Jump to content
  • entries
    80
  • comments
    44
  • views
    18,106

Jak to z dziewczynami w Tatrach bywa. Część II.


Jerzy L. Głowacki

1,189 views

ak to z dziewczynami w Tatrach bywa. Część II.

Propozycja czy licentia poetica?

Dwa dni po wycofie z grani Cubryny wychodzimy na spacer do Doliny za Mnichem we troje, Gaba, Janusz i ja. W dolince Janusz stwierdza, iż ma pewien pomysł i rusza samotnie w stronę Mnichowych Stawków. Gaba i ja podchodzimy na Wrota Chałubińskiego przygarniając po drodze jakąś samotną dziewczynę. W wietrze i mgle, moczeni do czasu do czasu gęstą mżawką, w temperaturze bliskiej zeru pniemy się granią na Szpiglasowy Wierch. Gdy stoimy na wierzchołku silniejszy podmuch wiatru rozgania na chwilę mgłę i ukazują nam się w dole Ciemnosmreczyńskie Stawy. Towarzysząca nam dziewczyna wypowiada wówczas dość zaskakujące, jak na te warunki słowa: Tu mogłabym żyć i rozmnażać się.

Dziewczyna we mgle

Sierpień 1991 nie należał do pogodnych – po wyższych partiach włóczyły się mgły, bywało zimno, nawet bardzo, opady były częste. To kolejny rok, w którym naszą bazą jest schronisko w Roztoce. Początek pobytu w Tatrach to ciułanie kondycji poprzez włóczenie się po reglach i szlakach turystycznych w nienajlepszej pogodzie. Wreszcie pogoda się poprawia i w odstępie trzech dni wchodzę na Cubrynę i Mięgusza przez Siodełko w Filarze. Mijają kolejne dwa dni i znowu rano przy niezbyt pewnej pogodzie opuszczam Roztokę. W MOku pogoda jeszcze gorsza, mgły gęstnieją i schodzą coraz niżej. Idę nie śpiesząc się ceprostradą, odbijam w lewo do Mnichowego Żlebu, wchodzę kolejno na Małą i Wielką Galerię. Tu widoczność spada do piętnastu mniej więcej metrów, co prawdę powiedziawszy w niczym mi nie przeszkadza, a nawet ma swój urok, jest kameralnie. Tuż pod skałkami, gdzie kończy się Galeria dostrzegam skuloną, zziębniętą dziewczynę i trzy leżące na piargu plecaki.
- Dziewczyno, kto cię tu zostawił?
- Koledzy poszli na szukać drogi na Cubrynę, powiedzieli, że to męska rzecz.
- To bez sensu, poradzisz sobie na Cubrynie, poco masz tu marznąć, a plecaków nikt
tu nie ukradnie, chodź ze mną.
Dziewczyna i chciałaby i boi się. Ostatecznie po chwili wahania chęć „zdobycia” Cubryny zwycięża i ruszamy razem w górę, trochę łatwej wspinaczki po skałkach, przewinięcie się przez niski próg w żlebie i już jesteśmy w piarżysto-szutrowo-skalistym korycie wyprowadzającym wprost na Hińczową Przełęcz. To niezbyt przytulne miejsce, zwłaszcza w gęstej mgle i dla nowicjuszy, każdy niewprawny krok grozi parometrowym osunięciem się wstecz, ale dziewczę radzi sobie nieźle nie sprawiając mi jakichkolwiek kłopotów, wystarczają same wskazówki, jak ma się poruszać w tym terenie. Tuż pod przełęczą z mgły wyłaniają się sylwetki dwóch dzielnych mołojców – są kompletnie zaskoczeni, a ponadto dowiadują się, iż teraz oni będą czekać na koleżankę. Wchodzimy na Cubrynę, krótki odpoczynek i rozpoczynamy zejście, jest ślisko, jest i ekspozycja, instruuję dziewczynę będąc jednocześnie gotowym na to, aby wyhamować w zarodku jej ewentualny upadek. Na przełęczy dziewczyna stwierdza:
- Pan to musi pracować na wyższej uczelni.
– Skąd to wiesz?
– Bo pan ma takie podejście.
Tego lata jeszcze dwukrotnie jestem na Cubrynie. W równie zimny i mglisty dzień wchodzę samotnie w Zachód Abgarowicza tnący na ukos ścianę Cubryny nad Zadnią Galerią Cubryńską. W swoim czasie Magda schodziła tym zachodem w zespole czwórkowym, konkluzją tego zejścia były jej słowa wypowiedziane do mnie: Tata, na Abgarowicza idź solo, broń Boże z kimś! I rzeczywiście, gdzieś już wysoko na zachodzie wyłamują się pode mną dwa solidne bloki. Nie ze mną te numery, starego wróbla nie weźmiesz na plewy – przesiadam się dostatecznie szybko na inne stopnie, a bloki lecą po zachodzie dobre sto metrów, zanim zmienią kierunek w powietrze i uderzą w piargi. Jestem już na grani, do wierzchołka jeszcze daleko, a pogoda kiepska. Ilekroć tędy szedłem to trzymałem się ostrza grani, teraz postanawiam przyspieszyć wejście na pik obchodząc jej stromszą część. Trafiam, jak kulą w płot, z jedynki robi się najpierw dwójka, a potem i trójka, w dodatku krucha, co istotnie spowalnia mi wspinaczkę zmuszając do ekstra uwagi.
Trzy dni później schodząc z Mięgusza odwiedzam przy okazji i Cubrynę.

