Jump to content
  • entries
    80
  • comments
    44
  • views
    18,154

Reminiscencje


Jerzy L. Głowacki

859 views

Wybieram się na emeryturę” – te słowa słyszy się najczęściej z ust ludzi w pewnym, nic nikomu nie ujmując, wieku. Ja zastąpiłem te słowa stwierdzeniem: „Wybrałem wolność !”, wypowiedziałem je parokrotnie, nawet na pożegnalnej dla mnie Radzie Wydziału. Skąd te słowa ? Nie byłem tu zbyt oryginalny, góry nieodmiennie kojarzą się z wolnością dla tych, którzy zostali obdarzeni przez Opatrzność tym, co starzy górale nazywali ongiś maturą do gór. Góry kojarzyły  mi się z wolnością od zawsze, a to za sprawą mojego wuja Czesława, który w 1945 roku osiadł był w Karpaczu. Byłem dzieckiem wychowywanym w centrum Łodzi na tak zwanej lepszej ulicy według dość rygorystycznych wzorców mieszczańskich, co się przekładało na szereg zakazów i ograniczeń. Rozwijając nieco termin lepsza ulica – mieszkałem, rzec można na niewłaściwym rogu Brzeźnej, bo drugi kraniec tej niewielkiej uliczki dał Uniwersytetowi dwóch rektorów, a trzeci też mieszkał niedaleko.

            Karpacz, jeszcze nierozbudowany i niezniszczony długoletnią wiarą jego mieszkańców, iż nie pozostanie w granicach Polski, że wrócą tu Niemcy. Urocze to było miejsce, a świerki w Karkonoszach były jeszcze dorodne. Można tu było wyjść spod kontroli i szaleć w najbliższej, pięknej okolicy. Śliczny domek na stromym zboczu, z tyłu potok, z przodu kwietna w lecie, a biała w zimie łąka, horyzont zamykała sylwetka Śnieżki. Kilkadziesiąt kroków w dół i pensjonat z kawiarenką w tyrolskim stylu o nazwie Biały Jar oraz początek drogi na Śnieżkę przez Biały Jar. Towarzystwo wuja, który kochał życie i trzymał się maksymy carpe diem korzystając z dnia (i nocy) całkiem szczodrze.

            Buszowanie w potokach i lesie, towarzystwo zwierząt, jazda na sucho potężnym BMW 750, wariackie zjazdy na sankach zimą i wózku latem. Za niemieckich czasów w każdym domu znajdował się przynajmniej jeden niewielki wózek drewniany z dyszelkiem, przeznaczony do przewożenia podręcznego bagażu. Po wojnie ulubioną zabawą dzieci w Karpaczu było podchodzenie z takim wózkiem do góry pierwszą lepszą stromą  drogą, poczym siadało się do wózka i hajda w dół, skoro zaś przednie koła były skręcane to dyszelek przełożony w tył służył za kierownicę. Wózki nie miały hamulców, prędkości osiągało  się całkiem słuszne, toteż, gdy na horyzoncie ukazywał się np. autobus jedyną szansą było wjechać do rowu. Wózki na szczęście były solidnej konstrukcji, my również – poważniejszych konsekwencji takich jazd praktycznie nie notowano.

            Wędrówki po Karkonoszach były inne, niż dzisiaj. Po pierwsze do Karpacza przyjeżdżało się wypocząć, a nie chodzić po górach – kawiarnia, restauracja, dancing, leżakowanie. Było coś z przedwojennego hasła: Zakopane, narty, brydż. Dla miłośników adrenaliny pozostawał do dyspozycji klasyczny poker zakrapiany wódeczką  wieczorową porą. Od czasu do czasu ruszano gromadnie na jakiś niezobowiązujący górski spacer. Dzięki temu w górach nie było tłumów, o straży parkowej nikt jeszcze nie pomyślał, wopiści o dziwo byli łagodniejsi, niż w latach siedemdziesiątych. Można było bez żadnego ryzyka szukać własnych perci, schodzić na krechę ze Śnieżki czy Srebrnej Grani, o ile miało się tyle oleju w głowie, co by się nie zapchać w zbyt trudny teren.

            W pierwszych latach mojego chodzenia po Tatrach też zbytniego tłoku nie zaznałem, chodzić można było wszędzie, a jedyne ograniczenia wynikały z aktualnego poziomu umiejętności i zapasu sił fizycznych tudzież odporności psychicznej. W miarę upływu czasu przybywało tłumu i wszelkiej maści filanców czyli strażników. Straż leśna, parkowa, graniczna, zabrakło tylko finansowej, bardzo popularnej przed wojną – bo z Węgier vel Słowacji zawsze się niektóre rzeczy opłacało przenosić. Przybył w ten sposób jeszcze jeden element górskiej gry – z mądrym się dogadaj, a głupi niech spróbuje ciebie złapać, jeśli mu życie nie miłe. Nie było problemu, w tzw. teren nie wchodzili i nie ścigali. Mądrzy czasami prosili o pomoc i instruktaż, nie w łapaniu oczywiście, ale w topografii i dobrych, górskich obyczajach. Gdy przestałem być tatrzańskim sprinterem i długodystansowcem w jednej osobie to przyjąłem następującą zasadę: Zrób to, co kiedyś robiłeś w jeden dzień w dwa albo trzy dni fundując sobie dodatkową przyjemność w postaci biwaków w urokliwych miejscach.

