-
Postów
505 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
51
Typ zawartości
Profile
Forum
Blogi
Wydarzenia
Odpowiedzi opublikowane przez pmwas
-
-
Jaś bardzo przeżywa awarię czarnego.
"Auto pupute! Siece!"
Podobają mi się, bo są duże, blaszane i mają dużo wskazówek, przełączników i dźwigni
-
1
-
-
I zgodnie z zapowiedzą, ostatnia z Amerykańskich fabryk, o których tu wspomnę (a było ich jeszcze trochę, przy czym Amerykanie akurat dbają o pamięc po nich, więc zainteresowanych zachęcam do szperania w necie). Na razie będzie to ostatn post o USA, choć nie wykluczam, ze do tematu może jeszcze kiedyś wrócę.
Ostatnia z fabryk wcale nie jest najciekasza, ani najbardziej ceniona, po prostu tak mi wygodnie.
Mowa tu o Hampden Watch Company, w poczatkowej odsłonie jako New York Watch Company, najpierw w Speingfield w Massachusetts, potem w Canton w Ohio.
Wczesnego zegarka ze Springfield nie ma żadnego, tycb z Canton też nie za wiele.
Czemu? Ano temu, ze fabryka, jakkolwiek robiłą zegarki dobre, nie jest tak ciekawa jak np Rockford, ani tak wielka jak np Elgin. Taki sobie średniaczek, choć zegarki robiła naprawdę porządne.
To przykłąd czasomierza z początku XX wieku, a poniżej nieco późniejsze:
Fabryka upadła w latach 20-tych, ale na tym jej historia się nie kończy. Paradoksalnie mimo dosc wczesnego bankructwa fabryka... istnieje do dziś dnia!
Otóż około roku 1930 fabryke kupiła Rosja Sowiecka i na jej bazie powstała 1-sza Państwowa Fabryka Zegarków w Moskwie, później ochrzczona imieniem Kirowa.
Z poczatku robiłą 4 typy zegarków (2 kieszonkowe i dwa naręczne). Wszystkie były w mojej kolekcji, ale że ruską kolekcję sprzedałem, mam tylko zdjęcia...




Te ostatne to typ 4 i mają nieoryginalne tarczę, zakupione w USA. Jak widać, niektóre wczesne zegarki mają mechanizmuy będące po prostu wykończonymi mechabniuzmami amerykańskimi, jeszcze z amerykańskimi oznaczeniami.
Najmniejszy - Typ 4 miał tyklo oznaczenia, reszta miałą i takie i takie.
Tu np typ 2 z oznaczeniami ruskimi, ale za to w kopercie dokupionej w USA, bo znalazłem sam wrakowaty mechanizm i go połatałem (bo rzadkosć)
W późniejszym czasie fabryka kontynuowała produkcję tylko największego Typu 1-go...
I takie:
Tego akurat wciąz mam.
Doszły też stopery:

I takie naręczmne cosie, dodam, ze tarcza tego prostokątnego - oczywiście - po niezbyt udanej renowacji...

I zegary do pojazdow wojskowych:
W tzw. międzyczasie w Moskwie otwarto róznież 2 fabrykę, produkujacą zegarki kieszonkowe oparte na tym samym mechanizmie, acz różniącym się szczegółami (widać, że dali nowe maszyny i trochę pozmieniali)...


oraz zegary wiszące i kominkowe:

Ten ostatni wisi u mamy w mieszkaniu
W czasie II wojny Światowej obie fabryki ewakuowano w okolice Uralu.
1-ą do Złatoustu, 2-ą do Czystopola.
Fabryka w Czystopolu do dzisiejszy Wostok, a fabryka w Złatouście przez jakiś czas produkowała zegarki kieszonkowe...

Jednak bardziej znana jest z produkcji stoperów i zegarków kominkowych:
Oraz wielkich, kultowych i częśto podrabianych zegarków nurkowych:
Ten kiedyś miałę, ale sprzedałem. Zresztą - z pokazywanych powyzej sovietów zostało mi ledwie kilka.
Aktualnie fabryka w Złatouście znów produkuje takie nurasy, jednak ich cena (1500-2000USD w zależności od modelu) jest zaporowa.