Jak to psyche siada w górach

W czasach, gdy naszą bazą była Roztoka tradycyjnie jednym z pierwszych spacerów kondycyjnych było obejście wokoło Doliny za Mnichem. Podczas jednego z takich spacerów, będąc już na Mnichowych Plecach spostrzegam samotną sylwetkę kogoś, wychodzącego właśnie ze Żlebu Mnichowego na Małą Galerię. Po niedługim czasie spotykamy się na Zadniej Galerii – dwudziestoparoletnia dziewczyna i ja. Wydawać by się mogło, iż nie powinienem się w Tatrach dziwić niczemu, a jednak słowa dziewczyny dziwią mnie tym razem: Proszę pana, jak tu wrócić do znakowanego szlaku? Jakim cudem tu dotarła, jeśli teraz ma takie wątpliwości? Wskazuję jej wyraźną i wygodną perć sprowadzającą do ceprostrady, bez porównania dogodniejszą od przebytej przez nią drogi. Dziewczyna jednak nie zdradza najmniejszej chęci do samodzielnego zejścia, pyta mnie, dokąd się udaję. Zakreślam dłonią trasę planowanego zejścia – prezentuje się ona całkiem niezachęcająco, w odpowiedzi słyszę: Czy mogę pójść z panem?. Sprawa jasna, odporności psychicznej starczyło tylko do tego miejsca. Sprawności fizycznej za to można było jej pozazdrościć, ani razu nie straciła równowagi czy bez względu na to, czy schodziliśmy po maliniakach, stromych trawach czy ruchomym piargu.

Rozstrzygający argument

Przełom kwietnia i maja, śniega kupa, nawisy tu i ówdzie parometrowe, słoneczko przygrzewa. Lawinki firnowe niby niepozorne, ale groźne, schodzą coraz częściej i dalej. Lawirując w terenie docieram w zejściu do znakowanego szlaku, a tam czworo zapewne studentów gotuje się do ekskursji po moich śladach w górę. Tłumaczę im niestosowność tego zamiaru operując logicznymi argumentami – na próżno, zaczynają podchodzić. Gdy są już ze trzydzieści metrów od szlaku rzucam za nimi te oto słowa: Chcecie iść to idźcie, ale dziewczynę zostawcie, bo ładna i jej szkoda. O dziwo zawracają.

Zalotna dziewczyna na Galerii

Idziemy na Cubrynę przez Kwiatki czyli przez Siodełko w Filarze Mięgusza i trawersem przez jego północną ścianę. Jest nas troje, Ala, Gero i ja. Na Wielkiej Galerii spotykamy samotną dziewczynę, jest zgrabna i zgrabnie pokonuje rozległe piarżysko. Zagaduje nas, czy idziemy na Mięgusza, była tam kiedyś z ojcem i nie jest pewna, czy odnajdzie teraz drogę. Gdy z mojej strony pada przecząca odpowiedź zaczyna prawie mnie uwodzić ku uciesze Ali. Masz dziewczyno pecha, dziś nie jestem tu sam.
Nie obawiam się o dziewczynę, z Cubryny bez problemów będziemy mogli śledzić jej postępy w drodze na Mięgusza, nie raz zdarzało mi się na odległość kilkuset metrów naprowadzać błądzących na właściwą drogę gromkimi okrzykami, w razie czego można i ją osadzić na miejscu odpowiednim okrzykiem, a potem dojść do niej i wyplątać ją z kłopotów. Nie musimy interweniować, dziewczyna radzi sobie całkiem nieźle, popełnia jeden czy dwa błędy, ale szybko je naprawia.

