Jump to content

staroń

Member
  • Content Count

    192
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    7

Blog Entries posted by staroń

  1. staroń
    Niestety, jak to zwykle bywa, nadchodzi ten dzień, kiedy nawet najlepszy wyjazd, dobiega końca. Mój pierwszy pobyt na Słowacji kończył się w sobotę, ale wcale nie musiało to znaczyć, że od razu wrócę do domu. Postanowiłem "na do widzenia" spędzić jeszcze trochę czasu w górach. Po szybkim śniadaniu i pożegnaniu się z gospodarzami kwatery podjechałem do Starego Smokowca i ruszyłem w stronę Hrebienoka. Czułem już mocno poprzednie wycieczki, więc droga przez las, bez widoków, niespecjalnie mi się podobała, do tego w pewnym momencie na kilkanaście minut zgubiłem trasę, idąc w stronę Sławkowskiego.. Tak czy inaczej wszystko wróciło do normy, gdy dotarłem w okolice Doliny Staroleśnej i ruszyłem w kierunku Zbójnickiej Chaty, poczułem, że znów jestem w górach i znów chcę wędrować. Sama Dolina urzekła mnie swoją różnorodnością - zarówno w górę, jak i w dół, nie czułem nudy, rzadko kiedy lubię iść tę samą trasą w obie strony, tym razem wyszło to naprawdę dobrze.  Okolice Zbójnickiej Chaty piękne - zaczęły zbierać się chmury, jednak podobnie jak kilka dni wcześniej na Koprowym, bardziej dodawały one uroku krajobrazowi, niż zasłaniały widoki. Można powiedzieć, że słowackie Tatry pożegnały mnie dokładnie tak, jak przywitały, wspaniałym spektaklem z chmurami w roli głównej.  Po misce gulaszowej i szklance Kofoli zszedłem na dół, wspominając ostatnie dni spędzone w tych pięknych rejonach. Słowacjo - przeszłaś moje najśmielsze oczekiwania, obiecuję, że będziesz stałym punktem na mojej podróżniczej mapie ? 

    Wracając, boleśnie doświadczyłem oblężenia polskich gór, tylu samochodów w okolicy Łysej Polany czy całej drogi od praktycznie samego |Zakopanego nad Morskie Oko, chyba nigdy nie widziałem, tym bardziej Słowacja wydaje się ciekawą alternatywą w najbardziej turystyczne miesiące ? 
     











  2. staroń
    Nadszedł trzeci dzień wyjazdu, mający przynieść pogorszenie pogody, co prawda nie tak mocne, że miało padać, ale wzmożone zachmurzenie było bardzo możliwe. Dziwnie to może zabrzmi, ale mi to pasowało, raz, że chłodniej, dwa, że nie będę się pchał gdzieś wysoko, taka przerwa, można powiedzieć. W takiej sytuacji zwykle obieram za cel jakiś staw a że dużo słyszałem o Zielonym Stawie Kieżmarskim, to właśnie to miejsce postanowiłem tego dnia odwiedzić. Pogoda początkowo była nienaganna, ale zanim nad staw dotarłem, zrobiło się już chłodniej, pojawiło się też więcej chmur. Sama droga nad staw przeważnie przyjemna, różnorodną, trochę przydługa, ale przyspieszyłem i nad stawem byłem zdecydowanie szybciej niż wskazywał szlakowskaz. Widoków też na razie nie było, czasem tylko znad drzew widać było górki i pagórki. Samo otoczenie stawu wynagrodziło jednak wszystko...Najpierw sponad drzew wyłonił się Mały Kieżmarski Szczyt ("mały", heh), potem pozostałe góry. Mimo, że chmur było coraz więcej to muszę przyznać, że to miejsce jest świetne... Te wyrastające ze stawu szczyty przygniatają, człowiek czuje się taki mały... siedziałem tak nad brzegiem dobre pół godziny, nieco na uboczu, w ciszy, ludzi w okolicy nie było bowiem zbyt wiele. jedynie kaczki zakłócały czasem kontemplację, podchodząc blisko i wymownie czekając na coś do jedzenia. Ciężko było oderwać wzrok, ale trzeba było ruszać dalej. Nad staw z pewnością wrócę, jak tylko będzie okazja a pogoda dużo lepsza. Nie chcąc kierować się od razu na parking postanowiłem wrócić przez Biały Staw, który przywitał mnie całkiem przyjemnymi widokami. Stamtąd jeszcze tylko na chwilę skoczyłem w kierunku Przełęczy pod Kopą (Kopské sedlo), stanowiącej granicę pomiędzy słowackimi Tatrami Wysokimi a Tatrami Bielskimi a następnie wróciłem niebieskim szlakiem na parking. Część szlaku powrotnego, składająca się z nierównych kamulców, dała wycisk zmęczonym już trochę całym wyjazdem nogom, ale z perspektywy czasu całą wycieczkę oceniam pozytywnie. Fajny pomysł na luźniejszy dzień z pięknymi widokami, co prawda trzeba te 15-20 km przejść, jednak w górach te kilometry wcale nie są straszne, wręcz przeciwnie, prawda? ?