            Sierpień 2000. Idę na Mięguszowiecki przez Galerie Cubryńskie i Hińczową Przełęcz. Nie dawno zjawiliśmy się z Alą w Roztoce, daleko mi jeszcze do dobrej formy. Długi trawers, skalna rynna. W pewnej chwili do mojej świadomości dociera, iż poruszam się w tej rynnie z wysiłkiem i ostrożnością godną znacznie większych trudności. Nie jest to miłe uczucie po czterdziestu latach swobodnego włóczenia się po Mięguszach, zawsze czułem się tu lekko i swobodnie, nawet wówczas, gdy schodziłem tędy po długiej wspinaczce z horolezką (słowacki plecak wspinaczkowy z dawnych lat) obficie wyładowaną uczciwą stalą. Rozmyślania typu wiek męski, wiek klęski (patrz tatrzańska klasyka: wiekopomne dzieło Jana Alfreda Szczepańskiego pod ambitnym tytułem Przygody ze skałą, dziewczyną i śmiercią) przerywają mi dochodzące z góry odgłosy. Podchodzę wyżej i jestem o to świadkiem typowej dla tej okolicy scenki. Przewodnik w średnim wieku opuszcza na linie dobrze zbudowanego dwudziestolatka, usiłującego mniej lub bardziej skutecznie przybrać wymarzoną przez siebie najbezpieczniejszą z pozycji, pozycję embrionalną, wskutek czego niemiłosiernie szoruje kolanami o szorstki granit. Gdy mały prożek przesłania raczkującego klienta przewodnikowi, przejmuję pałeczkę pastwiąc się nad młodzianem gromkimi okrzykami: Prostuj nogi w kolanach ! Postępuję tu całkiem racjonalnie, bo jeszcze trochę takiej zabawy, a potrzebne będzie śmigło, bo delikwent sam do schroniska nie zejdzie. Ostatecznie klient ląduje jakieś dwadzieścia metrów pod nami na rozłożystym stopniu, przewodnik przezornie wydaje groźnym głosem komendę : Siedź tam spokojnie i broń Boże nie dotykaj liny ! Możemy się wreszcie przywitać, uścisk dłoni, parę słów i każdy z nas rusza w swoją stronę. Po chwili z rynny, którą właśnie opuściłem dobiega do mnie okrzyk przewodnika: Cholera, coś się tu musiało urwać, było tu przecież całkiem łatwo. Odpowiadam zwyczajowym Turystyka to trudna rzecz i uśmiecham się do siebie, bo czuję się rozgrzeszony z samokrytyki, jaką przed sobą samym przed chwilą składałem. Powód jest prosty, znam tego przewodnika, pięć ośmiotysięczników na koncie, w tym Everest. Dla niewtajemniczonych – zdanie na temat turystyki to typowa dla TOPR-u odzywka, jeśli ratownik z takich czy innych powodów ma kłopoty w łatwym terenie.

            Jeszcze parę chwil i osiągam grań, mięśnie pracują coraz sprawniej, wraca wyczucie skały. Tradycyjna godzinka na wierzchołku, jest miło i sielankowo, ale mięśnie szybko stygną, startowałem z poziomu Roztoki, mam za sobą półtora kilometra w pionie i praktycznie pierwszy kontakt ze skałą po prawie rocznej przerwie. Rozpoczynam zejście z początku bardzo się pilnując, gdy teren robi się łatwiejszy do głosu przychodzi jednak zmęczenie i zbytnio się rozluźniam, schodzę przodem, bo tak wygodniej. Komentarz natury technicznej: najwłaściwszą pozycją w skale jest pozycja frontem do niej, a nie zadkiem, bo się obrazić na nas może, a wiele może i po co nam to. Każda reguła ma wyjątki, schodząc, jak dawniej bez liny z Mnicha na północ z pewnością jakieś kilkanaście stosownych metrów pokonałbym mając sześć punktów oparcia o tamtejsze, granitowe płyty – obie stopy, obie dłonie i oba …, niech kto zgadnie, co. Nagle bez powodu zbytnio wychylam się do przodu i tracę równowagę z pełną świadomością, iż już jej nie odzyskam. W sukurs przychodzi mi górski instynkt nazywany dziś modnie działaniem instynktownym. Znamiona tegoż działania – pustka w głowie, żadnej zbędnej myśli tylko czyste działanie. Silne wybicie z obu nóg, półobrót w powietrzu i lądowanie na odległym o półtora metra w poziomie i dwa i pół metra w pionie stopniu. Dłonie na skale, kolana ugięte – instruktor z desantu pewnie by mnie pochwalił. Jest mi głupio, szedłem tędy trzydzieści parę razy bez żadnych przygód, a tu takie idiotyczne odpadnięcie w całkiem łatwym terenie. Owszem, odpadłem już raz włócząc się bez asekuracji po Mięguszowieckich, ale wówczas wyłamał się bez żadnego ostrzeżenia fragment gzymsu, po którym szedłem. Finał tego odpadnięcia był podobny, znalazłem się poniżej gzymsu w prawidłowej pozycji wspinacza, rozpięty na chwytach i stopniach, których istnienia nawet nie podejrzewałem. Ale wówczas moje odpadnięcie miało charakter częściowo obiektywnego przypadku – teraz nic nie miałem na swoje usprawiedliwienie. Jednym słowem – kończy się kondycja, zaczynają się podstawowe błędy techniczne, a za nie prędzej czy później trzeba słono zapłacić. 