Zając na Magistrali (turystycznej)

Każdy z miłośników lekkiej atletyki zna pojęcie zająca na bieżni. Niezorientowanym wyjaśniam, iż jest to zawodnik lub zawodniczka, której zadaniem jest poprowadzenie wstępnej fazy biegu w szybkim tempie, aby ułatwić faworytowi tego biegu np. pobicie rekordu. Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych, wybrałem się z Roztoki na długi spacer, przejście na słowacką stronę, autobusem do Starego Smokowca, wjazd kolejką na Siodełko czyli po słowacku Hrebieniok. Dalej Magistralą Turystyczną do Śląskiego Domu w Dolinie Wielickiej, Polski Grzebień, Dolina Białej Wody i powrót do Roztoki.
Na Siodełku panuje już upał, na Magistrali, wśród kosówki jest gorąco i parno, wlokę się beznadziejnie, mam wszystkiego dosyć. Nagle mijają mnie chłopak i dziewczyna, chłopak jak chłopak, ale dziewczyna… Wzrost jakieś sto osiemdziesiąt centymetrów, nogi do samej szyi, musiała coś rozsądnego trenować, na przykład pływanie, bo ładnie się rysują długie mięśnie. Wyprzedzili mnie i prawie znikli, tak szybko szli. Przypomniałem sobie instytucję zająca i stwierdziłem, iż jest to zając z punktu widzenia estetyki doskonały, po czym zacząłem podkręcać tempo marszu. Doszedłem do nich i dobrałem odpowiednio dyskretny dystans zapominając oczywiście o upale i własnym lenistwie. Gdy Magistrala zaczęła opadać w dół ku Śląskiemu Domowi wyprzedziłem mojego zająca, do schroniska nie wstępowałem, bo nie lubię w Tatrach budynków typu wielka płyta i zameldowałem się na Polskim Grzebieniu o całkiem przyzwoitej porze.

O wpływie braku urody napotkanych na szlaku turystek na szybkość poruszania się w terenie wysokogórskim – temat godny doktoratu w Zakładzie Teorii Alpinizmu AWF w Krakowie, dedykowane koledze Matuszczykowi

Kolejna eskapada południe – północ w kapiącym z nieba upale, tym razem na trasie Roztoka – Stary Smokowiec – Siodełko – Pięć Stawów Spiskich – Lodowa Przełęcz – Dolina Jaworowa – Roztoka. W Dolinie Małej Zimnej Wody dość tłumnie, dolina piękna, dzionek też, ale spotykane co rusz wycieczki Angielek gwałcą moje poczucie estetyki. Skąd u licha tyle się ich wyroiło? Czyżby królowa Elżbieta incognito raczyła odwiedzić Tatry i wydaje garden party bez garden w Terince? Decyduję się na krok co nieco desperacki, ściągam koszulę, pakuję ją do plecaka i ruszam co koń wyskoczy w górę doliny licząc dla kawału mijane na ścieżce persony bez różnicy płci, wieku i urody. Po niespełna godzinie zatrzymuję licznik nad najbliższym Terince stawem, stan licznika dość imponujący – wyprzedziłem 243 osoby. Zdejmuję plecak i rozsiadam się wygodnie na połogiej, skalnej płycie. Wtem coś przykuwa moją uwagę i sączy strumyk niepokoju, czyżbym doznał udaru słonecznego? Rzecz w tym, iż mój plecak ma kolor niebieski, a oglądany przeze mnie od tyłu wydaje mi się całkiem biały. Pociągnięcie po nim palcem wyjaśnia sprawę i przynosi ulgę, jestem zdrowy, plecak jest niebieski, ale pokrywa go od strony pleców warstwa piany, którą ubiłem na spółkę z upałem podczas podchodzenia.