     
















  3. staroń
    Czwarty dzień spacerów po Słowacji przez długi czas nie dawał jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o warunki, podobnie jak wszelakie wcześniejsze prognozy pogody. Nad Popradem świeciło słońce, jednak niewiele dalej, nad Tatrami, wisiały gęste chmury. Niewzruszony, wsiadłem w samochód i pojechałem w stronę Strbskego Plesa, mając tego dnia w planach ruszyć w kierunku Bystrej Ławki. Poranek był jednak tak mglisty i nieciekawy, że, jak rzadko kiedy, zdecydowałem się zawrócić - ledwo widziałem, co się dzieje parę metrów przed autem, gdzie tu iść wysoko w góry. 3 godziny później trochę żałowałem, sytuacja uległa poprawie, góry się odsłoniły, wróciłem więc do pierwotnego planu. Była 11.30, gdy zameldowałem się na parkingu, cóż, do wieczora daleko, zawsze jest czołówka, pomyślałem ? i dziarsko ruszyłem w stronę Wodospadu Skoki - super miejsce, ładnie, idealnie na odpoczynek. Po krótkiej przerwie łańcuchy - specjalnie się nie przydały, jednak zdaję sobie sprawę, że czasem warto się chwycić. Ponad wodospadem moje ulubione stawy - do tego teren coraz bardziej "surowy", przypominający nieco odwiedzoną trzy dni temu Dolinę Hińczową. Gdzieś tam z tyłu groźnie zerkała na mnie ciemna chmura, jednak była na tyle daleko, że nie zawracała mi specjalnie głowy. Im wyżej, tym widoki ładniejsze, gdzieś po drodze widać było docelową przełęcz, jednak wydawała się dość odległa. Nic bardziej mylnego, najwyższy punkt wycieczki osiągnąłem na tyle szybko, że wspomniana ciemna chmura dopiero wdzierała się do Doliny Młynickiej, gdy przechodziłem na drugą stronę przez wąskie przejście prowadzące po krótkich łańcuchach i dalej w dół do Doliny Furkotnej. Chętnie odwiedzę to miejsce przy lepszej pogodzie, teraz też było ładnie, klimatycznie, baardzo cicho (jedynie okoliczne ptactwo co jakiś czas tę ciszę przerywało), ale zmęczenie ostatnich dni dawało się we znaki. Szczerze to niespecjalnie polubiłem powrót dolinką, po prostu za dużo kamulców, za długie to zejście, na szczęście im bliżej Strbskiego, tym przyjemniej. Średnio udany powrót nie zepsuł nastroju dnia - Bystra Ławka zdobyta, w fajnym tempie (z powrotem na parkingu byłem po 6 godzinach), dzień tym samym nie ograniczył się do Netflixa na kwaterze, jak było w planach jeszcze parę godzin wcześniej ?
     















