopodal stawku wypełniona szczelnie śniegiem, druga koleba dobrze chroni przed wiatrem, gorzej przed deszczem, a w razie burzy może być nawet niebezpieczną ze względu na swoje ukształtowanie i położenie. Wchodzę trochę wyżej i prowadzę obserwację okrężną w poszukiwaniu czarnej dziury, ale nie w sensie astrofizycznym. W końcu coś takiego dostrzegam, trzeba to jeszcze sprawdzić. W porządku, czarna dziura okazuje się wylotem ciasnej, jednoosobowej koleby. Wejście dość akrobatyczne, usiąść się w niej nie da, lecz sklepienie utworzone przez jednolitą, granitową płytę sprawia solidne wrażenie – nie powinna zaciekać podczas deszczu.
              Wieczorem, po kolacji zaczynam przygotowania do biwaku – już niedługo zapadnie zmrok. Procedura jest dość skomplikowana. Wsunąć materacyk do płachty biwakowej i wepchnąć całość do koleby. Rozwinąć śpiwór, rozpiąć częściowo jego suwak i włożyć do płachty. Plecak umieścić z boku, w nocy posłuży za poduszkę. Obok położyć parasol, aby w czasie ulewy łatwo go było rozłożyć i zasłonić nim od wewnątrz otwór wejściowy koleby, by chronił przed rozbryzgami wody. Ubrać się w kurtkę i spodnie z goretexu, bo ubranie się w coś w miarę wodoodpornego w kolebie nie będzie możliwe ze względu na ciasnotę. Stojąc przed kolebą zdjąć buty, włożyć je do worka foliowego i umieścić w kolebie. Chwycić jedną ręką za krawędź okapu koleby i podpierając się drugą ręką wsunąć się nogami do śpiwora i koleby zarazem. Przesunąć plecak pod głowę, zasunąć suwak śpiwora. Zapamiętać, aby po przebudzeniu nie próbować usiąść, bo kask został w Podsarniu, a powała koleby tuż tuż nad głową.
              Nad ranem wyrywa mnie brutalnie z objęć Morfeusza jakiś łoskot, w pierwszej chwili wydaje mi się, iż nadciąga burza. Po chwili sytuacja się wyjaśnia, to potężne uderzenia wiatru, wzmacniane przez amfiteatr ścian nad Galerią. Postanawiam obejrzeć wschód słońca, wysuwam się ze śpiwora i płachty, trochę gimnastyki i stoję w skarpetach na głazach przed kolebą. Nakładam buty i ruszam w stronę wschodniego skraja Galerii, pierwsze parę kroków po skale, dalej po śniegu. Po paru minutach pomarańczowy krążek zaczyna się wysuwać zza grani Tatr Bielskich, nie będę tego opisywał, aby słowami nie sprofanować piękna tej chwili.
              Półtorej godziny później podchodzę już w kierunku Przełączki pod Zadnim Mnichem. Po raz pierwszy  przejdę przez nią nie popełniając przestępstwa zagrożonego karą pozbawienia wolności do lat dwóch, a to wszystko dzięki układowi z Schengen. Uśmiecham się do siebie, gdy pierwszy raz przez nią przechodziłem byłem  cztery razy młodszy, niż dziś, a niosłem plecak tyle samo lżejszy, co teraz. Powinno być chyba odwrotnie. Śnieg w stromym żlebie po drugiej stronie grani długo leżał, trzeba iść bardzo ostrożnie, aby nie stracić równowagi na mało stabilnym podłożu, niespiesznie schodzę w dół, mam dużo czasu. W kolebie brak śladów ludzkiej ingerencji, bardzo rzadko ktoś tu biwakuje, a jeśli już, to dba o to, aby nie pozostawić po sobie śladów. Posiłek kawa, papieros, bo fajki ze sobą nie zabrałem. Próba łączności telefonicznej z Alą, niestety nieudana. Łażę w zygzak po dolinie, wszędzie brak sygnału. Licho nas podkusiło, wymienić telefony na nowocześniejsze, stare, o całe niebo prymitywniejsze, miały jednak większą czułość i zapewniały łączność z tej doliny. Dobrze, że dzisiaj rano, jeszcze z Galerii ostrzegłem Alę, iż po przekroczeniu grani mogą być kłopoty z łącznością. Dzień jest słoneczny, krajobrazy piękne, ale na niebie dzieją się rzeczy niepokojące, wypiętrzają się gigantyczne chmury, zanosi się na gwałtowne załamanie pogody pod wieczór. Postanawiam podwyższyć murek osłaniający kolebę, uzupełniam zapas wody z jeziora, wcześniej niż zwykle przygotowuję posłanie.
              Za kwadrans ósma w kolebę uderza z najbardziej niekorzystnej strony coś na kształt fali uderzeniowej, strugi deszczu, niesione porywami wiatru przelatują praktycznie poziomo nad murkiem i odbijając się od okapu spadają wprost na mnie. Szczeliny w okapie zamieniają się po paru minutach w kurki wodne, jeszcze chwila i dnem koleby płynie potoczek – wszystko to przy kanonadzie wyładowań atmosferycznych. Gdyby nie płachta biwakowa byłbym już całkowicie przemoczonym. Cała ta zabawa trwa od dwóch do trzech godzin, ale deszcz leje nadal. Gdzieś po piątej rano następuje krótka, nieuzasadniona przerwa w pracy czyli strajk w PRL-u, pardon,  przerwa w deszczu, którą skwapliwie wykorzystuję na spakowanie się i opuszczenie koleby. Chwilę później ulewa wraca z taką samą, jak poprzednio siłą. Wybieram najkrótszą drogę powrotu do Roztoki, przez Wrota Chałubińskiego. Perć w dolinie już zaniknęła, nigdy od tej strony nie szedłem na Wrota, muszę uważać, aby we mgle i deszczu nie utrudnić sobie drogi na grań. Nie do końca mi się to udaje, bo niby droga bez trudności, a forsuję jakieś miejsca o dwa stopnie trudniejsze. Na przełęczy i w Dolinie za Mnichem ni żywego ducha, ale w telefonie komórkowym pojawia się sygnał, bardzo dobrze, bo Ala już od przeszło doby nie miała wieści ode mnie. W schronisku nad Morskim Okiem bardzo pustawo, mało kto ma ochotę na spacer w taką pogodę. Zostawiam plecak na werandzie i tak, jak stoję idę w stronę drzwi do kuchni, gdzie zamawia się posiłki. Ostatecznie śniadania dziś nie jadłem, a od momentu opuszczenia koleby minęły już cztery godziny. Posiłki wydaje (i bufet obsługuje) ta sama, od lat, pani – znamy się świetnie z widzenia:  Dzień dobry Pani. Parówki poproszę, i piwo!  Pani spogląda na mnie, lśniącą od wody kurtkę i domyśla się bezbłędnie, iż nie przyszedłem ani z dołu ani ze Słowacji przez Rysy, bo za wczesna pora i odpowiada: Grzane? Odpowiadam natychmiast: Bardzo proszę. I dodaję: Wie Pani, koleba w której już pięć razy spadłem, dzisiejszej nocy pierwszy raz  przeciekła. Pani odpowiada: Tak też sobie pomyślałam.
     
     














  3. Jerzy L. Głowacki
    Ludzie Tatr
    Narty - nie wiem, czy ktoś to odczuwa tak jak ja
     
    Przed wojną zaledwie jako 14-latek zaczął wygrywać zawody narciarskie najwyższej rangi. Trasy zjazdowe z Kasprowego nie miały przed nim tajemnic. Niebywale zapowiadającą się karierę zawodniczą przerwała wojna. Zasłynął jako ten, który w czasie wojny na nartach wyskoczył z kolejki na Kasprowy Wierch. Walczył w AK. O tragicznych, trudnych, powojennych przeżyciach nie za dużo mówi. Dopiero w latach 50. mógł powrócić do rodzinnego Zakopanego. Ratownik TOPR, narciarz, taternik, przewodnik tatrzański. Dzięki niemu TOPR zaczęło stosować nowoczesne techniki ratownicze, m.in. tzw. zestaw Grammingera (specjalne nosze, lina i kołowe bębny do wyciągania rannego). O pracy ratownika i pasji taternickiej mówi: - Trzeba ryzykować. Ryzyko jest niezbędne. Opowiadając o dawnych latach, często uśmiecha się do swoich wspomnień. A ma ich tyle, że można by nimi obdarować życie nie jednego, a kilku ludzi.
     
      - Jak to było z tym słynnym skokiem z kolejki?
     
    - Już tyle razy to opowiadałem... Zima 1944 rok. Przyszedłem do domu, i nie myślałem o tym, że będę chciał jechać kolejką, ale w nocy spadło dużo śniegu, kilkadziesiąt centymetrów. Nie można się było przedrzeć żadną boczną drogą, a miałem iść na Słowację do leśniczego. Można było skorzystać z kolejki, nie była ona "nür für Deutsche". Pech - trafiłem na obławę. Gdy wszedłem do holu, a nic się tam nie zmieniło, dziś wygląda to tak samo, wiedziałem, że nie będę się mógł wycofać, bo mnie zatrzymają. Przy drzwiach stał gestapowiec, Polak, który poszedł na usługi Niemców. On mnie znał, a ja jego. Trochę zdziwiony byłem, że nie podchodzą do mnie, ani nic... I byłem pewny, że wysiądę na Myślenickich Turniach i pójdę swoją drogą. Tam jednak drzwi były zamknięte, żandarmi spacerowali po peronie. No i nie było wyjścia, trzeba było wsiadać do wagonika i jechać na Kasprowy. Szczęście było, że w wagoniku jechałem po prawej stronie. Konduktorzy mnie znali. Kolega konduktor podpowiedział mi, że nie ma mowy o tym, bym przeszedł na Kasprowy, tak Niemcy pilnowali. Właściwie on mi podpowiedział, że jak będziemy dojeżdżać do Kasprowego, to prawe drzwi odsunie. Normalnie powinien otworzyć drzwi po prawej stronie. Po wszystkim jego chyba potem miesiąc trzymali, przesłuchiwali. Ale wytłumaczył się. Kolejne szczęście, że jechało tylko dwóch narciarzy: ja i starszy pan, Niemiec albo Austriak. Dlatego pozwolono nam zabrać narty do wagonika. Normalnie trzeba było je umieścić w koszu na zewnątrz wagonika. Nikt mnie nie zatrzymywał w wagoniku, nikt się mną nie interesował, na górę wyjeżdżało niewielu ludzi - Niemcy na urlopie, żołnierze, w sumie kilkanaście osób. Położyłem na podłodze w wagoniku narty, i udawałem, że coś sobie poprawiam przy wiązaniach. Gdy wagonik zwolnił przed Kasprowym, kolega konduktor odsunął drzwi. I wtedy zeskoczyłem.
     
    - Ile tam było metrów?
     
     - Niedużo. Kilka metrów mogło być. Ale to było po dużych opadach śniegu, było bezpiecznie. I ja znałem ten zjazd Żlebem po Palcem, z 1938 roku, gdy byłem w kadrze narodowej i jako 14-letni chłopak trenowałem do Mistrzostw Świata, które się odbyły w 1939 roku. I tam zjeżdżaliśmy w czasie treningu z Bronkiem Czechem. Tak że wiedziałem, że tam mogę zjechać. Ale bałem się, bo jechałem za szybko. Ale wszystko skończyło się dobrze.
     
    - Nie poszukiwali pana?
     
     - Dla mnie gehenna zaczęła się, gdy zjechałem do Doliny Kasprowej. Świeży śnieg powyżej kolan. Gdzie teraz iść? Całą noc szedłem w tym grząskim, kopnym śniegu. Nad ranem doszedłem na Halę Gąsienicową. Przesiedziałem cały dzień w starym schronisku. Nikt nie szukał na Hali Gąsienicowej, nikt się nie wypytywał, więc wieczorem poszedłem swoją drogą przez Liliowe. I tak się to skończyło.
     
    - Kiedy po raz pierwszy ubrał pan narty? Jakie były pana początki w narciarstwie?
     
     - Jeszcze za dobrze nie chodziłem, a już miałem narty na nogach. Pamiętam pierwsze zawody dla dzieci na Lipkach, to był bieg na 100 metrów. Zająłem pierwsze miejsce. Miałem chyba 4 lata. No a później to jeździło się z kolegami. Czasy były inne, to był masowy sport. Po szkole wszyscy chodzili pod Nosal chodzili. W 1937 i 1938 roku miałem najlepsze w tym okresie wyniki - jako 14-letni chłopak, także wśród seniorów. Nie klasyfikowali nas wtedy osobno. Wszyscy razem startowali i byli oceniani bez podziału na wiek. Bieg zjazdowy jeździliśmy na trasach FIS 1 i FIS 2, dziś już zarośniętych. Na Międzynarodowych Mistrzostwach Polski w biegu zjazdowym na 167 startujących zająłem 18. miejsce.
     Wtedy był taki regulamin: w zależności od tego, które miejsce zajęło się w biegu zjazdowym, to w takiej kolejności takiej startowało się w slalomie specjalnym w Suchym Żlebie. W slalomie specjalnym zająłem 8. miejsce. To był dobry wynik. A w kombinacji alpejskiej byłem chyba 7.
     
    - To były pana pierwsze ważniejsze zawody?
     
     - Tak. Nie miałem takiego kolegi w moim wieku, z którym mógłbym jeździć. Zaczynał wtedy Andrzej Bachleda. Ale on pochłonięty był nauką, studiami. To był 1938 rok. Jeszcze w 1939 startowałem w eliminacjach do Mistrzostw Świata, ale okazało się, że trzeba było mieć skończone 16 lat, a nie 15... No a później nadeszła wojna, i tak się skończyło narciarstwo.
     
    - Po wojnie jeszcze pan startował?
     
     - Startowałem, ale o tym to ja nie chcę mówić, bo to przykre sprawy. 9 lat w ogóle nie jeździłem na nartach.
     
    - A jakie to były te sprawy? Czy może zechce coś pan o tym powiedzieć?
     
     - Związane były z moją działalnością w Armii Krajowej. Do końca wojny byłem w AK. Ostatnie lata działałem w partyzantce, to był I Pułk Strzelców Podhalańskich, IV Batalion "Lamparta". A po wojnie mnie aresztowali. I jechałem już na Sybir ze Słowacji, bo w Zakopanem mnie aresztowali, przeprowadzili na Słowację, tam był punkt zborny. To stamtąd uciekłem. Ale niedługo się cieszyłem wolnością. Po raz drugi wpadłem, podczas obławy NKWD. Dowódca naszego oddziału postanowił, że nie ma tu już czego szukać, trzeba uciekać za granicę. Mieliśmy iść przez góry do Austrii. W gospodarstwie za Gubałówką była zbiórka. Czekaliśmy na nich, ale nie przyszli. Zostałem tam wysłany, żeby zobaczyć, się dzieje. A tam było piekło. Była obława. Mogłem się wycofać, ale chciałem ich ostrzec, żeby się ratowali, uciekali. Ale nie dało się. I tak przeszedłem przez NKWD, UB, Plac Inwalidów w Krakowie, forty na ul. Kamiennej. Gdy siedziałem w IV bastionie, zorganizowaliśmy ucieczkę, przy pomocy z zewnątrz.
     
    - Jak udało się wam uciec?
     
     - Można się było zgłaszać do pracy na ochotnika. Na górze rosły drzewa, krzewy, nic nie było widać, że pod spodem są forty. Wartownicy spacerowali na górze ścieżeczkami. Były one wysypywane jasnym pisakiem, żeby wiedzieli, którędy chodzić. Zgłaszałem się do pracy, zawsze to świeże powietrze. Po kilku razach zorientowałem się, że można uciec. Wyjeżdżaliśmy taczkami na zewnątrz fortu przy ul. Kamiennej. Tam za murem był piasek i trzeba było go załadować na taczki i wracać z powrotem na górę, by wysypać te ścieżeczki. Jeden wartownik pilnował, a my we dwóch jeździliśmy, woziliśmy ten piasek. Dwóch naszych kolegów już było umówionych i tego wartownika myśmy troszkę unieszkodliwili. Przeżył. Mieliśmy podstawiony samochodów na skrzyżowaniu, teraz tam się na tej ulicy Kamiennej trochę pozmieniało, byłem tam zaglądnąć. Uciekało nas czterech. Biegłem ostatni do samochodu, jeszcze trzeba było przedrzeć się przez płot i druty kolczaste. Dobiegłem do samochodu, silnik był zapuszczony, a jak wsiadłem, to zgasł. Tego nie zapomnę. Po którymś razie zastartował i zaczęła się jazda po ulicach Krakowa. Kierowca wiedział, jak i gdzie jechać. Strzelali do nas chyba, bo tak coś po tym samochodzie dudniło przez moment. Wjechaliśmy na jakieś podwórko, był tam warsztat samochodowy. Po 9 - 10 latach szukałem tego miejsca, ale nie mogłem znaleźć. Tam przesiedzieliśmy dzień, dali nam ubrania, i każdy ruszył w swoją stronę. Ja do Zakopanego. To była jesień 1945 roku. Mostów na Wiśle nie było... Ale też nie napotkałem na żadną kontrolę. Wróciłem do Zakopanego. Ale tu nie było co robić. Wyjechałem na Ziemie Odzyskane, na zachód, zresztą całe nasze towarzystwo. Tam więcej było AK-owców niż wszystkich innych...
     
    - Jak pan rozpoczął powojenne lata? Co pan wtedy robił, z dala od Zakopanego?
     
     - Praca była w nadleśnictwie, tylko tam było dla nas najbezpieczniej. Nadleśnictwo nad samą Odrą, Mosina Gorzowska, Gorzów Wielkopolski. Ale i to się skończyło, bo ktoś mnie rozpoznał, przecież UB miało swoich ludzi. I aresztowali mnie w Gorzowie Wielkopolskim. Były śledztwa, nie ma co opowiadać. Po miesiącu przewieźli mnie do szpitala w Gorzowie Wielkopolskim. Tam bardzo fajny personel się mną opiekował.
     
    - Dlaczego pana przewieźli do szpitala?
     
     - No wiadomo było, że po śledztwach byłem słaby i dobity... Ale szybko doszedłem do siebie, bo personel był fajny, opiekowali się mną. Udawałem, że jestem słaby, nie mogę chodzić. Tam byłem prawie 4 tygodnie. Z tego szpitala uciekłem. To był chyba 1952 roku.
     
    - To tak długo był pan na Ziemiach Odzyskanych?
     
     - Wróciłem tu do Zakopanego, ale do 1954 roku ukrywałem się. 13 grudnia ujawniłem się w wojskowej prokuraturze w Zielonej Górze. Tam były dokumenty opisujące moją działalność. Byłem tam 3 dni, po czym zwolnili mnie.
     
    - Czy to dla pana oznaczało w końcu normalne życie bez konieczności ukrywania się?
     
     - Prawie normalne. Bardzo chcieli, żebym został tam, gdzie pracowałem, ale wróciłem do Zakopanego. Koledzy, znajomi z klubu "Start", jak mnie zobaczyli - bardzo pomogli. I zacząłem startować. Mimo 10 lat przerwy i mojego wieku - miałem wtedy 30vlat - miałem świetne wyniki. Zaraz podczas pierwszych Mistrzostw Polski w narciarstwie zjazdowym w Szczyrku byłem wśród 10 najlepszych. Ale wiedziałem, że to już nie ma co... Zacząłem zresztą pracować ratownictwie. Ratownictwo - to była tradycja rodzinna. Mojej mamy brat był ratownikiem i przewodnikiem, ojciec - przewodnikiem, dziadek - przewodnikiem. Całe towarzystwo. Ja się w tej atmosferze wychowywałem, kolegów miałem, którzy już pracowali w TOPRze, a raczej w GOPRze, bo wtedy jeszcze był GOPR. Czasem im pomagałam, i na Kasprowym, i jak się w górach coś działo. Bardzo im przypadłem do gustu, mówili, że powinienem działać w ratownictwie. Najstarsi też mnie akceptowali Byrcyn, Szymków Gąsienica, ten z Lasa Wawrytki. Ten początkowy okres szybko przeszedł, i zacząłem pracę jako ratownik zawodowy. Wszystkie stopnie po kolei przeszedłem. Aż do emerytury... Miałem też stopień instruktora narciarskiego.
     
    - Pracował pan również jako przewodnik tatrzański?
     
     - Byłem przewodnikiem, ale mnie to jakoś nie ciągnęło. W czasie urlopu, w wolnych dniach wolałem pracować w szkółce taternickiej w "Betlejemce" na Hali Gąsienicowej, albo przy remoncie szlaków, żeby sobie dorobić. Bardzo dobrze można był osobie zarobić. Malowaliśmy słupki graniczne od Wanty aż do Doliny Chochołowskiej. Było nas 4 kolegów. Nasz odcinek był od Wanty aż do Zadniego Mnicha. Zbigniew Wójcik (naczelnik GOPR - przyp. red) nas zwalniał, i pracowaliśmy.
     
    - Kim byli pana mistrzowie? Kto pana uczył ratownictwa, taternictwa?
     
     - Nie chciałbym o tym mówić, ponieważ to nie był jeden człowiek ani nawet dwóch. Mógłbym kogoś pominąć. Gdy zacząłem pracować jako ratownik zawodowy, ci, którzy już byli, bardzo mi pomagali. Stworzyliśmy taką fajną grupę. Zainicjowaliśmy przejście z ratownictwa tradycyjnego do nowoczesnego. To był trudny okres, bo w grupie byli zwolennicy i przeciwnicy.
     
    - Co oznaczało wtedy ratownictwo tradycyjne i nowoczesne?
     
     - Najpierw wprowadzenie zestawu Grammingera. Było tylu przeciwników co i zwolenników. Jednak nawet ci najstarsi gdy zobaczyli jak to działa, jednak się przekonali. Potem rozpoczęła się era łączności radiowej. Inżynier Wojciech Nietyksza zrobił nam pierwsze przenośne "Klimki" i stacjonarne "Wawy". - To był chyba początek lat 60.
     
    - Jak wcześniej ratownicy sobie radzili? Współczesnym ludziom to bardzo trudno sobie wyobrazić. Teraz są komórki, gpsy, radiotelefony...
     
     - Bez łączności było trudniej. Wszystko dłużej trwało. Przy dobrej pogodzie, pogoda, to jeszcze na głos... Ale wszystko zawodziło. Dopiero te "Klimki" zmieniły sytuację. Potem były coraz lepsze i lepsze radiotelefony. Ale "Klimki" były świetne. Mnie "Klimek" nie zawiódł. Ja wiedziałem, jak trzeba się nim posługiwać, konserwować. To był ogromny skok do przodu. A później śmigłowiec. Takim prekursorem ratownictwa z powietrza to był w randze kapitana Tadziu Augustyniak. Pierwszy śmigłowiec, który tu przyleciał, to był SN1, to taki wojskowy "blaszak", ale jednak latał... I znów przeciwnicy: i ochroniarze, i ratownicy. Przekonali się, gdy mieliśmy szkolenie śmigłowcowe na Kondratowej. Przyleciał Tadziu Augustyniak. Meldunek z Morskiego Oka, że dwójka taterników wyszła i nie wróciła. To była zima. Mogło nas lecieć tylko dwóch: pilot i ja. I Polecieliśmy do Morskiego Oka. SN1 nie był w ogóle przystosowany do gór, miał tłokowy silnik. Ale Tadziu Augustyniak pilot dobry. Sprawdziliśmy cały rejon Morskiego Oka szukając śladów taterników. Wiadomo było, że poszli w rejon Żabiego. Ale był wiatr i zasypywał ich ślady. Jednak w rejonie Żabiego wyparzyliśmy je w końcu. Oni zeszli na stronę słowacką do Żabich Stawów Białczańskich. Jak przelatywaliśmy nad granią, to zamknąłem oczy. Da radę, czy nie ... Przelatywaliśmy nad Owczą Przełęczą. Po drugiej stronie taternicy wykopali jamę, wcześniej jeden z nich miał złamał przy zejściu nogę. Usłyszeli nas. Przy drugim czy trzecim nawrocie. Daliśmy znać Horskiej Służbie. Uratowaliśmy ich. I już część tych, co byli przeciw śmigłowcowi, przekonała się, że ma to jednak sens.
     Potem nastał Mi2. dla mnie to był wspaniały śmigłowiec. Wtedy nie było lepszego. I dobrzy piloci: Siemiątkowski Janusz, Wiesiek... nie pamiętam nazwiska... Świetni piloci. Robiliśmy naprawdę fajne rzeczy. Nie dało się takich rzeczy zrobić jak teraz "Sokołem" , bo to maszyna silna, nowoczesna udźwig odpowiedni, ale jednak.
     
    - Zapamiętał pan szczególnie jakąś akcję ratowniczą z udziałem śmigłowca?
     
     - Zapamiętałem jedną, na filarze Cubryny. Samotny taternik, był wtedy taki trend samotnego wspinania. Na filarze Cubryny zapchał się w takie miejsce, że nie mógł się ruszyć - ani do góry, ani w bok. Asekurację miał, ale dość daleko, kilkanaście metrów poszedł do góry, jakby odpadł, to mogłoby być niefajnie. I tak jak to w naszym języku - "dojrzewał". Krzyczał, wołał, że nie da rady. Polecieliśmy w trójkę z Tadziem Augustyniakiem Mi 2: ja, Maciej Gąsienica i Jasiek Roj. No i pilot. Po wylądowaniu na morenie w Morskim Oku wyrzuciliśmy fotele i wszystko, co było niepotrzebne, i pilot brał nas po jednym, bo inaczej śmigłowiec tam nie mógłby dolecieć Pierwszy poleciał chyba Maciej Gąsienica. W ścianie, nad taternikiem, który potrzebował pomocy, trzeba było wyskoczyć ze śmigłowca z kilku metrów i trafić w kępkę kosodrzewiny. I tej kosodrzewiny trzeba się było złapać. Później poleciał Jasiek Roj. Gdy ja zeskoczyłem, oni już złapali taternika. Śmiali się, na lasso. Byli tak blisko nad nim, że zrobili pętlę i zrzucili, a jemu spadła na ramiona. Później jeden ratownik zszedł do niego, wyprowadziliśmy go... Śmigłowiec to była również ogromna pomoc w wywiezieniu sprzętu. "Sokół"... no, to jest maszyna,. Latałem "Sokołem", tym, który spadł w Dolinie Olczyskiej... Chyba 4 albo 5 dni przed katastrofą. Wziąłem wtedy najstarszego wnuka, akurat w TOPRze mieli szkolenie. A kilka dni później robiłem coś w ogrodzie. A tu w rejonie są takie powietrzne drogi. "Sokół" lata tędy do Morskiego Oka, na Hale Gąsienicową, na Goryczkową, na Kalatówki. Usłyszałem wtedy, że leci z Hali Gąsienicowej. Nie widziałem jeszcze, ale słyszałem. I w pewnym momencie wszystko ucichło. Zatelefonowałem, bo tak mnie...coś nie dawało spokoju. Pytam: - Wiecie coś, co się dzieje ze śmigłowcem? - Nic się nie dzieje, wystartował z Hali Gąsienicowej. Nie wiedzieli jeszcze. Dopiero turysta na Piórze siedział, miał kamerkę i on to wszystko sfilmował... Nie czekałem na te wiadomości. Przeskoczyłem przez płot i z najstarszym wnukiem pobiegliśmy pod Nosal i do Doliny Olczyskiej. Ze śmigłowca placek był. Ratowników jeszcze nie było, widziałem już strażników z Tatrzańskiego Parku Narodowego, później nasi dojechali, Słowacy swoim śmigłowcem Alouette też nadlecieli, myśleli, że coś się da ratować, ale już nic się nie dało... I tak się skończył "Sokół". Ale ... na drogę wychodzimy i nie wiemy, co nas czeka ...
     
    - A czy pana spotkała kiedyś w górach jakieś wypadek czy niebezpieczna przygoda?
     
     - Ryzyko zawsze jest. Szczególnie przy trudnych akcjach: lawinowych, taternickich. Trzeba zaryzykować. Przykładowo: zestaw Grammingera ma gwarancję do 300 metrów. Ponad 300 metrów - trzeba ryzykować. Mieliśmy takie zdarzenie, że nie było wyjścia: trzeba było dołączyć czwartą linkę - to już jest ryzyko, a mieliśmy i tak, że trzeba było i piątą dołączyć. Z tego wszystkiego okazało się, że jak jest dobry zespół, to można... Miałem taki przypadek, kiedy w czasie opuszczania mnie z rannym taternikiem został uszkodzony karabinek obrotowy, taki werblik, który zapobiega skręcaniu i rozkręcaniu się metalowej liny. Zaciął się, został uszkodzony. A do piargów do dołu było niecałe 100 metrów. Ja miałem rannego biedaka na plecach. I co teraz robić: zaryzykować? A ten biedak potrzebuje natychmiastowej pomocy - akcja z drugim zestawem opóźniłaby wszystko o kilka godzin. Nic nie mówiłem. Powiedziałem tylko: powoli opuszczajcie. I skończyło się dobrze. Ale to było duże ryzyko. Po tym przypadku Austriacy - bo to była austriacka produkcja - zmienili to. Specjalnie tu przyjechali, zbadali przyrząd. Teraz jest już gwarancja na 1000 procent! Ale mało używa się teraz Grammingera, bo przy dobrej pogodzie i takim śmigłowcu jak "Sokół", można ratować innymi sposobami. Ale jest to dobry zestaw.
     Żeby dobrze ratować, trzeba mieć pewne cechy wrodzone. Szkoliłem ratowników. Nie wiem, jak, ale zaraz wiedziałem - po jednej akcji, czy już w czasie szkolenia, który co może, co potrafi, co będzie robił najlepiej. Bo specjalizacja jest w ratownictwie bardzo ważna. Każdy umie wszystko, ale specjalizuje się w jednej dziedzinie.. Na przykład specjalne predyspozycje trzeba mieć do ratownictwa z powietrza. Gdy ktoś mi powie, że się nie boi, to znaczy, że się nie nadaje na ratownika. Nie ma takiego, który by się nie bał.
     
    - Jakie cechy charakteru powinien mieć kandydat na ratownika? Co jest najważniejsze?
     
     - Sprawność fizyczna - to wiadomo. Ale i pomyślunek, inteligencja. Nie musi mieć najwyższego wykształcenia, umieć działać w zespole. To jest bardzo ważne. Będzie 10, każdy to inny charakter. Teraz obserwuję tych młodych, chodzę do nich, to jest bardzo dobry zespół. Do każdego: i jaskinie, i turystyczne, wymagania są coraz wyższe. Wiem, bo mój najstarszy wnuk przymierza się. No to trzeba wiele umieć. I narty i ratownictwo medyczne. Teraz chcąc być ratownikiem ochotnikiem trzeba mieć kurs ratownictwa medycznego.
     
    - Czyli tradycje ratownicze w pana rodzinie będą kontynuowane?
     
     - Syn chciał, ale mama nie pozwoliła. Ale wnukowie się garną. Ten najstarszy - to już wiadomo. Średni - skończył gimnazjum, a dzisiaj już jest w Morskim Oku, poszli z kolegą o 6 rano ... Muszę uważać, żeby się nie wybrali na wspinanie, choć starszy wnuk ich zabierał, byli np. na Mnichu. Ale sami - to jeszcze nie ... Chociaż nasze taternictwo też tak na początku wyglądało. Jakie liny mieliśmy...
     
     
    - Z kim pan się wspinał?
     
     - Najwięcej z Jaśkiem Krupskim, z Józkiem Świerkiem, ale i z Korosadowiczem też kilka dróg zrobiłem; z Jaśkiem Stryjeńskim, Hajdukiewiczem, no i z kolegami. Z Wilkiem Brahem. Jak przypomnę sobie początki - że myśmy się nie ... Jak dzisiaj pomyślę, jaką linę mieliśmy... Jak się dobrze pociągnęło, słychać było, jak włókienka pękają... Później już miałem dobrą linę. Po wujku, jedwabno-konopną. Szanowaliśmy ją bardzo.
     
    - Kiedy pan zaczął się wspinać? Ile pan miał lat?
     
     - Pierwsza moją drogą byłą droga przez Płytę na Mnichu, z wujkiem. Miałem 14 albo 13 lat. Bałem się powrotu, zjazdów.
     
    - Którą ścianę czy drogę szczególnie pan wspomina?
     