Poza tym dalej robi stopery. I nie wiem, co jeszcze, bo z tego raczej nie wyżyje
Jednak to włąśnie w Złatouście wylądowała pierwotna fabryka Hampdena i tam dalej jest. Moze z innym parkiem maszynowym, ale jednak zachowuje pewną ciągłośc swojego istnienia.
To tyle na dziś, wracam później z tematem zegarków radzieckich, bo - chić od dawna ich nbie zbieram, a co miałem to prawie wsyztko sprzedałem, jednak zdjęcia wciaz mam, a temat to prawdziwy temat rzeka. Na pewno go tu nie zamierzam wyczerpywać, ale coś tam pokażę
-
2
-
-
19 minut temu, Q'bot napisał(a):
Wiem, że się powtarzam, ale zobacz ile rozrywki miałbyś z samodzielnej elektryfikacji tego wynalazku - mógłbyś sobie manualnie balansować ogniwa, zrobić potencjonometry do każdej osi oddzielne, odzysk energii do kondensatorów
I opłacić spalone autka przypadkiem stojące obok na parkingu na noc
-
1
-
-
Pewnie zawilgocenie, ale ja to sobie myślę, że te auta są z Uralu, a Ural słynie z dziwnych zjawisk, więc może te auta żyją i nie psują się, a chorują?
Jest też szansa, że usłyszał, że chcę mu samemu świece wymieniać i przemyślał...
Ogolnie te strzały towarzyszące wypadnięciu zapłonu jak najbardziej moga sugerować skaczącą gdzieś iskrę, bo tak to właśnie brzmiało, jak iskrzenie w gniazdku...
-
1
-
-
2 godziny temu, Q'bot napisał(a):
Po co sprawdzać silnik, skoro może już go tam nie ma?
Zwłaszcza że UAZ nie nagradza dbania. Tu nie ma, że jak dbasz tak masz. Tu masz zawsze tak samo, czy dbasz, czy nie
Dodam, że jak wczoraj nie umiałem 300m wokół komina przejechać, bo tak szarpał, tak dziś jeździ zupełnie normalnie.
-
1
-
-
9 godzin temu, Jędrek napisał(a):
Zaczynam cię rozumieć, chyba lubisz równowagę w życiu - masz hobby czyste (zegarki, pocztówki) to musisz mieć i brudne ...
Najlepsze jest to, że w tym aucie nawet kontrolka check engine nie działa

Nie wiem, czy jest spalona, czy celowo ją w Kato wyłączyli przy którejś kolejnej naprawie, bo nic mnie już nie zdziwi...
-
1
-
-
W każdym razie usterka elektryczna, bo teraz wieczorem już jeździ normalnie. Makabra nie auto


Wymienięte świece, bo już wszystko zamówiłęm. Mam nadzieję, ze mi się żadna nie ukręci przy odkręcaniu, bo będę w kaczej... ALe one i tak powinny już być wymienione.
-
33 minuty temu, barbie609 moder napisał(a):
jakby to był normalny 469 to bym zaczął od kopułki i palca
.Po siedzeniem pasażera powinien być zestaw zapasowy.
No właśnie. A tu elektronika, niby niezawodna.
To niby może być świeca albo cewka. Ale równie dobrze może być problem z głowicą. Oczywiście jeśli to głowica, to auto kończy karierę
Liczę jednak, że może to świece, bo one nie były jeszcze chyba wymienione, a niby powinny być wymieniane co 30-40 tysięcy
-
No i tak. W piątek czarny
UAZ jeździł normalnie, a dziś makabrycznie wypada zapłon.
Może to tylko świece, więc wymienię i zobaczę...
-
I obiecany temat zegarków kolejowych. Bardzo popularny w stanach i amerykańscy kolekcjonerzy bardzo "jarają się" Railroad Grade.
Czemu? Zaraz opowiem.
W Europie rownież lubimy zresztą nasze zegarki kolejowe, ale za hisotrię. Ceny zegarków z wygrawerowanymi oznaczeniami linii kolejowej są wyższe niż takich samych bez takiego oznaczenia. Jednak z reguły są to zegarki dobre, alewciaż dosc zwykłe.
I nie ma ich za dużo, bardzo ciężko to w ogóle znaleźć. Ja mam jeden carski zegarek w bardzo kiepskim stanie:
... króry na deklu ma jak byk grawer linii kolejowej, niestety już nieczytelny
Ale wróćmy do tematu.