  4. staroń
    Drugi dzień dreptania po słowackiej ziemi zapowiadał się wyjątkowo dobrze, miał to być zdecydowanie najbardziej pogodny dzień całego tygodnia, oczywistym więc było, że muszę zaplanować coś godnego tych warunków. Jednocześnie nie widziałem opcji, żeby drugi dzień z rzędu wstawać o 5 rano, więc zamarzył mi się jakiś widokowy szczyt, na którego nie wchodzi się długimi godzinami. W plan ten idealnie wpisał się Krywań - drugi, po Rysach, najwyżej położony tatrzański szczyt, na który prowadzi znakowany szlak - szlak może i względnie krótki (15 km), ale ze sporym przewyższeniem, bo ponad 1400 m. To jednak nie robiło na mnie większego wrażenia, pełen energii wstałem więc rano i ruszyłem w stronę parkingu w Trzech Studniczkach, skąd wszedłem na szlak. Muszę przyznać, że pierwsze 2h, które musiały upłynąć, nim dotarłem do przełęczy, były dosyć monotonne, bez specjalnych widoków, takie tam szybkie nabieranie wysokości, które jednak na swój sposób było przyjemne. Fajnie się czułem widząc na zegarku rosnącą w zawrotnym tempie wysokość, bez jakichś tam widoków, które musiałbym kontemplować, fotografować czy coś ? nawet sam Krywań przez większą część drogi chował się gdzieś za drzewami czy wzgórzami, może dlatego szło się fajnie i nie czuło jego potęgi - na to wszystko jeszcze przyjdzie dziś czas. Chwila przerwy na przełęczy i ruszyłem dalej - i tutaj faktycznie zaczęło być ciekawie, im wyżej, tym ładniejsze widoki i ciekawszy teren. Muszę przyznać - podobało mi się to bardzo - samo podejście na szczyt mogło trwać i trwać i nie miałbym zupełnie nic przeciwko. I ta nieopisana radość, gdy na ten szczyt już dotarłem - mega uczucie ? a panorama...żadne zdjęcie, żaden opis tego nie odda, więc proponuję każdemu przekonać się na własnej skórze. Fajnie było zobaczyć Tatry Wysokie z takiej perspektywy, do tego polską część, Zachodnie, Czerwone Wierchy, Giewont i Kasprowy (takie niepozorne z tej wysokości), w końcu okolice Pięciu Stawów i odwiedzone ostatnio Wrota Chałubińskiego...siedziałem tak dłuższą chwilę i nazywałem szczyty, które kojarzę, kreśląc w powietrzu linie wzdłuż grani, wskazując na szczyty, szepcząc pod nosem - musiało to dziwnie wyglądać z boku, no cóż, trudno ?  po odpoczynku została już tylko droga w dół - do przełęczy wciąż ciekawa, po obraniu szlaku powrotnego - tym razem przez Jamskie Pleso - też szło się bardzo przyjemnie. I dopiero w drodze powrotnej widać było Krywań z perspektywy, która pokazała jaki to jest kolos ? Zejście dosyć łagodne polubiłem ja i moje kolana a szlak z Jamskiego do parkingu w Studniczkach, mimo że zarośnięty dość mocno, też miał coś fajnego w sobie (i to zaskoczenie, gdy zamyślony szybkim krokiem idę przez krzaczory a tu ni stąd ni zowąd wyskakuję z tych krzaków na parking tuż koło mojego auta ? ) - wiele rzeczy wpływa na odbiór trasy, poziom zmęczenia, nastrój, pogoda itp, tutaj wszystko było chyba na swoim miejscu i naprawdę miło będę wspominał całą wycieczkę. Można się zdrowo zmęczyć, jest to spory sprawdzian kondycji, ale efekt końcowy godny każdego wysiłku. Polecam  gorąco mając nadzieję, że, kolejnym razem z jakimś towarzystwem, przyjdzie mi jeszcze na Krywaniu nogi postawić ?

     