     - Filar Leporowskiego na Kozim Wierchu. Leporowskiego nie znałem, ale znałem Różę Drojecką. Na tym filarze byłem z Korosadowiczem, starszym ode mnie, doświadczonym. On prowadził. Nie wiem, czy chciał mnie przestraszyć, ale jak doszedłem do niego, i siedzieliśmy na stanowsiku, to opowiadał straszne rzeczy. Mówi: popatrz się, jakbyśmy wyglądali o tam, na dole, gdybyśmy stąd spadli? Chyba mnie chciał wypróbować... Ale widać dobrze się sprawdziłem. Z Wilkiem Brahem mieliśmy taką przygodę: on mi odpadł na zachodniej ścianie Kozich Czub, na płytach. Zaczęło padać. Niby nic takiego, ale sporo poleciał.
     Pioruny w górach... jest to straszne. Kiedyś wyszedłem z Przełęczy Kościelcowej granią na Kościelec z kolegą. Pogoda byłą fajna. Chmurki,... Daleko zagrzmiało. Kolega wyszedł na szczyt i siedział sobie, ja byłem może 10 metrów niżej od niego. Mówię do niego: rozwiąż się szybko i schodźmy, bo burza idzie. Jeszcze tego nie dopowiedziałem, a za nim - widzę, jakby ktoś spawał, a jego zaczęło telepać. Mnie się nic nie dzieje! A jego trzęsie! Jezus Maria. Szarpnąłem, bo on jeszcze był związany liną. Może i dobrze zrobiłem. A za moment dopiero zagrzmiało. Ale nie tu blisko, a daleko... Musiałem go sprawdzić na Halę Gąsienicową do schroniska. W ogóle nie mówił. Myślę sobie: czy mowę stracił? Dopiero na Hali Gąsienicowej łyżeczką musieliśmy dawać mu pić. I powoli, powoli zaczął mówić. Ale przeżył to bardzo. Później jeszcze chodził po górach. To ratownik, już nie żyje. Jak w Poroninie zagrzmiało, a on był w Zakopanem, to już się bał! Pioruny... Kiedyś zrobiliśmy sobie taki spacerek: trawers Zamarłej Turni, od Zmarzłej Przełęczy do Koziej. Pogoda piękna. Trójka nas była, w koszulkach, bo dziewczynie, która była z nami, daliśmy swetry, wiatrówki, czapki, wszystko, co tam mieliśmy. Ona miała znieść, a my zrobić trawers w koszulkach. Ja wtedy prowadziłem. Przeszedłem nad płytami, a tu nagle jak zagrzmiało, nie wiem skąd... Burza, pioruny, grad. Tam nie ma się gdzie schować, a tu koszulka, plecy, Jezus Maria... Plecy mieliśmy w sine cętki. Po linie przebiegały niebieskie iskierki. Mokra ściana elektryzowała. To może trwało 10 minut i przeszło. Dokończyliśmy trawers.
     
    - W ratownictwie szkolił pan psa?
     
     - Miałem Cygana. To był fajny pies, dobry. Owczarek niemiecki, z Bieszczad. Dostałem go od Marty Gutowskiej, lekarza weterynarii. Miał już ponad rok, gdy do mnie trafił. Nie miałem żadnego doświadczenia w szkoleniu, choć w domu zawsze były psy. Nie było na ten temat podręczników. Marta Gutowska przyjeżdżała, robiła z nami pierwsze szkolenia. Później dopiero przechodziliśmy szkolenia na Słowacji. Słowacy nas znacznie w tych sprawach wyprzedzili. W Austrii właściciel psa lawinowego Alfa, wielkiego owczarka niemieckiego, podarował mi książkę na ten temat. Została ona przetłumaczona, i mieliśmy podręcznik. Na początku to ja się uczyłem od psa... Twierdzę, że nie ma lepszego sposobu na odszukanie człowieka porwanego lawiną. Najwyższa technika zawodzi. Pies nie zawiedzie. Musi mieć swój dobry dzień. Dlatego trzeba mieć więcej psów. Ten był wtedy jeden jedyny. Później Franek Spytek miał bardzo dobrego psa Bućko, świetnie go wyszkolił. Później Zdzisiek Hoły miał psa, i kolejni. Ale z lawinami to jest tak, że gdy ktoś zostanie zasypany, to jak nie umrze ze strachu, szansa przeżycia jest minimalna. Mnie też kiedyś przysypało. To było w rejonie Morskiego Oka, pod Cubryną. Przeszukiwaliśmy lawinę, która zeszła kilka dni wcześniej i było podejrzenie, że są tam ludzie. Chłopcy na dole sondowali, a ja z psem poszedłem do góry. W pewnym momencie zrobiło się biało, coś huknęło, podcięło mi nogi, i jadę sobie na dół. Fajnie sobie jadę na dół, myślę: nie będę musiał schodzić. Ale czułem na plecach coraz większe ilości śniegu, zaczęło mnie przyciskać. Ratowałem się, żeby nie przekoziołkować. Kątem oka zobaczyłem, jak na grzbiecie pies mnie wyprzedza. Było na mnie coraz więcej śniegu. Nagle wszystko się zatrzymało, patrzę do góry - jasno. Słyszałem, co mówią koledzy. Oni widzieli całe zdarzenie. Nie mogłem ruszyć nogami ani jedną ręką. Byłem pewny, że drugą rękę wystawię nad śnieg, ale warstwa śniegu była zbyt gruba. Mogłem oddychać. Ale z każdą sekundą coraz mocniej mnie ściskało. Słyszę, że na dole ktoś mówi: pies jest, ale "Ujka" nie ma! Słyszę, jak Cygan się pozbierał, wszystkich sprawdził i poszedł do góry na lawinisko mnie szukać. Słyszałem, jak kilka razy nade mną przeszedł: "tup tup tup". Wołałem - nic. Chyba z lawiny nie było słychać. A ja wszystko słyszałem. Nagle wyczuł mnie i skoczył. Wtedy się zacząłem dusić, bo cały ten śnieg spadł na mnie, a psisko było duże. Zerwał mi kominiarkę zębami i zaczął się wycofywać, ale nie mógł, bo wpadł dość głęboko. Ale chłopcy zobaczyli i za łapy go wyciągnęli. No i mnie. Ale gdybym jeszcze został tam 15-20 minut, to nie wiem, jakby się to skończyło. Strasznie ściskało. Słychać było takie chrzęsty tego śniegu, który mnie "gipsował". Nie ma mądrych na lawiny. W najbardziej głupim miejscu zejdzie, a zaryzykować trzeba. Pamiętam akcję ratowniczą po taternika na Wielkiej Galerii Cubryńskiej, którą prowadziłem. Cała galeria stękała, chrupała, a myśmy musieli przejść. Bo czekał na nas człowiek. Mówiłem im: - to odrzutowce słychać, tylko się pospieszcie! Po wycofaniu się, gdy już byliśmy nad jeziorem, cała Galeria wyjechała... Wtedy zagrożenie lawinowe było duże, ale trzeba było ratować. Niestety okazało się, że biedak udusił się. Nie przeżył.
     
    - Jak długo pan pracował w TOPR?
     
     - Już 30 lat jestem na emeryturze. Pracowałem chyba 27 lat.
     
    - W dziejach TOPR był pan chyba jednym z najlepszych narciarzy.
     
     - Bo to jest tak: jak coś robić, to robić dobrze. Ja się starałem. Obserwowałem innych, którzy dobrze jeździli, ale nie umieli się do danego dnia zawodów przygotować. Wiedziałem, że dzień przed zawodami nie wolno trenować.
     
    - Skąd pan to wiedział?
     
     - Nie wiem. Ja to chyba miałem wrodzone. Wiedziałem, że dzień przed zawodami trzeba się wyłączyć, żadnych gimnastyk, najlepiej poleżeć, czy pospacerować. A inni: jutro zawody, a oni dziś trenują.
     
    - Miał pan jakiegoś trenera? Ktoś panu to wszystko mówił?
     
     - Nikt mi nie mówił, ja to wiedziałem, że jak odpocznę, to przychodzę z chęcią na zawody. Nie mogłem się doczekać startu. Dzisiaj obserwuję skoczków. Oni są przemęczeni. Tylu mają specjalistów od wszystkiego. Mówię Adamowi Małyszowi: - Adam dwa, trzy dni przed konkursem to sobie poleż z żoną i pobaw się z dzieckiem, a nie myśl o skokach! On na to: - nie mogę, bo taki jest program i muszę robić to, co mi każą. Są przemęczeni. Takie metody wypoczynku przed zawodami stosował Bronek Czech, ale nikomu nie mówił. To był wszechstronny, wspaniały sportowiec. On tylko mówił nam: - chłopcy, dzień - dwa przed zwodami nie trzeba trenować. Do "parówki", do domu, pospać, poleżeć. Chodziliśmy wtedy do "parówki" czyli do łaźni.
     
    - Po przejściu na emeryturę rozstał się pan z górami?
     
     - Nie, nie... Nie da się. Bo czegoś brak. Pierwszy okres jest taki bardzo trudny. Bo do pracy trzeba zawsze był wstać o określonej godzinie, iść. A bez tego to człowiek czegoś nerwowy. Wreszcie żona mówi: idź do tych ratowników! Ale później łagodnie, jakoś się przyzwyczaiłem. A w góry chodzę. Pewnie, że nie idę za wysoko, ale jednak idę. Z kijeczkami, na nartach. Narty to jest coś wspaniałego. Wspaniały pojazd. Bez żadnych silników, napędzany własnymi mięśniami i rozumem. Nie wiem, czy ktoś tak to odczuwa, jak ja. Jeszcze teraz, jak są świetne warunki, i jak tak sobie mogę swobodnie zjechać na nartach, gdy nie ma ludzi, no to nie wiem, gdzie jestem, tak wspaniale się czuję ...
     
    Autor: Agnieszka Szymaszek
     Źródło: www.naszkasprowy.pl
     
              Słowo o Cyganie
     
                W wywiadzie Ujkowi  nie wypadało opisać jeszcze jednej umiejętności Cygana. Ujek opowiadał: Miałem rozpocząć dyżur na Kasprowym, zostawiłem plecak na ławce w Kuźnicach przed stacją kolejki, Cygan położył się w cieniu za ławką i poszedłem po papierosy. W międzyczasie dwóch gości podeszło do ławki, łap za plecak i w nogi. Cygan dopadł pierwszego, wyrwał mu z uda porządny kawał mięsa, dogonił drugiego i skoczył mu na plecy. Pierwszy gość leży i jęczy, drugi obrócił się na plecy i co się ruszy, to Cygan demonstruje mu swoje ząbki przy jego gardle. Poszedłem do biura i wezwałem milicję i pogotowie.
                Cygan przynajmniej część swojej emerytury spędził w Stawach, często go tam spotykaliśmy i zawsze te spotkania bardzo nas cieszyły.
  4. Jerzy L. Głowacki
    Morskie Oko i Popradzki Staw 1964 Część I.


     
    Pierwsza połowa lat sześćdziesiątych – inna bajka niż dziś. Dostęp do Słowacji utrudniony, obowiązywała konwencja turystyczna, na mocy której można było otrzymać rocznie dwie przepustki opiewające na sześć dni pobytu każda plus jeden dzień na powrót. Alternatywą było z jednej strony uczestniczenie w oficjalnym obozie klubowym lub chodzenie „na zielono” i spanie w kolebach. Poza tym Śleboda, nikt praktycznie nas nie ścigał za schodzenie ze szlaku, miejsc w schroniskach i samych schronisk znacznie więcej, ceny relatywnie niższe od obecnych, taborów całkiem sporo, duża swoboda w biwakowaniu w kolebach i nie tylko. Ale ze sprzętem biwakowym krucho, śpiwory, jeśli już się w sklepach zdarzały to przypominały „watowane” kołdry, kupowano więc je za niemałe pieniądze w niewielkich, prywatnych pracowniach. Ja dopiero w 1966 zaopatrzyłem się w pracowni pani Mandowej w Krakowie w tzw. komplet biwakowy, na który składała się kurtka puchowa i noga słonia, czyli krótki, nie rozpinany śpiwór sięgający pod pachy. Ważyło to znacznie więcej od normalnego śpiwora, ale w wysoko położonej kolebie zapewniało komfort termiczny podczas śniadania czy kolacji.


     
    Brak erozji turystycznej, zdrowy las, szałasy i owce na halach, brak błota na leśnych duktach – miało to swoją wartość.  No i brak ludzkich gąsienic czołgających się po popularnych perciach. W szczycie sezonu w latach 1961-63 miałem wyłącznie dla siebie na przykład Bystrą, grań od Gładkiej Przełęczy po Wrota, Przełęcz pod Chłopkiem, Czarnego Mięgusza, Hruby, Mały Lodowy, Lodowy. Miałbym i parę innych pików, gdym tam jak raz kogoś nie wprowadził. Tu mała dygresja – pierwszy raz prowadziłem kogoś na Cubrynę, jak miałem szesnaście lat. Dziwnym, a może i nie dziwnym było to, że mając również lat szesnaście moja córka jakiegoś turystę na Cubrynę zaprowadziła. Na Giewoncie, Czerwonych Wierchach, Starorobociańskim i Wołowcu też byłem sam, bo halny wiał. Ale na Rysach tłumek był, co prawda za wyjątkiem samego wierzchołka, bo Leninowi ktoś wąsy z pasty śledziowej dokleił i wszyscy pełnoletni trzymali się z daleka, aby przypadkiem ich o ten niecny czyn nie posądzono. Ja miałem lat piętnaście, to się nie bałem.


     
    Cechą tamtej epoki było zaś przede wszystkim to, że brak jakiejkolwiek łączności poza własnym gardłem wymuszał rozsądek i szybkie „naśmiewanie” się gór, dziś byle patałach zapychając się bez pojęcia i talentu w zbyt trudny lub zbyt skomplikowany dla niego teren może liczyć na aplikację „Ratunek”, o ile nie poniesie go tam, gdzie sygnał nie dociera lub padnie mu akumulatorek w sprzęcie.  O śmigle też jeszcze mowy nie było, choć pierwsze, nieśmiałe  próby już się odbyły.


     
    Rok 1964. Jestem umówiony w Tatrach z ekipą, którą rok wcześniej prowadziłem na Mięgusza – plan zakłada chodzenie w rejonie MOka, a potem naszą baza na tydzień ma się stać Popradzki Staw. Jak to na Mięguszu było to opisałem w „Trzecim kręgu wtajemniczenia” na moim blogu na forum.tatromaniak.pl. W oczekiwaniu na ową ekipę gram swoje tatrzańskie standardy i inicjuję nowe, zarówno w Tatrach Zachodnich, jak i Wysokich. Pierwszy raz ruszam samotnie na Mięgusza starając się to wejście urozmaicić. Bańdzioch – Czerwony Żlebek – Siodełko w Filarze – Klimkowa Ławka  - Wielka Galeria Cubryńska – Hińczowa Przełęcz – MSW obchodząc zachodnią grań – Droga po Głazach – Przełęcz pod Chłopkiem. Przyznajcie się mili czytelnicy, wpadł ktoś z was na taki pomysł? Spełniam dobry uczynek wprowadzając dwóch turystów na Pośredniego Mięgusza, taki sobie trening w wodzeniu turystów bez użycia liny, jak to się dzisiaj zwykle w tamtym terenie odbywa. W Tatrach Zachodnich nie zaniedbuję tego, co w nich najpiękniejsze – Miętusiej, Wantul, Wielkiej Świstówki.


     
    18.07.1964 roku proponuję trzem kolegom z Koła Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego miłą wycieczkę krajoznawczą – wchodzimy na Kościelcową Przełęcz Żlebem Zaruskiego, a schodzimy z niej zachodem nad Długi Staw. Nazwiska dwóch z nich wejdą do annałów polskiego wspinania: Andrzej Dworak (studiowaliśmy obaj na UŁ), Wojciech Jedliński (PŁ). Trzecim był Emanuel „Emu” Hornowski (Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych w Łodzi) doskonale znany całym pokoleniom kursantów i wieloletni przewodnik tatrzański, jego syn jest dziś zawodowym ratownikiem TOPR. Niestety, Andrzej Dworak został pogrzebany przez lawinę na wschodniej ścianie Mont Blanc, Emu pokonała choroba.

    Cdn.

    Trzydzieści lat później – na Siodełku w Filarze i na piku MSW. Inna epoka. Zamiast wełnianej „marusarki” kask Campa, polar Maldena, zamiast „pumpów” oddychające „kalesony”, buty La Sportivy. Tylko anorak z wcześniejszej epoki, stylon i wzór opracowany przez PZA. Można go było założyć nie rozwiązując się z liny.





  5. Jerzy L. Głowacki
    Wybieram się na emeryturę” – te słowa słyszy się najczęściej z ust ludzi w pewnym, nic nikomu nie ujmując, wieku. Ja zastąpiłem te słowa stwierdzeniem: „Wybrałem wolność !”, wypowiedziałem je parokrotnie, nawet na pożegnalnej dla mnie Radzie Wydziału. Skąd te słowa ? Nie byłem tu zbyt oryginalny, góry nieodmiennie kojarzą się z wolnością dla tych, którzy zostali obdarzeni przez Opatrzność tym, co starzy górale nazywali ongiś maturą do gór. Góry kojarzyły  mi się z wolnością od zawsze, a to za sprawą mojego wuja Czesława, który w 1945 roku osiadł był w Karpaczu. Byłem dzieckiem wychowywanym w centrum Łodzi na tak zwanej lepszej ulicy według dość rygorystycznych wzorców mieszczańskich, co się przekładało na szereg zakazów i ograniczeń. Rozwijając nieco termin lepsza ulica – mieszkałem, rzec można na niewłaściwym rogu Brzeźnej, bo drugi kraniec tej niewielkiej uliczki dał Uniwersytetowi dwóch rektorów, a trzeci też mieszkał niedaleko.
                Karpacz, jeszcze nierozbudowany i niezniszczony długoletnią wiarą jego mieszkańców, iż nie pozostanie w granicach Polski, że wrócą tu Niemcy. Urocze to było miejsce, a świerki w Karkonoszach były jeszcze dorodne. Można tu było wyjść spod kontroli i szaleć w najbliższej, pięknej okolicy. Śliczny domek na stromym zboczu, z tyłu potok, z przodu kwietna w lecie, a biała w zimie łąka, horyzont zamykała sylwetka Śnieżki. Kilkadziesiąt kroków w dół i pensjonat z kawiarenką w tyrolskim stylu o nazwie Biały Jar oraz początek drogi na Śnieżkę przez Biały Jar. Towarzystwo wuja, który kochał życie i trzymał się maksymy carpe diem korzystając z dnia (i nocy) całkiem szczodrze.
                Buszowanie w potokach i lesie, towarzystwo zwierząt, jazda na sucho potężnym BMW 750, wariackie zjazdy na sankach zimą i wózku latem. Za niemieckich czasów w każdym domu znajdował się przynajmniej jeden niewielki wózek drewniany z dyszelkiem, przeznaczony do przewożenia podręcznego bagażu. Po wojnie ulubioną zabawą dzieci w Karpaczu było podchodzenie z takim wózkiem do góry pierwszą lepszą stromą  drogą, poczym siadało się do wózka i hajda w dół, skoro zaś przednie koła były skręcane to dyszelek przełożony w tył służył za kierownicę. Wózki nie miały hamulców, prędkości osiągało  się całkiem słuszne, toteż, gdy na horyzoncie ukazywał się np. autobus jedyną szansą było wjechać do rowu. Wózki na szczęście były solidnej konstrukcji, my również – poważniejszych konsekwencji takich jazd praktycznie nie notowano.
                Wędrówki po Karkonoszach były inne, niż dzisiaj. Po pierwsze do Karpacza przyjeżdżało się wypocząć, a nie chodzić po górach – kawiarnia, restauracja, dancing, leżakowanie. Było coś z przedwojennego hasła: Zakopane, narty, brydż. Dla miłośników adrenaliny pozostawał do dyspozycji klasyczny poker zakrapiany wódeczką  wieczorową porą. Od czasu do czasu ruszano gromadnie na jakiś niezobowiązujący górski spacer. Dzięki temu w górach nie było tłumów, o straży parkowej nikt jeszcze nie pomyślał, wopiści o dziwo byli łagodniejsi, niż w latach siedemdziesiątych. Można było bez żadnego ryzyka szukać własnych perci, schodzić na krechę ze Śnieżki czy Srebrnej Grani, o ile miało się tyle oleju w głowie, co by się nie zapchać w zbyt trudny teren.
                W pierwszych latach mojego chodzenia po Tatrach też zbytniego tłoku nie zaznałem, chodzić można było wszędzie, a jedyne ograniczenia wynikały z aktualnego poziomu umiejętności i zapasu sił fizycznych tudzież odporności psychicznej. W miarę upływu czasu przybywało tłumu i wszelkiej maści filanców czyli strażników. Straż leśna, parkowa, graniczna, zabrakło tylko finansowej, bardzo popularnej przed wojną – bo z Węgier vel Słowacji zawsze się niektóre rzeczy opłacało przenosić. Przybył w ten sposób jeszcze jeden element górskiej gry – z mądrym się dogadaj, a głupi niech spróbuje ciebie złapać, jeśli mu życie nie miłe. Nie było problemu, w tzw. teren nie wchodzili i nie ścigali. Mądrzy czasami prosili o pomoc i instruktaż, nie w łapaniu oczywiście, ale w topografii i dobrych, górskich obyczajach. Gdy przestałem być tatrzańskim sprinterem i długodystansowcem w jednej osobie to przyjąłem następującą zasadę: Zrób to, co kiedyś robiłeś w jeden dzień w dwa albo trzy dni fundując sobie dodatkową przyjemność w postaci biwaków w urokliwych miejscach.
                Sierpień 2000. Idę na Mięguszowiecki przez Galerie Cubryńskie i Hińczową Przełęcz. Nie dawno zjawiliśmy się z Alą w Roztoce, daleko mi jeszcze do dobrej formy. Długi trawers, skalna rynna. W pewnej chwili do mojej świadomości dociera, iż poruszam się w tej rynnie z wysiłkiem i ostrożnością godną znacznie większych trudności. Nie jest to miłe uczucie po czterdziestu latach swobodnego włóczenia się po Mięguszach, zawsze czułem się tu lekko i swobodnie, nawet wówczas, gdy schodziłem tędy po długiej wspinaczce z horolezką (słowacki plecak wspinaczkowy z dawnych lat) obficie wyładowaną uczciwą stalą. Rozmyślania typu wiek męski, wiek klęski (patrz tatrzańska klasyka: wiekopomne dzieło Jana Alfreda Szczepańskiego pod ambitnym tytułem Przygody ze skałą, dziewczyną i śmiercią) przerywają mi dochodzące z góry odgłosy. Podchodzę wyżej i jestem o to świadkiem typowej dla tej okolicy scenki. Przewodnik w średnim wieku opuszcza na linie dobrze zbudowanego dwudziestolatka, usiłującego mniej lub bardziej skutecznie przybrać wymarzoną przez siebie najbezpieczniejszą z pozycji, pozycję embrionalną, wskutek czego niemiłosiernie szoruje kolanami o szorstki granit. Gdy mały prożek przesłania raczkującego klienta przewodnikowi, przejmuję pałeczkę pastwiąc się nad młodzianem gromkimi okrzykami: Prostuj nogi w kolanach ! Postępuję tu całkiem racjonalnie, bo jeszcze trochę takiej zabawy, a potrzebne będzie śmigło, bo delikwent sam do schroniska nie zejdzie. Ostatecznie klient ląduje jakieś dwadzieścia metrów pod nami na rozłożystym stopniu, przewodnik przezornie wydaje groźnym głosem komendę : Siedź tam spokojnie i broń Boże nie dotykaj liny ! Możemy się wreszcie przywitać, uścisk dłoni, parę słów i każdy z nas rusza w swoją stronę. Po chwili z rynny, którą właśnie opuściłem dobiega do mnie okrzyk przewodnika: Cholera, coś się tu musiało urwać, było tu przecież całkiem łatwo. Odpowiadam zwyczajowym Turystyka to trudna rzecz i uśmiecham się do siebie, bo czuję się rozgrzeszony z samokrytyki, jaką przed sobą samym przed chwilą składałem. Powód jest prosty, znam tego przewodnika, pięć ośmiotysięczników na koncie, w tym Everest. Dla niewtajemniczonych – zdanie na temat turystyki to typowa dla TOPR-u odzywka, jeśli ratownik z takich czy innych powodów ma kłopoty w łatwym terenie.
                Jeszcze parę chwil i osiągam grań, mięśnie pracują coraz sprawniej, wraca wyczucie skały. Tradycyjna godzinka na wierzchołku, jest miło i sielankowo, ale mięśnie szybko stygną, startowałem z poziomu Roztoki, mam za sobą półtora kilometra w pionie i praktycznie pierwszy kontakt ze skałą po prawie rocznej przerwie. Rozpoczynam zejście z początku bardzo się pilnując, gdy teren robi się łatwiejszy do głosu przychodzi jednak zmęczenie i zbytnio się rozluźniam, schodzę przodem, bo tak wygodniej. Komentarz natury technicznej: najwłaściwszą pozycją w skale jest pozycja frontem do niej, a nie zadkiem, bo się obrazić na nas może, a wiele może i po co nam to. Każda reguła ma wyjątki, schodząc, jak dawniej bez liny z Mnicha na północ z pewnością jakieś kilkanaście stosownych metrów pokonałbym mając sześć punktów oparcia o tamtejsze, granitowe płyty – obie stopy, obie dłonie i oba …, niech kto zgadnie, co. Nagle bez powodu zbytnio wychylam się do przodu i tracę równowagę z pełną świadomością, iż już jej nie odzyskam. W sukurs przychodzi mi górski instynkt nazywany dziś modnie działaniem instynktownym. Znamiona tegoż działania – pustka w głowie, żadnej zbędnej myśli tylko czyste działanie. Silne wybicie z obu nóg, półobrót w powietrzu i lądowanie na odległym o półtora metra w poziomie i dwa i pół metra w pionie stopniu. Dłonie na skale, kolana ugięte – instruktor z desantu pewnie by mnie pochwalił. Jest mi głupio, szedłem tędy trzydzieści parę razy bez żadnych przygód, a tu takie idiotyczne odpadnięcie w całkiem łatwym terenie. Owszem, odpadłem już raz włócząc się bez asekuracji po Mięguszowieckich, ale wówczas wyłamał się bez żadnego ostrzeżenia fragment gzymsu, po którym szedłem. Finał tego odpadnięcia był podobny, znalazłem się poniżej gzymsu w prawidłowej pozycji wspinacza, rozpięty na chwytach i stopniach, których istnienia nawet nie podejrzewałem. Ale wówczas moje odpadnięcie miało charakter częściowo obiektywnego przypadku – teraz nic nie miałem na swoje usprawiedliwienie. Jednym słowem – kończy się kondycja, zaczynają się podstawowe błędy techniczne, a za nie prędzej czy później trzeba słono zapłacić. 
                W następnym roku kolejny raz idę na Mięgusza, wybieram najkrótszą drogę wejścia i najdłuższą zejścia. Kocioł Mięguszowiecki, Czerwony Żlebek, Siodełko w Filarze. Powyżej Siodełka niewielka, trawiasta platforemka ze stertą głazów pośrodku. Spod głazów wyskakuje mała, śliczna łasiczka, staje słupka i ciekawie mnie obserwuje – to oznaka, iż mało, kto tędy w tym sezonie chodził. Ostatni fragment Filara przed wejściem na ogromny, skalny zachód, seria trawiastych stopni w nie najmniejszej ekspozycji. Sporo było deszczu tego lata, północna ściana nieźle namokła – stopnie kołyszą się pod moimi stopami, dłonie na płask na trawie, przed twarzą żółte słoneczka kozłowców, a pod nogami pięćset metrów powietrza, naprawdę to lubię, choć niektórzy i tak w to nie uwierzą. Chłód i groźna sceneria wielkiego zachodu, tnącego na ukos północną ścianę, a potem miły kwadrans lekkiej gimnastyki na zachodniej grani. Wierzchołek, prywatna uroczystość, bo jestem sam na piku. Może to i lepiej, aby nie gorszyć sportowo nastawionej na wspinanie młodzieży. Dwudzieste piąte wejście plus jakieś osiem trawersowań w poprzek po północnej i południowej stronie bez wchodzenia na sam wierzchołek, należy mi się 50 gramów dobrego koniaku i wielkie cygaro.
                Po godzinnej sjeście rozpoczynam zejście, starając się tym razem nie urazić skały (patrz wyżej – komentarz techniczny). W nagrodę za dobre sprawowanie premia specjalna: po słowackiej stronie, sto metrów poniżej wierzchołka trawersuje górę stadko kozic, to piękny i pouczający widok, przykład doskonałej techniki poruszania się w skale. Biorąc pod uwagę nagminne już braki kondycyjne powinienem ruszyć za nimi, w stronę Hińczowej Przełęczy. Mam jednak ochotę na Drogę po Głazach, prowadzącą na Przełęcz pod Chłopkiem. Droga ta ma jedną wadę, sprowadza bardzo nisko w dół, niemal na piargi nad Hińczowym Stawem. Potem trzeba znów wejść wysoko, aby kolejny raz się obniżyć i znowu podejść do góry, aż na przełęcz. Nic dziwnego, że gdy wchodzę w Głazy (w gwarze podhalańskiej głazy to płyty, a wanty to głazy, skole to kamienie) jestem już solidnie zmęczony. Ubiegłoroczna nauczka nie poszła w las, pieczołowicie stosuję się do zasad bezpiecznego wspinania (o ile takie istnieje) z łezką w oku wspominając niegdysiejsze przewagi. Trzydzieści lat temu startując spod Głazów w dość dramatycznych okolicznościach wbiegłem na Przełęcz pod Chłopkiem w dwadzieścia minut, aby po następnych dwudziestu pięciu znaleźć się w schronisku w Morskim Oku. Teraz przechodzę jednym ciągiem jakieś piętnaście metrów płyt, po czym odpoczywam z minutę i ruszam dalej. Ostatecznie itinerarium nie jest wspaniałe: wyjście z Roztoki o 7.25, Mięguszowiecki 14.55, Roztoka 22.30. Coś z tego należałoby odliczyć na poranne, morskooczne piwo, koniak i cygaro na szczycie, kontemplacje w wartych tego miejscach, ale i tak to bardzo długo trwało. Gdyby tak na wierzchołku sypnęło śniegiem, zejście na dół bez grawitacyjnego przyśpieszenia nie byłoby łatwe przy takiej kondycji.
                Mijają dwa lata, idę w warunkach zimowych na pewną, śmieszną przełęcz, której nazwy nie wymienię przez wrodzoną delikatność wobec samego siebie. Raki na butach, bo dość twardo, kijki w łapach, czekan niestety na plecaku. Kijki już diabła warte, należałoby kupić nowe, ale z forsą było krucho. Robi się stromiej, skracam kijki, ale blokadę właśnie diabli wzięli – to już kijki w rozmiarze dziecięcym. Przełęcz już o kilkanaście kroków, jestem już zmęczony, chcę jak najszybciej odpocząć na jej siodle. Plama słońca przede mną nie zapala mi pod czaszką czerwonego światełka, a powinna, głupio prę do przodu nie sięgając po czekan. Rozmiękły w słońcu śnieg zaskakująco szybko usuwa mi się spod nóg, zdefektowane kijki nie pozwalają odzyskać utraconej równowagi, ułamek sekundy i sunę w dół błyskawicznie nabierając prędkości. Żleb pode mną nieco zakręca, tor mojej jazdy prowadzi prosto na skały, a ja już biję Małysza prędkością najazdu na próg skoczni. Jest taka cudowna substancja, która ratuje skórę na człowieku w takich chwilach zwalniając bieg czasu i przeganiając precz zwykły, ludzki strach paraliżujący działanie. Przerzucenie kijków na prawą stronę ciała, sunę lekko skręcony na prawy bok, rękojeści kijków jako ster i dwie myśli w głowie – nie zaczepić rakami o śnieg, aby kręgosłup pozostał w jednym kawałku i zmienić tor jazdy nie dając się jednocześnie obrócić głową w dół. Najeżdżam na niewielki prożek i tracę kontakt ze śniegiem, wyrzuciło mnie w powietrze. Jeszcze chwila i znów sunę po śniegu, ale już równolegle do ściany żlebu. Jeszcze tylko wyminąć wytajały ze śniegu głaz i można podjąć próbę hamowania, bo stromizna maleje. Koniec jazdy, podnoszę się powoli i spoglądam w górę żlebu podziwiając trzystumetrowy tor mojego zjazdu. Wspaniała jazda, ale świadomie nie zdecydowałbym się na nią nawet z czekanem w garści.
                No cóż, trudno w pewnym wieku spędzać prawie cały rok za biurkiem bądź laboratoryjnym stołem, a na parę tygodni wcielać się, szumnie powiedziawszy, w człowieka gór. W przeciągu trzech lat, w kompletnie łatwym terenie, dwukrotnie stanąłem na cienkiej, czerwonej linii omal jej nie przekraczając. Starzy guidowie  z  Doliny Chamonix  zwykli powtarzać: Trochę za dużo to o wiele za dużo. Uznałem, iż stanowczo za dużo i zacząłem przemyśliwać, jak by tu uciec z miasta na południe. Tak się to zaczęło, a skończyło całkiem dobrze.
                Trzynaście lat temu osiedliliśmy się z żoną na Orawie, mieszkamy w wiejskim domu położonym na wysokości 720 m npm na stoku Wielkiego Działu (934 m npm), 150m od drogi mając ciszę i spokój, a najlepszym tego dowodem jest to, że nie tylko lisy i sarny nas odwiedzają, ale i wilki – rzadko bo rzadko, ale zawsze. Jak z tego wynika krótki spacer to ponad 200 metrów przewyższenia. W zasięgu marszu „bez asfaltu” mam Babią, Policę i Turbacz, do Tatr spokojne trzy kwadranse spokojnej jazdy. No i uroki wiejskiego życia, mleko prosto od krowy (sąsiadów), własne warzywa i owoce, kwiaty etc. O grzybach i jagodach nawet nie wspomnę. Żyć, nie umierać.
  6. Jerzy L. Głowacki
    Mieszko i Czerwone Wierchy (2009)
              Dylemat: gdzie zabrać Mieszka w Tatry? Szczyt sezonu, droga do Morskiego Oka w remoncie, wypady z Roztoki odpadają. Pięć Stawów i Hala Gąsienicowa to nienajlepsze miejsce, na Orlej Perci łatwo oberwać kamieniem albo całym ceprem, na biwakowy proceder Mieszko jest jeszcze za mały. Jaki masyw w Tatrach Polskich poza Tatrami Wysokimi jest najciekawszy – bez wątpienia Czerwone Wierchy. A więc działanie z doskoku, wczesny wyjazd z Podsarnia samochodem, zaparkowanie go na Groniku lub w Kirach, pętla na Czerwonych Wierchach i powrót do samochodu. W tym roku dydaktycznie, zapoznać ośmioletniego wnuka ze szlakami znakowanymi, a za rok, być może coś ciekawszego, już bez znakowanej perci.
              28 lipca o szóstej rano wyjeżdżamy z Podsarnia i po godzinie jazdy przez Czarny Dunajec, Chochołów i Witów parkujemy samochód na Groniku, u wylotu Doliny Małej Łąki. Parę kroków od parkingu wita Mieszka i mnie łasiczka stając słupka i spoglądając na nas ciekawie. Podchodzimy w stronę Przysłop Miętusiego szerokim chodnikiem w całkiem wysokopiennym lesie, co dobitnie świadczy o nieubłaganym upływie czasu, gdy szedłem tędy po raz pierwszy prowadziła mnie w górę wąska na pojedynczego człowieka perć w gęstym młodniku, a poniżej siodła przełęczy stało małe schronisko, przerobione ongiś z szałasu pasterskiego, po którym dziś ani śladu. Na Przysłopie Mieszko jest już głodny, korzystamy z dobrodziejstwa ustawionych tam drewnianych stołów i ław. Po posiłku podejście na Kobylarz, trawiaste siodło zawieszone kilkadziesiąt metrów nad górną połacią Doliny Miętusiej. Mieszko jest pierwszy raz w Tatrach Zachodnich, z daleka napatrzył się na trawiaste, kopulaste kształty Czerwonych Wierchów, a tu zaskakuje go widok kotła Wielkiej Świstówki, okolonego amfiteatralnie wielkimi ścianami z ponad trzystu metrową ścianą Kazalnicy Miętusiej na czele. Ja z kolei z zadowoleniem stwierdzam, iż czas leczy rany zadane Wantulom przez wielki halny z 1968 roku, na wielkich blokach skalnych odradzają się powywracane i połamane smreki. Po odpoczynku, Mieszko znowu sobie podjadł, ruszamy wielkim żlebem, okolonym wapiennymi skałami w stronę krańca wielkiego ramienia Małołączniaka. Żleb ten przegradza dość połogi i mało wybitny próg, na którym rozpięto dla wygody i bezpieczeństwa turystów łańcuch. Miejsca takie w miarę upływu czasu stają się o tyle ryzykowne dla niedoświadczonych, iż tysiące stóp szlifuje przez lata miękki i z natury dość śliski wapień wygładzając go do powierzchni prawie lustrzanej, o poślizgnięcie tu nietrudno. Hamuję Mieszka, który dorwawszy się do skały rozpędza się nieumiarkowanie. Za progiem skały zanikają i prawdę powiedziawszy wnuk mój zaczyna się cokolwiek nudzić znojnym podchodzeniem po tak zwanej krówskiej perci (niby, że krowę by tam przeprowadził). Mam ogromną ochotę urozmaicić mu dalszy marsz, wystarczy zejść ze szlaku w prawo i po stromych trawkach przetrawersować prawie poziomo do Doliny Litworowej, a później Kozim Grzbietem pójść prosto do góry aż na Krzesanicę). Niestety widoczność jest świetna, na szlakach mnóstwo turystów. Po pierwsze może wśród nich maszerować jakiś filanc, co naraziłoby mnie na spory mandat za zejście ze znakowanego szlaku. Po drugie i ważniejsze, mogliby za nami ruszyć jacyś naśladowcy i coś poputać, po co mam mieć jakiegoś durnia na sumieniu, jak poleci dołu. Co innego, gdyby było mglisto – nie wahałbym się ani chwili przed wycięciem takiego wariantu.
              Mieszko radzi jednak sobie świetnie, jak na ośmiolatka. Jedyną oznaką sporego wysiłku z jego strony jest częstotliwość posiłków, w okolicy Wielkiej Turni pałaszuje kolejne kanapki. Osiągnęliśmy już sporą wysokość, upał został gdzieś na dole, a Mieszko nie przyzwyczaił się jeszcze w pełni do zmian temperatury w Tatrach, sam wyciąga ze swojego plecaka polar i czapkę, którą naciąga aż na uszy. Czeka nas teraz nudny odcinek podejścia, szerokim, rozdeptanym przez całe pokolenia turystów grzbietem na Małołączniak. Na nudne podejście Mieszko reaguje typowo, ruszyć z kopyta, aby jak najszybciej mieć to z głowy. Muszę znowu go hamować, chwilami dość brutalnie, bo przed nami jeszcze daleka droga. Na wierzchołku jest wystarczająco ciepło, aby wyciągnąć z plecaków płaty karimatki i wyciągnąć się wygodnie, a także znowu podjeść. Mój wnuk pasjonuje się ptakami drapieżnymi i pilnie ich wygląda, niestety w naszym polu widzenia nie chce pojawić się ani orzeł, ani jastrząb. Podlatuje za to do nas stały bywalec tatrzańskich wierchów, płochacz halny i wyraźnie prosi o jedzonko. Dostaje parę okruchów i jest bardzo zadowolony, upakowuje je pracowicie do dziobka i odlatuje. Po chwili na niebie ukazuje się coś znacznie większego od andyjskiego kondora – ktoś lata sobie na paralotni.
              W zejściu na Przełęcz Kondracką pojawia dla mnie następujący, kolejny kłopot. Jak już nogi trochę bolą, to najlepiej zacząć zbiegać. Muszę na bieżąco oceniać, jaka prędkość zbiegania jest w danej chwili prędkością bezpieczną dla Mieszka. Z Przełęczy Kondrackiej kierujemy się ku Dolinie Małej Łąki, gdy osiągamy Niżnią Świstówkę, pora odpocząć w cieniu Wielkiej Turni. Ponad trzystumetrowa, miejscami przewieszona ściana robi szczególne wrażenie na Mieszku – zadaje mi bardzo praktyczne pytanie: Co by się z nami stało, gdyby się wywróciła? No cóż, nie należy oszukiwać dzieci: Wiesz, gdyby się powoli przewracała, to byśmy tam uciekli, ale gdyby runęła szybko, to byśmy nie uciekli.
              Nad dnie doliny znużenie dopada już Mieszka, zwłaszcza w lesie, gdy znikają z oczu ostatnie formacje skalne. Na Groniku wsiadamy do samochodu, Mieszko zajmuje miejsce w foteliku za mną. Przez pierwsze kilometry zadaje jeszcze jakieś pytania, dzieli się wrażeniami, ale szybko zapada w głęboki sen. Nie budzą go nawet wstrząsy samochodu, gdy za Czarnym Dunajcem droga pustoszeje i mogę jechać szybko. Gdy zatrzymuję samochód pod domem Mieszko śpi nadal, zostawiam go w samochodzie i idę na górę, Mieszko śpi jeszcze przez godzinę. Ale nie traci ochoty na dalsze poznawanie Czerwonych Wierchów.