Otóż amerykańskie zegarki kolejowe to coś zupełnie innego. Jest ich masa i - zwłaszcza te najpopularniejsze są umiarkowanie drogie (bo dobre), ale kupić je bardzo łatwo.
Czemu są takie "legendarne" i takie poszukiwane? Bo były bardzo dobrej jakości. Po wypadku kolejowym spowodowanym awarią zegarka (na wielu liniach jednotorowych pociagi nie spotykały się tylko dzięki dopracowanemu, precyzyjnemu rozkładowi jazdy), Amerykanie wprowadzili wyśrubowane normy jakościowe dla zegarków akceptowanych jako służbowe.
Dodam, ze "legendarna" dokłądnośc chodu nawet fabrycznie (bo dziś przecież te zegarki swoje latka mają) nie byłą moze AŻ tak dobra jak najlepszych europejskich chronometrów, ale wciąz lepsza niz normy przewidziane dla większości współcześnie produkowanych zegarkówm mechanicznych.
Pod koniec XIX wieku zegarki te wyglądały dość zwyczajnie, były tylko lepiej wykończone i wyregulowane...
To zegarek z około 1885 roku, juz wyżej pokazywany, Illinois grade 106.
106-tka była najtańszym modelem "klejowym",wyżej była 104...
...a jeszcze wyżej bardzo poszukiwana i droga 105-tka, której niestety nie udalo mi się zdobyć, a kiedyś byłem blisko ustrzelenia trupka do naprawy
Zwyczajny wygląd zegarków kolejowych trwał do około 1910-20 roku... Tu jeszze kilka przykładów, cześc już pokzwywałem, cześci nie...
Po około 1910-20 roku większośc zegarków kolejowych zaczęła wygladać dośc charakterystycznie choć oczywiście styl ten stał się na tyle popularny, że nie wszystko, co tak wygląda koniecznie musi być zegarekim klasy kolejowej, wszystko zależy do mechanizmu.
Jest zatem Hamilton 950 z posta powyzej, choć bardziej popularny był 992 (tak popularny, ze wiecznie mi kasy było szkoda zeby go kupić
)
Popularne były też modele Illinois Bunn Special i Sangamo Special:
Pokazywany już wcześniej Keystone-Howard...
I potem powojenne już modele Hamiltona 950B i 992B (nie posiadam
) czy późne Elginy i Walthamy (pozostali producenci nie dotrwali do czasów powojennych)..
I to niby koniec, ale piszac o zegarkach kolejowych warto wspomnieć o marce Ball Watch Co z Cleveland w Ohio.
Nie była to fabryka, a marka, dla której mechanizmy produkowały inne fabryki. Robili troszkę "gorszych" modeli Commercial Standard, ale zdecydowana większość to "Official Railroad Standard", w zasadzie marka dla kolejarzy. W swojej kolekcji mam jeden, z mechanizmem wyprodukowanym w Waltham.
Zegarki Ball - poza rzadkimi wresjami - również są łątwo dostępne, ale z reguł drogie.
Warto dodać, że marka została nie tak dawno wskrzeszona i produkuje bardzo arakcyjne, acz - znów - drogie czasomierze z detalami nawiazującymi do tradycji marki.
I tak oto doszliśmy prawie do konca. Została mi jeszcze jedna fabryka, o której chcę wspomnieć, a przez którą płynnie przejdziemy na drugą cześć naszego globu
-
4
-
-
-
I w końcu nadeszła pora na inne amerykańskie miasto znane z produkcji zegarków, Lancaster w Pennsylwanii.
To akurat marka, którą możecie kojarzyć, bo Hamilton pozostaje znaczącym producentem zegarków, tyle że od klkudziesięcu już lat... szwajcarskim.
Historia zaczyna się od zegarków firmy Adams & Perry.
Mechanizmy te bardzo cieżko dostać. Mnie się jeden nawet trafił, ale sam mechanizm, do tego ma nieoryginalny balans, bo oryginalny stracił. I to już nie jest najwcześniejsza wersja, a późniejsza, nieco zmodyfikowana.
Ogólnie w przypadku tych mechanizmów wybrzydzać nie należy, bo ciężko o takie.
Kontynuacją pierwotnego projektu były kolejno Lancaster Watch Company i Keystone Watch Company...