  5. staroń
    Ahoj!
    Nie wiem jak to się stało, ale w trwającej już ponad 3 lata bezgranicznej miłości do naszych najwyższych gór, ani razu nie zawitałem po ich słowackiej stronie. Byłem co prawda jako młodzieniec parę razy u naszych południowych sąsiadów podczas rodzinnych wyjazdów, ale odwiedzanie jaskiń i parków wodnych ciężko nazwać chodzeniem po górach. W tym roku postanowiłem to zmienić i w końcu wybrać się do kraju Złotym Bażantem i Kofolą płynącym, w końcu to przecież te same Taterki, sztucznie podzielone pomiędzy dwa państwa. Fakt, że nigdy wcześniej po Słowacji nie wędrowałem miał swój spory plus - wszystko co zrobię, wszędzie, gdzie pójdę, będzie czymś nowym, bez powielania znanych już szlaków, bez wchodzenia po raz kolejny na ten sam szczyt (co oczywiście złe czy nudne nie jest, ale wiadomo o co chodzi). Na początku sierpnia zacząłem wcielać swój plan w życie i zarezerwowałem nocleg w Novej Lesnej...pozostało tylko czekać i mieć nadzieję, że pogoda dopisze, no i że nie zamkną granic ?
    Nadszedł wrzesień i urlop, niczego nie zamknęli, zatem wycieczkę czas zacząć...gdy przyjechałem na kwaterę, niestety, wokół było sino, ale ten dzień i tak zamierzałem poświęcić na zapoznanie się z okolicą, także luz, ważne co dalej ?
    Dzień 1
    Pierwszy pełny dzień w Tatrach zacząłem wcześnie, bo już o 4.30 - o 5.15 miałem bowiem elektriczkę do Strbskiego Plesa a że dużo słyszałem o tym środku transportu, postanowiłem go sprawdzić. O tym później. Po godzinie 6 byłem już nad jeziorem, osnutym gęstą mgłą. Gór, podobnie jak wczoraj, nie widziałem, cóż, pomyślałem, może się poprawi. Pełen nadziei, ale też i obaw co do tego dnia, ruszyłem w stronę Popradskiego Plesa, gdzie miałem pomysleć, co dalej. Na szczęście los się do mnie uśmiechnął i na kilkanaście minut przed pierwszym przystankiem zaczęło się przejaśniać. Decyzja mogła być tylko jedna - idę na Koprowy, jak zacząć to konkretem. Z każdym kolejnym krokiem nabierałem wysokości, tempa i przekonania, że to będzie udany dzień. Robiło się coraz cieplej, szło się przyjemnie, w końcu dotarłem w okolice Doliny Hińczowej - mój zachwyt rósł z każdą minutą, gdy moim oczom ukazywało się coraz wyraźniej otoczenie doliny. Muszę przyznać, że przez chwilę poczułem się jak na innej planecie - surowość okolicznych szczytów wywołała niezapomniane wrażenia. Nawet Mięgusze, "niższe" przecież od tej strony, pieknie wznosiły się ponad taflą Wielkiego Stawu Hińczowego. Miałem wielką ochotę odpocząć w tym miejscu, jednak biały obłok szalejący gdzieś za mną odwiódł mnie od tego pomysłu. Nie chcąc utracić widoków z wyższych partii, ruszyłem w stronę Koprowej Przełęczy a następnie Koprowego Wierchu, szlak na wierzchołek uważam za bardzo ciekawy,bez łańcuchów, ale trzeba czasem użyć rąk, co zdecydowanie najbardziej lubię. Wspomniane chmury wcale nie zepsuły widoku  ze szczytu - dodatkowo go uatrakcyjniły. Uwielbiam połączenie gór z chmurami - ale oczywiście w odpowiednich proporcjach - tutaj było idealnie. Przy puszce kofoli podziwiałem widoki w stronę grani Hrubego, nieco poniżej szczytu, jest tam bowiem dosyć mało miejsca a ludzi było trochę. Siedziałbym tak pewnie do wieczora, ale trzeba było wracać. Podczas zejścia spełniłem swój pierwotny plan, mianowicie dłuższy odpoczynek przy Hińczowych Stawach, w międzyczasie chmury zniknęły. Mimo, że godzina była wczesna, ruszyłem w stronę Popradskiego Plesa a stamtąd asfaltem na stację kolejki. No właśnie - elektriczka - koncepcja w porządku, dobra opcja na poruszanie się pomiędzy podtatrzańskimi miejscowościami, jednak powrotny kurs o 17 z kawałkiem był dla mnie urzeczywistnieniem piekła. Prawie godzina w pekającym w szwach wagonie, w upale, bez możliwości ruszenia ręką czy nogą, pomijam już kwestie epidemii i podstawowych zasad bezpieczeństwa...W wakacje też tak to wygląda? ja rozumiem kursy co godzinę, ale to już była przesada, cóż, wyjścia nie było, wrócić jakoś musiałem. W pozostałe dni korzystałem już z auta ? W drodze powrotnej na kwaterę w końcu zobaczyłem góry z tej perspektywy, o 5 było jeszcze ciemno...ależ oni mają widoki...No i tak powoli kończył się pierwszy dzień mojej wycieczki - już było dobrze a zostały jeszcze 4 ? jakie będą? czas i pogoda pokażą.
     




