  7. Jerzy L. Głowacki
    Mieszko i Czerwone Wierchy (2009) Część II.
              10 sierpnia przychodzi pora na zachodnią połać Czerwonych Wierchów i wejście na najwyższy ich wierzchołek, Krzesanicę. Krótka analiza, mamy dwa szlaki do dyspozycji, pierwszy z nich wiedzie z Hali Ornak przez Halę Tomanową, drugi z Polany Zahradziska przez Halę pod Piecem. Oba szlaki łączą się nieopodal Chudej Turni na bocznym ramieniu Ciemniaka. Przez wiele lat drugi z tych szlaków cieszył się niechlubną sławą najbardziej nudnego i mozolnego podejścia na Czerwone Wierchy, co starsi bywalcy tych okolic wspominają zwłaszcza korzenie smreków pełniących funkcję wprost idealnych potykaczy.
    Zdrowy rozsądek nakazuje ten właśnie szlak obrać za drogę zejściową, w dół będzie łatwiejsza do zaakceptowania. O siódmej trzydzieści opuszczamy Kiry, pierwszy odpoczynek wypada nam na Hali Pisanej. Jeszcze jakiś czas temu zjedlibyśmy tu świetne ciastka w Bufecie Pitonia. Niestety, ten prywatny bufet drażnił tak długo dyrekcję parku, iż go koniec końców wysadzono w powietrze dla potrzeb pewnego filmu fabularnego. Pytanie, za ile do państwowej, a za ile do prywatnej kieszeni, skoro w ścisłym według dyrekcji rezerwacie użyto pokaźnej ilości trotylu. Ostatecznie w niecałe dwie godziny docieramy do schroniska na Hali Ornak, gdzie pałaszujemy całkiem pożywne, drugie śniadanie.
              Dalej droga prowadzi przez las, mój wnuk nieco się nudzi, ale gdy wychodzimy ze strefy lasu natychmiast się ożywia. Trawersujemy Czerwony Żleb i idziemy dalej, wąską percią nad górnymi kotłami Wąwozu Kraków i Przedniego Kamiennego. To mój ulubiony teren z dawnych lat, z czasów, gdy swoboda poruszania się w Tatrach Zachodnich była nieporównywalną w porównaniu z dniem dzisiejszym. Jak ocenia masyw Ciemniaka Władysław Cywiński w swoim szczegółowym przewodniku po Tatrach: Skomplikowany topograficznie, bezcenny przyrodniczo i niezwykle atrakcyjny dla taterników tak pod- jak i naziemnych.
              Gdy opuszczamy strefę kosówki i idziemy percią po bardzo stromym, trawiasto – skalistym zboczu muszę wyostrzyć słuch, jeśli do moich uszów przestaje docierać szmer szutru pod butami Mieszka oznacza to, iż schodzi on z perci, aby uatrakcyjnić sobie marsz, a po tym zboczu można się naprawdę daleko potoczyć. Puścić go przed siebie byłoby błędem, bo zacząłby zapewne tak przyśpieszać, iż dotarcie na Krzesanicę stanęłoby pod znakiem zapytania, w tym wieku nie posiada się jeszcze tak cennej w Tatrach umiejętności rozłożenia sił. Wytłumaczenie dziecku tej prostej prawdy: Wolniej idziesz, dalej zajdziesz, jest trudne, lecz w sukurs przychodzi mi grupka turystów, którzy nas doganiają i przeganiają, nie honor iść wolniej od dziadka z siwą brodą z małym chłopcem. Jakiś czas potem spotykamy ich, jak dychają siedząc na kamieniach. Następne spotkanie ma  miejsce pod Ciemniakiem, oni mają jeszcze sporo podejścia przed sobą, a my już wracamy przez Ciemniak z Krzesanicy, na wierzchołku której spędziliśmy dobre pół godziny.         
              Na grani między Ciemniakiem, a Krzesanicą opowiadam Mieszkowi różne historie o tej okolicy. Nagle słyszę, wypowiedziane do mnie z tyłu słowa: Pan opowiada takie ciekawe rzeczy, czy możemy iść za panem i słuchać. W rezultacie wprowadzam na Krzesanicę mały kierdelek turystów, na wierzchołku siadamy wygodnie i opowiadam, opowiadam. Nie ukrywam, gdyby w swoim czasie istniały dogodne warunki do uprawiania zawodu przewodnika wysokogórskiego, to pewnie bym się poważnie zastanowił nad wyborem takiej właśnie profesji. Wodzić towarzysko zacząłem mając lat szesnaście i to od Cubryny, rok później prowadziłem już trzykrotnie, różnymi drogami turystów na Mięgusza. Ostatnie moje wejście na ten szczyt w roli nielicencjonowanego przewodnika miało specyficzny epilog.
              Któregoś wieczora w Roztoce Ala opowiada mi o dwojgu sympatycznych studentów, mieszkających w Roztoce, których marzeniem jest wejście na Mięguszowiecki. Dwa razy już próbowali i dwa razy góra ich nie puściła. Ala przyznaje mi się, iż obiecała im, iż ja ich tam poprowadzę. Słowo się rzekło, kobyłka u płota,  skoro młodzi są tak zapaleni to warto ich tam zaprowadzić, choćby po to, aby krzywdy sobie nie zrobili, z Mięguszem nie ma żartów. Pogoda jest dla nich łaskawa, dzień jest piękny, skała sucha. Na zachodniej grani w dwóch miejscach pojawiają się kłopoty. Przewinięcie pod skalną bałuchą po pochyłym zachodziku, trochę delikatne, na równowagę, bo bałucha wypycha w stronę północnej ściany, do piargów daleko, oj daleko. Blokada psychiczna nie pozwala dziewczynie na swobodne przewinięcie, choć jest ono w istocie bardzo łatwe. Nic tak jednak nie pomaga w takiej chwili, jak pomocna, męska dłoń. Staję w półszpagacie, lewa ręka na wysoko położonym chwycie, moja prawa dłoń zaciśnięta na nadgarstku dziewczyny i już po kłopocie, jej chłopak nie może się  oczywiście zbłaźnić w oczach swej dziewczyny – śtyrbne miejsce za nami. Wyżej powtórka tej sytuacji, szczerba w grani, którą najlepiej przeskoczyć. Starszy pan po pięćdziesiątce odbija się z obu nóg i pewnie ląduje po drugiej stronie szczeliny, a dziewczyna się kryguje. Trzeba stanąć na krawędzi, naciągnąć się, kiej ta gadzina, chwycić mocno i szarpnąć w chwili odbicia, potem przytrzymać, coby dziewczę za daleko nie poniosło.
              Schodzimy Drogą po Głazach, już bez przygód, oboje są uszczęśliwieni, Mięgusz jest ich.  Ale cena dość wysoka, łydki dziewczyny są tak poobcierane o szorstki granit, iż prawie krwią spływają. Mija parę lat, trwa jeszcze zima w Tatrach, schodzę na taflę Morskiego Oka Szerokim Żlebem. Podbiega do mnie dziewczyna i woła z daleka: Jesteś członkiem PZA? (PZA – Polski Związek Alpinizmu). Potwierdzam i dowiaduję się, iż na pobliskim lodospadzie doszło do wypadku i trzeba pomóc. Zmobilizowany w ten sposób udaję się z dziewczyną pod lodospad. Jeden klient, dobrze opatulony po same oczy leży pod lodospadem i odpoczywa bez kontaktu, ale i bez zagrożenia życia. Drugi tkwi w lodospadzie, jest w niezłej formie, ale całkiem obezwładniony z racji złamania kości udowej. Do akcji nie wchodzimy, bo prawie równocześnie pojawia się ratownik dyżurny ze schroniska i śmigło, czyli toprowski Sokół.
              Po odlocie śmigłowca okazuje się, iż dziewczyna, która mnie zmobilizowała to ta dziewczyna z Mięgusza – zaczęła się wspinać wkrótce po naszej eskapadzie. No i mam dziewczynę na sumieniu. Po drugie nasz klient spod lodospadu to mój kolega klubowy, dobrze mi znany, a w cywilu także świetny instruktor i ratownik. Poznać go nie poznałem, bo jak się sześć żeber złamie to nie wygląda się kwitnąco. Ale fason zachował, bo jak wylądował u podstawy lodospadu to sam się opatulił, rzucił parę dowcipów i dopiero odjechał.




  8. Jerzy L. Głowacki
    Wojna pod Tatrami. Wysoka nad Spytkowicami 1939 – pro memoria.
    Kampania wrześniowa 1939 roku Tatry oszczędziła – główne siły niemieckie ruszyły na Jabłonkę i dalej, wojska slowackie wkroczyły na teren Polski przez most na Białce na Łysej Polanie. Z przewodnika W.H. Paryskiego: Zawratowa turnia lewą częścią wsch,. ściany, droga nadzwyczaj trudna (techniką hakową), skały miejscami kruche, 2 ½ godziny. Pierwsze przejście: Zdzisław Dziędzielewicz, Stanisław Wrześniak, 1 IX 1939. Obaj wspinacze słyszeli z dala „grzmoty” czyli odgłosy artylerii, ale sądzili, iż to burza. Miałem ten honor, że danym mi było obu ich poznać.
    Dość często odwiedzamy Suchą Beskidzką, a konkretnie przychodnię reumatologiczną w tamtejszym szpitalu. Wiele dni spędzonych w Tatrach, wspinaczki, biwaki w ciężkich warunkach, dźwiganie ciężkich plecaków  dały mi z biegiem czasu typowy efekt – procesy zwyrodnieniowe dłoni i stawów biodrowych pozostawiając o dziwo stawy kolanowe i skokowe w dobrym stanie. Do Suchej jeździmy przez Podwilk, Spytkowice, Wysoką i Jordanów. Wysoka to wieś położona jest na wysokości około 525 m n.p.m. na płaskim wzniesieniu w zakolu Skawy, miejsce urodzenia Józefa Stolarczyka, pierwszego zakopiańskiego proboszcza. Biała sylwetka usytuowanego na jej wzniesieniu jest doskonale widoczna z oddali.
    Siedemdziesiąt jeden lat temu tą trasą podążało wiele pojazdów mechanicznych trochę cięższych od naszej Laguny – szło tędy wyprowadzone z Orawy uderzenie wojsk niemieckich, które miało oskrzydlić od południa Armię Kraków generała Szylinga. Dlaczego tędy? Bo Przełęcz Spytkowicka jest łatwo dostępna, a tereny nad Spytkowicami, otwarte i miernie nachylone są idealne do rozwinięcia natarcia czołgów. W pierwszym dniu wojny rokady Jordanów – Skomielna Biała – Chabówka broniły dwa bataliony Korpusu Ochrony Pogranicza i batalion Obrony Narodowej złożony z górali, często w zaawansowanym już wieku, odzianych w cywilne ubrania, jedynie opaski na ramieniu i powtarzalne karabiny odróżniały ich od cywili. Wsparcie mizerne, bateria armat 75 mm. W tej sytuacji generał Szyling rzuca natychmiast spod Krakowa na południe swój odwód operacyjny, 10 brygadę kawalerii płk Stanisława Maczka z zadaniem zatrzymania nieprzyjaciela w dolinach Beskidu Wyspowego. Zadanie jest karkołomne, gdyż w kierunku Krakowa prze zagon pancerno – motorowy w składzie 2 dywizji pancernej (322 czołgi) i 3 dywizji strzelców górskich (62 czołgi), co daje stosunek sił co najmniej 10 do 1 na korzyść Wermachtu, a przyjmuje się zwykle, iż już trzykrotna przewaga zapewnia sukces w natarciu. Na szczęście 10 Brygada Kawalerii pomimo swej konnej nazwy jest pierwszą w Wojsku Polskim brygadą w pełni zmotoryzowaną, choć słabo wyposażoną w czołgi (2 kompanie). Rzecz zabawna, po obu stronach, polskiej i niemieckiej, walczyć będą dwa pułki o identycznej nazwie: 10 pułk strzelców konnych i w obu tych pułkach nie ma ani jednego konia. Pułki te spotkają się na polu bitwy jeszcze raz, po pięciu latach na francuskiej ziemi.
              Pierwsze natarcie niemieckie na Wysoką nad Spytkowicami to właściwie rekonesans, naciera piechota z niewielką ilością czołgów, kopiści i górale odrzucają przeciwnika z powrotem do Spytkowic. Drugie natarcie jest już groźne, dwa rzuty czołgów, piechota, wsparcie kilku dywizjonów artylerii. Ale w międzyczasie na grzbiet Wysokiej wyjeżdża szwadron 9 armat przeciwpancernych, dowodzony z fantazją przez porucznika Wiesława Leliwę – Kiersza: cygaro w ustach i monokl w oku.
              Trzy lata przed wybuchem wojny Polska zakupiła w firmie Bofors 300 armatek ppanc. kalibru 37 mm i licencję na ich produkcję w kraju. Do września 1939 roku wyprodukowano w Polsce 900 sztuk tej broni, ale i wyeksportowano do Anglii, Hiszpanii i Rumunii 250 sztuk. Kaliber tej armaty był niewielki, ale jej pociski przebijały pancerze wszystkich czołgów niemieckich z tego okresu.
              W ślad za szwadronem przeciwpancernym podążają ułani z 24 pułku, zmotoryzowanego oczywiście, podciągana jest też artyleria 16 dywizjonu. Zwróćmy uwagę na znamienny fakt, 10 brygada kawalerii została zmotoryzowana wiosną 1937 roku, mniej więcej w tym samym czasie trafiają do niej Boforsy 37 mm. Dwa lata to bardzo krótki okres czasu na przeszkolenie brygady. 2 września 1939 roku na jednego Boforsa na Wysokiej przypada od 10 do 20 niemieckich czołgów. Wysoka pada pod wieczór, lecz nieprzyjaciel traci na pewno 45 czołgów, natarcie traci impet. Szwadron porucznika Kiersza ponosi ciężkie straty, otoczone działony walczą aż do końca, do momentu, kiedy zostają rozjechane przez czołgi. Ale sześć armat wycofuje się z Wysokiej i dołącza do brygady. Por. Kiersz zostaje odznaczony Krzyżem Srebrnym Virtuti Militari, taki sam krzyż zostaje nadany pośmiertnie kapralowi Wincentemu Dziechciarzowi, który ze swoim działonem zniszczył siedem niemieckich czołgów, po czym zginął w ogniu trzech innych czołgów, nacierających równocześnie z trzech stron.
              10 Brygada Kawalerii walczy w Beskidzie Wyspowym pięć dni i pięć nocy, redukując tempo natarcia niemieckiego zagonu do 4 – 5 kilometrów dziennie, choć ze sztuki wojennej wynikałoby, iż powinna ona zostać rozbita najpóźniej drugiego dnia walk.
              Przytoczę jeszcze jeden przykład skuteczności wrześniowej kawalerii, tym razem, dla równowagi, konnej, niezmotoryzowanej. 1 września 1939 roku lewe skrzydło Armii Łódź było osłaniane przez Wołyńską Brygadę Kawalerii płk Juliana Filipowicza. Tego dnia brygada ta stoczyła bitwę 23 kilometry na pn.-zach. od Częstochowy, zwaną Bitwą pod Mokrą. Przeciwnikiem ułanów była 4 dywizja pancerna, licząca 341 czołgów i wspierana przez bombowce nurkujące Sztukas. Jej dowódcą był nie byle kto, generał Georg-Hans Reinhardt, który później zyskał opinię jednego z najzdolniejszych dowódców wojsk szybkich. To jego czołgi odegrały istotną rolę w tłumieniu Powstania Warszawskiego – dowodził on wówczas Grupą Armii „Środek”. Podobno liczby nie kłamią, ograniczę się do przedstawienia strat obu stron w Bitwie pod Mokrą. Wołyńska Brygada Kawalerii straciła około 500 żołnierzy (zabitych, rannych, zaginionych), 5 dział, 4 armaty ppanc. Boforsa. 4 dywizja utraciła od 100 do 150 czołgów i samochodów pancernych (w tym samych czołgów od 62 do 76) i kilkuset żołnierzy i odzyskała zdolność bojową dopiero po dwóch dniach.
              Jakie były dalsze losy bohaterów spod Wysokiej i 10 Brygady Kawalerii? Po zdradzieckim ataku Armii Czerwonej brygada, zgodnie z rozkazem Naczelnego Wodza przechodzi na Węgry, skąd po internowaniu przecieka do Francji, do formującej się armii generała Sikorskiego. Do Francji trafiają między innymi sztandary jej podstawowych pułków – 24 Pułku Ułanów i 10 Pułku Strzelców Konnych, co w myśl i zwyczaju, i prawa zapewnia  ciągłość istnienia tych jednostek.
              Armia generała Sikorskiego formuje się głównie w Ośrodku Zapasowym w Coëtquidan w Bretanii. Stanisław Maczek, już jako generał próbuje zrealizować swoje największe marzenie, stworzyć dywizję pancerną. Czas i miejsce na to są nieodpowiednie, na przeszkodzie staje powszechna wiara Francuzów, wbrew wszelkiej logice, w Linię Maginota i traktowanie z góry, z pobłażaniem, żołnierzy pobitej, wrześniowej armii. Ostatecznie powstaje niepełna, 10 Brygada Kawalerii Pancernej, której szybko kończy się  paliwo i amunicja podczas wszechobecnego podczas kampanii francuskiej 1940 roku chaosu.
              Marzenie generała spełni się dopiero w Anglii, gdzie powstaje 1 Dywizja Pancerna o imponującym składzie: 885 oficerów, 15210 podoficerów i szeregowców, 381 czołgów, 4000 pojazdów mechanicznych. W składzie dywizji odnajdujemy znajome pułki – 24 ułanów i 10 strzelców konnych, a także 10 brygadę kawalerii pancernej. Z kolei w 3 brygadzie strzelców zmotoryzowanych jest batalion strzelców podhalańskich dziedziczący tradycje Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich, walczącej w roku 1940 pod Narvikiem.
              Pierwsza bitwa dywizji to bitwa pod Falaise w Normandii (7 – 22.VIII.1944), decydująca o ostatecznym sukcesie D – day, czyli desantu na plażach Normandii. Początek bitwy jest niepomyślny dla Polaków i ich towarzyszy broni z II Korpusu Kanadyjskiego. Dowodzący w tej bitwie marszałek Montgomery, lord czy też wicehrabia of El-Alamein, dufny w swą sławę pogromcy Afrika Korps, popełnia szkolny błąd odsłaniając skrzydło, na którym Kanadyjczycy i Polacy szykują się do natarcia. Niemcy, dobrze uzbrojeni w najlepsze w tej wojnie działa przeciwpancerne 88 mm hulają, jak mogą na odsłoniętym skrzydle, polska dywizja traci 32 czołgi jeszcze przed ruszeniem do natarcia. Tu komentarz natury technicznej. Działo 88 mm zaprojektowane zostało jako działo przeciwlotnicze, ale szybko okazało się, iż jest ono również świetną bronią przeciwpancerną, działa te montowano również w pojazdach pancernych, między innymi w czołgach typu Tygrys. Działa te były w stanie niszczyć podstawowe czołgi alianckie, amerykańskie Shermany z dystansu 2000 metrów, podczas gdy Sherman mógł oddać skuteczny strzał do Tygrysa z odległości 400 metrów. Dlatego też tzw. przelicznik taktyczny dla Tygrysa wynosił 4 do 5 czołgów typu Sherman.
              Drugiego dnia bitwy dobiega kresu żołnierski szlak bohatera spod Wysokiej – z monoklem w oku i cygarem w ustach ginie major Wiesław Leliwa – Kiersz, kawaler Krzyża Srebrnego Virtuti Militari, francuskiego Croix de Guerre, trzykrotnego Krzyża Walecznych.
              Ale wnet przychodzi pora rewanżu, doborowe jednostki niemieckie zostają okrążone. Montgomery powie po bitwie: Niemcy byli jakby w butelce, a polska dywizja była korkiem, którym ich w niej zamknęliśmy. W kotle Falaise Polacy spotykają starych znajomych z września 1939 roku, niemiecką 2 Dywizję Pancerną, której czołgi nacierały na Wysoką – z potrzasku wymknie się tylko jeden jej batalion i to batalion piechoty, bez czołgów i artylerii. Ostatnią fazę bitwy dobrze ilustrują słowa płk Franciszka Skibińskiego, szefa sztabu 10 brygady w kampanii wrześniowej, później kolejno dowódcy 10 pułku strzelców konnych i 3 brygady strzelców zmotoryzowanych.
              20 sierpnia o świcie na stanowiska 10 pułku strzelców konnych uderzyła ze szczególną zajadłością jakaś bardzo silna Kampfgruppe z poważną ilością czołgów. Strzelcy konni przypuścili Niemców na bliską odległość, a później rozpoczęli straszny ogień ze swoich pięćdziesięciu dział (czołgowych) i stu kaemów. W ciągu paru minut wszystkie niemieckie czołgi zamieniły się w słupy czarnego dymu, a trupy grenadierów pancernych setkami zasłały przedpole. Pozostali zalegli pod ogniem. Całe plutony i kompanie zaczęły podnosić białe flagi. Kupy Niemców z podniesionymi rękoma szły do niewoli. Oficerowie odrzucali demonstracyjnie pasy z pistoletami, ale nie podnosili rąk. Pośród nich, w monoklu, w czerwonych lampasach szedł dowódca II Korpusu Pancernego generał Otto Elfeldt.
              Koniec szlaku bojowego 1 Dywizji ma też w sobie coś z symbolu – Polacy zajmują główną bazę Kriegsmarine w Wilhelmshaven. Na łuku bramy portowej wita ich polski orzeł, zdjęty w 1939 roku z budynku Dowództwa Floty w Gdyni i przywieziony do Wilhelmshaven jako trofeum. Dziś orzeł ten znajduje się w Instytucie Sikorskiego w Londynie wraz z niemieckim orłem, który zdobił gniazdo niemieckiej floty.
              Jeszcze raz o rewanżach. Żołnierze generała Sikorskiego traktowani byli we Francji, zanim nastąpiła niemiecka ofensywa, z pobłażaniem i lekceważeniem jako żołnierze pobitej armii. W końcu lutego 1945 roku generał Maczek zostaje zaproszony, wraz ze szwadronem honorowym dywizji do Paryża na uroczystość dekorowania kilkunastu polskich żołnierzy. Dekoracji dokonał szef Sztabu Głównego pod Łukiem Triumfalnym na Place de l’Etoile przed frontem batalionu honorowego Garde Nationale i w obecności tłumów ludności. Następnie Maczek został przyjęty przez generała de Gaulle, który podziękował za dokonania polskiej dywizji na ziemi francuskiej.  W Paryżu generał Maczek składa też wizytę pułkownikowi Legii Cudzoziemskiej, Andrzejowi Poniatowskiemu, w swoim czasie szefowi sztabu generała Girard (współzałożyciel ruchu Wolnych Francuzów), oficerowi łącznikowemu generała Eisenhowera, weteranowi wojny z bolszewikami w roku 1920. Andrzej Poniatowski jest księciem z linii Poniatowskich di Monte Rotondo, której założycielem był książę Stanisław Poniatowski, bratanek króla Polski. Maczek wypełnia smutny obowiązek dowódcy, wręcza ojcu Krzyż Srebrny Virtuti Militari, nadany pośmiertnie jego synowi, Andrzejowi Poniatowskiemu. Andrzej Poniatowski junior zgłosił się do Maczka w obozie w Coëtquidan i przepraszając, iż nie mówi po polsku, ale serce ma z pewnością polskie, poprosił o przyjęcie do polskiego wojska.  Przeszedł następnie jako dowódca plutonu czołgów całą kampanię aż do Holandii, gdzie zginął na czele swojego plutonu zagradzając bardzo dzielnie drogę wypadowi niemieckiemu.
              Pora teraz na łyżkę dziegciu. 5 września 1939 roku mój ojciec otrzymuje przydział do oddziału ochraniającego trasę ewakuacji rządu polskiego, 18 września przekracza granicę polsko-rumuńską w Zaleszczykach i zostaje internowany. W październiku ucieka z obozu i zgłasza się do konsulatu RP w Bukareszcie, gdzie otrzymuje paszport konsularny cywilnego uchodźcy i przydział do miejscowości Slatina - Olt – do końca lutego 1940 roku bierze tam udział w organizowaniu ucieczek polskich żołnierzy z obozów i przerzucaniu ich do armii generała Sikorskiego we Francji. W marcu sam opuszcza Rumunię i przez Jugosławię oraz Włochy przekrada się do Francji. Francuskim przydziałem ojca staje się Dowództwo Ośrodka Zapasowego w Coëtquidan w Bretanii. W owym czasie na mocy porozumienia między rządami Polski i Francji obywatele polscy, przebywający na terenie Francji podlegają poborowi do armii polskiej. Jednocześnie sojusznik III Rzeszy, Związek Sowiecki poprzez swoje agentury na zachodzie propaguje hasło: Rzuć karabinem o bruk! I od czasu do czasu ojciec odbiera za pokwitowaniem z rąk francuskich żandarmów polskich komunistów w kajdankach.
    Wiwat kawaleria!
              Na czym polega fenomen polskiej kawalerii? Cofnijmy się wstecz, aż do czasu zakończenia wojen polsko – moskiewskich pokojem w Polanowie Roku Pańskiego 1634. Rzeczpospolita Obojga Narodów liczyła sobie wówczas ni mniej ni więcej, tylko prawie milion kilometrów kwadratowych, a jej granice chronione były w czasie pokoju przez kilka tysięcy żołnierzy. W razie zagrożenia w przeciągu kilku tygodni można było zmobilizować jakieś dodatkowe kilkanaście tysięcy, do tego dochodziły prywatne armie magnatów, wartość bojowa tzw. pospolitego ruszenia była już wtedy bardzo, a bardzo dyskusyjna. Ten stan rzeczy zapewniał ewentualnemu agresorowi znaczną przewagę liczebną. Przeciwnicy Rzeczpospolitej byli niezwykle zróżnicowani pod względem wojskowym, doskonale zorganizowana i dowodzona piechota typu zachodnio – europejskiego, elastyczni w walce Kozacy, lotne czambuły Tatarów, doskonali jeźdźcy tureccy i budzący postrach janczarzy. Rozmiary terytorium i szczupłość sił własnych przemawiały za manewrem i szybkością, mniej za siłą ognia, bo artyleria, a często i piechota nie były w stanie dotrzeć na czas na pole bitwy, różnorodność przeciwników wymagała elastyczności i niestosowania się do sztywnych schematów oraz użycia różnorodnego uzbrojenia. Gdy w Europie Zachodniej proces szkolenia zawodowego żołnierza zaczynał się w wieku siedemnastu, osiemnastu lat to do tradycji wielu domów szlacheckich należała nauka żołnierskiego rzemiosła od dzieciństwa, co owocowało w wieku dojrzałym niezwykłym mistrzostwem.
              Genialną odpowiedzią na potrzeby obrony Rzeczpospolitej stała się husaria, mająca nie do końca zasłużoną opinię jazdy ciężkiej i elitarnej. Porównajmy ciężar uzbrojenia ochronnego w ciężkiej rajtarii i husarii –waga zbroi ciężkiego rajtara dochodziła do 22 kilogramów w przeciwieństwie do 7 - 8 kilogramowej zbroi husarza. Z elitarnością w sensie tzw. dobrego urodzenia też różnie bywało, zachowały się np. królewskie listy przypowiednie, w których zalecano zaciąganie do chorągwi żołnierzy sprawnych i doświadczonych bez różnicy stanu i kondycji. Zdarzało się też, iż szlachcic niezaliczany do tzw. posesjonatów posyłał swego syna do chorągwi z pocztem, w którym znajdował się syn włościanina, dobrze mu znany, sprawny i silny. Jeśli ów syn włościanina dobrze się spisywał w kolejnych wojnach i zebrał znaczne łupy, to albo go przypuszczano do klejnotu szlacheckiego albo nikt go o indygenat nie pytał, bo nie byłoby to bezpieczne dla pytającego. Szarża husarii w swej ostatniej fazie to natarcie w pełnym galopie dwu lub trzech szeregów bardzo ścieśnionych, mało sprawny husarz w takim szyku sprawiał realne zagrożenie dla swoich sąsiadów, a na to nikt przy zdrowych zmysłach nie dawał przyzwolenia, stąd też elitarność husarii polegała przede wszystkim na mistrzowskiej sprawności w boju. Po pewnym czasie to się zmieniło, ale to już nie była ta sama jazda, co poprzednio.
              Husaria kojarzy się przede wszystkim z kopiami, koncerzami i szablami nie licząc oczywiście husarskich skrzydeł, o które do dnia dzisiejszego spierają się historycy wojskowości: paradna ozdoba czy rzecz przydatna w bitwie. Ale husarzom nie raz i nie dwa zdarzało się bronić w warownym obozie, gdzie kopia i koncerz były całkowicie nieprzydatne w przeciwieństwie do ciężkiego muszkietu, zwykle wożonego na taborowym wozie. Już w roku 1624 hetman Stanisław Koniecpolski nakazywał husarzom stawianie się na wojnę z muszkietami. Gdy po udanej szarży szyki wroga zostawały przełamane husarze ruszali w pościg za rozbitym nieprzyjacielem, wówczas w rękach niejednego husarza niezwykle skuteczną bronią dzięki swej szybkostrzelności był łuk, sprawny jeździec potrafił wypuścić do dwunastu strzał na minutę.
              Husaria jako formacja wojskowa ustanowiła swoisty rekord – przez 125 lat nie przegrała ani jednej bitwy, w której uczestniczyła, choć przeważnie walczyła z przeciwnikiem kilkakrotnie liczebniejszym.
             