Podziękowania nad Wielkim Furkotnym Stawem Wyżnim

Mija kilka lat i kolejny raz dopada mnie upał, dla odmiany w Dolinie Furkotnej, na której najwyższym piętrze mam zamiar zabiwakować. Kolejny raz powtarza się ta sama historia, szedłem tędy pierwszy raz czterdzieści lat temu, byłem w świetnej formie, mięśni miałem o tyle więcej, co teraz tłuszczu i niosłem na plecach może z pięć kilogramów zamiast dwudziestu. Podchodzę w tempie na cztery, czterdzieści minut dość szybkiego marszu, a potem dziesięć minut odpoczynku. Od pewnego momentu podczas odpoczynku mija mnie młoda dziewczyna, za kilka lub kilkanaście minut ja ją mijam, gdy siedzi na wancie i odpoczywa. Na górnym piętrze doliny z jej ust pada pod moim adresem następująca kwestia: Jestem tu tylko dzięki panu. Już dawno chciałam zrezygnować, ale jak zobaczyłam pana z tym wielkim plecakiem to doszłam do wniosku, że ja też mogę iść dalej.
Następnego dnia rano w dolinie panowało przeraźliwe zimno, wiał dokuczliwy wiatr i siekł lodowatym deszczem, maliniaki były śliskie, jak gdyby ktoś je namydlił – spakowałem plecak i ruszyłem w dół.

Pod kim się lód na MOku łamie

Spod Miedzianego schodzi nad Morskie Oko wybitny żleb zwany Szerokim, nazwa jak najbardziej adekwatna. W jego przedłużeniu wcina się w jezioro mały półwysep, częściowo trawiasty, a po części porosły kosówką nazywany na mapach Małym Piarżkiem. Nasza generacja zwykła jednak go nazywać Półwyspem Miłości od funkcji, jaka pełnił w czasach burzy i naporu. Parę lat temu w kwietniowy, wyjątkowo ciepły dzień schodzę Szerokim Żlebem, jako że śnieg był w nim wtedy bardzo stabilny, aż na ów półwysep. Nie bardzo mi się uśmiecha kopanie w mokrym śniegu zalegającym na brzegu MOka aż po schronisko, rozmyślam, jak przejść na morenę po lodzie. Dobrze przedeptany na lodzie szlak wiodący w stronę Czarnego Stawu jest nadal bardzo pewny, ale wschodnia połać jeziora obfituje w przeróżne spękania. Udaje mi się wykoncypować w miarę rozsądny sposób ich ominięcia. Brakuje mi jeszcze kilkudziesięciu metrów do bezpiecznego w pełni terenu, gdy lód pęka mi pod lewą stopą, zastrzyk adrenaliny, rzucam się do przodu i po przebiegnięciu kilku metrów okraszonych głośnym chrupaniem lodu znów jest O.K., choć w lewym bucie chlupie woda. Po raz pierwszy w warunkach jeszcze zimowych sprawia mi to przyjemność, bo moje wibramy mają gwarancję na minus czterdzieści stopni, a schroniskowy termometr wskazuje plus siedem.
Wychodzę na placyk przed schroniskiem, gdzie wita mnie głośny śmiech znanej mi z widzenia dziewczyny. Tzw. osobom postronnym czyli zwiedzaczom Morskiego Oka widok biegnącego po załamującym się lodzie faceta, któremu spod butów tryskają fontanny wody tak czy owak nie wywołałby na facjacie nawet drobnego uśmiechu. Co innego dla dziewczyny, która podobnie jak ja jest tutaj stałym fragmentem krajobrazu, a w dodatku stoi na jednej nodze wylewając w międzyczasie wodę z drugiego buta. Za chwilę ustalamy wspólne stanowisko: tylko pod kurduplami lód na jeziorze się nie załamuje – dziewczyna jest o parę centymetrów ode mnie wyższa.
Z lodem jest podobnie, jak z przepadającym śniegiem – jeśli poruszamy się powoli to na pewno się zapadniemy, proces załamywania się powierzchni trochę trwa, co można w odpowiedni sposób wykorzystać. Kiedyś zbiegałem z progu Czarnego Stawu biegnąc w przyzwoitej odległości od przedeptanego szlaku zapadając się w śnieg po kolana lub biodra tylko w paru miejscach. Równolegle schodziła wycieczka szkolna kopiąc się beznadziejnie w śniegu. Tkwiąca po pas w śniegu, czerwona z wysiłku dziewczyna krzyknęła prawie z rozpaczą w losie: Jak pan to robi? Co mogłem odpowiedzieć, prawda była jedna – Czterdzieści lat praktyki.

Tatry_1_045.JPG

Tatry_1_048.jpg

Tatry_1_050.JPG

Tatry_1_055.jpg

Tatry_1_056.jpg

  • Like ! 2

0 Comments


Recommended Comments

There are no comments to display.

Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...