  6. staroń
    Ostatnie tygodnie, począwszy od połowy czerwca, obfitują u mnie w górskie wycieczki, co mnie niezmiernie cieszy. Czasem w towarzystwie, czasem samotnie, zawsze fajnie, z nowymi wspomnieniami, które z pewnością zostaną na długo. Tym razem udało mi się zrealizować plan, zakładający wyprawę z kuzynem na któryś z tatrzańskich szczytów, Termin dograliśmy pod koniec lipca i ustaliliśmy wyjazd na weekend 22-23 sierpnia. W teorii kiepsko -weekend, jeden z ostatnich weekendów szkolnych wakacji, (no ale przez wzgląd na pracę, inaczej się nie dało), ale uznaliśmy, ze ewentualne tłumy nie mogą stanowić dla nas ograniczenia i na pewno uda się zrobić dobrą wycieczkę. Kilka dni przed wyjazdem zaproponowałem Szpiglas, kuzyn dorzucił od siebie Wrota Chałubińskiego, na których jeszcze nie byłem, pozostało tylko zarezerwować parking na Palenicy i czekać na sobotę. Młodego odebrałem z dworca w piątek wieczorem, krótka odprawa przedwyjazdowa i idziemy spać. 4 godziny snu i trzeba wstawać, to była krótka noc... Ku mojemu zdziwieniu, wstałem pełen energii i gotowy na wyjazd. Przed 7 meldujemy się w okolicy parkingu, który jest już całkowicie zapchany. - ustawiają nas więc przy drodze dojazdowej i zaczynamy "spacerek" asfaltem. Da się słyszeć głośne "ufff", gdy za Wodogrzmotami skręcamy w prawo i wkraczamy w Dolinę Roztoki, w końcu góry (i doliny) a nie jakieś asfalty. Zgodnie twierdzimy, że jest to jedna z bardziej malowniczych dolin i zawsze jest tam dobrze wrócić. Tak jak nad nieco wyżej położoną Siklawę, wrażenia gwarantowane podczas każdej wizyty. Szybko "wpadamy" do Piątki i kierujemy się w stronę Szpiglasa, jest koło 10 a pogoda już nam mówi, że lekko nie będzie ? niestrudzeni idziemy w stronę przełęczy,  czasem spoglądając do tyłu na przepiękną Piątkę. W końcu dochodzimy do łańcuchów, przy których utworzył się mały korek. Dobrze pamiętam to miejsce - 2 lata temu podczas pierwszej wycieczki tym szlakiem zdecydowanie nie polubiłem tego pierwszego łańcucha - tym razem na szczęście problemu nie było (co nieco widzę zmienione) a wejście na przełęcz była sporą przyjemnością - lubię, gdy łańcuchy są tylko podpowiedzią - nie koniecznością, z takim myśleniem dotarłem na górę, nie korzystając z żelastwa. Po krótkim odpoczynku wizyta na Szpiglasie, fotki foteczki i jazda na dół...zaraz, zaraz, ale tak już na pewno na dół? Przecież brat mówi, jeszcze Wrota ? Nie ma wyjścia idziemy. Słońce napier...a w twarz z nieopisaną siłą, my wyciskamy ostatnie poty i końcówkę kremu do opalania i lecimy dalej. Na Wrotach pusto, miła odmiana, widoki jak dla mnie bardzo miłe, to nieprawda, że tam nic nie ma ? po odpoczynku i posileniu się schodzimy do Morskiego, po drodze spotykając świstaka, kozicę.. trochę później jelenia, niedźwiedzia tylko w moich wspomnieniach ? ... Jeszcze tylko odpoczynek nad Morskim i lecimy asfaltem w dół. Demonami szybkości nie byliśmy, ale o 20 meldujemy się przy samochodzie i w tym samym momencie zaczyna się burza. Burza, która na szczęście szybko się skończyła i kolejne 20 kilka minut drogi powrotnej spędziliśmy przy suchych szybach. Dojazd na kwaterę i kolacja na Krupówkach to już mało górskie historie, także w tym momencie zakończę ? wspomnę tylko, że dzień był bardziej niż udany, szkoda, że nazajutrz lało i pozostał nam tylko powrót w korku do Krakowa....mimo tego niczego nie żałuję i czekam na więcej ? 
     