     
  9. Jerzy L. Głowacki
    Lubię nocne powroty.  Gdy bazą było schronisko w Roztoce to powroty takie latem zdarzały mi  się często, a późną jesienią i zimą były codziennością. Przed laty Ala wymyśliła kapitalny slogan reklamowy dla Roztoki: Z Roztoki wszędzie blisko!   To stwierdzenie zawiera w sobie pewien szyfr, dla spacerowicza z Roztoki wszędzie jest daleko, dla tatrzańskiego zaś długodystansowca to punkt na mapie Tatr, z którego można wyruszyć na szereg długich wyryp o różnym stopniu trudności. Przykładowo wymienię dwie skrajne.
    Łatwa pętla o charakterze spacerowym wiedzie przez Łysą Polanę i Tatrzańską Kotlinę (przejazd autobusem), a następnie skrajem Tatr Bielskich przez schronisko zwane Szarotką (Plesnivec), Przednie Koperszady, Przełęcz pod Kopą i Zadnie Koperszady do Jaworzyny Spiskiej, skąd już blisko na Łysą Polanę i do Roztoki. Trudności żadne, kwiaty wyjątkowo piękne, krajobrazy również, istna sielanka. Pętla dla ambitnych i raczej znających się na rzeczy to podejście do Morskiego Oka, marsz szlakiem wiodącym na Rysy (niestety w mniejszym lub większym tłumie, chyba że bardzo wcześnie opuści się Roztokę) aż prawie na wysokość Buli, gdzie opuszczamy szlak kierując się w prawo ku ścianom ŻeTeMu (Żabia Turnia Mięguszowiecka) i Wołowej Turni, gdzie zaczyna się Zachód Grońskiego. Jeśli leży tam jeszcze sporo śniegu to adrenaliny nam nie zabraknie, chyba że zabierzemy ze sobą raki i czekan, nawet w środku lata. Zachód ten wyprowadzi nas tuż pod Małą Wołową Szczerbinę, przez którą przewiniemy się na słowacką stronę Wołowego Grzbietu. Tu wkroczymy w inny świat ze świata ponurych dla niektórych północnych ścian – idylliczne trawki, a niżej Żabie Stawy Mięguszowieckie i wygodna ścieżka, która zaprowadzi nas najpierw do Popradzkiego Stawu, a potem do Szczyrbskiego Jeziora i stacji kolejki elektrycznej.  Kolejką do Starego Smokowca, autobusem na Łysą Polanę i wieczorny spacer do Roztoki.
              Najczęściej wybierany wariant wypadu na Mięguszowiecki, to wyjście około godziny ósmej z Roztoki, piwo na Włosiennicy (mam tam zniżkę na dużo piwo z sokiem!), Morskie Oko, Czarny Staw, Bańdzioch czyli Kocioł Mięguszowiecki, Siodełko w  Filarze, zachodnia grań i wierzchołek. Po godzinnej kontemplacji otoczenia na wierzchołku długie zejście na Przełęcz pod Chłopkiem z obowiązkową, powtórną kontemplacją pośrodku Głazów na uroczym balkoniku. Na Przełęcz docieram zwykle około szóstej, w schronisku nad Morskim Okiem jestem przed ósmą, w sam raz na piwo i parówki. Tłum wycieczkowiczów odpłynął już w dół, można posiedzieć na werandzie, porozmawiać ze znajomymi, a potem już po ciemku w dół, do Roztoki.
              Jesienią i zimą nocne powroty to już codzienność, często wcześniej zaprogramowana. Pięknie jest schodzić przy gwiazdach z Pięciu Stawów, do dolnej stacji wyciągu idzie się wystarczająco komfortowo, jeśli śnieg jest twardy – wystarczy przypiąć raki i zejść ze śladów i dziur, pozostawionych przez innych w ciągu dnia. Przy dolnej stacji wyciągu zdejmuję raki i zapalam czołówkę, której światło wyczarowuje w lesie piękne kształty małych smreczków, obsypanych śniegiem. Piękny jest też zachód słońca, podziwiany z Gęsiej Szyi i nocny marsz przy księżycu przez polany Rusinową i pod Wołoszynem.
              Po wielu latach takiego procederu znam już z grubsza niedźwiedzie szlaki, a często i harmonogram ich nocnych wędrówek. Pomagały mi w tym psy z Wanty, Roztoki, a nawet z Polany Biała Woda, słyszę z daleka ich poszczekiwania, i wiem, gdzie aktualnie krąży On (z dużej litery, według prastarej tradycji podhalańskiej, z szacunkiem). Po szeregu spotkaniach z niedźwiedziami pozbyłem się lęku przed nimi, ale nie szacunku, wiem, jak są szybkie na krótki dystans i jaką siłą dysponują. I wiem, jak postępować, aby ich nie zdenerwować. Lecz zaufanie powinno być zawsze ograniczone, mogę trafić na młodego, głupiego niedźwiedzia, który będzie szczególnie zainteresowany zawartością mojego plecaka, zwłaszcza podczas nocnego biwaku – mam zawsze pod ręką pojemnik z żelem pieprzowym, nigdy jednak nie zdarzyło mi się po niego sięgnąć, choć bywało, iż dystans między nami skracał się do dwóch, trzech metrów.
              Razu pewnego wracam już w zapadającym zmierzchu z otoczenia Morskiego Oka do Roztoki i napotykam na asfalcie dwóch odzianych na zielono ludzików, ślakujących  misia za pomocą niewielkiej anteny, jako że misia wcześniej uśpiono i założono mu obrożę z radionadajnikiem.  Młodszego z nich znam, bo spotykaliśmy się już poprzednio w podobnych okolicznościach i wymienialiśmy się informacjami na temat niedźwiedzi, nawiasem mówiąc z obopólną korzyścią. Grzecznie ich pozdrawiam, młodszy przezornie milczy, a starszy, siwy, widać szef, zaczyna napastliwie z wysokiego , filancowskiego C: Dlaczego pan chodzi po nocy!? Przez takich jak pan my musimy jeździć po nocy i ich ratować!  Przybieram najsłodszy z możliwych ton i mówię spokojnie, prawie pieszczotliwie: Po nocy chodzę, bo lubię, i zaręczam Pana, iż mnie ratować nie będzie musiał, ale ja zawsze, w razie czego służę swoją pomocą. To początek rozmowy. Mój rozmówca powtarza swoje, jak mantrę, a ja przechodzę do kontrataku nie zmieniając tonu, wyliczam różne grzechy parku (o to nietrudno), zadaję pytania, na które mój adwersarz nie udziela odpowiedzi, bo sam ośmieszyłby swoje połajanki. Ja bawię się doskonale, on z trudem łapie oddech z irytacji, jeszcze trochę, i znajdzie się w stanie przedzawałowym. Sytuacja jest klarowna, za mną las, w którym jestem u siebie, sekunda i jestem w lesie, a w lesie krąży gdzieś groźny dla parkowca niedźwiedź, ścigać mnie nie będzie. Jednym słowem, jak pisali ongiś autorzy sztuk teatralnych w stylu Krakowiaków i Górali : Niech no chyci wiater z rzyci! (to cytat jak najbardziej literacki).
              Koniec końców filanc wykrztusza z zaciśniętego gardła: Niech pan już idzie, bo będzie nieszczęście! Co prawda to prawda, nie śmiałbym pozbawiać parku tak wybitnego pracownika. Epilog tego zdarzenia następuje za dwie godziny. Wychodzę ze schroniska i idę do budynku gospodarczego, w którym śpi Magda z Mieszkiem. Na zapleczu schroniska zauważam samochód i owego siwowłosego filanca. W ciemnościach bierze mnie za jednego z pracowników schroniska i nerwowo, acz bardzo grzecznie pyta: Nie widział Pan niedźwiedzia? Zgodnie z prawdą odpowiadam: Owszem, był tu jakieś pół godziny temu, ale już sobie poszedł. Proszę sprawdzić okolice parkingu na Palenicy, pewnie tam już krąży.
              Od szeregu lat w Tatrach, po obu stronach granicy obowiązuje godzina policyjna dla turystów, od zmierzchu do świtu, i to pomimo tego, iż podobno mamy demokrację, a niejaki generał gubernator jest na emeryturze. Logicznie rzecz biorąc oznacza to, iż Jego Wielmożność Zastępca Generał-Gubernatora, Dyrektor Parku Narodowego wyznaczył dla niedźwiedzi godzinę policyjną od świtu do zmierzchu, nie przewidział jednak w swojej mądrości, choć ma odpowiedni doktorat, iż niedźwiedzie są w Tatrach jeszcze niepiśmienne, może jakiś kurs szybkiego czytania? I słoik miodu na zakończenie kursu? Nawiasem mówiąc od lat kłusownicy przeróżnej maści i profesji hasają sobie swobodnie w Tatrach. Im ściślejszy rezerwat tym mniej zwierzyny, bo nie grozi przyłapanie na gorącym uczynku, bo strażnicy wolą łapać staruszki, które zerwą parę jagód koło ścieżki lub taterników wspinających się w liczbie kilku czy kilkunastu na miesiąc w Tatrach Zachodnich, albo starą, tatrzańską gwardię, które w trosce o sfatygowane już kręgosłupy maszeruje z ciężkimi plecakami najkrótszą drogą do Roztoki, czyli drogą jezdną, którą zaopatruje się to schronisko. Transport upolowanej zwierzyny odbywa się oczywiście po zapadnięciu zmroku, co wiem z własnych obserwacji. O ambonach stojących dwadzieścia metrów od paśnika już nie wspomnę, ale aby to zobaczyć trzeba zejść ze znakowanego szlaku.
              A teraz liczby, które podobno nie kłamią. Od zakończenia I wojny światowej nie zanotowano w Tatrach Polskich ani jednego wypadku śmiertelnego, spowodowanego przez niedźwiedzia.         Z drugiej strony od wielu lat corocznie ginie w Tatrach od dwudziestu do trzydziestu ludzi, co czyni uzasadnienie godziny policyjnej nonsensem. Obowiązkiem dyrekcji parku jest informować i pouczać, a niedopuszczalnym jest ingerowanie w podstawowe swobody obywatelskie. Jeśli ktoś spoza parku jest innego zdania, to powiem mu wprost w twarz, że ma duszę niewolnika, jest najgorszą odmianą homo sovieticus i powinien wyemigrować natychmiast na Kubę lub do Chin, by tam szybko  ozdrowieć, jakkolwiek ryzyko zbyt radykalnego ozdrowienia byłoby znaczne.
     
     




  10. Jerzy L. Głowacki
    Zaćma i góry plus raz jeszcze szkolenie towarzysko-rodzinne.
    Będąc na V roku fizyki UŁ  jesienią 1967 roku znalazłem się wraz z kolegą (też Jurkiem)   w zaczątku Pracowni Komór Iskrowych, mieszczącej się w zgrabnym budyneczku łódzkiego oddziału Instytutu Badań Jądrowych w Świerku przy ulicy Uniwersyteckiej 5, kierowanej przez duszę-człowieka i fizyka, dr Ryszarda Firkowskiego, niestety nieodżałowanej już pamięci, promotora zarówno mojej pracy magisterskiej, jak i doktorskiej. Z miejscem tym byłem mniej lub bardziej związany przez następne lat dziewiętnaście. Pora teraz wyjaśnić niezorientowanym, co to zacz za ustrojstwo ta komora iskrowa. Nasza własna recepta na nią przedstawiała się tak. Wziąć sześć płytek dobrego szkła lustrzanego (ale bez odbijającej światło polewy), skleić tworząc prostopadłościan o boku 50 cm i wysokości 10 cm, napełnić neonem i obłożyć elektrodami. Dodać inne detektory cząstek elementarnych, na przykład wielkopowierzchniowe liczniki scyntylacyjne i gdy zajdzie zdarzenie a priori interesujące, gruchnąć w taflę takich komór impulsem wysokiego napięcia o imponujących w tamtych czasach parametrach: 150 kV, 1000 A w szczycie i czasie trwania około 120 ns (miliardowych części sekundy). Wówczas wzdłuż niewidzialnych dla oka ludzkiego śladów, pozostawionych w neonie przez interesujące nas cząstki rozwijały się piękne, czerwone wyładowania iskrowe, łatwe do zarejestrowania przez kamerę, a dostarczające informacji o torach i liczbie cząstek, jakie przeleciały przez aparaturę. Języczkiem u wagi było zatem uzyskanie odpowiednich parametrów impulsowego pola elektrycznego, wytwarzanego na powierzchniach mierzonych już w metrach kwadratowych.
    Niezbędnym zatem było wykonywanie wielokrotnych pomiarów za pomocą szerokopasmowych oscyloskopów, które, na nasze nieszczęście, wpisane były na listy tzw. embarga strategicznego – żaden kraj zachodni nie mógł sprzedać takiego sprzętu pomiarowego żadnemu z krajów bloku wschodniego, co skazywało nas na posiłkowanie się odpowiednimi (i tajnymi) produktami Kraju Rad, który nie tylko walczył o pokój na całym świecie, jak i miał w wielkiej estymie zdrowie i życie własnych, tudzież zaprzyjaźnionych obywateli. Pomiary tym sprzętem od strony tzw. BHP-e sprowadzały się w istocie rzeczy do przykładania oka, najczęściej prawego, do wylotu lampy rentgenowskiej małej mocy, jako że napięcie przyśpieszające w lampie takiego oscyloskopu wynosiło około 50 kV. Wiedziałem, czym to pachnie czyli śmierdzi (piszę te słowa na Orawie, pachnie to śmierdzi po słowacku, łatwo obrazić Polakowi słowackie dziewczę, które lubi bardzo np. Chanel No 5) – od czasów Marii Curie – Skłodowskiej wiadomo, iż promieniowanie jonizujące to dobra recepta na wczesną, nie starczą, zaćmę. Ale jak mawiał Rysiu Firkowski, z diabłem bym wszedł w spółkę, aby móc uprawiać fizykę. I uprawiałem fizykę wielkich energii aż po rok 1986.
    Zaćma dopadła mnie dopiero na Orawie, wiosną 2008 roku moje prawe oko, zdecydowanie bardziej na promieniowanie narażane, widziało już bardzo zamglone krajobrazy, co nieźle mnie denerwowało przy fotografowaniu – musiałem koniec końców przykładać do wizjera lewe oko.  Na szczęście Magda ma serdeczną koleżankę z roku, parającą się okulistyką, a koleżanka też koleżankę, która ma mistrzowską rękę w operowaniu zaćmy. Wyznaczono mi więc szybko termin zabiegu w pewnym podłódzkim szpitalu, który ma za patronkę właśnie Madam Marię, de domo Skłodowską. Mało tego, współpracując w zamierzchłych czasach z lekarzami z tego szpitala usiłowaliśmy dopracować się bardziej przyjaznej pod względem radiacyjnym dla pacjentów techniki izotopowego badania tarczycy. No cóż, trochę, a może i więcej miliremów nam się dostało. Wesoła scenka, potrzebne jest Jurkowi i mnie silne źródło. Przytargaliśmy pojemnik ołowiany z igłą kobaltową słusznej aktywności, używaną do podświetlania neonówek w tzw. hodoskopie. Pojemnik ma cylindryczną szczelinę, w której siedzi rzeczona igła. Obaj z Jurkiem podchodzimy do rzeczy rzec by można naukowo, wyzdajaliśmy sobie pęsetę odpowiednio długą i usiłujemy wyciągnąć nią igłę z pojemnika. Błąd logiczny, bo to igła kobaltowa, a nie sproszkowany preparat alfa promieniotwórczy, długość pęsety zmniejsza wprawdzie dawkę, otrzymywaną na dłonie, ale niewiele. Nasze bezowocne wysiłki obserwuje z uśmiechem nasz szef, Rysio Firkowski. Koniec końców podchodzi do nas, zabiera nam pojemnik, odwraca go do góry nogami, wytrząsa igłę na otwartą dłoń i podsuwa nam. Pęseta idzie w kąt, łapiemy ją teraz i później gołymi palcami pamiętając jednak skrupulatnie, aby po każdym pomiarze wylądowała w pojemniku, a szczelinę pojemnika zakrywamy cegłą ołowianą, których ci u nas dostatek.
    Przed zabiegiem postanawiam wzmocnić organizm, ponadto wiem, iż po zabiegu czeka mnie dość długa abstynencja od rzeczy różnych, które lubię. Na początek prowadzę rodzonego szwagra czyli braciszka mojej szanownej małżonki, Andrzeja na Babią Górę. Andrzej z  ćwierć wieku albo i więcej po górach nie chodził, bo jest zapracowanym chirurgiem mieszkającym na Mazurach. Na szczęście podstawy edukacji górskiej otrzymał nawet bardzo przyzwoite, a było to tak.
    Mając lat czternaście pierwszy raz zamieszkał ze mną na taborisku Rąbaniska w Dolinie Suchej Wody. Po paru wypadach w otoczenie Hali Gąsienicowej poprowadziłem go w stylu księdza Stolarczyka na Gerlach. Pojechaliśmy autobusem na Łysą Polanę i ruszyliśmy w górę Doliny Białej Wody, aby zabiwakować w Dolinie Kaczej. Z doliny Kaczej przez Dolinę Litworową, Polski Grzebień i Dolinę Wielicką przeszliśmy do Doliny Batyżowieckiej, gdzie udało nam się znaleźć małą, przytulną kolebę. Następnego dnia weszliśmy na Gerlach i wróciliśmy tą samą drogą do koleby na noc. Czwarty dzień naszej wyrypy to powrót na polską stronę Tatr per pedes apostolorum znowu przez Polski Grzebień.
    Kolejny rok to wspinaczki środkowym żebrem Skrajnego Granata i Grań Kościelców, a po biwakach w Dolinie Batyżowieckiej i Dolinie Złomisk wejścia na Kończystą i Żłobisty drogą Jordana. W Dolinie Złomisk, godnej swojej nazwy, spotkały nas dwie niecodzienne przygody. Pierwsza zdarza się raz w życiu i to pod warunkiem, iż przez całe życie chodzi się systematycznie po Tatrach – napotkać w ścianie wspinającego się rysia to absolutny ewenement. Druga przygoda miała odmienny charakter, coś takiego przydarzyło mi się w sierpniu jedynie dwa razy. Budzę się rano w kolebie, jest jeszcze ciemno, a zatem obracam się na drugi bok i spokojnie zasypiam. Gdy budzę się powtórnie, a wydawać by się mogło, iż jest już stosunkowo późno, znowu jest ciemno, zasypiam powtórnie. Gdy sytuacja ta powtarza się po raz trzeci, zapalam latarkę i patrzę na zegarek – jest godzina siódma trzydzieści, a tu nadal ciemno. Ki diabeł! Wieczorem nieco wiało, więc w otwór koleby wsadziłem pozostałości jakiegoś płotka, pamiątkę pasterskich czasów. Pcham płotek jedną ręką, a płotek ani drgnie. Pcham oburącz, płotek wysuwa się na zewnątrz, a do środka koleby sypie się śnieg. Okazało się, iż przez noc nawiało od tej strony prawie metr śniegu, pokrywa śnieżna w dolinie jest już ciągła i ma co najmniej ze trzydzieści centymetrów średniej miąższości. Zaczynamy pośpieszną ewakuację w dół, do schroniska nad Popradzkim Stawem oficjalnie nazywanego  górskim hotelem. Złomiska dają nam popalić, stawiając nogę nie wie się kompletnie, co znajduje się pod śniegiem, a wyżej normalnej perci brak. Niżej w dolinie perć już jest, ale szybko zamienia się w rwący potoczek, sięgający miejscami połowy łydki.
    Nad Popradzkim Stawem jest mostek, a na nim ponad dwudziestocentymetrowa warstwa wody. Jest rok 1974, sprzęt biwakowy jest ciężki, wspinaczkowy – jeszcze cięższy, plecaki nie tak ergonomiczne, jak dzisiaj, goretex i polar to pieśń przyszłości, idzie się wyjątkowo ciężko. Wchodzimy do przedsionka schroniska z lekkim obłędem w oczach i wita nas huraganowy śmiech. Jeden rzut oka i wiemy, o co chodzi. W Złomiskach po różnych kolebach spała tej nocy kupa wspinaczy, ci, co się teraz  śmieją biwakowali gdzieś niżej lub szybciej się od nas obudzili, teraz ściągają ze siebie co bardziej wodą nasiąknięte rzeczy. Po paru minutach wpadają następni równie ogłupiali, a my dołączamy się do chóru prześmiewców. Jeszcze trochę i następuje gremialne wejście do jadalni, w jadalni zaś wokół stolików rozstawione są eleganckie krzesełka wyściełane niebieskim pluszem. Nikt z nas nie ma suchych spodni, niedługo trzeba czekać, aby każde poruszenie się na krześle owocowało głośnym pluskiem. Jeden rzut oka na salę wystarcza, by rozpoznać, kto z gości spał w kolebie, a kto w schronisku. Wszystkie stoliki zajęte przez kolebowiczów stoją w kałużach o przynajmniej dwumetrowej średnicy.
    Trzeba pomyśleć o powrocie na polską stronę, jest zimno, nic suchego do przebrania, ze dwie przesiadki po drodze, o obustronne zapalenie płuc u nieprzyzwyczajonego nietrudno. Panie kelner, dwie porcje parówek, dwie herbaty i dwie borowiczki. Andrzej protestuje, jako harcerz przyrzekał nie pić alkoholu do pełnoletniości. Pij byku, to lekarstwo, nie alkohol! Bez zapalenia płuc, a nawet zwykłego kataru się obyło. Na drugą przygodę z kolebą i ze sierpniowym śniegiem musiałem poczekać dość długo, do lata 2005. Ostatni sezon tatrzański Andrzeja to lato 1978, prawy filar Cubryny, Robakiewicz i klasyczna na Mnichu oraz trochę łatwiejszej turystyki.
    Dzień na Babiej Górze mija nam miło, jest i niespodzianka w postaci starego lisa, który obchodzi turystów na wierzchołku prosząc o jedzenie i pozując do zdjęć. Oczywiście dostał pół kanapki. Gdy pisałem te słowa czyniąc notatki, na podstawie których powstaje Kronika, słuchałem Evity Peron tj. Madonny słysząc jednocześnie w tle chrupanie kości po niedzielnym kurczaku. Tuż za otwartymi drzwiami posilał się spokojnie młody lis, odwiedzający nas regularnie. A godzinę wcześniej z jednej miski piły mleko razem jeż i kot, jeż był mały i dlatego kot nie uciekł.
    Następnego dnia, w poniedziałek Andrzej podrzuca Mieszka, Magdę i mnie do Zakopanego. Na Łysej Polanie żegnam córkę i wnuka prawie siedmiolatka, którzy ruszają na słowacką stronę, a ja kieruję się w stronę Roztoki. Magda planuje wyjazd z Mieszkiem kolejką nad Łomnicki Staw i nocleg w Chacie Zamkovskego, a później przejście do Doliny Pięciu Stawów Spiskich, kolejny nocleg w popularnej Terince i dotarcie do Roztoki via Lodową Przełęcz oraz Dolinę Jaworową. To bardzo ambitny plan zważywszy wiek Mieszka.
    Wtorek. Podchodzę z Roztoki do MOka i dalej ceprostradą  aż do miejsca, gdzie pod progiem Doliny za Mnichem skręca ona pod kątem prostym w stronę Miedzianego. Tu schodzę ze szlaku kierując się w stronę Mnichowego Żlebu. Trawers okazuje się dość mozolny, bo jest mokro i ślisko, a zaćma daje znać o sobie. Wypracowany przez lata sposób chodzenia, polegający na tym, iż nie patrzę pod nogi, bo wcześniej zapamiętuję konfigurację terenu, zawodzi, zwłaszcza prawa noga nie zawsze trafia tam, gdzie powinna. Gdy dochodzę do podnóża wschodniej ściany Mnicha postanawiam zrezygnować z dalszego podchodzenia żlebem i przetrawersować do Mnichowych Stawków. Wysoko w ścianie wspinają ze trzy zespoły, należałoby iść szybko, bo jestem w tzw. strefie potencjalnego rażenia, gdyby coś na dół poleciało, a tu trzeba patrzeć pod nogi. Potem mokry, śliski i podcięty trawnik, znowu trzeba ekstra uważać. Nad stawkami zdegustowany problemami z widzeniem postawiam nie pchać się już dzisiaj do góry, a zejść po dłuższej sjeście do Roztoki.
    Środa. Trzeba chwycić byka za rogi i wprowadzić jakieś poprawki do sposobu postrzegania świata pod nogami. Znowu MOko, ceprostrada, Dolina za Mnichem. W odpowiednim miejscu opuszczam szlak wiodący na Wrota Chałubińskiego i rozpoczynam podejście na Zadnią Galerię Cubryńską. Dużo tam stromych trawek i piargu równie skutecznego jak dobre łożyska kulkowe, nie brakuje tam też maliniaków czyli want różnego wagomiaru. Stwierdzam z zadowoleniem, iż mój mózg szybko się uczy, z każdym metrem idzie mi się coraz lepiej, już nie muszę patrzeć uważnie pod nogi ani czaić się z postawieniem stopy. Nagle ciszę zakłóca hurkot spadającego gdzieś niedaleko kamienia. Tu kamienie rzadko kiedy spadają same, nikt w praktyce tu latem nie chodzi, a zatem pewnie włóczy się tu, pomiędzy ściankami po upłazkach kozica. Wyszukuję odpowiednie miejsce i siadam sobie wygodnie, zaczekam na nią. Upływa mniej, niż kwadrans i patrzymy na siebie z odległości kilkunastu metrów.
    Wchodzę na Zadnią Galerię Cubryńską, jedno z moich ulubionych miejsc w Tatrach. Pochyły taras, podcięty z dwóch stron, okolony od południa ścianami Cubryny. Piękny obelisk Zadniego Mnicha i najwyżej położony w Polsce zbiornik wodny, Zadni Mnichowy Stawek, pokryty teraz w ¾ lodem i śniegiem. Potem w dół, na Mnichowe Plecy i próg Doliny za Mnichem, radość z odzyskanej sprawności przy schodzeniu ze skalnych progów.
    Tego dnia siedmioletni Mieszko bije swój tatrzański rekord przechodząc przez Lodową Przełęcz i całą Dolinę Jaworową, spotykamy się wieczorem w Roztoce.
    Tydzień później melduję się w szpitalu. Dziwne uczucie być pacjentem, spędziłem wiele godzin i dni w różnych szpitalach, ale nie w roli pacjenta. Jedną z najzabawniejszych wizyt w szpitalu dobrze zapamiętałem. Sylwester, Ala ma dyżur w Sylwestra. Stawiam się w szpitalu z odpowiednim choć bezalkoholowym zaopatrzeniem i szczurem za pazuchą. Nowy Rok witamy na chirurgii, długi, jak na warunki szpitalne, stół, suto zastawiony wszelakim jadłem. Lekarze, pielęgniarki i zmęczony, bo długo operował w ostatnie godziny Starego Roku chirurg. Zbyt zmęczony, aby się całkowicie przebrać – na kurtce ślady krwi. Nasza szczurzyca skacząc po ramionach zebranych przy stole dopada chirurga i zaczyna czyścić mu uniform, pracowicie wygryzając zabrudzone kawałki materiału. Zmordowany chirurg odpręża się całkowicie i rycząc ze śmiechu dopinguje naszą podopieczną. Ostatni raz byłem pacjentem przez półtora dnia przed prawie sześćdziesięciu laty, gdy wycinano mi migdałek.
    Usuwanie zmętniałej soczewki za pomocą wiązki ultradźwięków i strumienia wody to nic przyjemnego, choć trudno to nazwać bólem. Gdy słyszę, jak pani doktor prosi siostrę instrumentariuszkę o podanie soczewki przechodzę swoistą metamorfozę przeistaczając się ze zwykłego pacjenta w pacjenta – fizyka. Rozumowanie jest proste: oko oświetlone jest prawie równoległą wiązką światła, soczewka powinna być skorygowana na nieskończoność, abym widział na odległość bez okularów, zatem po rozwinięciu się soczewki powinienem zobaczyć włókno żarówki, jeśli wszystko jest OK. I fajnie jest, widzę typowy kształt włókna oświetlacza. Już po fakcie, podczas badania kontrolnego częstuję moją lekarkę opowieścią o tych obserwacjach, ta po chwili zdziwienia konstatuje z zadumą: czasami lepiej o tym nie wiedzieć!
    Jakość widzenia prawym okiem jest zaskakująco komfortowa, zarówno co do rozdzielczości, jak i rozróżniania barw. Oczywiście nie do końca organizm radzi sobie z ciałem obcym w oku, większa wrażliwość na wiatr i światło, uczucie dyskomfortu po cięższej i dłuższej fizycznej pracy to cena za komfort widzenia.
    Jak czułem się w rodzinnym mieście, jeśli pominąć okoliczności związane z samym zabiegiem. Nieszczególnie. Trochę klaustrofobiczne uczucie zamknięcia w murach kamienicy lub wąwozie ulicy, brak linii horyzontu, powiewu wiatru, wielkomiejski zaduch i hałas. W całej rozciągłości mogłem odczuć, jak polubiłem nasz wiejski dom. W pewnym sensie przeszkadzała mi nawet anonimowość ludzi, których spotykałem w bezpośrednim sąsiedztwie domu, w którym mieszkałem lat sześćdziesiąt.
    Opuszczam Łódź z dość długą listą – wyliczanką, czego i jak długo czynić mi nie wolno, w Rabce moja tutejsza okulistka ubarwia tę listę opowieściami o swoich pacjentach, którzy nie trzymali się tych reguł i co brzydkiego z tego wynikło. Jednym słowem mam robić za okulistycznego rekonwalescenta. Ostateczny test sprawnościowy funduję sobie w wigilię Święta Niepodległości wchodząc kolejny raz w tym sezonie na Babią Górę w niezłym tempie.
    Po latach w Furkotnej: Andrzej, Magda i Mieszko (2009).