            W następnym roku kolejny raz idę na Mięgusza, wybieram najkrótszą drogę wejścia i najdłuższą zejścia. Kocioł Mięguszowiecki, Czerwony Żlebek, Siodełko w Filarze. Powyżej Siodełka niewielka, trawiasta platforemka ze stertą głazów pośrodku. Spod głazów wyskakuje mała, śliczna łasiczka, staje słupka i ciekawie mnie obserwuje – to oznaka, iż mało, kto tędy w tym sezonie chodził. Ostatni fragment Filara przed wejściem na ogromny, skalny zachód, seria trawiastych stopni w nie najmniejszej ekspozycji. Sporo było deszczu tego lata, północna ściana nieźle namokła – stopnie kołyszą się pod moimi stopami, dłonie na płask na trawie, przed twarzą żółte słoneczka kozłowców, a pod nogami pięćset metrów powietrza, naprawdę to lubię, choć niektórzy i tak w to nie uwierzą. Chłód i groźna sceneria wielkiego zachodu, tnącego na ukos północną ścianę, a potem miły kwadrans lekkiej gimnastyki na zachodniej grani. Wierzchołek, prywatna uroczystość, bo jestem sam na piku. Może to i lepiej, aby nie gorszyć sportowo nastawionej na wspinanie młodzieży. Dwudzieste piąte wejście plus jakieś osiem trawersowań w poprzek po północnej i południowej stronie bez wchodzenia na sam wierzchołek, należy mi się 50 gramów dobrego koniaku i wielkie cygaro.

            Po godzinnej sjeście rozpoczynam zejście, starając się tym razem nie urazić skały (patrz wyżej – komentarz techniczny). W nagrodę za dobre sprawowanie premia specjalna: po słowackiej stronie, sto metrów poniżej wierzchołka trawersuje górę stadko kozic, to piękny i pouczający widok, przykład doskonałej techniki poruszania się w skale. Biorąc pod uwagę nagminne już braki kondycyjne powinienem ruszyć za nimi, w stronę Hińczowej Przełęczy. Mam jednak ochotę na Drogę po Głazach, prowadzącą na Przełęcz pod Chłopkiem. Droga ta ma jedną wadę, sprowadza bardzo nisko w dół, niemal na piargi nad Hińczowym Stawem. Potem trzeba znów wejść wysoko, aby kolejny raz się obniżyć i znowu podejść do góry, aż na przełęcz. Nic dziwnego, że gdy wchodzę w Głazy (w gwarze podhalańskiej głazy to płyty, a wanty to głazy, skole to kamienie) jestem już solidnie zmęczony. Ubiegłoroczna nauczka nie poszła w las, pieczołowicie stosuję się do zasad bezpiecznego wspinania (o ile takie istnieje) z łezką w oku wspominając niegdysiejsze przewagi. Trzydzieści lat temu startując spod Głazów w dość dramatycznych okolicznościach wbiegłem na Przełęcz pod Chłopkiem w dwadzieścia minut, aby po następnych dwudziestu pięciu znaleźć się w schronisku w Morskim Oku. Teraz przechodzę jednym ciągiem jakieś piętnaście metrów płyt, po czym odpoczywam z minutę i ruszam dalej. Ostatecznie itinerarium nie jest wspaniałe: wyjście z Roztoki o 7.25, Mięguszowiecki 14.55, Roztoka 22.30. Coś z tego należałoby odliczyć na poranne, morskooczne piwo, koniak i cygaro na szczycie, kontemplacje w wartych tego miejscach, ale i tak to bardzo długo trwało. Gdyby tak na wierzchołku sypnęło śniegiem, zejście na dół bez grawitacyjnego przyśpieszenia nie byłoby łatwe przy takiej kondycji.