  7. staroń
    Tatry są piękne o każdej porze roku, tu nie ma wątpliwości. Okres zimowy jest atrakcyjny widokowo, ale bez wątpienia mniej bezpieczny, jeśli chodzi o wyższe partie, niż pozostała część roku. Na pierwszy w pełni zimowy wyjazd zdecydowałem się dopiero w tym roku, jednak myślami wracam często do pewnego wiosennego wyjazdu, podczas którego po raz pierwszy poznałem znane mi już miejsca z zupełnie innej perspektywy. Jak to w górach bywa, mimo końca kwietnia, zima w wielu miejscach nie odpuszczała, idąc w zapomnienie dopiero kilka tygodni później. Był to czas sporego stresu i dużej ilości problemów w moim życiu, jednak w górach i dobrym towarzystwie jak zwykle znalazłem ukojenie.

     















  8. staroń
    Każdy pasjonat ma taki moment, w którym dochodzi do wniosku, że dana aktywność jest tą, której chce się poświęcić, bez której nie może żyć. Nie inaczej jest z górami, nikt z tą miłością się nie rodzi, przychodzi ona z czasem, zostając na zawsze. Zapewne każdy z Was pamięta taki moment, wyjazd, który wszystko zmienił, który zaowocował masą wspomnień i pięknych widoków z wielu kolejnych wyjazdów.

    Ja cofnę się wstecz niby niedaleko, bo do września 2017. Półtora roku wcześniej zameldowałem się w górach po raz pierwszy od dawien dawna, wtedy nie zdając sobie sprawy, jak bardzo mnie to wciągnie. Po jednodniowych wizytach w Dolinie Pięciu Stawów, na Hali Gąsienicowej, na Kasprowym przez Myślenickie Turnie oraz na Sarniej Skale przyszedł czas na dłuższy wypad ze znajomymi. Wtedy jeszcze niewiele wiedziałem o Tatrach, niewiele też miałem zaplanowane, ot, pójdziemy przed siebie. Te 4 dni spędzone na szlaku okazały się jednak jednym z najlepszych wyjazdów w tamtym roku a konkurencja była spora, bo odwiedziłem wtedy kilka krajów europejskich, byłem też po raz pierwszy w Afryce i Azji…góry mają jednak moc ? 

    Gdy teraz wracam do tych chwil to z uśmiechem wspominam, jak długa i męcząca wydała mi się wycieczka na Kopieniec Wielki przez Nosal…
    …Jak pełna pozytywnych emocji była wyprawa na Halę Gąsienicową i Czarny Staw Gąsienicowy, nad brzegami którego zamarzyło mi się wejść na Kościelec, co uczyniłem po raz pierwszy i na razie jedyny, lecz nie z ostatni z pewnością, rok póżniej...

    …Jak będąc pewnym trasy poprowadziłem ekipę na Kasprowy, lądując w końcu na Kalatówkach (to dobrze pokazuje skalę tego, jak słabo kojarzyłem wtedy Tatry) ? wracać się nie chciało, więc skończyliśmy na Giewoncie, stykając się po raz pierwszy z łańcuchami, były chwile grozy wśród znajomych, choć mi się bardzo podobało, dużym plusem był fakt, że było dość późno i na szczycie spotkaliśmy dosłownie dwie osoby, super!