  11. Jerzy L. Głowacki
    Czy warto solo bądź na żywca?

    We wszelakich poradnikach i wstępach do przewodników turystycznych oraz na licznych stronach internetowych eksponowana jest niezmiennie od lat kardynalna zasada bezpieczeństwa: nigdy nie wychodź w góry samotnie. To bardzo dobra zasada dla początkujących i dla tych, co lubią muzykę gór w formie lekkiej, łatwej i przyjemnej. Jeśli zamierzasz wędrować po górach wyłącznie po szlakach turystycznych i to tych łatwiejszych, wychodzić w góry tylko w stabilnych, dogodnych warunkach to w porządku, przestrzeganie tej zasady zapewni ci maksimum bezpieczeństwa. Ale gdy celem twoim jest pełnia doznań w górach, wędrówki bez ograniczeń to ścisłe przestrzeganie tej zasady wcale nie zwiększy twojego bezpieczeństwa, wręcz przeciwnie. Częstą przyczyną wypadku w górach jest utrata równowagi fizycznej bądź psychicznej – to słowa Jerzego Hajdukiewicza, a nic tak nie hartuje naszej psychiki, jak samotna wędrówka w trudniejszym terenie, zwłaszcza gdy nadciągnie mgła, kurniawa albo zapadnie przedwcześnie dla nas zmrok. Wielokrotnie już zdarzało się, iż w wyniku nieprzewidywalnego splotu okoliczności turysta był zmuszony do samotnego kontynuowania marszu, np. w celu sprowadzenia pomocy i kończyło to się tragicznie dla niego, głównie z powodu podwójnego stresu. Po dzień dzisiejszy twierdzę, iż poruszając się samotnie w eksponowanym terenie jestem bezpieczniejszy, niż idąc w zespole. Nic wtedy nie rozprasza mojej uwagi, nie muszę oceniać na bieżąco, czy moi towarzysze nie popełniają jakiś błędów i nie jestem narażony na konsekwencje tych błędów – znam przynajmniej dwa przypadki, gdy turysta lub początkujący wspinacz odpadając strącał drugiego też idącego bez asekuracji. W Tatrach teren łatwy często bywa kruchy, co sprzyja mniej lub bardziej zaawansowanym próbom kamieniowania współtowarzyszy.  Zimą, gdy jest lawiniasto stopień ryzyka rośnie istotnie wraz z liczebnością grupy.

              Po przyjeździe w Tatry po głośnej tragedii licealistów na Rysach zadałem Gaździe na Roztoce pytanie, co sądzi o tym wypadku. Marek odpowiedział mi pytaniem: Jurku! A ile osób wziąłbyś na Rysy zimą? – Dwie, maksimum trzy. – Ja też!

              Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt bezpieczeństwa w górach, często pomijany w dyskusjach. Otóż zdarza się, iż tak zwany lider zespołu ma ochotę zawrócić, wycofać się, bo ocenia, iż zrobiło się nie fajnie, lecz nie czyni tego bojąc się podejrzenia o tchórzostwo lub uważa, iż mimo wszystko nie wypada mu tego uczynić, a to prosta droga do nieszczęścia.

              Szkoły wspinaczkowe zwęszyły interes i proponują wręcz firmom wyjazdy integracyjne z elementami szkoły przetrwania, w tym i zabawę we wspinaczkę, co może skutkować mylnym przekonaniem, iż coś się już po takiej imprezie umie. Sprzęt wspinaczkowy jest ogólnie dostępny, od czasu do czasu widzę w Tatrach turystów mających przytroczone do plecaków krótkie liny wspinaczkowe. Ale sposób poruszania się tych turystów, brak kasków na głowie tam,  gdzie często latają kamienie zdradza, iż są górskimi żółtodziobami. Piękna scenka nad Czarnym Stawem pod Rysami, ostatnie metry podejścia są zalodzone, a niżej szczerzą zębiska co większe wanty wytopione z wczesnowiosennego śniegu. Na rygiel stawu wychodzi trzydziestolatek przepasany liną, na końcu której holuje swoją panią. Holuje w sposób szczególny, bo pani nie jest związana liną, tylko koniec liny jest omotany wokół jej nadgarstka. Swoim starym obyczajem rugam faceta ostro tłumacząc mu jednocześnie, czym taka pseudoasekuracja grozi. Gość reaguje w sposób, który błyskawicznie mnie rozbraja – odwraca się w stronę swojej pani i z wielką satysfakcją w głosie krzyczy: A widzisz, kochanie, a widzisz, mówiłem ci, że tak nie można!

    Na szczęście to się zmienia.

    Dwa zdjęcia, na jednym wyżej podpisany – początek liczącego 50 metrów wyciągu bez ani jednego przelotu, na drugim Gaston Rebuffat w roli przewodnika. Czy pod względem osobistego ryzyka różni to się od żywcowania? Jedyna różnica to brak oporu liny.



  12. Jerzy L. Głowacki
    Drugi krąg wtajemniczenia – Mnich i Cubryna

     
                   Od chwili wyjazdu z Tatr w 1961 roku pilnie przygotowuję się do następnego sezonu. Trenuję koszykówkę w Łódzkim Klubie Sportowym, w domu mam prymitywną, ale praktyczną siłownię, bardzo dużo czytam na tematy górskie. Zaliczam teoretyczny kurs wspinaczkowy i wstępuję do Koła Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego. Kompletuję najprostszy sprzęt turystyczny i trzydziestopięciometrową linę asekuracyjną, z sizalu, a jakże. Gdyby dziś wymienić wszystkim wspinaczom poliamidowe liny na sizalowe lub z manili to wielu przepłaciłoby to zapewne życiem, tylko prawdziwi górscy dziadkowie nie poczuliby się z nimi w skale nieswojo. Ze sprzętu wspinaczkowego nic innego poza liną nie można było oficjalnie kupić w Łodzi, linę kupiłem nomen omen w składnicy harcerskiej na rogu Piotrkowskiej i Roosevelta. Szorstkość sizalu budziła ongiś w dłoniach uczucie zaufania, zapach sizalu, bardzo specyficzny i niepowtarzalny kojarzy mi się do dziś z zapachem wspinaczki, o ile takowy istnieje.

              Kończy się rok szkolny, zbyt długi, abym mógł pojechać na kurs skałkowy. W końcu czerwca jestem już wraz z mamą na Skibówkach u pani Katarzyny Walczak. Niestety, pogoda na początku lata nie sprzyja ambitniejszym planom. Cofam się ze Żlebu Kirkora zabetonowanego starym śniegiem, w gradzie zbiegam z Ciemniaka, kluczę w gęstej mgle na Orlej Perci, wykorzystuję krótsze przejaśnienia na treningi wspinaczkowe na Jasiowych Turniczkach w dolinie za Bramką, ćwiczę zjazdy na linie w coraz to większym lufcie.

              Nadchodzi w końcu upragniony początek dobrej pogody, odwiedzam zatem małą klitkę w parterowym, od dawna już nie istniejącym domku na ulicy Kościuszki blisko Krupówek – mieści się tam zakopiańskie biuro Orbisu. Za jedyne siedemdziesiąt parę złotych wykupuję pięć noclegów wytyczających trasę planowanego wypadu na Słowację.

              Skala cen. Porządne górskie wibramy kosztowały wówczas około pięciuset złotych, dziś buty relatywnie tej samej klasy, uwzględniając postęp w technologii, kupić można za pięćset, sześćset złotych, co stanowi równowartość od dziesięciu do trzynastu noclegów np. w Morskim Oku. Łatwo policzyć jak zdrożały noclegi w schroniskach, nawiasem mówiąc po polskiej stronie Tatr nie ma w chwili obecnej nawet połowy tych miejsc noclegowych, jakie turysta bądź taternik miał do dyspozycji w roku pańskim 1962.

              Przed wyjazdem w Tatry załatwiłem odpowiednie formalności, postarałem się o tak zwany tymczasowy dowód osobisty i przepustkę turystyczną opiewającą na dni sześć w Tatry Słowackie, bo ukończyłem 16 lat i z formalnego punktu widzenia było to możliwe. 22 lipca przekraczam most graniczny na Łysej Polanie i ruszam w stronę Polskiego Grzebienia niosąc w plecaku spirytusowy kocher, zapas żywności, ciepły sweter z wielbłądziej wełny i nieodzowny, brezentowy skafander. Wieczorem zasypiam już po południowej stronie Tatr w Bilikowej Chacie na Siodełku. Następny dzień jest deszczowy, ale nie przeszkadza mi to zbytnio, bo i tak miałem go spędzić u podnóża Tatr. Zwiedzam Stary Smokowiec, Tatrzańską Łomnicę i Szczyrbskie Jezioro, gdzie nocuję w tzw. nocleharni. Podczas zwiedzania dokonuję zakupów, przede wszystkim kupuję słowacki plecak wspinaczkowy zwany powszechnie horolezką – będzie mi służył ponad ćwierć wieku. Oprócz tego zaopatruję się w pierwsze trzy tomy słowackiego przewodnika wspinaczkowego autorstwa Arno Puskasa, kilka map i podobnie, jak wielu, kupuję zestaw sześciu, różnokolorowych ołówków automatycznych, są sprawne po dzień dzisiejszy.

              Trzeciego dnia startuję skoro świt, przechodzę Dolinę Furkotną, wchodzę na Furkotną Przełęcz i na Furkot, a z Furkotu dalej, we mgle na Hruby. Wracam do Szczyrbskiego przez Bystry Przechód i Dolinę Młynicką, a nocuję w schronisku nad Popradzkim Stawem, schronisko to wkrótce zniknie zastąpione przez Horsky Hotel. Czwarty dzień to wejście na Rysy, zejście do Popradzkiego i przejście via Batyżowiecki Staw do Śląskiego Domu w Dolinie Wielickiej, gdzie spędzam noc po raz pierwszy i ostatni, gdyż sympatyczne to schronisko spłonie w listopadzie, a na jego miejscu powstanie kolejny horsky hotel brzydki jak nieszczęście – skrzyżowanie biurowca ze schronem przeciwatomowym. Nazajutrz opuszczam Śląski Dom przy pięknej pogodzie kierując się ku Polskiemu Grzebieniowi i Rohatce i dalej – przez Dolinę Staroleśną  i Czerwoną Ławkę do Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Wszędzie, wysoko, dużo starego i  twardego śniegu, sporo tablic informujących, iż odradza się przejście ze względu na niebezpieczeństwo. Czesi i Słowacy są zdyscyplinowani, niewielu z nich mija te tablice, którymi wcale nie przejmują się Niemcy i Polacy. Na Czerwonej Ławce odbijam w bok ze znakowanego szlaku i wbiegam, bo pora już późna, na Mały Lodowy Szczyt, po czym wracam na Czerwoną  Ławkę i dalej w dół do schroniska zwanego Terinką.

              O wschodzie słońca dzień nie zapowiada się optymistycznie, odległe szczyty stoją w czerwonym blasku tak blisko, jak rzut kamieniem, niebo ołowiane. Starzy wyjadacze twierdzą w takich chwilach, iż najdalej za dwie, trzy godziny zacznie lać, i to długo, przynajmniej do wieczora. Nie mam więc czasu do stracenia, plecak ze stelażem zostaje w schronisku, zarzucam na plecy horolezkę ze swetrem, skafandrem, manierką i tabliczką czekolady, start. Górna połać doliny cała pod śniegiem, co z rana podchodzenia nie ułatwia, bo śnieg po nocnym spadku temperatury bardzo twardy. Na azymucie Lodowy, jeden z najwyższych i najciekawszych szczytów tatrzańskich – na szczęście nikt dotychczas nie wpadł na pomysł, aby go popsuć kolejką linową lub turystycznym szlakiem, tego dnia nikt poza mną nań się nie wybiera, jestem sam. Dochodzę już do sławnego, skalnego konia na jego grani. Przewodniki wyliczają: dwadzieścia dwa metry długości i radzą pokonać go okrakiem. Tak też próbuję i po dwu czy trzech metrach stwierdzam, iż na takie zabawy koń ma grzbiet za szeroki, lepiej spróbować swoistej woltyżerki. Staję więc na grzbiecie konia i wyprostowany przechodzę go do końca.

              W zejściu biję wszystkie rekordy prędkości, bieg, ześlizg, slalom na butach między wystającymi tu i ówdzie ze śniegu głazami. Pogoda wytrzymała do końca dnia, wieczorem jestem już na Skibówkach. Następnego dnia opuszczam Zakopane na dwa tygodnie, bo czeka mnie przymusowy obóz przysposobienia wojskowego w Tomaszowie Mazowieckim. Tam też maszeruję do woli w stalowym garnku na głowie i z przedwojennym Mauserem na ramieniu. Mauser ma wywierconą dziurę w boku lufy, gdy przychodzi czas na strzelanie strzelamy nie z Mauserów, ale karabinków Mosina. Cecha szczególna, przyzwoity odrzut i szansa na zdemolowanie szczęki, gdy nie domknie się zamka.

              Czas szybko mija i znowu jestem w Tatrach. Wymazuję kolejne białe plamy na mojej prywatnej mapie Tatr – odnajduję zarzucony już, przedwojenny „trudniejszy szlak” Orlej Perci wchodząc na Wielką Buczynową Turnię, wchodzę na wierzchołek Zamarłej Turni. Kolej na otoczenie Morskiego Oka, kto by tam jeździł autobusem, we mgle i mżawce idę przez Halę Gąsienicową, Kozią Dolinkę, Żleb Kulczyńskiego i Granaty, Orlą Percią na Krzyżne, skąd schodzę do Starej Roztoki, gdzie nocuję. Następnego dnia podchodzę do Morskiego Oka i Doliny za Mnichem, marzy mi się wejście na Mnicha, ale prawdę powiedziawszy nieco się boję. Pytam kręcącego się po Mnichowych Plecach trzydziestolatka, czy przypadkiem nie wybiera się na Mnicha – we dwóch byłoby raźniej. Trzydziestolatek okazuje się Niemcem: Nein, nein, nicht seil. No ja, moja seil też leżeć na Skibówkach. Niemiec znika gdzieś wśród want, a ja podchodzę pod blok szczytowy. Do licha, z bliska nie wygląda to groźnie, trzeba spróbować. Parę chwil i już jestem na środku sławetnej Płyty. W tym właśnie z drugiej strony wyłazi na płytę moje Niemczysko – śmiejemy się obaj z obustronnego zaskoczenia. Minuta czy dwie i już ściskamy sobie dłonie na wierzchołku. Gdy nadchodzi pora powrotu proponuję kompanowi spróbowanie wariantu zejściowego polecanego przez Mistrza Paryskiego, jako najodpowiedniejszego bez zjazdu na linie, a tożsamego z końcowym fragmentem klasycznej drogi na pd.-zach. ścianie. Niemiec wraca do Morskiego Oka na obiad, a ja wyruszam na szukanie drogi na Cubrynę.

              Po skraju Zadniej Galerii Cubryńskiej błąka się dwu ludzi, szukali drogi na Cubrynę przez Galerie i Hińczową Przełęcz, nie znaleźli. Dziś może to budzić zdziwienie, ale w tamtych czasach nie było jeszcze tam przedeptanej perci i można było mieć istotne wątpliwości, w którym miejscu zacząć zejście na Małą Galerię. Błyskawicznie podejmuję decyzję, proponuję wejście na Cubrynę przez Przełączkę pod Zadnim Mnichem, Dolinę Piarżystą i Cubryńską Przełączkę – trudności orientacyjnych nie powinno tam być żadnych, a drogę przez Galerie odnajdziemy w zejściu, tak będzie łatwiej. Młodszy z napotkanych ma dosyć na dzisiaj, schodzi w dół. Starszy, po pięćdziesiątce, z twarzą intelektualisty i w eleganckich okularach rusza ze mną na podbój Cubryny. Po drodze usiłuję odgadnąć jego profesję, stawiam na zawód lekarza. Odpowiedź symptomatyczna: Byłeś blisko, jestem księdzem, profesorem teologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Wkrótce mam kłopot i to psychologicznej, a nie topograficznej natury: mój towarzysz bezpardonowo zmusza mnie do zwracania się do niego zgodnie z alpejskim obyczajem po imieniu – alpejskim, bo za młodu, jak zaznacza, chodził po Alpach. Na wierzchołku Cubryny gotuję dla nas herbatę na kostkach skondensowanego spirytusu, smakuje znakomicie, herbata, nie spirytus. Mamy świadomość, iż musimy dziś odnaleźć drogę przez Hińczową Przełęcz, bo powrót przez Dolinę Piarżystą byłby zbyt ryzykowny, rynna, którą weszliśmy na Cubryńską Przełączkę okazała się bardzo kruchą, a w dodatku na niektórych odcinkach wypełniał ją śnieg. 

              Droga przez Galerie jest dla nas  w zejściu całkiem niekłopotliwą, ale na Zadniej Galerii słyszę słowa: Teraz mogę ci się przyznać. Dziunia zaklinała mnie dziś rano na wszelkie świętości, abym nią nie szedł, bo tam bardzo dużo śniegu. Do MOka docieramy, gdy zapada już zmrok, kuchnia już zamknięta, kiepska sprawa. Wtedy to z kuchennego zaplecza wypływa rzeczona pani Dziunia vel Wanda Łapińska, żona kierownika. Na nasz widok uśmiecha się szeroko i domyślnie pyta: Witam księdza profesora, ksiądz profesor pewnie głodny? Krótka, rzeczowa odpowiedź: I mój towarzysz też!  - To proszę siadać. Po chwili kelner zwany Stefanem przynosi na tacy dwa obfite i smaczne obiady.

              Żegnamy się późnym wieczorem, ksiądz profesor namawia mnie na wspólny wypad na Mięgusza, obiecuje pożyczyć linę od Czesia Łapińskiego. Chciałaby dusza do raju, ale mam być jutro po południu na Skibówkach, zero szans na powiadomienie mamy, iż się spóźnię. Z żalem odmawiam i wcześnie rano ruszam z Roztoki przez Polanę pod Wołoszynem i Psią Trawkę do Zakopanego. Na Równi Waksmundzkiej spoglądam wstecz ku Mięguszom, zasłania je szara kurtyna deszczu, nie był nam pisany tego dnia Mięgusz, zmyłoby nas z niego. To ostatnia tatrzańska eskapada tego lata, wracamy do Łodzi nazajutrz. Za rok przyjadę w Tatry nieco później, bo czeka mnie matura i egzaminy wstępne na fizykę.

              Fotografa przy tym nie było, ale był dwa lata później. Przed trzecim wejściem na Mnicha, a pierwszym z liną (jeszcze sizalową) i pierwszym w roli nieformalnego przewodnika.




  13. Jerzy L. Głowacki
    Zielone ludziki nad Czarnym Stawem.
    W swoim czasie, dawno, dawno temu niemile zaskoczył mnie listonosz przynosząc mi wezwanie na ćwiczenia wojskowe, gdy zaczynałem się już pakować w Tatry. Rad nie rad pojechałem do Grudziądza do stacjonującego tam pułku chemicznego. Zameldowałem się w pułku i wyfasowałem polowy mundur oraz tylko dwie gwiazdki, bo takowych ponoć zabrakło. Nie mając zamiaru degradować się do stopnia chorążego przypiąłem je do jednego naramiennika pozostawiając drugi „gołym” i poszedłem przejść się po terenie pułku. Idę sobie, a tu na kontrkursie pojawia się starszy sierżant, niski, brzuch piwny, gęba czerwona i nalana – typowy zupak, postrach niższych stopniem. Wykorzystując niecnie znaczną różnicę wzrostu mijam go od strony gołego naramiennika wiedząc doskonale, co się zdarzy, bo przecież mu nie zasalutowałem. Nie zawiodłem się na sierżancie, puszcza mnie na parę kroków po czym leci w moją stronę typowa, koszarowa wiązanka. Obracam się powoli odsłaniając drugi naramiennik i pieszczotliwym głosem wygłaszam te oto słowa: wy do mnie, sierżancie? Sierżanta krew zalewa, ale staje na baczność, salutuje i przeprasza.
    Za chwilę wpadam na oficera w stopniu majora, jak się później okazało szefa sztabu pułku: poruczniku, co wy tak niekompletnie ubrani? – Obywatelu majorze, magazynierowi gwiazdek zabrakło, pan major rozumie, nie chciałem się sam degradować. – No tak, macie rację. Poruczniku, wracajcie spokojnie na kwaterę, a ja już tego sukinkota pogonię. Miałem jeszcze ze sto metrów do kwatery, jak sprintem dobiegł do mnie magazynier trzymając w wyciągniętej dłoni dwie brakujące gwiazdki.
    Ćwiczenia te okazały się kompletnym niewypałem z wojskowego punktu widzenia, sprzęt był na poligonie, znający się na rzeczy oficerowie też, a zadaniem tych ćwiczeń było przeszkolenie piechocińskich kaprali podchorążych na wojskowych chemików, a na kilkunastu chłopa tylko ja jeden miałem specjalność dowódcy plutonu chemicznego. Na zakończenie musieliśmy sami napisać opinie o sobie. Do mojej opinii dopisano: wyróżnia się bardzo dobrą prezencją i bardzo dobrymi odruchami dowódczymi. Na marginesie: nosiłem już wtedy brodę, a żadnej okazji do wydaniu rozkazu nie miałem.
    Wróciłem do Łodzi i po dwóch dniach lokowałem się już we Franz Hilton Hotel vel Wozowni vel Starym Schronisku. Nazajutrz postanowiłem odwiedzić Żabi Niżni, dochodząc nad Czarny Staw zauważyłem na ryglu tegoż dwóch wojaków, z których jeden trzymał na kolanach wielką, komiśną księgę i coś w niej szrajbował, a wokół paru turystów stało. No cóż, cyrk mój, małpy nie moje, co to mnie obchodzi – ruszyłem zatem dalej. Jakieś tam okrzyki słyszałem, ale co mi tam, dopóki ktoś pomocy nie wzywa. Po chwili jednak słyszę za sobą tupot fasowanych butów i wrzask: do was mówię, głusi jesteście?! Odwracam się powoli i widzę, że mam przed sobą kaprala o czerwonej twarzy. Odruch wyniesiony z armii działa bezbłędnie, głos przestraja się automatycznie na koszarowy: wy do mnie kapralu? Jeśli tak to złóżcie z łaski swojej nóżki do kupy i zwracajcie się regulaminowo!
    Kapral momentalnie blednie, staje na baczność, salutuje i recytuje regulaminową formułkę. Jak się okazuje zapisują w owej księdze dane turystów udających się na Rysy i pod Chłopka, a ci wracając musza się u nich odmeldowywać, na szczęście wspinaczom dają spokój. Ilekroć później tego lata wchodziłem na rygiel stawu to stawano przede mną na baczność i zwracano się regulaminowo, bo ów kapral biorąc mnie za tzw. patrol oficerski przekazał mój rysopis kolegom. W tamtych czasach bowiem od czasu do czasu meldował się w schronisku oficer po cywilnemu, udawał turystę, a później do komendanta strażnicy na Palenicy Białczańskiej przychodził pasztet z listą uchybień w pełnieniu służby.
    Minęło wiele lat, schodząc z Owczej Przełęczy spotykam już na szlaku dwóch strażników granicznych, starszy, w stopniu majora prosi mnie o dokumenty, a po ułamku sekundy wykrzykuje: poznaję pana, rok temu podziwiałem, z jaką szybkością pan zbiega podczas burzy z tej przełęczy. O dokumentach mowy już nie było, zaczęła się miła pogawędka. A zimą do Roztoki wprost z nocnego pociągu trafiałem w charakterze pasażera skutera śnieżnego Straży Granicznej, trochę wódeczki też się wspólnie wypiło (oczywiście po służbie).






  14. Jerzy L. Głowacki
    Rodzinne wspinanie, rok 1976.

                Lato 1976, opiekuję się przez pewien czas Tadkiem, moim piętnastoletnim wtedy bratankiem. Chodzić z nim po szlakach znakowanych – mało atrakcyjne dla młodego, sprawnego chłopaka, a dla mnie nuda. Poza tym jak się z kimś liną zwiążę to mam pewność (i komfort psychiczny), że nic zdrożnego się nie stanie. Jedziemy do Morskiego Oka, gdzie jako stały bywalec zawsze mogę liczyć na noclegi i to nie jeden w Starym Schronisku.  

                Co pokazać Tadkowi na początek? To, co urocze, Żabi Niżni. Wchodzimy na Owczą Przełęcz, moją ulubioną, trawers na Białczańską i ekspresowy kurs wspinaczki na Owczych Turniczkach, a następnie udajemy się na miły posiad na Żabim Niżnim. Siedząc na jego wierzchołku czujemy się jak w loży teatru mając przed sobą panoramę Morskiego Oka i Żabich Stawów Białczańskich.

                Nazajutrz pora na coś bardziej sytnego, ceprostrada, Dolina za Mnichem, Mnichowe Stawki i Zadnia Galeria Cubryńska. Z Galerii podchodzimy na przełączkę pod Zadnim Mnichem – to szczególne miejsce, z jednej strony 43 metrowy, pionowy uskok Zadniego Mnicha, a drugiej wysoki, bardzo stromy uskok zachodniej grani Cubryny.  Pierwsze przejście uskoku Zadniego Mnicha odbyło się techniką hakową w 1934 roku, a w czteroosobowym zespole byli dwaj wspinacze, których nazwiska zapisały się na zawsze w historii taternictwa: Stanisław Motyka i Stefan Zamkovski, tak, ten od Chaty Zamkovskiego.

                Uskok został „odhaczony” w 1946 roku przez Tadeusza Orłowskiego, Małgorzatę Serini-Bulską i Wandę Henisz-Kamińską. Tadeusz Orłowski to nie tylko jeden z najwybitniejszych wspinaczy w historii taternictwa, ale i profesor nauk medycznych, nefrolog, jeden z pionierów polskiej transplantologii, członek rzeczywisty PAN. Małgorzata Serini-Bulska to także profesor warszawskiej A.M. lecz także, jak Tadeusz lekarz Powstania Warszawskiego. Wanda Henisz-Kamińska to jedna z wybitniejszych taterniczek tamtej epoki.

                Uskok Cubryny ma z prawej strony słaby punkt, ciąg zachodzików doprowadza do kruchej rynny prowadzącej na łatwiejszy teren, pokonywany tym sposobem uskok jest tylko dwójkowy w przeciwieństwie do szóstkowego uskoku Zadniego Mnicha (stara szóstka, ale jara). Dalszy ciąg grani Cubryny to jedynka, ale próbując obchodzić jej fragmenty łatwo wejść w miejsca dwójkowe lub nawet lepiej, co się zresztą autorowi tych słów przydarzyło, gdy idąc solo chciał zdążyć przed deszczem. Pierwsze przejście tej grani wiąże się tez ze znanym nazwiskiem – Klemens Bachleda et consortes w 1904 roku.

                 Na zdjęciach na Żabim po 20 i 30 latach od opisanej ekskursji.

    Cdn.   