Dalej to już Hamilton, jednak mam tu diurę w kolekcji, bo zadnego naprawdę wczesnego Hamiltona akurat nie posiadam...
Zdjęć będzie trochę, bo Hamilton to zegarki, które warto pokazywać
I tu pozostaje mi jeszcze moja kolejna perła w koronie.
Kupiełm bardzo tanio w Oświecimiu, naprawiłęm i mam. A niełatwo i nietanio to dostać...
To Hamilton 950, przedstawiciel grupy zegarków tzw. kolejowych, do których wrócę w jutrzejszej prezentacji.
A, i jeszcze taka kieszonka na koniec została, już powojenna.
-
3
-
1
-
-
Ciągnę dalej, bo chciałbym zachować jakiś tam porządek, choć wiem, ze historie zegarkowe są ciekawsze niż takie suche foty. Te może i też nawet będą, choć niestety to głównie zakupy z netu, mało z nich ma jakąś "moją" hostorię do opowiedzenia...
Kolejna firma to Columbus Watch Company z Columbus w Ohio.
Z początku zajmowała się wykańczaniem mechanizmów ze Szwajcarii...
Potem przyszedł czas na włąsny mechaniuzm. Mam taki z pierweszej serii, ale niestety naoprawiony przy użyciu wielu części z innych Columbusów, bo trafił mi się po prostu wrak...
I dalej było tak:
To wczesne Columbusy, z późniejszych mam model Railway King. Niegdyś dobry, dziś dezel...
Firma przekształciła się w South Bend Watch Combany z South Bend, Indiana...
To takie zwyklejsze, ponizej jeszcze dwa wysokej klasy mechanizmy, ale w średnich stanach...
Firma nie przetrwała Wielkiego Kryzysu i zniknęła z rynku.
-
2
-
-
Powiem, że temat jest nader ciekawy. Ja się dołączę do apelu o rozsądek i przypomnę, że ja na Podhalu przeważnie pracuję, rzadziej odpoczywam i domagam się osobnego pasa dla pracujących i osobnego dla turystów, bo sezon przychodzi to się zaraz korki robią i nie mogę dojechać
Dla tych co mnie nie znają, oczywiście żartuję, żeby nie było
-
1
-
1
-
-
1 godzinę temu, barbie609 moder napisał(a):
dla kolana lepsze by było tam i z powrotem Krościenko , jest łagodniej . Szkoda ,że z Kosarzysk nie poszliście prosto na zamek.
Tak, ale to był test przed Tatrami. Niestety wyszedł źle. Ta kontuzja spowodowała u mnie jednak przerwę od wysokich gór. Nawet jeszcze z Rohaczy od Rakonia szedłem z bólem, a to było 2 lata później. Teraz jest dobrze, ale zbiegać czy zeskakiwac jak kiedyś już nie mogę. Po części z uwagi na kolano, po czesci na dodatkowe 25kg
-
Jak rozumiem Becker. Zegary popularne, ale słynące z jakości
-
1
-
1
-
-
-
Zeby nie robić miszmaszu, pociągnę temat zegarków amerykańskich. Nie czas i nie miejsce, żeby opisywać każdego profucenta osobno, bo było ich bardzo dużo.
Ogólnie USA wówczas to fabryki, podcxzas gdy Europa to raczej mniejsze zakłady, choć często pozyskujące pólprodukty z wiekszych zakładów. Jednak zwłaszcza przed rokiem 1900. w Europie dominowała zupełnie inna filozofia produkcji.
Z amerykańskich fabryk, o których nie będę się nadmiernie rozpisywał:
Illinois Watch Co w Springfield w Illinois (zaczynająca jako Springfield Watch Co, potem IllinoismSpringfield Watch Co, a potem Illinois Watch Co),
Rockford Watch Company z Rockford w Illinois:
Aurora Watch Company z Aurora w Illinois (jak widać Illinois było jednym z dwóch "zagłębi" zegarkowych w USA)
Następnie firma, która sama, lub której maszyny, migrowały między New Jersey, Nowym Jorkiem, Fredonią, by w końcu skończyć również w Illinois, w Peorii konkretnie:.