    …Jak ledwo idąc (teraz zakwasów nie miewam, wtedy było zgoła inaczej) wybraliśmy się na Morskie Oko, jak w okolicy Włosienicy damska część wycieczki dostałą takiej mocy, że nie było mowy o dojściu do schroniska i powrocie, odwiedziliśmy więc Czarny Staw pod Rysami, takiej ciszy i spokoju dawno nie doświadczyłem…jak wracając i patrząc na Mięgusze obiecałem sobie, że będę w Tatrach duuużo częściej…
     






     









     
     
     
  9. staroń
    Tatrzańska pogoda bywa przewrotna. Słoneczny styczeń, śnieżny maj, mglisty, deszczowy czerwiec -  pogodowe koło fortuny kręci się nieustannie, nigdy nie pytając mnie o zdanie, w jakich warunkach chciałbym dreptać po najwyższych polskich górach przy okazji najbliższego wyjazdu. Oczywiście, bywają wycieczki z totalnie nietrafionymi warunkami, ale dziś nie o tym. Był sobie bowiem pewien piękny październik, który na zawsze zmienił mój punkt widzenia na to, co w kwestiach pogodowych się w górach dzieje i że okres jesienno-zimowy wcale nie musi być nudny bo ciemno, zimno i smutno.

    Takie wyjazdy najbardziej lubię, nieplanowany dużo wcześniej, ot, taki spontaniczny, samotny wypad, co by zrobić twardy reset, zdystansować się od problemów w pracy bo mam już po prostu dość. Koniec września 2018, rzucam wszystko, za dwa tygodnie melduję się na szlaku a jak będzie padać to się pomyśli, byle być blisko gór. To, na jaką pogodę trafiłem i jak udało mi się odpocząć, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Grubo ponad 100 km po górach tak mi pomogło, że wróciłem do Krakowa jak nowo narodzony.

    Co bardzo cieszy to fakt, że udało się zrobić dokładnie wszystko to, co zaplanowałem. A nawet więcej, bo zostałem dwa dni dłużej niż przewidywałem ? Myślę, że długo będę pamiętał słuchanie ukochanej kapeli Iron Maiden po wejściu na Nosal, błogą ciszę i pierwsze w życiu spojrzenie na Czarny Staw i Morskie Oko ze szlaku na Rysy, pszeniczne piwo na Kasprowym przed wyprawą na Czerwone Wierchy czy przełamanie strachu przy wejściu na Kościelec (wielkie ukłony dla mej wybawicielki, Kamili z Rzeszowa, która pojawiła się na mej drodze tego dnia i dzięki której to wejście (i, przede wszystkim, zejście) na zawsze będzie mi się kojarzyć bardzo pozytywnie, coś się wtedy we mnie odblokowało, pokazując, że jak się chce i walczy to można, dziękuję! ? 
    Nosal, Wielki Kopieniec, Morskie Oko, Czarny Staw pod Rysami, Kasprowy Wierch, Kopa Kondracka, Małołączniak, Krzesanica, Ciemniak, Sarnia Skała, Kościelec, Czarny Staw Gąsienicowy – tam można mnie było spotkać podczas tej wyprawy, niezapomniane chwile, dla których warto żyć.

    No i zdjęcia, które przypominają o tym, jak było pozytywnie.






















  10. staroń
    Lubię czasem usiąść i przejrzeć zdjęcia z konkretnego wyjazdu, przypomnieć sobie, jak to było, jakie emocje mi wtedy towarzyszyły. Dziś trafiłem do folderu ze zdjęciami sprzed prawie roku, kiedy to pod koniec czerwca wybrałem się w Tatry na kilka dni. Plany były ambitne, jednak większość z nich zweryfikowała bezlitosna pogoda. Przez pierwsze dwa dni tak lało, że cudem udało się wybrać na krótki spacer do Doliny Strążyskiej (nocowałem akurat przy wejściu do tejże doliny). Kolejny dzień też nie powalał warunkami, chociaż, nauczony doświadczeniami poprzednich wyjazdów, czerpałem z niego to, co najlepsze. Ostatniego dnia, gdy już pogodziłem się z beznadziejnością sytuacji, trafiły się jednak warunki idealne. Aż za idealne, takiego słońca i opalenizny się nie spodziewałem ? udało się więc zrealizować najważniejszy plan wyjazdu, a mianowicie wejście na Kozi Wierch. Niby wysoko, ale w moim odczuciu, bardzo przyjemnie, bez najmniejszych problemów dotarłem na szczyt, jest to zdecydowanie jedno z tych miejsc, które bez chwili namysłu polecę każdemu, widoki nieziemskie. W lipcu powtórka, mam nadzieję ? 

     
















×
×
  • Create New...