  15. Jerzy L. Głowacki
    Siła argumentu. Czworo, tak na oko studentów wybiera się tam, gdzie być nie powinni, bo popołudnie jest bardzo lawinowe. Tzw. rzeczowe argumenty nie skutkują, ruszają. Gdy są już w odległości kilkunastu kroków rzucam za nimi: Tylko dziewczynę zostawcie, bo ładna i szkoda jej. Zawrócili.
    Warto wrócić jeszcze do aforyzmów Mieczysława Świerza opublikowanych na łamach Taternika w 1925 roku.
                Największą trudnością drogi skalnej jest określenie jej trudności. Aż do końca lat sześćdziesiątych stosowano w Tatrach, i nie tylko, sześciostopniową skalę trudności( I – VI ), przy czym szlaki turystyczne, łącznie z popularną Orlą Percią mieściły w stopniu zero, czyli łatwo vel chodecky teren (ze słowacka). Powszechnie posługiwano się przewodnikiem Witolda Henryka Paryskiego (WHP). I tu rodziły się problemy dwoistego charakteru. Jeśli tzw. zaawansowany turysta, nie wspinacz, schodził ze znakowanego szlaku z zamiarem dotarcia na jakiś szczyt czy przełęcz to w trosce o własne bezpieczeństwo powinien ograniczyć się do pokonywania dróg łatwych, co najwyżej nieco trudnych ( I ). Przewodnik Paryskiego liczy sobie 24 tomiki, a w każdym z nich, co najmniej kilkaset dróg. Drogi pokonywane często lub przebyte osobiście przez autora na ogół są dobrze opisane, a przypisany im stopień trudności jest adekwatny do rzeczywistości. Ale zdarzają się pomyłki, droga opisana jako łatwa posiada np. odcinek dość trudny ( II ). Dla turysty mniej doświadczonego lub mniej sprawnego fizycznie to już jest problem.
                Średni poziom wspinania w tamtych czasach sięgał IV – V stopnia (bardzo trudno, nadzwyczaj trudno), nie było wówczas sztucznych ścianek wspinaczkowych, nie wszyscy uprawiali wspinaczkę skałkową, a buty, w których się wspinano były antytezą wspinaczkowych pantofli z podeszwami high friction. Obrazowo porównując tamtą i dzisiejszą epokę: spróbujcie namówić primabalerinę, aby zatańczyła śmierć łabędzia w butach narciarskich. Dla początkującego wspinacza, chcącego zaliczyć tanim kosztem ścianę Zamarłej Turni i wschodnią ścianę Mięguszowieckiego kusząco brzmiały propozycje imć pana Paryskiego: Prawą częścią pd.-wsch.  (drogą Siedleckiego), droga b. trudna z jednym miejscem nadzwyczaj trudnym, oraz, Lewą częścią wsch. ściany (drogą Sokołowskiego), droga trudna (III). Jeśli ów wspinacz nie otrzymał od Najwyższego odpowiedniej porcji talentu lub szczególnej sprawności fizycznej to musiał się na tych drogach cokolwiek zdziwić, niekoniecznie w sensie pozytywnym. Pierwsza z tych dróg „padła” w 1943 roku, kiedy to życie ludzkie miało raczej małą wartość, trudniej było się w górach bać, a autorzy drogi byli w świetnej formie – wyraźnie zaniżyli jej wycenę czyli przypisali jej zbyt niski stopień trudności. Druga droga powstała w 1924 roku, ale za czas jakiś wyłamał się ze skalnej calizny jej kluczowy fragment, trawers po dziobach skalnych pozwalający ominąć przewieszki – jej trudności podskoczyły o całe dwa stopnie.
                Prawdziwy cyrk ze skalą trudności zaczął się w latach siedemdziesiątych i trochę potrwał, delikatnie mówiąc. Pojawiły się dwa przeciwstawne trendy – utrzymać za wszelką cenę sześciostopniową skalę trudności lub uczynić skalę trudności otwartą od góry, co się ostatecznie stało. Poziom wspinania znacząco się podwyższył, odcinki o trudności IV pokonywano z ciężkim plecakiem często bez wyciągania liny z plecaka. Czołowi wspinacze tamtej epoki potrafili jednocześnie sklasyfikować nową, jedną z najtrudniejszych w Tatrach drogę na IV lub IV+. Szczególnie celował w tym pewien Słowak, niejaki Palenicek, o którego drogach mawiano, iż to „extremne IV+”. Legenda głosi, iż po niejednej extremnej drodze na wierzchołku odbywał się krótki, acz treściwy dyskurs skalnych supermanów o jej wycenie : Trudno ci było? Tak. No to dajemy III+ (trudno górna granica). Bałeś się? Tak. No to dajemy IV+. Reasumując, gdyby w jednej bibliotece zebrać wszystko to, czego przez ostatnie sto lat napisano o skali trudności to powstałby całkiem niezły księgozbiór.
                Droga wspinaczkowa to specyficzne pojęcie. W klasycznym ujęciu najdoskonalej zdefiniował je Zygmunt Klemensiewicz w Zasadach Taternictwa, pierwszym polskim podręczniku fachowej stromowspinaczki (to cytat z Andrzeja Struga), wydanym w Lwowie w 1913 roku. W oryginalnym brzmieniu definicja ta ma kształt następujący: Następstwo miejsc możliwych do przejścia, a stanowiących logiczną całość, podporządkowaną pewnemu celowi, którym jest wyjście na szczyt określoną ścianą, granią czy grzędą. Dziś, aby ją uaktualnić, wystarczy przed słowami wyjście na szczyt dodać na przykład, gdyż drogi wspinaczkowe wiodą również poziomo lub nie kończą się na szczycie lub przełęczy. Tu mała dygresja lingwistycznej natury. Turysta wchodzi na szczyt, wspinacz wychodzi ze ściany na szczyt. W starym, poczciwym Klubie Wysokogórskim byliśmy gronem cokolwiek przeintelektualizowanym, Julek prokurator zawsze chętnie nas uświadamiał, ile lat za dany dowcip, profesor Serafin składał do kupy spartolone w rzeźni miejskiej w Zakopanem kończyny, inny profesor leczył gardła i zatoki, z tyfusu w Afganistanie też potrafił kolegę wyciągnąć ( a zwał się Sprężyna), Ryn był psychiatrą, zanim popadł w ambasadory – zdarzył się też językoznawca Kolbuszewski, który gwarę taternicką wziął na warsztat. Sakramencka przewiecha nad kosmicznym luftem, obojętnie koszona na wszawo bitych hakach. Ej, łza się w oku kręci.
                Im ścieżka w górach szersza, tem łatwiej zgubić drogę. Oczywista oczywistość w terminologii nowomowy parlamentarnej. Dodałbym uzupełnienie: Im droga łatwiejsza, tym łatwiej się na niej zabić. Powód banalny, im szerzej i łatwiej tym mniej koncentracji, a w dodatku na łatwej drodze nie ma gdzie lecieć. Na trudnych drogach zwykle leci się w powietrze, co przy dzisiejszej technice asekuracji nie sprawia problemów, na łatwej drodze człowiek prawie zawsze się o coś obija, zanim go lina wyhamuje. No i nie zawsze jest liną związanym.
                Najlepszą oznaką prawdziwego taternictwa jest u turysty – brak odznaki.  Odznaki wymyślono po to, aby inni je podziwiali. Stąd zestaw odznak, zwłaszcza resortowych, rodem z PTTK, idzie na ogół w parze z rozwiniętym instynktem stadnym. Instynkt stadny zaś z mniej lub bardziej rozwiniętym strachem przed górami. Dziwnym trafem w ostatnim dziesięcioleciu dwukrotnie udzielałem pomocy naprowadzając na właściwą drogę ludzi z odznakami i emblematami na czerwonych kurtkach, w dodatku coś się na tych kurtkach również niebieszczyło. O innych odznakach już nie wspomnę. Niektórzy z uporem maniaka powtarzają, iż najlepszą przepustką do ścisłego rezerwatu jest zielony ubiór, czapka z kozicą i piła motorowa na ramieniu. I pewnie rację mają. Choć moim zdaniem flinta na ramieniu to rzecz gorsza, a przecież to nie rzadkość.
                Miarą sprawności taternika są nie te drogi, które przeszedł, lecz których nie przeszedł. Nic dodać, nic ująć.
     




  16. Jerzy L. Głowacki
    Przypominając aforyzmy Mieczysława Świerza okazałem się niestety złym prorokiem, to, co się wydarzyło stało się tragiczną ilustracją pierwszego z nich. Life is brutal.   Aforyzmy Mieczysława Świerza III.   I ostatni z aforyzmów, niestety proroczy dla jego autora: Z liną na wspinaczce bywa tak, jak z przyjaźnią w życiu – w chwili potrzeby najczęściej pęka. No i pękła Świerzowi na zachodniej Kościelca, bo jego partner, nota bene inżynier z zawodu, zapewne przesztywnił asekurację. Gdy miałem szesnaście lat kupiłem na Piotrkowskiej moją pierwszą linę, linę w starym stylu, bo tylko takie były dostępne w tamtych czasach w polskich sklepach. Miała 35 metrów długości, 14 do 15 mm średnicy i upleciona była z sizalu w Bielskich Zakładach Lin i Pasów. Wytrzymałość statyczna, owszem, spora, szorstka, intrygujący zapach. Gorzej, ba, zgoła tragicznie przedstawiała się jej zdolność do absorbowania energii upadku. Rok i parę miesięcy później kupiłem za grosze w księgarni obcojęzycznej w Pałacu Kultury wydaną w formie książkowej pracę kandydacką, czyli doktorską, niejakiej pani, a właściwie towarzyszki Kazakowej pod frapującym tytułem Tiechnika strachowki w gorach. Strachowka po rosyjsku oznacza asekurację, a asekuracja liną sizalową powinna się kojarzyć z odpowiednią dozą strachu, co fonetycznie się zgadzało. Powód banalnie prosty – sama lina wykonana z włókien pochodzenia roślinnego jest zdolna do zaabsorbowania paru procent energii upadku, całą resztę, ponad 90 %, musi pochłonąć praca tarcia, a do tego konieczne jest wypuszczanie liny ze stanowiska asekuracyjnego w sposób płynny w odpowiednim tempie. Zaciśniesz mocniej dłonie na linie i lina pęka. Studiowałem już wówczas fizykę i przedstawione w tej książce liczby i wykresy nie pozostawiały cienia wątpliwości. Sizalu użyłem parę razy po czym kupiłem z przyjaciółmi na Słowacji stylonowe lano. Nie za długo i w Bielsku ruszyła produkcja takich lin. Pierwszy lot odbyłem na perlonowej linie rodem z enerdówka, zwanej z racji wyglądu i sztywności – kablem. Wygląd tej liny dla postronnych był rzeczywiście mylący. Kupiliśmy tę linę w Morskim Oku od Niemców w dniu wyjazdu. Ponieważ pociąg mieliśmy dopiero późnym wieczorem postanowiliśmy tę linę wypróbować wchodząc na Szczerbę w Giewoncie od strony Doliny Strążyskiej. Idąc przez Zakopane zostaliśmy zagadnięci przez gaździnę: Gdzie tyla sznura do żelazka kupiliście? Tu wyjaśnić należy, iż w tamtych czasach wybierając się na wspinaczkę pakowaliśmy się z Alą w jeden, niezbyt duży plecak, słowacką horolezkę, do której lina już się nie mieściła. W drodze do Małej Dolinki ponad Halą Strążyską towarzyszą nam Ewa i Andrzej, z którymi już drugi sezon tworzymy czwórkowy zespół. Z Małej Dolinki wkraczamy w Żleb Szczerby, łatwy na początkowej jednej trzeciej swojej wysokości. Szybko dochodzimy pod Blachy, kilkudziesięciometrowy, płytowy uskok. Tu wypada związać się liną. Sceneria jest kapitalna, ściana Giewontu tylko pozornie wydaje się płaska, w istocie rzeczy znajdujemy się jak gdyby w bardzo, bardzo stromym kanionie. Dużo traw w polu widzenia, prawie godnych tradycyjnej nazwy pionowych trawników, a ponad naszymi głowami ciągną się białe, pożłobkowane płyty, gdyby nie wąski zachodzik tnący je na ukos byłoby trudno je pokonać. Nasz nowy nabytek, czyli kabel ma 55 metrów długości – trzeba to wykorzystać, idę na pełną długość liny. Wąską rysą wchodzę na zachodzik, nie bawię się w zakładanie przelotów (tak mówi się dzisiaj, w ówczesnym slangu brzmiało to: nie biję haków), prę do przodu, na końcu zachodzika krok w powietrzu na rozległy trawnik i po chwili jestem nad Blachami. Zakładam stanowisko, okrzyk: możesz iść – rusza Ala, a po paru chwilach zaczyna wspinać się Andrzej. Nad Blachami jest skalna komnatka, nieduży kociołek zwany sympatycznie Śmietnikiem. Konfiguracja północnej ściany głównego wierzchołka Giewontu jest taka, iż to co spada spod krzyża ląduje ostatecznie, w większości przypadków, w Śmietniku. Zaglądając do niego trzeba mieć się na baczności, aby nie poczuć się źle, albo całkiem fatalnie. Dla przykładu, jeden z moich górskich znajomych znalazł tam turystę bez głowy i to w sensie dosłownym, nie w przenośni. Pierwszym zdobywcą Żlebu Szczerby był nie kto inny, jak sam wielki Mariusz Zaruski, człowiek niebywałej wszechstronności. Następców swoich straszył co nieco w własnym opisie drogi: …w dużej ekspozycji, z niemałym trudem (i niebezpieczeństwem !) pokonujemy w ten sposób około 100 m drogi i stajemy na trawnikach, dających możliwość swobody ruchów. Z owych stu metrów pozostało nam jeszcze jakieś czterdzieści, Zaruski na pewno szedł dalej na lewo od Śmietnika, mnie jednak korci pójście wprost przez ten kociołek do góry. Przymierzam się do lewej jego ścianki, jest gładka i mokrawa, a co gorsze, żaden z kilku haków, jakie zabrałem ze sobą nie pasuje do szczelin w tej ściance. Stwierdzam, iż próba jej przejścia de facto bez asekuracji to głupi pomysł (dzisiaj też, aktualna wycena to V+). W międzyczasie Andrzej szturmuje ciąg dalszy drogi imć pana Mariusza. Andrzej ze sprzętem waży jakieś 120 kg, chłop jest mocarny, a teren kruchy i delikatny, efekt jest natychmiastowy, z góry sypią się przekleństwa, trawa i kawałki wapienia. Tragikomizmu tej sytuacji przydaje drastyczna różnica mas, Ewa jest filigranową dziewczyną, a stanowisko asekuracyjne jest prawdę powiedziawszy diabła warte. Nie mam ochoty czekać, aż zwolni się ten tak skutecznie dewastowany fragment drogi i ruszam w górę trawiasto-skalną ścianką na początku Śmietnika. Już po kilku metrach robi się naprawdę ciekawie, żeberko jest istotnie trudniejsze od klasycznej drogi. Chwyty, owszem są, lecz trzeba je sprytnie je obciążać, przypomina to wspinaczkę po półkach ogromnej biblioteki, szczelnie wypełnionej książkami. W trzech miejscach biję haki, ale nie mam co do ich jakości złudzeń, trzymając się któregoś z nich mogę się metr cofnąć, jeśli jednak odpadnę to nie wytrzymają nawet metrowego lotu i oboje z Alą pojedziemy ekspresem do Bozi (ale nie do Śmietnika, tylko do Małej Dolinki). Ostatecznie żeberko puszcza bez specjalnych emocji, na trawniku nabieram prędkości docierając szybko do małego smreka (jakim cudem tu wyrósł ?) i wykorzystuję skwapliwie ten wybryk natury do założenia stanowiska. Gdy siedząc wygodnie na stanowisku wybieram linę co pewien czas dochodzi do mnie z dołu charakterystyczny szmer i metaliczne brzdęk. To moje, psychologiczne haki przelotowe, wyrywane naprężoną liną, zjeżdżają na karabinkach po linie i walą w kask Ali. Ala dochodzi do stanowiska, a chwilę później wyłaniają się, nieco z boku, Andrzej i Ewa. Naraz dostrzegamy na skalnej grzędzie sylwetkę kozicy, stojącej na tak małym stopniu, iż wydaje się, iż trzyma ona wszystkie cztery kopytka razem. Ala rzuca uwagę, która wywołuje ogólną wesołość: Może się zapchała i trzeba jej pomóc? [zapchać się – wejść w zbyt duże trudności]. Pokłosiem naszej wspinaczki na Szczerbę i Giewont były wielokrotne powtarzane rozmowy Ali z ceprami czyli ścieżkowymi vel szlakowymi turystami w Tatrach. Pytanie do Ali: czy wejść na Giewont szlakiem od Kondratowej jest trudno? Odpowiedź: Nie wiem, wchodziłam na Giewont wyłącznie od północy. Rys historyczny Żlebu Szczerby w pigułce: pierwsze przejście Mariusz Zaruski latem 1906, pierwsze przejście zimowe – nasz nieodżałowany tatrzański przyjaciel, Jano Sawicki w 1931 roku, pierwszy zjazd na nartach, też znajomy, świetny przewodnik wysokogórski Piotr Konopka w 1988 roku. Obie te eskapady miały miejsce w kwietniu, po zapewne niezłym firnie. Wycena Włodka Cywińskiego – klasycznie po śladach pana Mariusza III, wspomniana trawiasto-skalna ścianka V.  




  17. Jerzy L. Głowacki
    Dużo wody w Białej Wodzie Część I.
     
                Wysiadam z busa na Łysej Polanie, przechodzę graniczny most na Białce i skręcam w prawo, w stronę Doliny Białej Wody. Moim celem jest na dziś taborisko na Polanie pod Wysoką, gdzie zamierzam spędzić cztery najbliższe noce.  W takim przypadku zwykle dzielę dystans między Łysą Polaną, a taboriskiem na trzy etapy. Pierwszy etap to dotarcie szeroką drogą jezdną wiodącą brzegiem Białki na Polanę Białej Wody, drugi etap kończy się na Polance pod Aniołami, a trzeci, najatrakcyjniejszy to trawers masywu Młynarza. Większość z nas, tatrafilów ma swoje ulubione podejścia i zejścia, a także drogi, które niezbyt lubi z takich czy innych względów. Ja nie lubię wspomnianej drogi jezdnej z dwóch powodów. Po pierwsze droga ta jest solidnie utwardzona, gdyż kursuje po niej systematycznie wielka ciężarówka wywożąca w sezonie setki ton drewna pozyskiwanego w tzw. ścisłych rezerwatach, wcześniej wywożono nią tłuczeń, wydobywany nie tylko z koryta Białki, ale i z małych kamieniołomów usytuowanych w uroczych turniczkach, przy czym zniszczono unikatowe stanowiska rekordowo nisko rosnącej kosówki. Po drugie nie raz i nie dwa kląłem wiecznie żywy nad Białką komunizm. Aby wyjaśnić to drugie muszę się cofnąć o wiele, wiele lat wstecz.
     
                 Schronisko na Polanie Stara Roztoka powstało w 1876 roku jako stacja etapowa na ówczesnej drodze do Morskiego Oka poprowadzonej w 1817 roku, przebieg tej drogi różnił się istotnie od przebiegu zbudowanej w 1902 roku nowej drogi nazywanej powszechnie gościńcem Oswalda Balzera. Powstanie gościnca miało związek ze galicyjsko-węgierskim  sporem granicznym znanym jako spór o Morskie Oko, w którym to sporze szalę rozstrzygnięć na korzyść Galicji (czytaj: Polski) przechylił profesor Uniwersytetu Lwowskiego Oswald Balzer. Szczególnego znaczenia schronisko w Roztoce nabrało w okresie międzywojennym stając się bazą taterników i turystów wysokogórskich eksplorujących otoczenie Doliny Białej Wody. Pomimo nienajlepszych stosunków Polski i Czechosłowacji na terenie Tatr obowiązywała tzw. konwencja turystyczna, w ramach której granicę w Tatrach można było przekraczać w dowolnym jej punkcie. Jedynym formalnym wymogiem tejże konwencji było wstąpienie do Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego i  coroczne wykupienie za jedyne dwa złote specjalnej wkładki do legitymacji Towarzystwa. Nieopodal schroniska w Roztoce przez Białkę przerzucona była kładka ułatwiająca przechodzenie z Roztoki wprost na Polanę Biała Woda.
     
                Dzisiaj standardem dla turystów, chcących przejść z jednej strony Tatr na drugą przez Dolinę Białej Wody jest wędrówka szlakiem na Polski Grzebień i zejście przez Dolinę Wielicką do Magistrali Turystycznej i dalej na Siodełko, z którego zjechać można kolejką wypisz wymaluj taką samą, jak na Gubałówce do Starego Smokowca. Alternatywą jest podejście z Kotła pod Polskim Grzebieniem na Rohatkę, skąd przez Dolinę Staroleśną i Magistralę też dotrzemy na Siodełko.  Przed drugą wojną światową każdy szanujący się taternik czy turysta tatrzański musiał choć raz przejść przez grań główną przez Białą Wodę, Dolinę Kaczą, Żelazne Wrota i Dolinę Złomisk do Popradzkiego Stawu lub w odwrotnym kierunku. Biorąc pod uwagę złożoność takiego przejścia logicznym było inicjowanie go ze schroniska w Roztoce,  aby przed zmierzchem dotrzeć do schroniska nad Popradzkim Stawem, o ile nie dysponowało się odpowiednio dobrą kondycją fizyczną lub też w żlebach leżało dużo śniegu. W mojej własnej ocenie przejście przez Żelazne Wrota jest najpiękniejszą drogą w kategorii dróg o trudnościach 0+ wiodących z jednej strony Tatr na drugą. Ostatni raz odwiedziłem Żelazne Wrota wspólnie z Magdą w starym, klasycznym stylu á la ksiądz Stolarczyk. Z Roztoki zeszliśmy na Łysą Polanę, gdzie wsiedliśmy do autobusu jadącego do Starego Smokowca. W Smokowcu przesiedliśmy się do elektriczki, aby ostatecznie znaleźć się w Szczyrbskim Jeziorze, skąd przez Popradzki Staw i Dolinę Złomisk dotarliśmy do koleby pod Szarpanymi Turniami. Następnego dnia weszliśmy na Wysoką i wróciliśmy na noc do koleby. Droga powrotna do Roztoki wiodła przez  Żelazne Wrota, Kaczą i Białą Wodę. Gdy weszliśmy do strefy Schengen wielu stałych bywalców Roztoki wraz z jej gospodarzami liczyło bardzo na reaktywację stanu sprzed wojny to jest poprowadzeniu mniej więcej stu metrowego łącznika od schroniska do słowackiego szlaku turystycznego przebiegającego przez Polanę Białej Wody, z kładką oczywiście. Nadzieje te okazały się niestety płonne. Oczywiście od czasu do czasu przechodziło się przez Białkę w bród łamiąc prawo, ale wiązało się to z pewnym ryzykiem. Pamiętam, jak raz wracaliśmy z wypadu na południową stronę Tatr i już szykowaliśmy się do złamania granicy państwowej, aby za parę chwil znaleźć się w Roztoce, gdy nagle na przeciwległym brzegu Białki zapalił się silny reflektor straży granicznej. Jak niepyszni dreptaliśmy na Łysą Polanę, aby lege artis znaleźć się na drugim brzegu Białki i nakładając mniej więcej 8 kilometrów dotrzeć do Roztoki już niewiele przed północą.
     
                W taki dzień, jak dzisiaj nie radziłbym nikomu podejmować próby forsowania Białki, stan wody wysoki, nurt bystry, bez liny i kasku taka próba łatwo mogłaby się skończyć tragicznie. Na Polanie Białej Wody, okolonej ścisłymi rezerwatami przyrody wita turystę przede wszystkim ogrodzenie przecinające polanę w poprzek, podniesiony w tej chwili szlaban i różne tablice z zakazami. Polana, niegdyś jedna z najpiękniejszych w Tatrach upodobniła się teraz do dobrze prosperującego tartaku. Na jej środku pracuje wielki kombajn okorowujący i przycinający pnie świerków, podjeżdżają, mimo postawionego 4 kilometry wcześniej zakazu przeróżne samochody z jakimiś mniej lub bardziej ważnymi personami w cywilu, kręci się bez sensu samochód straży leśnej. Co pewien czas pojawia się wielotonowa ciężarówka, aby zabrać drzewny urobek. Las nad polaną poprzecinany jest błotnistymi przecinkami, na których pracują ciężkie ciągniki z grubymi łańcuchami na kołach, stoi też obłocony ciągnik gąsienicowy. Koło sterty przygotowanych do transportu pni stoi luksusowy mercedes G 500, pytanie: przyjechali nim ci, którzy te pnie sprzedają czy kupują? Taki model wart jest w chwili obecnej jakieś pół miliona złotych. Wśród tego bałaganu skromnie przemykają się nielicznymi grupkami turyści wracający z przedpołudniowego spaceru na Polanę pod Wysoką, w większości emeryci sądząc po wieku.








  18. Jerzy L. Głowacki
    Jak to z dziewczynami w Tatrach bywa… Część I.
              Czytelnika Kroniki może zastanawiać, dlaczego tak dużo opowieści dotyczy zdarzeń, które miały miejsce w terenie rozciągającym się od Doliny za Mnichem poprzez Cubrynę i Mięguszowiecki aż po Przełęcz pod Chłopkiem. Odpowiedź jest prosta, autor Kroniki należy do tych tatrafilów, którzy bardzo wysoko cenią sobie otoczenie Morskiego Oka. Dodać do tego należałoby coś, co już se nevrati – niezapomnianą atmosferę MOka w czasach komuny, dającą nam wówczas, słusznie czy niesłusznie, poczucie swoistej eksterytorialności. Polecam pod tym względem lekturę Miejsca przy stole Andrzeja Wilczkowskiego. Ponieważ od lat bawię się w statystyczne ujmowanie mojej górskiej działalności w liczby to mogę stwierdzić, iż w MOku i jego otoczeniu spędziłem łącznie po dzień dzisiejszy 457 dni.
              Pierwszy zdobywca Korony Himalajów, Reinhold Messner powiedział kiedyś, iż wspinacz powinien wybierać takie drogi, które jest w stanie pokonać w eleganckim stylu. Droga pokonana elegancko to wspinaczka bez historii, a opis własnych doznań dla czytelnika wspinacza będzie banałem, dla nie-wspinacza opowieścią zbyt hermetyczną i w sumie nudną. Dokładnie to samo można powiedzieć o wielu włóczęgach bez liny w terenie, gdzie turystów spotyka się bardzo rzadko – na Żabim, Niżnych Rysach, Wołowym Grzbiecie. Inaczej rzecz ma się z otoczeniem Doliny za Mnichem, gdzie w miarę upływu czasu coraz bardziej uwydatniają się perci wiodące w stronę Mnicha i Cubryny. Turyści w każdy pogodny dzień widzą tam sylwetki podchodzących i schodzących taterników – to zachęca do opuszczenia znakowanego szlaku, a Cubryna i Mięgusz to dla turysty najhonorniejsze w tym rejonie cele.
              W swoim czasie z naszych własnych obserwacji wynikało,  iż latem w Tatrach doliczyć się można było od dziesięciu do dwudziestu w miarę pogodnych dni w przeciągu miesiąca. Wszystkim stałym bywalcom MOka wiadomym jest od lat, iż gdy przestaje padać lub gdy za chwilę może zacząć padać to najzdrowiej jest pójść wspinać się na Mnichu, w grę wchodzi również Zadni Mnich. Ponadto w pobliżu tych pików znajduje się szereg koleb, w których można przeczekać burzę lub rzęsistą ulewę. Dla przykładu: oboje z Alą wprost uwielbiamy przeczekiwanie burzy w kolebie na Małej Galerii Cubryńskiej zapewniającej jednocześnie maksimum bezpieczeństwa i maksimum doznań wizualno-akustycznych.
              Jeśli naszym celem nie jest wspinaczka sensu stricte, a miłe spędzenie dnia niekoniecznie pogodnego to do Doliny za Mnichem możemy dostać się na trzy sposoby, samą dolinę można obejść wokoło i przejść do Pięciu Stawów przez Szpiglasową Grań lub Szpiglasową Przełęcz. W dogodnych warunkach i bez liny mamy do dyspozycji jedną drogę na Zadniego Mnicha, dwie drogi na Hińczową Przełęcz, trzy warianty na Mnichu i po cztery drogi na Cubrynę i Mięguszowiecki – nie radziłbym jednak próbować wszystkich tych dróg bez odpowiedniego doświadczenia wspinaczkowego. Skoro zaś już wspomniałem o prywatnej statystyce to wyliczę jeszcze liczbę dni, jakie poświęciłem paru obiektom topograficznym w tej okolicy: Dolina za Mnichem 194, Zadnia Galeria Cubryńska 105, Hińczowa Przełęcz 41, Szpiglasowa 37, Mięgusz 33, Cubryna 29, Szpiglasowy 26, Mnich 15.
    Prolog
              To już, Ali i mój, czternasty rok kalendarzowy na Orawie. Zapewne nie byłoby nas tu razem, gdyby bez mała pół wieku temu na Mnichowych Plecach nie podeszła do mnie dziewczyna o imieniu Krystyna zagadując, czy nie znam przypadkiem drogi na Mięgusza, czym zapoczątkowała ciąg zdarzeń, które doprowadziły za rok do naszego pierwszego spotkania i to nie w Tatrach, jakby się mogło wydawać, ale w Warszawie, w Teatrze Wojska Polskiego mieszczącym się w Pałacu Kultury i Nauki. Minie potem rok i razem wejdziemy na Cubrynę i Mięgusza, miną jeszcze dwa i podejmiemy decyzję bycia razem do końca dni naszych.
     Dobrze jest móc po latach pisać takie słowa, tu przypomnę słowa wstępu do Białych Kordylierów, relacji z francusko-belgijskiej wyprawy w Andy w roku 1951:…nie do niej odnoszą się słowa Préverta
    Lecz góry często kochanków oszczędzają
    Jak gdyby miłość ich odwzajemniały
    choć dla niej były napisane.
    Ona to Claude Kogan, świetna alpinistka francuska – zginęła na stokach Cho-Oyu  w Himalajach. Współautor Białych Kordylierów to Georges Kogan, jej mąż.
    Dwie tatrzańskie tragedie
              13 VI 1976, środek północnej ściany Mięgusza. Dwójka wspinaczy, Zbigniew Lubiarz i Janusz Huńczak, idzie z lotną asekuracją wykorzystując dobre warunki i łatwiejszą partię terenu. Nagle odpadnięcie jednego z nich kończy się lotem całego zespołu aż do podnóża ściany, giną obaj taternicy.
    17 III 1977, spod Kazalnicy do schroniska nie wraca Leszek Skarżyński, znany w taternickim światku jako Kursant. Kursant miał się udać pod Kazalnicę po pozostawiony pod tzw. Ściekiem plecak ze sprzętem. Ściek to partia ściany pod kotłem zawieszonym wysoko pod wierzchołkiem, a zwanym Sanktuarium Kazalnicy. Nazwa  Ściek bierze się stąd, iż latem jest to linia spadku wody, a zimą lawin z Sanktuarium.
              Dyżurny ratownik w towarzystwie kilku taterników podchodzi pod ścianę Kazalnicy i odnajduje tam nienaruszony plecak oraz brak jakichkolwiek śladów, wydaje się, iż Leszek z powodu kiepskiej pogody zrezygnował z pójścia po sprzęt i zjechał do Zakopanego. Jednak wieczorem poszukiwany nie wraca do schroniska, nikt też nie był świadkiem jego odjazdu do Zakopanego. Pod Kazalnicę idzie więc następna wyprawa, ale bez efektu. Równocześnie okazuje się, iż w schronisku brakuje jeszcze dwóch osób, Urszuli Lubiarz i Jerzego Hańczuka. Co więcej, jeden z taterników przypomina sobie, iż 17 marca widział trzy sylwetki na tafli Morskiego Oka.. Zmienia to kierunek poszukiwań, bo Urszula jest wdową po Zbigniewie Lubiarzu i przybyła do MOka, aby zapalić świeczkę w miejscu, w którym znaleziono jego ciało.
              Poszukiwania pod Mięguszem również nie przynoszą rezultatu, przeszukiwany obszar jest stopniowo poszerzany, bez skutku. Akcje poszukiwawcze są utrudnione przez pogodę i zagrożenie lawinowe, jedną z wypraw zagarnia nawet lawina, na szczęście nikt z ratowników nie odnosi obrażeń. O wysiłku ratowników TOPR-u i przebywających w MOku wspinaczy dobitnie świadczą liczby: 21 wypraw i 176 ich uczestników.
              Tragiczna zagadka wyjaśnia się dopiero wiosną, w dniach od 18 do 21 VI 1977 roku zostają odnalezione ciała zaginionej trójki, wmarznięte w lód Czarnego Stawu, kilkanaście metrów od jego brzegu, w linii spadku Sanktuarium. Przyczyna wypadku jest oczywista, lawina ciężkiego śniegu z Sanktuarium zabiła podchodzących, a opady świeżego śniegu zamaskowały i ciała, i ślady lawiny.
              28 I 1977 – w północną ścianę Mięgusza wchodzi dwoje wspinaczy, Janusz Radziwon z Białegostoku (co ma pewne znaczenie!) i Janina Burkat. Jak się mieszka daleko od gór to nie jest rzeczą rozsądną za cel pierwszej wspinaczki w sezonie zimowym wybrać osiemset metrową ścianę, a w dodatku wejść w nią z nieznaną sobie partnerką, poleconą mu przez kogoś w schronisku. Pierwszego dnia zespół pokonuje zaledwie cztery wyciągi nad Małym Kotłem Mięguszowieckim. Następnego dnia pogoda ciągle się pogarsza, zaczynają schodzić lawiny pyłowe – po pokonaniu niezbyt długiego odcinka Janusz i Janina rozpoczynają odwrót, który nie przebiega jednak sprawnie. Co się konkretnie zdarzyło, trudno dociec, faktem jednak jest, iż Radziwon zawisa na linie, bierność partnerki, ucisk liny, uderzenie lawiny, chłód i wyczerpanie prowadzą do tragicznego finału. Janina zaczyna wzywać pomocy.
              Plan akcji ratunkowej był pozornie prosty – dotarcie na Wielką Galerię Cubryńską, trawers w ścianę i zjazdy do poszkodowanych. Na pierwszą wyprawę idącą najkrótszą drogą przez Żleb Mnichowy spada lawina, na szczęście nikt nie ginie. Kolejne wyprawy kierują się w stronę Wielkiej Galerii z Doliny za Mnichem przez Zadnią i Małą Galerię. Kopanie się w głębokim śniegu i inkasowanie ciężkich ciosów w postaci uderzeń lawin niweczy plany ratowników, prowadzone są nawet rozmowy z WOP-em na temat możliwości użycia petard czy innych środków pirotechnicznych do profilaktycznego wywoływania lawin.
              Tego dnia popołudniu Janina Burkat manipulując sprzętem na stanowisku wypina się z pętli autoasekuracji, spada do Małego Kotła i ześlizguje się po lodospadzie pod ścianę, co de facto ratuje jej życie, bo głęboki śnieg  u podnóża ściany uchronił ją przed poważniejszymi obrażeniami. Ciało Janusza Radziwona zostaje ściągnięte ze ściany dopiero po kilku dniach.
              Lato 1977, pogoda w Tatrach fatalna, pada mój rekord moknięcia – na dwadzieścia trzy dni pobytu tylko jeden dzień bez deszczu. W Starym Schronisku vel Wozowni vel Franc Hilton Hotel rządzący nim Franciszek lokuje wiarę (w odróżnieniu od zwykłych turystów) w jednej sali. Życie schroniskowe, poza werandą Nowego Schroniska, koncentruje się w kuchni Wozowni. Wraz z Januszem, krzepkim górnikiem, wożę taczką węgiel z moreny, wielki piec kuchenny bucha wieczorami żarem pozwalając zapomnieć o tym, co dzieje się wyżej, a dzieją się tam rzeczy nieciekawe. Grad przeplata się ze śniegiem, śnieg z deszczem. Usiłując cokolwiek zdziałać w górach montujemy ad hoc czwórkowy zespół: Gaba, Marek, Janusz i ja. Gaba to narzeczona Janusza Radziwona, mieli się pobrać wiosną, wyznaczyli termin ślubu, ale na przeszkodzie stanęła północna Mięgusza.
              Z relacji ratowników wynikało, iż partnerka Janusza podczas feralnej wspinaczki wykazała się pasywnością czy wręcz bezradnością, Gaba ciągle to rozważa mając przekonanie, iż w analogicznej sytuacji zrobiłaby wszystko, aby uratować partnera. To prawda, dobrze nam się z Alą wspinało, bo wiedzieliśmy oboje, że w razie czego każde z nas będzie do końca walczyło o życie drugiego.
              Na początek fundujemy sobie Cubrynę via normale. Następnego dnia podnosimy poprzeczkę  postanawiając ruszyć z Przełączki pod Zadnim Mnichem granią na zachód dokąd się da. Grań Cubryny wznosi się nad ową przełączką pionowym uskokiem, wprost pokonywało go się w tamtych czasach techniką hakową, niemniej owe trudności można obejść dwójkowym trawersem w prawo. Na przełączce jest całkiem ponuro, wąską przestrzeń między uskokami grani Cubryny i Zadniego Mnicha wypełnia szczelnie gęsta, zimna i mokra mgła, ale póki co nie leje. Gaba, Marek i Janusz wiążą się liną, ja rezygnuję z asekuracji – nie mam ochoty na ciągnięcie za sobą mokrej liny, znam dobrze ten uskok, tylko raz związałem się tu liną, gdy szedłem tędy na Cubrynę prowadząc swojego bratanka, który miał wtedy lat piętnaście. 
              Nie danym nam było dotrzeć tego dnia na wierzchołek, po pokonaniu mniej więcej jednej czwartej grani pogoda załamuje się kompletnie, na grani wyje wiatr miotając w nas lodowe krupy, co w końcu zmusza nas do odwrotu. Nad uskokiem zakładamy solidne stanowisko, pierwsza, asekurowana od góry schodzi Gaba. Potem schodzę ja wpięty na wszelki wypadek pętlą i karabinkiem do liny. W pewnym momencie postanawiam opuścić oślizgły gzyms i przejść na położoną poniżej znacznie wygodniejszą półeczkę, na której stoi skalna biblioteczka złożona z want różnego wagomiaru. Schodzę po tej biblioteczce niczym kot po gorącej blasze starając się nie wyjąć z niej ani jednego tomu. Po chwili stoję już na owej półeczce wiodącej nieco w górę ku siodłu przełączki. Ruszam w górę i odruchowo, a także i głupio odpycham się nieco dłonią od biblioteczki, ten minimalny nacisk sprawia, iż pół tony kamienia z potężnym łoskotem wali się w żleb. We mgle nie widzimy się nawzajem, a zatem rzucam we mgłę gromkie OK.!, aby inni się nie martwili, iż poleciałem razem z kamieniami.
              Dochodzę do Gaby, która zaczyna ściągać linę łączącą ją z Januszem. W tych warunkach wystarczy się zatrzymać nawet na chwilę, aby zacząć marznąć – jeszcze gorzej jest usiąść na mokrej i zimnej skale przepuszczając przez dłonie metry mokrej liny. Sięgam do kieszeni anoraka po tabliczkę czekolady, nieźle już rozkruszonej i karmię Gabę prosto z ręki. No cóż, nie mnie jednemu dziewczyna w górach jadła z ręki – Staremu Wilkowi też, vide Miejsce przy stole.