'
Z firm, o których można, a nawet wypadaloby napisać dużo, wymieniłbym jeszcze na pewno E. Howard Watch Co.wywodzącej się ze wspominanej już fabryki w Waltham (Howard był jednym z pierwotych wspólników Dennisona, ale się odłączył na wczesnym etapie i zalożył swoją fabrykę, jedną z najleopszych w USA)
Marka potem zostałą sprzedana i zdecydowania większosć Howardów dostępnych w necie to już zegarki z fabryki Keystone-Howard (dobre, acz nieuznawane przez fanów Howarda za "prawilne" Howardy):
Prawdziwego Howarda mam tylko jednego, dobrego, ale w marnym stanie i troszkę ulepa...
Ale i tak fajnie, że w ogóle mam.
Potem Newark/Cornell - fabryka, która swe krótkie istnienie zakończyła w San Francisco, ale wielkiej kariery nie zrobiła...
A z producentów "budżetywych" np New York Standard Watch Co:
I tu bym na ten moment zakończył. Zostały mi jeszcze ze trzy, cztery posty o USA i możemy isć dalej w inne rejony świata
-
2
-
-
-
Babia Góra... no tak. Jeśli miałbym wskazac ciekawe - wg mnie - miejsce w Beskidach - to je ono.
Babia Góra.
Na Babiej byłem dwa razy.
Z pierwszej wycieczki nie mam zdjeć, a jeślim juz to może jakies analogowe, ale gdzie ja je teraz znajde???
Byłem wtedy bodaj w drugiej klasie liceum i poszliśmy na wycieczkę podczas szkolnego wyjazdu do Zawoi.
Z kolegą mówiliśmy pani nauczycielce, że te chmury wyglądająraczej źle, ale i tak poszliśmy.
Wchodziliśmy percią akademików. Jako zapaleni już wówcas turyści tatrzańscy zrobiliśmy sobie z kolegą zawody, kto nie dotknie żadnego sztucznego ułątwienia i niestety przegrałem, bo dotknąłem raz.
Na zejściu nasze przewidywania co do chmur się spełniły - dopadłą nas taka ulewa, że schronisko osiagnąłem przemoczony "do nitki", bo woda nalała mi się do wodoodpornej kurtki górą. Po prostu lało jak z cebra. ale ogólnie wycieczka przefajna, zresztą kto by się w tym wieku przejmował deszczem?
Drugi raz byłęm stosunkowo niedawno, bo jakoś okoo 2020 roku w styczniu. Było pięknie, zimowo, ale i bardzo zimno. I wiało. Kondycja niezgorsza, wszedłem i zszedłęm dziarsko.
Tym razem parking na Krowiarkach, wejście górą, zejście do schroniska (kto nie miał raczków, ten zjeżdzał na tyłku)i powrót dołem. Tu chciałem wrzucić parę zdjeć, ale nie mam (!).
Wygląda na to, ze nigdy ich nie zgrałem z telefonu i chyba przepadły. Ale nie w tym rzecz przecież - zdjęć z Babiej jest tu od groma i cóż moje telefonowe zdjęcia tu zmienią?
Ogólnie - bardzo lubię Babią, choć nieczęsto bywam. Natomiast zdecydowanie uwazam,ze to super miejsce na kilka jednodniówek, z których każda moze być inna!
-
Pieniny są piękne, tylko mi jakoś nigdy nie po drodze...
Pamiętam jak pewnego razu z mamą postanowiliśmy zrobić sobie jednodniowy wyjazd na Trzy Korony.
Wyjazd z Sosnowca wcześnie rano, bo to jednak kawałek.
Po drodze hamowanie przed stadem saren przebiegająch drogę przed Łąckiem, na szczęscie udane.
Przyjechaliśmy wcześnie, parking jeszcze prawie pusty. Pogoda piękna.
Swoją drogą Trzy Korony wydawały się bezpieczną opcją, bo byłem niedługo po mojej wysoce niefortunnej kontuzji kolana na zejściu z Polskiego Grzebienia i niestety kolano to dawało mi nieźle popalić.
Szlak naprawdę piękny. Tzn jesli są w Polsce góry nieustępujące Tarom bogactwem rzeźby terenu i różnorodnością, na pewno są to Pieniny, nawet jeśli są sporo niższe. Jak wspomniałem we wpisie o Baraniej, Beskidy uwazam za - po prostu - nudne, natomiast Pieniny to zdecydowanei inna bajka.