            Mijają dwa lata, idę w warunkach zimowych na pewną, śmieszną przełęcz, której nazwy nie wymienię przez wrodzoną delikatność wobec samego siebie. Raki na butach, bo dość twardo, kijki w łapach, czekan niestety na plecaku. Kijki już diabła warte, należałoby kupić nowe, ale z forsą było krucho. Robi się stromiej, skracam kijki, ale blokadę właśnie diabli wzięli – to już kijki w rozmiarze dziecięcym. Przełęcz już o kilkanaście kroków, jestem już zmęczony, chcę jak najszybciej odpocząć na jej siodle. Plama słońca przede mną nie zapala mi pod czaszką czerwonego światełka, a powinna, głupio prę do przodu nie sięgając po czekan. Rozmiękły w słońcu śnieg zaskakująco szybko usuwa mi się spod nóg, zdefektowane kijki nie pozwalają odzyskać utraconej równowagi, ułamek sekundy i sunę w dół błyskawicznie nabierając prędkości. Żleb pode mną nieco zakręca, tor mojej jazdy prowadzi prosto na skały, a ja już biję Małysza prędkością najazdu na próg skoczni. Jest taka cudowna substancja, która ratuje skórę na człowieku w takich chwilach zwalniając bieg czasu i przeganiając precz zwykły, ludzki strach paraliżujący działanie. Przerzucenie kijków na prawą stronę ciała, sunę lekko skręcony na prawy bok, rękojeści kijków jako ster i dwie myśli w głowie – nie zaczepić rakami o śnieg, aby kręgosłup pozostał w jednym kawałku i zmienić tor jazdy nie dając się jednocześnie obrócić głową w dół. Najeżdżam na niewielki prożek i tracę kontakt ze śniegiem, wyrzuciło mnie w powietrze. Jeszcze chwila i znów sunę po śniegu, ale już równolegle do ściany żlebu. Jeszcze tylko wyminąć wytajały ze śniegu głaz i można podjąć próbę hamowania, bo stromizna maleje. Koniec jazdy, podnoszę się powoli i spoglądam w górę żlebu podziwiając trzystumetrowy tor mojego zjazdu. Wspaniała jazda, ale świadomie nie zdecydowałbym się na nią nawet z czekanem w garści.

            No cóż, trudno w pewnym wieku spędzać prawie cały rok za biurkiem bądź laboratoryjnym stołem, a na parę tygodni wcielać się, szumnie powiedziawszy, w człowieka gór. W przeciągu trzech lat, w kompletnie łatwym terenie, dwukrotnie stanąłem na cienkiej, czerwonej linii omal jej nie przekraczając. Starzy guidowie  z  Doliny Chamonix  zwykli powtarzać: Trochę za dużo to o wiele za dużo. Uznałem, iż stanowczo za dużo i zacząłem przemyśliwać, jak by tu uciec z miasta na południe. Tak się to zaczęło, a skończyło całkiem dobrze.

            Trzynaście lat temu osiedliliśmy się z żoną na Orawie, mieszkamy w wiejskim domu położonym na wysokości 720 m npm na stoku Wielkiego Działu (934 m npm), 150m od drogi mając ciszę i spokój, a najlepszym tego dowodem jest to, że nie tylko lisy i sarny nas odwiedzają, ale i wilki – rzadko bo rzadko, ale zawsze. Jak z tego wynika krótki spacer to ponad 200 metrów przewyższenia. W zasięgu marszu „bez asfaltu” mam Babią, Policę i Turbacz, do Tatr spokojne trzy kwadranse spokojnej jazdy. No i uroki wiejskiego życia, mleko prosto od krowy (sąsiadów), własne warzywa i owoce, kwiaty etc. O grzybach i jagodach nawet nie wspomnę. Żyć, nie umierać.

  • Like ! 3
  • Thanks 3

2 Comments


Recommended Comments

Dawno już nie czytałam czegoś tak eleganckiego w formie i jednocześnie wciągającego jak najbardziej interesująca opowieść. Ogrom merytorycznych treści ubranych w słowa tak pięknie, że nie można oderwać oczu dopóki cała ta fantastyczna opowieść nie dobiegnie końca. Z niecierpliwością będę oczekiwać kolejnych cudownych opowieści. Dziękuję !

 

Link to comment

Świetny artykuł ? A abstrahując od gór, to zaciekawiła mnie dygresja nt. Karpacza - widzę, że nie tylko ja zauważyłem destrukcyjny wpływ poczucia tymczasowości na ziemie odzyskane.

Pozdrawiam!

  • Like ! 2
Link to comment
Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...