  19. Jerzy L. Głowacki
    Jaworowa. Część I.   Wiosną w Suchej pani reumatolog wystawia nam skierowania na ambulatoryjne leczenie sanatoryjne, skierowanie to musi być zaakceptowane w Krakowie w małopolskim oddziale NFZ. Po paru tygodniach otrzymujemy zaskakujące w swej treści pismo z Krakowa, zawiadamiające nas o wpisaniu na listę oczekujących na stacjonarne leczenie sanatoryjne i uprzedzające jednocześnie, iż przewidywany czas oczekiwania to osiemnaście miesięcy. W naszej sytuacji takie leczenie to kompletna bzdura, bo gdziekolwiek by nas nie skierowano to walory klimatyczne musiałyby być znacząco gorsze od tych, które są naszym udziałem w Podsarniu. Tajemnicą poliszynela jest to, iż niejednemu polskiemu tzw. uzdrowisku grozi utrata jego statusu wskutek notorycznie przekraczanych norm zanieczyszczenia powietrza. Dotyczy to nawet Rabki czyli rozsądną metodą jest pojechanie tam każdego dnia na zabiegi, poczym szybkie jej opuszczenie. Ala telefonuje do Krakowa i oprotestowuje to zawiadomienie. Za dzień lub dwa telefonuje do nas lekarka, która nasz wniosek zatwierdzała i przeprasza za pomyłkę. Efektem tego całego korowodu jest to, iż zamiast rozpocząć zabiegi w Rabce w maju lub czerwcu zaczynamy je w lipcu, co jest dla nas bardzo niekorzystne zarówno ze względu na prace polowe, jak i działalność górską. Przyznano nam osiemnaście dni zabiegowych po trzy zabiegi dziennie, zabiegi odbywają się od poniedziałku do piątku, ale pech chce, iż często właśnie w soboty i niedziele pada deszcz. W jeden z nielicznych pogodnych weekendów ruszam na Babią Górę, aby choć trochę nabrać kondycji. Jest upalnie i parno, bo sporo deszczu spadło w ostatnie dni. Jak zwykle na perci wiodącej na Babią Górę z Przywarówki prawie nikogo nie ma, dopiero w pobliżu górnej granicy lasu spotykam samotnego wędrowca: Proszę pana, na wierzchołku taki tłok, że prawie nie ma gdzie usiąść! Rzeczywiście, na grani ciągnącej się od Krowiarek po sam szczyt Diablaka widać wyraźnie ludzkich sylwetek dążących ku wierzchołkowi. Tłumu w górach nie znoszę, a zatem kończę podejście na uroczym tarasie podszczytowym. Zabiegi w Rabce nareszcie się kończą, kończy się i lipiec, mogę wreszcie ruszyć w Tatry, co nie jest tak proste, jak by się wydawało. Warto rozwinąć ten temat. Orawa jako kraina geograficzna po obu stronach granicy jest bardzo atrakcyjnym rejonem, z punktu widzenia Unii Europejskiej wchodzi w skład Euroregionu Tatry, niestety bardziej papierkowo – biurokratycznego, niż realnego. Działalność tego tworu, jak do tej pory polega głównie na produkowaniu za ciężkie pieniądze różnych projektów i opracowań, których nikt na dobrą sprawę nie czyta i pod ciężarem których uginają się jedynie półki w odpowiednich urzędach. Tu mała poprawka, aktualnie remontowana jest pełna dziur do tej pory droga wiodąca z Lipnicy Wielkiej w piękną dolinę ograniczoną z jednej strony masywem Babiej Góry, a masywem Pilska z drugiej. Walory krajoznawcze Orawy to interesujące skanseny, rozległe tereny, piękne krajobrazowo i ogólnodostępne w tym sensie, iż nie obowiązują na nich zakazy schodzenia ze znakowanych szlaków turystycznych. Do Orawy zalicza się także część słowackich Tatr Zachodnich znanych na Słowacji jako Tatry Orawskie z grupą Rohaczy na czele. Wioski po obu stronach granicy są wystarczająco przygotowane do świadczenia usług noclegowych w ramach tzw. agroturystyki, ale rozwój turystyki kładzie, poza brakiem informacji przede wszystkim brak komunikacji. Aby swobodnie tu wędrować trzeba ruszyć samochodem minimum w dwie osoby, przy czym jednej z nich przypadnie w danym dniu rola kierowcy, chyba że schodząc z danego wierzchołka cofać się będziemy każdorazowo po własnych śladach do samochodu, co dla prawdziwego turysty atrakcją nie jest. Po polskiej stronie komunikacja publiczna w sezonie turystycznym jest fatalna, gdyż mniej więcej połowa kursów jest likwidowana po zakończeniu zajęć szkolnych, a coś takiego, jak rozkład jazdy czy tabliczki przystankowe są traktowane jako komunistyczny przesąd. Nie raz spotkałem się wśród z powszechnym i głośnym wśród Orawców czy Podhalan aplauzem, gdy stojąc na przystanku wśród miejscowych, zastanawiających się, czy jakiś bus w ogóle pojedzie i o której godzinie, proponowałem, aby złapać starostę, przywiązać go za przyrodzenie (o ile takowe posiada) do busa i przeciągnąć ze trzy kilometry. Rzecz w tym, iż to wydział komunikacji i transportu wydaje koncesje na transport osób, a zatem to starosta jest odpowiedzialny za cały ten bałagan. I jak zwykle wszystko jedno, czy ów czynownik jest pisowskiej czy platformerskiej proweniencji. Sytuację naszą ratuje nieco to, iż okno sąsiadki wychodzi na przystanek. Jak mam latem pojechać busem do Nowego Targu to pytam się jej, o której jedzie bus do Nowego Targu, a większość busów i autobusów jadących do Zakopanego jedzie przez Nowy Targ albo zaczyna jazdę z Nowego Targu czyli miasta. O bardzo wczesnej porze wsiadam do busa w Podsarniu, przesiadam się w Nowym Targu do autobusu, aby znaleźć się w Zakopanem tuż przed odjazdem autobusu prywatnej linii utrzymującej w sezonie letnim regularne kursy do Popradu. Autobus ten zgodnie z rozkładem jazdy powinien jechać przez Łysą Polanę i Tatrzańską Jaworzynę zwaną pokrótce Javoriną. Ponieważ kurs owego autobusu rozpoczyna się pod Nosalem i sprzedawane są na niego wcześniej bilety to podchodzę do kierowcy i pytam się go, czy podrzuci mnie do Javoriny, kierowca po krótkim wahaniu wyraża zgodę. Dlaczego kierowca się zawahał dowiaduję się dopiero, gdy autobus na rondzie w Bukowinie zmienia kierunek jazdy o 270 stopni kierując się w dół w stronę Białki. A zatem kierowca zamierza ominąć korki w rejonie Łysej Polany jadąc przez Jurgów i Podspady omijając w ten sposób i Javorinę. Dotrzymuje jednak słowa skręcając w Podspadach w prawo, wysadza mnie w Javorinie, poczym zawraca w stronę Starego Smokowca i Popradu, doprawdy uprzejmy z niego facet. Pora jest już popołudniowa, na górne piętro doliny już dzisiaj raczej nie zdążę, musiałbym zbytnio się śpieszyć. Starym obyczajem wyniesionym jeszcze z wypadów do Jaworowej z Roztoki wstępuję do Bufetu Taja. W pewnej odległości od centrum Javoriny stoją na zboczu obok narciarskiego wyciągu dwie drewniane chałupki połączone pomostem z ze stołami i ławami osłoniętymi wielkimi parasolami. Dolny, mniejszy szałasik to kuchnia, górny służy za jadalnię w dni słotne lub wietrzne, oraz zimą. Zawieszony na zewnątrz kuchni głośnik rozbrzmiewa non stop dźwiękami radia RMF, w jadalni można popatrzeć na telewizję. Czapowane czyli kuflowe piwo, dobrze doprawione papryką parówki, fajka i ruszam w górę doliny. Dzień jest pogodny, wielu turystów ruszyło w góry, ale jak zwykle – w Jaworowej przesadnego tłoku nie ma. W miarę nabywania przeze mnie wysokości coraz częściej schodzący z góry turyści nawiązują ze mną rozmowę, zdziwieni tym, iż ktoś idący z ciężkim na oko plecakiem podchodzi o tej porze w górę doliny. Pierwszą rozmówczynią jest pani przewodnik z Zakopanego, młodsza ode mnie o jakieś dziesięć lat: Czy nie za późno pan podchodzi? Odpowiadam z szerokim uśmiechem: Tu żadna pora nie jest dla mnie zbyt późna. – A, będzie pan biwakował! Polecam jagody i maliny, są bardzo słodkie. Lubię tu przychodzić nie tylko dla nich, można tu jeszcze chodzić z psem. Pani towarzyszy bardzo ładny husky, wyraźnie zadowolony ze spaceru. To początek trwającej ponad kwadrans rozmowy o górach i ludziach, którzy po nich chodzą. Tego dnia w Jaworowej sprawdza się następująca reguła: Pierwsi schodzą w dół najstarsi czyli najwolniejsi. Zabawny dyskurs: - Tak późno pan podchodzi? Czy jest tam jakieś inne schronisko (w domyśle: poza Terinką leżącą już po drugiej stronie grani w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich)? – Ale panowie wygodni, schroniska koniecznie wam potrzeba! Tu włącza się do rozmowy kolejny interlokutor: - A mówiłem wam, że pan będzie biwakował gdzieś wysoko! Mijam górną granicę lasu, przechodzę przez kładkę na Jaworowym Potoku i jestem już w przepięknym Jaworowym Ogrodzie, w którym już raz biwakowałem razem z Magdą. Kieruję się ku zbiorowisku wielkich want, aby tam poszukać miejsca dogodnego do rozbicia namiotu, miejsce to powinno być w miarę dyskretne, aby namiot zbytnio nie rzucał się w oczy. Słońce już zaszło, w dolinie robi się szaro. Zbliża się do mnie schodząca w dół grupa młodzieży niosąca średniej wielkości plecaki, z całą pewnością przeszli przez Lodową Przełęcz, będą już późnym wieczorem szukać noclegu w Javorinie lub po polskiej stronie. Schodzę z wąskiej tu perci, aby mogli swobodnie przejść, ale oni też ustępują mi drogi: Bo panu bardziej się śpieszy, niż nam. O święta naiwności, sądzą, iż mam zamiar spać w Terince odległej o przynajmniej trzy godziny drogi, a jest już po osiemnastej. Wyprowadzam ich z błędu: Nic podobnego, jak mi się znudzi podchodzenie to zostanę tam, dokąd doszedłem. Na pożegnanie jedna z dziewczyn rzuca mi na odchodne: Proszę uważać, bo tam są kozice! Moja krótka odpowiedź wywołuje głośną salwę śmiechu: To bardzo dobrze, gorzej, jak by były tam kozły (kozły, bo niekoniecznie muszą wiedzieć, co to są capy). Jeszcze kilka minut i znajduję wygodną płasienkę na wierzchu ogromnej, płaskiej wanty okolonej niską kosówką i wyższymi wantami, co czyni miejsce biwaku praktycznie niewidoczne ze ścieżki, potok płynie tuż, tuż, co jest niebagatelnym ułatwieniem na biwaku. Ranek jest pogodny, może nawet zbyt pogodny – tropik namiotu od wewnątrz jest suchy, brak rosy, to wróży zmianę pogody w najbliższym czasie.   Gossamer - legalnie.


  20. Jerzy L. Głowacki
    Wspomnienie o Klimku – Część III.

              Dzień drugi. W ścianę wchodzą dwa zespoły, jeden kierowany przez Henryka Bednarskiego, drugi przez Mieczysława Świerza. Dobór liderów tych zespołów jest symptomatyczny, Henryk Bednarski  to najprawdopodobniej najsprawniejszy wspinacz tamtej epoki, Mieczysław Świerz to jeden z najwybitniejszych taterników wszystkich czasów. Mimo to próba jest bezowocna, nie osiągnięto miejsca, w którym Jarzyna pozostawił Szulakiewicza, nie wiadomo, co się dzieje z Klimkiem Bachledą, choć powszechnie przypuszczano, iż wydostał się na grań Jaworowego Muru i zszedł, jak to wówczas mawiano, na węgierską stronę.

              Dzień trzeci. Dziewięciu ratowników pod komendą Zaruskiego wykorzystując poprawę pogody dociera po pokonaniu bardzo dużych trudności do ciała Szulakiewicza i rozpoczyna transport zwłok. Pod wieczór pogoda znowu się psuje, co zmusza ratowników do spędzenia nocy w skale w bardzo ciężkich warunkach.

              Dzień czwarty. Rano ratownicy zjeżdżają pod ścianę w deszczu i schodzą do Jaworzyny, aby tam spędzić noc, ciało Szulakiewicza zostaje w skałach. Zaniepokojony losem Klimka Bachledy Zaruski wysyła do Zakopanego niejakiego Bolesława Macudzińskiego z pisemnym rozkazem następującej treści: Jeżeli Klimek istotnie jest w Zakopanem pan M. może nie wracać, jeśli Klimka w Zakopanem nie ma, niezwłocznie ma wrócić do Jaworzyny i zameldować mi o tym. Wysłanie pana M. do Zakopanego miało związek z plotkami, jakie dotarły do Jaworzyny, a według których widziano Klimka w Zakopanem bądź w Morskim Oku. Ponieważ wieść o zaginięciu Klimka już się rozeszła do Jaworzyny przybywają taternicy węgierscy z braćmi Komarnickimi na czele, należy tu wspomnieć, iż Klimek Bachleda był niezwykle ceniony na południowej stronie Tatr.

              Dzień piąty. Pan M. do Jaworzyny nie wrócił, a zatem Zaruski, człowiek niezwykle prawy nie bierze w ogóle pod uwagę, iż mógł się zachować tak nieodpowiedzialnie i dochodzi do wniosku, iż Klimek jest istotnie w Zakopanem, rezygnuje zatem z pomocy taterników węgierskich. Dziewięcioosobowy zespół ratowników kończy późnym popołudniem transport zwłok Szulakiewicza, a jednocześnie z Morskiego Oka powraca wysłany tam Janek Obrochta z hiobową wieścią: Klimka nie ma ani w Morskim Oku ani w Zakopanem.

              Dzień szósty. Próba ponownego wejścia w ścianę Małego Jaworowego kończy się Sobkowej Równi z powodu kolejnego, głębokiego załamania pogody. Ratownicy tym razem wracają do Zakopanego, bo odzież nasza przedstawiała mokre, zabłocone szmaty.

              Dzień siódmy. W Zakopanem Jerzy Żuławski, członek Pogotowia kompletuje osiemnastoosobowy zespół ratowników, który ma wznowić poszukiwania. Żuławski to postać nietuzinkowa, doktor filozofii Uniwersytetu w Bernie, poeta i dramaturg, autor powieści Na Srebrnym Globie, żołnierz Legionów, ojciec Marka, Juliusza i Wawrzyńca, również znanych  w przyszłości taterników.

              Dzień ósmy. Podczas przeszukiwania Jaworowego Muru Bednarski i Zdyb dostrzegają ciało Klimka w kominowatym żlebie opadającym z Wyżnej Rówienkowej Przełęczy ku piargom doliny Jaworowej. Znowu pada deszcz, uczestnicy akcji schodzą do górnej granicy lasu i tam przy watrze spędzają noc pod gołym niebem.

              Dzień dziewiąty. Ciało Klimka leży ponad pierwszym, trudnym progiem żlebu. A sam żleb? Oddajmy głos Jerzemu Hajdukiewiczowi, który wraz z Janem Sawickim dokonał pierwszego przejścia tego żlebu w lipcu 1939 roku: Ostatnią naszą wspólną drogą była Wyżnia Rówienkowa Przełęcz z doliny Jaworowej, Klimkowym Kominem. Droga nadzwyczaj trudna o niezwykle kruchych skałach. Ten trzystu metrowy, ogromny, częściowo żlebowaty kanion nie pozostawił w mojej pamięci miłych wspomnień, była to droga ponura, krucha, przepojona pamięcią tragicznej śmierci Klimka Bachledy…

              Klimkowy Komin zrobiliśmy w dniach 17 – 18 lipca z biwakiem bardzo niewygodnym, stojąc przy dwu niepewnych hakach, i to jak na złość kilka metrów od wygodnej platformy,  deszcz i tym razem nas nie ominął, nocna mgła falowała…

              Dziewiątego dnia akcji przez dolny próg Klimkowego Żlebu spadał na piargi wodospad uniemożliwiając całkowicie wspinaczkę, wobec czego Zaruski zatrzymuje siedmiu ratowników, pozostali wracają do Zakopanego.

              Dzień dziesiąty. Znowu pada, a ściana jest z rana oblodzona. Kiedy deszcz ustaje, a lód odpada od skały udaje się pokonać dolny próg żlebu za pomocą drabiny zbitej ad hoc w lesie i znieść ciało Klimka w dolinę.

    Notki biograficzne

              Mariusz Zaruski (1867 – 1941)

              Szkołę średnią ukończył w Kamieńcu Podolskim, studiował na Uniwersytecie Odeskim na wydziale matematyczno – fizycznym, jak wielu młodych Polaków został uwięziony i skazany na zesłanie. Podczas zesłania ukończył w Archangielsku szkołę morską, żeglował po Morzu Białym, Oceanie Lodowatym, Atlantyku przechodząc pełną morską karierę od marynarza do kapitana. Opuścił potem Rosję przenosząc się do Galicji, studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, a następnie osiadł w Zakopanem. Malował, pisał wierszem i prozą, fotografował. Prekursor ski–alpinizmu – prowadząc kurs narciarstwa dla przewodników tatrzańskich zjechał na nartach z Kościelca w towarzystwie uczestników kursu. Uprawiał z powodzeniem taternictwo letnie i zimowe odnosząc szereg sukcesów. Twórca Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, które zostało utworzone w 1909 roku jako czwarta tego typu organizacja na świecie, a pierwsza poza krajami alpejskimi. Zaruski nie stronił również od innej działalności: był instruktorem harcerskim, instruktorem drużyn kawaleryjskich w Związku Walki Czynnej Józefa Piłsudzkiego, kawalerzystą w Legionach, komendantem konspiracyjnego obwodu nowotarskiego Polskiej Organizacji Wojskowej, współzałożycielem (wspólnie ze Stefanem Żeromskim) Zakopiańskiej Organizacji Narodowej (13 X 1918 r.), żołnierzem, a później i dowódcą 1 Pułku Ułanów Beliny – Prażmowskiego, sformował i dowodził 11-tym  Pułkiem Ułanów, szczególnie zasłużonym w walkach o Wilno. Kawaler Virtuti Militari i pięciokrotnego Krzyża Walecznych.  Adiutant prezydenta Wojciechowskiego. Przeszedł z racji wieku w stan spoczynku jako generał brygady tuż przed przewrotem majowym w 1926 roku.

              Po przejściu w stan spoczynku bynajmniej nie spoczął: zorganizował Yacht Klub Polski, był prezesem Polskiego Związku Żeglarskiego, inicjatorem powstania Ligi Morskiej i Rzecznej, pierwszym starostą morskim. Zorganizował harcerstwo morskie i jako pierwszy dowodził żaglowcem Zawisza Czarny.

              Aresztowany przez NKWD zmarł w więzieniu w Chersoniu w 1941 roku, był synem powstańca styczniowego.

     

              Zygmunt Klemensiewicz (1886 – 1963)

              Studiował na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Tu drobna uwaga dla co młodszych czytelników Kroniki. Na tak nazwanym wydziale można było studiować matematykę, fizykę i chemię, do dziś każdy z fizyków (i nie tylko) pisząc publikację w języku angielskim umieszcza przed swoim nazwiskiem literki PhD (Filozofii Doktor), o ile posiada stopień doktora. Zygmunt Klemensiewicz obronił w 1908 roku na tymże uniwersytecie doktorat na podstawie pracy zatytułowanej Chlorek antymonowy jako czynnik jonizujący, promotorem tej pracy był profesor Stanisław Tołłoczko. Żeby było zabawniej, podczas pierwszego roku studiów korzystałem z podręcznika chemii autorstwa Stanisława Tołłoczki, oczywiście było to któreś z rzędu wydanie, poprawione i uzupełnione.  Prowadził badania nad przewodnictwem elektrycznym w gazach, habilitował się w roku 1912. W latach 1913-14 był stypendystą fundacji Carnegie – Curie i pracował w Instytucie Radowym w Paryżu u Marii Curie – Skłodowskiej, a następnie w Instytucie Pasteura. W latach 1920-40 był profesorem chemii fizycznej i elektroniki na Politechnice Lwowskiej. W czasie II wojny światowej przez Kazachstan, Iran i Egipt przedostał się do Anglii, gdzie zorganizował Politechnikę Polską, która miała pięć wydziałów i około tysiąca studentów.

              Po powrocie do kraju w roku 1956 zorganizował na Politechnice Śląskiej w Gliwicach Katedrę Fizyki Jądrowej i specjalność studiów energetyka jądrowa.

     

              Mieczysław Świerz (1891 – 1929)

              Polonista, z zawodu nauczyciel, obronił na Uniwersytecie Jagiellońskim doktorat z zakresu historii literatury polskiej (konkretnie o Sewerynie Goszczyńskim). Jeden z najwybitniejszych taterników swojej epoki, autor około stu nowych dróg wspinaczkowych, współautor (z J. Chmielowskim) używanego przez dziesiątki lat przewodnika wspinaczkowego po Tatrach. W latach 1921 – 28 prezes Sekcji Turystycznej Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, redaktor Taternika, pierwszy prezes Polskiego Związku Narciarskiego. Zginął w wieku 38 lat podczas próby powtórzenia drogi Stanisławskiego na zachodniej ścianie Kościelca, najprawdopodobniej wskutek przesztywnienia asekuracji podczas odpadnięcia, czego konsekwencją było zerwanie liny asekuracyjnej.


     
              Henryk Bednarski (1885 – 1945)

              Jako młody chłopak uciekł z rodzinnego Płocka, aby uniknąć aresztowania z powodu przynależności do PPS, Polskiej Partii Socjalistycznej. W Zakopanem Bednarski kończy sławną Szkołę Przemysłu Drzewnego i pracuje jako technik budowlany. W szkole tej poznaje Stanisława Barabasza, pierwszego zakopiańskiego narciarza, a przez niego Mariusza Zaruskiego i Mieczysława Karłowicza, zaczyna sam uprawiać narciarstwo i taternictwo. Według ówczesnych był najlepszym narciarzem tatrzańskim do wybuchu I wojny światowej, startował w zawodach przez lat trzydzieści. Świetny wspinacz, autor drogi klasycznej na południowej ścianie Zamarłej Turni, współzałożyciel TOPR-u, brał udział w praktycznie wszystkich najtrudniejszych wyprawach ratunkowych. Obdarzony był niezwykłą intuicją w odnajdywaniu najwłaściwszej drogi w skale, posiadał iście fotograficzną pamięcią, potrafił bezbłędnie odtworzyć post factum wszystkie szczegóły poprowadzonej drogi, choć zwykle nie pamiętał nazw topograficznych szczytów, na które te drogi wiodły, nigdy nie pobłądził. Lista jego pierwszych wejść jest praktycznie nie do ustalenia, bo kompletnie mu nie zależało na ich ogłaszaniu. Henryk Bednarski w czasie okupacji niemieckiej przeszedł przez obóz Auschwitz (miał numer obozowy 67), a potem był więźniem Dachau. Umarł na obustronne zapalenie płuc w amerykańskim szpitalu w Bawarii tuż po wyzwoleniu obozu.


     
              W akcji na Małym Jaworowym brali też udział znani przewodnicy tatrzańscy: Jędrzej Marusarz Jarząbek (1877 – 1961), członek honorowy TOPR-u od 1945 roku, uważany powszechnie za następcę Klimka Bachledy, Jakub Gąsienica Wawrytko starszy (1862 – 1950), pierwszy przewodnik tatrzański odznaczony za działalność ratowniczą francuskim medalem za zasługi dla ratownictwa górskiego, członek honorowy TOPR-u (od 1934 roku) i Klubu Wysokogórskiego (od 1948 roku), Wojciech Tylka Suleja (1870 – 1916), należący do ścisłej elity tatrzańskiej.

            Pokłosie akcji na Małym Jaworowym

    Akcja ratunkowa na Małym Jaworowym była pierwszą akcją o takich rozmiarach w Tatrach, akcją na owe czasy niezwykle trudną. Jednocześnie była to pierwsza akcja, podczas której nie udało się rannemu udzielić pomocy, a co więcej, zginął podczas niej ratownik. Wiele napisano o heroizmie Klimka Bachledy i były to słowa ze wszech miar słuszne. Nie sposób jednak nie wspomnieć o drugiej stronie medalu – Klimek Bachleda zginął, bo nie wykonał rozkazu Naczelnika. To po pierwsze. A po drugie, co mógłby uczynić, gdyby dotarł do Szulakiewicza? Umrzeć razem z nim?  Sprowadzić śmierć na Zaruskiego i Zdyba? Tego nie dowiemy się już nigdy. Co do niewykonania rozkazu – w każdej armii świata grozi za to podczas wojny kara śmierci, ale znane są i chwalebne wyjątki. Najsłynniejszy admirał Royal Navy, Nelson został za niewykonanie rozkazu nagrodzony najwyższym orderem Imperium Brytyjskiego, Orderem Łaźni, bo dzięki temu, iż rozkazu nie wykonał to zwyciężył pod Trafalgarem. Najdalej w tym względzie poszło Cesarstwo Austrii, bo ustanowiono w nim na tę okoliczność specjalny order, Order Marii Teresy. Jego kawalerem został podczas I wojny światowej generał Tadeusz Rozwadowski.

              Po wyprawie ratunkowej rozpętało się, a jakże, typowe piekło Polaków, bo znaleźli się i tacy, co zaczęli rozpowszechniać tezę, iż Zaruski, zazdrosny o Klimkową sławę posłał go na śmierć. Skąd my to znamy? Mariusz Zaruski zażądał powołania komisji, która by go, jako kierownika wyprawy osądziła.

              Została z obywateli wybrana komisja, w skład której weszli: prof. uniw. dr W. Kulczyński, dr A. Kuczewski i prof. uniw. dr M. Smoluchowski. Komisja przesłuchała wszystkich uczestników wyprawy, zbadała warunki i wyrok swój uwalniający mię od strasznego zarzutu, ogłosiła w gazetach.

    Notki biograficzne

              Marian Smoluchowski (1872 – 1917)

              Jeden z najwybitniejszych polskich fizyków, pionier fizyki statystycznej. W latach 1900 – 1912 profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, od 1912 roku profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownik Katedry Fizyki Doświadczalnej, tuż przed śmiercią wybrany na rektora tegoż uniwersytetu.

              W okresie od 1891 do 1894 należał wraz z bratem Tadeuszem, chemikiem do ścisłej czołówki alpinistów Alp Wschodnich, taternictwo uprawiał w latach 1910 – 16 mając za partnerów takich wspinaczy, jak Janusz Chmielowski, Zygmunt Klemensiewicz, Mieczysław Świerz i Jerzy Żulawski.

              Władysław Kulczyński senior (1854 – 1919)

              Światowej sławy arachnolog, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek Akademii Umiejętności, jeden z wybitnych taterników końca XIX wieku, działacz Towarzystwa Tatrzańskiego.

         Jarzyna i Szulakiewicz

              Obserwując uważnie ścianę Małego Jaworowego najpierw z Sobkowej Równi, a później znad Jaworowego Stawu bez trudu można rozpoznać jej słabe punkty  w  dolnych i środkowych partiach. Tę część analizy obaj wspinacze przeprowadzili prawidłowo, co potwierdzili niejako rok później bracia Komarniccy dokonując pierwszego przejścia tej ściany. Niestety, Jarzyna i Szulakiewicz zlekceważyli pionowe,  po części płytowe urwisko podszczytowe. Zabrakło im refleksji, iż z takim potencjalnym nagromadzeniem trudności nie mieli dotychczas do czynienia, a ponadto iż w te trudności musieli wejść po pokonaniu około trzystu metrów kruchej ściany, co musiało zaowocować znacznym zmęczeniem. Gdy natrafili na bardzo duże trudności, a ścianę zaczęła spowijać mgła to powinni wycofać się ze ściany lub szukać obejścia partii szczytowej.

              Pierwotny plan ataku zakładał wspinaczkę w zespole trójkowym, co zważywszy wysokość ściany i to, iż miało to być jej pierwsze przejście było zamiarem rozsądnym. Wypunktujmy zalety zespołu trójkowego, zwłaszcza istotne w tamtych czasach. Zespół trójkowy dysponował z natury rzeczy dwiema linami, co pozwalało w razie odwrotu zredukować liczbę zjazdów o połowę w porównaniu z zespołem dwójkowym. Jak już wspominałem asekuracja w tamtych czasach nastręczała wiele problemów i często bywała iluzoryczną, wspinając się w zespole trójkowym można było zastosować taktykę zwaną później jako taktyka tzw. szybkiej trójki, w której prowadzący asekurowany jest dwiema linami przez obu pozostałych wspinaczy. Co więcej, w razie wypadku i zranienia jednego z taterników mógł on zostać pod opieką jednego z kolegów, a trzeci z nich, dysponując dwiema linami miał szansę na szybki odwrót i sprowadzenie pomocy. Oczywiście w tym konkretnym przypadku wcale nie musiałoby to doprowadzić do szczęśliwego finału.

    Ograniczenia

              Trudno dociec, co myślał Klimek Bachleda, gdy dotarł do przerwy w skalisto – trawiastym zachodziku noszącym dziś nazwę Klimkowej Ławki. Warunki były fatalne, Klimek z całą pewnością czuł ciężar zmęczenia, zasięg obserwacji miał niewielki. Trudności duże, ale do pokonania. Nie wiadomo, czy Klimek próbował sforsować ową przerwę wprost czy obejść ją górą. Doświadczenie miał ogromne, odporność psychiczną i fizyczną większą, niż Zaruski i Zdyb, to prawda. Ale miał wtedy 61 lat i wiele trudów niełatwego życia na Podhalu za sobą, co musiało zaważyć na jego sprawności fizycznej. I to go zapewne zgubiło. 

              Nie ma co ukrywać, każdy wiek wiąże się z określonymi ograniczeniami, na początku brakuje nam doświadczenia, potem, gdy je zbierzemy zaczyna się nieunikniony spadek sprawności fizycznej, a potem i kondycji.

  21. Jerzy L. Głowacki
    Wspomnienia.

     
    Halina Krüger i Wanda Rutkiewicz były prekursorkami wspinania się na trudnych drogach i w górach wysokich w samodzielnych zespołach kobiecych. Halina wraz z Anią Okopińską zdobywa światowy rekord wysokości zespołu kobiecego na Gasherbrumie II (8035), Wanda wchodzi na Everest jako pierwsza europejska alpinistka, jest główną kandydatką do kobiecej Korony Himalajów. Niestety podczas kobiecej wyprawy na K2, w nisko położonym na wysokości zaledwie 6700m obozie II Ania Okopińska stwierdza rano z przerażeniem, iż Halina nie żyje. Wystarczyła jedna noc, aby rozwinął się śmiertelny w skutkach wysokościowy obrzęk mózgu. Cztery lata później, też na K2 ginie Mrówka, Dobrosława Miodowicz-Wolf. Mija sześć lat i Wanda Rutkiewicz nie wraca z samotnego ataku szczytowego na Kanczendzongę, kończy się sen o potędze polskiego alpinizmu kobiecego.
    Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych po polskiej stronie Tatr latem wspinało się nie więcej, jak trzysta osób w tym samym okresie czasu. Wypadek śmiertelny zdarzał się średnio co miesiąc lub dwa, przyjmowaliśmy to ze smutkiem i wspinaliśmy się dalej. W dwudziestoleciu międzywojennym wspinało się niewielu, a kobiece zespoły można było policzyć na palcach jednej ręki. Tym tragiczniejszą sekwencją były dwa wypadki – w 1928 roku Zofia Krókowska i Jadwiga Honowska giną na Ostrym Szczycie, a rok później odpadają na południowej ścianie Zamarłej Turni młodziutkie, a już świetne w skale siostry Skotnicówny. Po tym ostatnim wypadku klasyczna na Zamarłej obrasta znowu legendą tak skuteczną w oddziaływaniu na panie, iż na samym wstępie mojej działalności tatrzańskiej byłem świadkiem pierwszego kobiecego przejścia tej drogi. Nawiasem mówiąc legendę tę podsycali tej miary twórcy, jak Przyboś i Choromański, a sceneria Dolinki Pustej stanowiła dla niej odpowiednią oprawę. Światek taternicki  był mały, relacje z wypadków rozchodziły się w nim szybko i szeroko mając niebagatelny wpływ na wyobraźnię. Nasz nieżyjący już przyjaciel, największy obok Staszka Motyki spec od Zamarłej pokazał kiedyś Ali i mnie zdjęcia wykonane w Pustej po wypadku Lidy i Marzeny, były wstrząsające nawet dla doświadczonych wspinaczy.

     
                Już po napisaniu tej partii tekstu (o górskiej parapsychologii) nadeszła z Karakorum wpierw wiadomość o zdobyciu szczytu, a potem o przymusowym biwaku Berbeki i Kowalskiego w zejściu. W Podsarniu coraz silniej wiał halny, było ciepło i słonecznie, postanowiłem zatem zainaugurować górski sezon 2013. O dziesiątej rano ruszyłem spod leśniczówki Stańcowa na skraju Lipnicy Wielkiej w stronę granicznej Przełęczy pod Przyporem. Do przełęczy szedłem wygodnie po śladach skutera, a dalej, na słowacką stronę prowadziły mnie ślady nart. Śnieg był jeszcze po nocy twardy nie przypinałem więc rakiet. W najniższym punkcie drogi łączącej Stańcową z Hajownią Hviezdoslawa stoi sobie wygodna wiata z paleniskiem, stołami i ławami, idealne miejsce zimą na odpoczynek i drugie śniadanie. Zatelefonowałem też do Ali informując ją, jakie mam plany na najbliższe godziny – w zamian usłyszałem, iżbym miał się na baczności, bo w Podsarniu tak duje, że kot lata! Wiem, co to oznacza w partii szczytowej Babiej Góry i nie mam zamiaru aż tam podchodzić. Chcę dzisiaj dokonać rekonesansu terenu rozciągającego się między dwiema pobocznymi graniami, powinienem zatem być osłonięty przed wiatrem z trzech stron.
                Przypinam rakiety, cofam się kilkaset metrów główną drogą i wchodzę w wąską przecinkę prowadzącą w górę stoku – jej pierwszy, widoczny z drogi odcinek pokrywa nieskazitelna biel śniegu, dopiero wyżej pojawiają się tropy, głównie jeleni. Śnieg jest przepadający, jelenie zapadały się na głębokość od kilkunastu do kilkudziesięciu centymetrów, ale moje rakiety pozostawiają na śniegu tylko rysunek swojego kształtu. Moją uwagę przykuwa para niewielkich ptaków drapieżnych zataczających kręgi tuż nad wierzchołkami drzew i kwilących w charakterystyczny sposób. Po chwili ich zachowanie staje się dla mnie jasne, zostały spłoszone znad pożywienia przez znacznie groźniejszego przeciwnika. W lewo skos w węższej przecince leży jeleń niedawno sprawiony przez wilki, a znad niego podrywa się do lotu orzeł. Konfiguracja terenu sprawia, iż musi przedefilować przede mną w odległości nie większej, niż piętnaście metrów i na wysokości mniej więcej mojej głowy, to rzadka okazja podziwiać tego ptaka z tak niewielkiej odległości, ostatni raz miałem taką okazję pięćdziesiąt lat temu tuż pod wierzchołkiem Mięguszowieckiego Szczytu Pośredniego – pokłoniłem mu się wtedy głęboko.
                Jelenia zgubił ów przepadający śnieg, uciekał w dół stoku środkiem bardzo wąskiej przecinki, jeden z wilków wyprzedził go biegnąc twardszym śniegiem pod gałęziami smreków i zaatakował z boku, był to śmiertelnie skuteczny atak. Tu warto wspomnieć, iż tropiąc przez dwie zimy parę wilków w okolicach Podsarnia sporo się o nich nauczyłem, aby przeżyć muszą się sporo napracować, a większość ataków na sarny i jelenie to ataki chybione. Powierzchnia śniegu jest w tym przypadku księgą, z której wiele można odczytać.
                Wyżej teren stał się ciekawszym, coraz częściej przydawały się kolce na spodzie rakiet oraz aluminiowe zęby, wysuwające się spod rakiet przy wysokim podnoszeniu pięt. Koniec końców dotarłem do granicy wielkiego rąbaniska pełnego wykrotów i wiatrołomów, a to teren bardzo niewdzięczny dla rakiet, zwłaszcza tych klasycznych, z długimi ogonami. Uznałem więc, iż pora zawrócić do Stańcowej. W Podsarniu dowiedziałem się od Ali, iż sytuacja na Broad Peaku staje się z każdą godziną bardziej dramatyczną – brak wiadomości o Macieju Berbece i Tomaszu Kowalskim.
  22. Jerzy L. Głowacki
    Morskie Oko i Roztoka.   Koniec czerwca 1960 roku – jako czternastoletni, wyrośnięty ponad wiek chłopak wysiadam z rodzicami z nocnego pociągu na zakopiańskim dworcu. Ojciec podchodzi do pierwszego z brzegu fiakra (taksówek przed dworcem brak) i prosi o zawiezienie do kogoś, kto ma do wynajęcia pokój na parę tygodni. I tak trafiamy do starych, drewnianych zabudowań w kształcie litery U na samym początku Drogi do Walczaków, do pani Katarzyny Walczak, która długo będzie mi „matkować” w Zakopanem. Poznaję Walczaków, Krzeptowskich, Matejów. Pomagam od czasu do czasu w gazdówce, uczę się roztrzepywać siano i umieszczać je na ostrewkach, czasem po północy, gdy nagle zaczyna duć halny. W deszczowe dni uczę się gwary – obok jest mała biblioteka, za nią sklep, a za nimi sterta desek przesłonięta przez ten budyneczek. Miejscowi biorą ze sklepu flaszkę, albo i dwie, siadają na deskach i po chwili zaczynają się przyśpiewki. Wyżej, na halach są owce i szałasy, jest okazja, aby pogwarzyć z bacą czy juhasem o przemytnikach na grani nie wspominając.   Mam za sobą niezły, górski bagaż – mój wuj osiadł w Karpaczu w 1945 roku, Karkonosze znam, nie przymierzając jak rodzinne miasto. Nie tylko ze szlaków, z wariackiego zejścia „na krechę” ze Śnieżki wprost do Kotła Łomniczki tak tylko dla przykładu. Znam też „od podszewki” Beskid Śląski, nie znam Tatr poza dwoma ceperskimi w nie wycieczkami. Parę tatrzańskich spacerów i 7 lipca jadę z Rodzicami na Łysą Polanę – gościniec jest poszerzany i przygotowywany pod położenie asfaltu, żaden autobus do MOka nie jeździ i idziemy tam per pedes apostolorum po szutrze. Odwiedzamy Czarny Staw i nocujemy w schronisku. Następnego dnia Ojciec schodzi do Roztoki, gdzie będzie na nas oczekiwał (stan układu krążenia Mu nie pozwala na większy wysiłek), a ja z Mamą idziemy do Stawów przez Świstówkę (jeszcze starą percią) i schodzimy do Roztoki. Widok otoczenia MOka i Wołoszyna sprawia, iż mówię do siebie: to jest to i tu będę wracał.   Terminuję w Tatrach, najpierw z Mamą, a potem i samotnie, wpierw po szlakach, a potem sam szukam drogi w tzw. terenie. Prowadzony od samego początku włóczenia się po Tatrach górski notatnik pozwala mi na statystyczne dywagacje dobrze oddające mój styl chodzenia z lat 1960 – 1963. 29 tygodni w Tatrach i pod Tatrami, 116 wyryp w skali od 0- do II, w tym 67 samotnych i 44 poza szlakiem, jak to się dziś na FB podkreśla.   Izba usytuowana za kuchnią pani Kasi Walczak na Skibówkach będzie dla mnie podstawową bazą na następne trzy lata. Za dwa lata na strychu tejże chałupy preparuję moją pierwszą linę, sizalową „asekurację” o długości 35 m i średnicy prawie 15 mm. Aby ograniczyć do minimum jej pętlenie się trzeba ją namoczyć i rozwiesić do wysuszenia obciążając ją w środku. Pomagało to, ale niezbyt wiele – vide ostatnie ze zdjęć, typowa „sałata”. Później przez wiele lat kąt na strychu będzie pełnił funkcję całorocznego magazynu sprzętu wspinaczkowego. Niedaleko od Skibówek położona Dolina za Bramką i jej Jasiowe Turniczki będą dla mnie poligonem doświadczalnym – początkowo wspinam się tam „solo i na żywca”, ćwiczyłem też zjazdy w kluczu Dülfera, w 1965 roku szkolę w tych skałkach dziewczynę, która zostanie później moją żoną.   Dziś Internet ułatwia umawianie się na wspólne wypady, pełno tez w nim opisów schematów dróg, do dyspozycji są też liczne przewodniki, erozja turystyczna ułatwia (czasem i utrudnia) orientacje w terenie. Wtedy umawiano się w schronisku bądź podchodzono tam, gdzie się dało i czekało się na kogoś, kto zna drogę. Na swój sposób „my wiara” chodziliśmy na swój sposób „umundurowani”, a zatem byliśmy łatwo rozpoznawalni. Tym to sposobem pojawiłem się późnym wieczorem Roku Pańskiego w schronisku MOku w towarzystwie starszego już pana, którego na Cubrynę zaprowadziłem. Kuchnia już była zamknięta, ale pożeglowała w nasza stronę niczym trójpokładowy okręt liniowy z czasów admirała Nelsona pani Dziunia Łapińska miłościwie nam tam panująca: witam księdza profesora, ksiądz profesor (świętej teologii na KUL-u) pewnie głodny? – i mój towarzysz też. – To proszę siadać. I za chwilę kelner zwany Stefanem wielką tacę z obiadokolacja nam przyniósł. Za rok innego księdza teologa z tejże uczelni poprowadziłem i na Cubrynę i na Pośredniego oraz Wielkiego Mięgusza, co w MOku dobrze zapamiętano i co tym zaprocentowało, iż zawsze w Starym Schronisku miejsce na pryczy mi przysługiwało niemalże jak psu miska.   Stare Schronisko przed remontem oferowało całkiem spartańskie warunki. Na parterze były trzy sale, dwie od południa z dwoma rzędami prycz, trzecia z pojedynczym rzędem tam, gdzie dziś mamy do dyspozycji toalety i prysznic. Na tyłach trójkabinowa „sławojka” dezynfekowana przez dwie godziny chlorem tak, że oczy w okolicy łzawiły. I kran z wodą – wszystko na zewnątrz schroniska. W ciemnawej kuchni turystycznej królował kaflowy piec kuchenny, można było też było przynieść zimnej wody w wielkiej miednicy i dokonać ablucji. Rządził w „wozowni” Franciszek Gabryś o niezbyt ponętnej aparycji, ale gołębim sercu i swoistym poczuciu honoru. Przed wojną transportem zaopatrzenia do Stawów się zajmował, schroniskiem w czasie wojny się opiekował, a gdy spłonęło przeniósł się do MOka i tam ostał. Tak się z „wozownią” związał, że gdy do remontu poszła na dość długie lata to z żalu „wziął się i umarł”.   Gdyby pan Czesio Łapiński o Stare Schronisko bardziej dbał niż o hołubienie VIP-ów i od czasu do czasu Franciszkowi dał deski, o które ten wielokrotnie prosił to jeszcze parę lat bez kapitalnego remontu by wytrzymało. W przedsionku były szafki na sprzęt dla stałych bywalców, co stanowiło utrapienie turystów, gdy „kosynierzy” vel „łojanci” od czasu do czasu po północy sprzęt między siebie rozdzielali: ten hak twój, brzęk, ten mój, brzęk, a to twój karabinek, łup. Każdego nowego „lokatora” Franciszek osobiście do sali wprowadzał i ignorując namalowane na drewnianym obramowaniu pryczy w słusznej odległości od siebie kreski wskazywał palcem: śpicie od do. Nic zatem dziwnego, iż przy zamkniętym w nocy oknie panowało w sali coś, co określaliśmy krótko i dosadnie: charoszyj, wysokogornyj wozduch.   Panie w recepcji starały się dbać o to, aby rozdzielać odpowiednio między sale turystów vel wycieczkowiczów i taternicką „wiarę”, ale nie zawsze to się udawało. Bywało, że wieczorową porą do sali okupowanej przez wiarę przybywało parę osób „nie z tej parafii”. Najpierw niepomni na zasadę, iż w górach raczej myć się należy z rana, a nie z wieczora umyli się mydełkiem w zimnej wodzie, a potem łamiąc drugą zasadę, iż do snu należy się ubierać, a nie rozbierać przebrali się w świeżutkie, cienkie piżamki. Po capstrzyku z każdym kwadransem robiło się im coraz to chłodniej i zaczynała się w ciemności dłuższa lub krótsza dyskusja, kto ma wstać, światło zapalić i okno zamknąć. Ostatecznie jakiś chiński ochotnik wstawał, bo dziewczyna go namówiła, światło zapalał i wydawał rozpaczliwy okrzyk: okna nie ma! Było, ale wyjęte z zawiasów, wsunięte głęboko pod pryczę i dobrze plecakami zamaskowane. Opery tej schroniskowej ostatni akt miewał miejsce o poranku, gdy nowi, świeżo umyci lokatorzy stwierdzali ze smutkiem drapiąc się niemiłosiernie po całym ciele, iż w nocy jakieś małe zwierzątka nieźle ich ścięły wiarze taternickiej dając spokój, bo wiadomo od wieków, iż uwędzonego w dymie watry nijaka gadzina się nie „chyta”. I kilka zdjęć z nieco późniejszej epoki. Cdn.







  23. Jerzy L. Głowacki
    Morskie Oko i Popradzki Staw. Część II.


    Zjawia się wreszcie warszawska ekipa, Ewa, Darek i Andrzej. Darek i Andrzej byli ze mną rok temu na Mięguszu, Ewa ze znakowanych szlaków nie schodziła. Mam następujący plan: Mnich i Mięgusz na początek jako przygotowanie na Słowację. Mnich pozwoli im oswoić się z ekspozycją i trudnościami, na MSW pójdziemy najkrótszą drogą z Bańdziocha przez Siodełko w Filarze i Zachodem Janczewskiego na zachodnią grań. Będzie tam wszystko: ekspozycja, trawki, szuter, kruszyzna i lita skała – to się nam po południowej stronie grani przyda. Jak się okaże, że kondycyjnie są wystarczająco dobrzy to zejdziemy Drogą po Głazach wchodząc przy okazji na Pośredniego Mięgusza. Na Mnichu będę musiał ich asekurować, na Pośrednim prawdopodobnie też. I w tym jest szkopuł.
     W dawnych, już dziś zamierzchłych dla wspinającej się młodzieży czasach tylko nieliczni z nas szczęśliwcy mogli się znaleźć w Chamonix. I jak bajki o żelaznym wilku słuchaliśmy ich opowieści, jak tam można było ot tak po prostu wejść do sklepu i poprosić o skompletowanie sprzętu na taką, a taką drogę na jednej ze ścian masywu Mont Blanc. Jedynym sprzętem wspinaczkowym, jaki mi się udało kupić w Łodzi w tamtym okresie czasu była lina asekuracyjna o długości 35 metrów mająca 14 do 15 mm średnicy  upleciona z sizalu w Bielskich Zakładach Lin i Pasów. Wytrzymałość statyczna, owszem, spora, lina była szorstka o intrygującym, charakterystycznym  zapachu. Gorzej, ba, zgoła tragicznie przedstawiała się jej zdolność do absorbowania energii upadku. W 1963 roku kupiłem za grosze w księgarni obcojęzycznej w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie wydaną w formie książkowej pracę kandydacką, czyli doktorską, niejakiej pani, a właściwie towarzyszki Kazakowej pod frapującym tytułem Tiechnika strachowki w gorach. Strachowka po rosyjsku oznacza asekurację, a asekuracja liną sizalową powinna się kojarzyć z odpowiednią dozą strachu, co fonetycznie się zgadzało. Powód banalnie prosty – sama lina wykonana z włókien pochodzenia roślinnego jest zdolna do zaabsorbowania paru procent energii upadku w przypadku współczynnika odpadnięcia równego 2, całą resztę, ponad 90 %, musi pochłonąć praca tarcia, a do tego konieczne jest wypuszczanie liny ze stanowiska asekuracyjnego w sposób płynny w odpowiednim tempie. Zaciśniesz mocniej dłonie na linie i lina pęka. Tak według Józefa Oppenheima zginął Mieczysław Świerz na zachodniej Kościelca.  Studiowałem już wówczas fizykę i przedstawione w tej książce tabele i wykresy nie pozostawiały cienia wątpliwości.  Dla niezorientowanych: współczynnikiem odpadnięcia nazywamy stosunek długości swobodnego lotu do czynnej długości liny. Współczesna, pojedyncza lina powinna wytrzymać minimum pięć szarpnięć przy współczynniku odpadnięcia 1.77 .
    Sizal miał paskudny zwyczaj pętlenia się, zwłaszcza  po nasiąknięciu wodą. Przed pierwszym użyciem należało go odpowiednio spreparować, co tez uczyniłem na strychu pewnej starej góralskiej chałupy u zaprzyjaźnionej rodziny Walczaków. Receptę zaczerpnąłem z podręcznika „Taternictwo. Krótki zarys” Dobrowolskiego i Nowickiego, wydanego przez Wydawnictwo „Sport i turystyka” w 1957 roku.
    Odnośnie teorii – pierwszym polskim  podręcznikiem taternictwa były „Zasady Taternictwa” Klemensiewicza, wydane we Lwowie w roku 1913.
    Zygmunt Klemensiewicz (1886 – 1963)
     
                Studiował na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Tu drobna uwaga dla co młodszych czytelników Kroniki. Na tak nazwanym wydziale można było studiować matematykę, fizykę i chemię, do dziś każdy z fizyków (i nie tylko) pisząc publikację w języku angielskim umieszcza przed swoim nazwiskiem literki PhD (Filozofii Doktor), o ile posiada stopień doktora. Zygmunt Klemensiewicz obronił w 1908 roku na tymże uniwersytecie doktorat na podstawie pracy zatytułowanej Chlorek antymonowy jako czynnik jonizujący, promotorem tej pracy był profesor Stanisław Tołłoczko. Żeby było zabawniej, podczas pierwszego roku studiów (1963-64) korzystałem z podręcznika chemii autorstwa Stanisława Tołłoczki, oczywiście było to któreś z rzędu wydanie, poprawione i uzupełnione.  Klemiensiewicz prowadził badania nad przewodnictwem elektrycznym w gazach, habilitował się w roku 1912. W latach 1913-14 był stypendystą fundacji Carnegie – Curie i pracował w Instytucie Radowym w Paryżu u Marii Curie – Skłodowskiej, a następnie w Instytucie Pasteura. W latach 1920-40 był profesorem chemii fizycznej i elektroniki na Politechnice Lwowskiej. W czasie II wojny światowej przez Kazachstan, Iran i Egipt przedostał się do Anglii, gdzie zorganizował Politechnikę Polską, która miała pięć wydziałów i około tysiąca studentów.
                Po powrocie do kraju w roku 1956 zorganizował na Politechnice Śląskiej w Gliwicach Katedrę Fizyki Jądrowej i specjalność studiów energetyka jądrowa.
    W świecie nauki od lat dość popularną, acz nie do końca skuteczną oceną wkładu naukowego w daną dyscyplinę jest metoda zliczania liczby cytowań danego autora w renomowanych czasopismach naukowych. Historię taternictwa można podzielić z grubsza na dwa okresy: klasyczny, kiedy obowiązywała zamknięta, sześciostopniowa skala trudności i modernistyczny vel sportowy, kiedy tę skalę otworzono od góry dodając następne stopnie. Granicą obu tych okresów stała się epoka nazwana w Alpach sesto grado superiore czyli skrajnie trudno górna granica (VI+). Przewodnik Paryskiego należy bardziej do tej pierwszego okresu. Tom 25 Tatr Wysokich to skorowidz nazwisk – łatwo policzyć na ilu stronach i w ilu tomikach pojawia się przy opisach dróg wspinaczkowych nazwisko takiego czy innego taternika.
                Według takiej oceny największy wkład w historię taternictwa wniósł Gyula Komarnicki: 244 strony w 23 tomikach. Na dziewiątej pozycji jest Klimek Bachleda, 180 stron w 22 tomikach, dziesiąty jest Zygmunt Klemensiewicz, odpowiednio 164 i 22, trzynasty Roman Kordys 149 i 23. Dorobek Mariusza Zaruskiego opisany jest na 82 stronach w 13 tomikach, Józefa Lesieckiego  na 75 stronach w 10 tomikach, Aleksandra Znamięckiego na 48 stronach w 15 tomikach.
                Pierwszą polską monografią na temat lin były „Liny alpinistyczne” Alka Lwowa (Wrocław 1992) napisana na podstawie jego pracy magisterskiej z Politechniki Wrocławskiej.
    Cdn. Mnich 1964.
     












  24. Jerzy L. Głowacki
    Przysłop Miętusi.

                Gdy przeciętny turysta podążając ścieżką nad Reglami lub idąc z Gronika wchodzi na siodło Przysłopiu Miętusiego to urzeka go panorama Czerwonych wierchów , ale nie wie, jaka jest historia tego miejsca. Przysłop to w języku Wołochów przełęcz, a Wołosi to pasterze przemieszczający się ongiś wzdłuż łańcucha Karpat, Przysłop Miętusi, bo niejaki Miętus z Cichego dawno, dawno temu otrzymał przywilej wypasania tu owiec.

                Około roku 1935 rozpoczęło tu, nieco poniżej siodła  działalność maleńkie schronisko przebudowane z jednego czy dwóch pasterskich szałasów goszcząc tatrzańską wiarę dość długo, bo jeszcze w 1974 roku w nim spałem. Nocleg zapewniało taki, jak w czasach Towarzystwa Tatrzańskiego, Towarzystwa Tatrzańskiego, jeszcze nie Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego.

                Ze schroniskiem tym związana była przede wszystkim osoba Stanisławy Staszel-Polankowej (1912 – 1988), nieoficjalnej mistrzyni świata w narciarstwie z 1929 roku, ośmiokrotnej mistrzyni Polski, ratowniczki TOPR, kurierki na trasie Zakopane – Kraków – Warszawa w czasie okupacji, sanitariuszki baonu Kiliński A.K. w powstaniu Warszawskim, damy Krzyża Walecznych.

                Dwie izby, w pierwszej stół i ławy, zaplecze kuchenne, serwowany przepyszny piernik z wodą źródlaną zaprawioną sokiem malinowym bez konserwantów. W drugiej izbie prycze, początkowo na sześć miejsc, później na więcej. Schronisko PTT na Hali Pysznej zostało zniszczone ogniem haubic podczas niemieckiego natarcia na oddział partyzancki stacjonujący w Dolinie Kościeliskiej. Zastąpiło je otwarte w  roku 1948 schronisko na Hali Ornak liczące wówczas 95 miejsc noclegowych. Trzecim punktem noclegowym w rejonie Doliny były pokoje nad restauracją Harnaś w Kirach. Tak dla przykładu – w 1950 roku Hala Ornak udzieliła 7305 noclegów, Przysłop 699, Harnaś 635.

                Przez szereg lat Przysłop był bazą nie tylko dla turystów, ale i grotołazów – z oczywistego względu, do jaskiń było z niego bardzo blisko.

                Owce pasły się na dnie Doliny Miętusiej, w Litworowej i Mułowej, na Twardym Upłazie i na stokach Małołączniaka. Z Przysłopem Miętusim  wiąże się też epizod górniczy – w 1840 roku w tym rejonie poszukiwano rud miedzi i srebra, wcześniej w Dolinie Mietusiej powstały dwie sztolnie, z których wydobywano limonit zawierający około 10 – 12 % żelaza. Najbogatsze były rudy w rejonie Tomanowej, do 30 % Fe. Do końca okresu wydobywanie rud w Tatrach Polskich, a więc do roku 1880 uzyskano   łącznie do 200 ton żelaza.

                Wydanie X, ostatnie kompletne przewodnika „Po Tatrach” Tadeusza Zwolińskiego polecało w tym rejonie dwie wycieczki „poza szlakowe” do Wielkiej Świstówki przez Wantule i Małą Świstówkę ze zwiedzeniem Piwnicy Miętusiej.   Cały ten teren to moje chłopięce terminowanie i przyzwyczajanie się do samotnych wyryp: Wantule, obie Świstówki, Dziurawe, Dolinki Litworowa i Mułowa.

                Pożegnanie z Przysłopem – z górskiego notatnika:

    14.08.1974 Nocleg na Przysłopie;

    15.08.1974 Przysłop – Kira Miętusia – Hala Pisana - Wąwóz Kraków – Zadnie Kamienne – Jaskinia Lodowa w Ciemniaku – Przełączka pod Chudą Turnią – Dolina Mułowa – Kozi Grzbiet - Krzesanica – Ciemniak – Piec – Wołowy Żleb – Wyżnia Rówień Upłaziańska – Przysłop i nocleg.

                Atmosfera wieczorów na Przysłopie była niepowtarzalna, siadywaliśmy na drewnianym tarasie i wpatrując się w ciemniejące kształty wierchów prowadziliśmy długie rozmowy. To już se ne vrati, a szkoda. Czego najbardziej żałuję, ano tego, że nie zdecydowałem się w tamtych czasach na wejście w ścianę Kazalnicy Miętusiej. To wspaniała ściana – zamieszczam o niej skan z przewodnika Włodka Cywińskiego.

                Stare zdjęcia różnych autorów wzięte z Internetu.












    5.webp
  25. Jerzy L. Głowacki
    Rodzinne wspinanie, rok 1976. Część V.
     
     
     
                Czwartej nocy spada śnieg, rano jest zimno i ponuro, ale wreszcie przestaje lać. Śniadanie, chwila namysłu i ruszamy w górę Doliny Litworowej z zamiarem wejścia na Rohatkę. Góry są wyludnione, niewielu turystów napotykamy. Na Rohatce wiążemy się liną i rozpoczynamy wspinaczkę granią Małej Wysokiej. Droga dwójkowa czyli łatwa, Tadek radzi sobie świetnie, choć skały są śliskie, a temperatura niska, marźniemy na stanowiskach. Dobrze, że ostatniego dnia pobytu w MOku zrobiliśmy trójkową drogę Robakiewicza na Mnichu. Nie zabawiamy długo na wierzchołku, zimno i nic nie widać, klarujemy sprzęt i w dół szlakiem.
                Jeszcze jedna noc w kolebie, resztki żarełka na śniadanie , ale słoneczko świeci, może jeszcze coś sobie strzelimy na tej sześciodniowej przepustce turystycznej do Czechosłowacji. „Pod ręką” jest wschodnia ściana Kaczej Turni i jej trójkowy, lewy filar. W miarę podchodzenia pod ścianę rodzą się refleksje, żywności już nie mamy, Tadek ma piętnaście lat, a ja niezupełnie zdrowy jestem, bo ktoś coś mi w tej norze w Wozowni sprzedał, zapalenie oskrzeli jak nic. W dodatku w lśniącym, bez żadnej plamki zębie rozwinęło mi się, jak się później okazało zapalenie miazgi.  Dentystka potem trzy razy mnie pytała, czy na pewno ten ząb pana boli? Na pana odpowiedzialność go lekko nawiercę – no i wiertło od razu do środka wpadło, a jej koleżanka od razu się rzuciła okno otwierać.  Pani doktor była dobra w swej profesji, bo za kilkanaście lat później została panią ordynator w Barlickim. Jak się wczoraj wspinałem to każde zaczerpnięcie zimnego powietrza powodowało impuls bólu, na stanowisku zaś, ściągając do siebie Tadka kaszlałem jak potępieniec.
               
                Pytam Tadka: nie będziesz niezadowolony, jak się wycofamy i wrócimy dziś do cywilizacji? Pada odpowiedź: właśnie chciałem to zaproponować. Gdy schodzimy progiem Kaczej nadciąga burza i ulewa. Mielibyśmy się z pyszna w tej trzystumetrowej ścianie z niewielką liczbą haków.
     
     
                W pewnym sensie to powtórka sprzed dwóch lat. Siedziałem wtedy na Hrubej Śnieżnej Kopie wpatrując się we wspaniały uskok Wschodniego Szczytu Żelaznych Wrót. Wspaniała pogoda, byłem w świetnej formie, a uskok tak mnie wtedy zachęcał. Tych płyt nie ugryzę, ale z lewej biegnie jeszcze przedwojenna, piątkowa droga Korosadowicza. Co za problem, poradzę sobie z nią bez dwóch zdań, jest wcześnie – zdążę wrócić do koleby przed zmrokiem. Ale przychodzi refleksja, na Podlasiu w Ciechanowcu u moich teściów jest Ala z dwuletnią wtedy Magdą, a starzy guidowie z Doliny Chamonix mawiają i trochę za dużo to o wiele za dużo  - w uskok nie wszedłem grzecznie schodząc z Żelaznych Wrót do Kaczej Koleby.
     
     
                W trzy pokolenia w Białej Wodzie trzydzieści cztery lata później – zdjęcia autorstwa mojej córki.










×
×
  • Create New...