I już
Powiem tak - dla mnie najbardziej zaskakujace było to, jak krótka okazała się ta trasa. To jak Przysłop Miętusi Staników Żlebem, nawet nie jak Sarnia Skała. Spacerek po prostu...
I pora schodzić. Na zejściu obudziło się kolano i to obudziło się z pełną mocą.
Po prostu ból niesamowity i to był ten moment, kiedy naprawdę cieszyłęm się, że na wycieczkę "testową" wybrałem coś stromego acz niskiego, bo w Tatrach z takim bólem byłbym w sytuacji nie do pozazdroszczenia.
Tzn. i tak bym zlazł. Ale powtórki z Polskiego Grzebiebnia - gdy jak Herr Flick schodziłem na sztywnej nodze z około 1700mnpm do Smokowca nie chcę i nikomu nie życzę.
Zejście lasem na parkin i wyszło takie fajne półdniowe kółeczko.
Oczywiście wiem, ze każdy wie, co to Trzy Korony, ale jak komuś jeszcze bylo nie po drodze.. polecam. Naprawdę piękna górka i mało forsowna. Można się nie bardzi zmęczyć, a za to bardzo zachwycić. Jest moc!
-
2
-
-
Do Wisły mam względnie niedaleko, zatem często bywam... a raczej bywałęm póki mnie nie zatrzymywały obowiązki rodzinne...
Z reguły wybór jest prosty - z Wisły na Czantorię i z powrotem, bo to szybka przebieżka i przyjemne czeskie schronisko nieco poniżej szczytu...
Ale tym razem w Wiśle akurat byłem na cały tydzień, a Czantoria była tylko wstępem.
Jak widać - warunki wciaż zimowe, ale co mi tam - to tylko Beskid.
Następny dzień rozpoczynam pod krótszym ze słynnych wiaduktów niedokończonej trasy kolejowej do Zwardonia.
Tak - pierwszy przystanek - Stożek. Postój krótki, bo czas naglił (liczyłęm na zrobienie długiej trasy), widoki żadne, ogólnie raczej fajny spacerek niż ciekawa wycieczka. Ale zejśxcie ze Stożka na Kubalonkę (górą, bo tam chyba są dwa szlaki) już nieco ciekawsze...
Z dużym naciskiem na nieco.
Ogólnie w Beskidach nie lubię tego, ze w zasadzie cała wycieczka sprowadza się do łażenia po lesie, czyli tego, co w Tatrach jest najnudniejszym pierwszym i ostatnim etapem wyprawy. Jeszcze z fajną ekipą bywa weselej, natomiast Beskidy samemu są mocno "kontemplacyjne" i trzeba mieć nastrój, bo trasa po prostu bedzie raczej nudna i monotonna. Oczywiście to tylko moja opinia, bo znam takich (w tym mojego rodzonego brata), co Beskidy lubią, a Tatr nie.
Na Kubalonke zszedłem dosc wcześnie i stabnąłem przed dylematem, czy szturmować Baranią, czy nie, bo dzień jeszcze krótki.
Finalnie zdecydowałem, że idę.
Droga dłuuuga, ze łomatkobosko. Miałą łądniuejsze momenty, ale znów - długi i ciagnący się w nieskończoność spacer po lesie. Do tego zimno i sił ubywa szybciej niż w bardziej sprzyjających warunkach. Na etapie tego drogowskazu miałem już serdecznie dość, ale już dolazłem tu, to cóż było robić - poszedłęm dalej.
W schronisku postój na coś w rodzaju podwieczorku. Czas już nagli bardzo bardzo i trzeba było ruszać.Się baran na Baranią wybrał, normalnie pogratulować
.
Oczywiście - stąd już bardzo blisko, ale nogi miałem dawno wejdzione w cztery litery i każdy kolejny krok to już żadna przyjemność, zwłaszcza że Barania to...
...tylko Barania. Cytując słynnego pingwina "białawo tutaj"...
Jak widać już troszkę zaczynało być ciemno, wiec minąłem wieżę i rozpocząłem zejscie do Wisły Czarne.
I tu zaczęły się schody. I to strome. Otóż o drugiej stronie zbocza zaskoczyły mnie mocno warunki na szlaku, a konkretnie fakt, ze szlaku po prostu nie było. Zasypany śniegiem miejscami sięgającymi do połowy uda, czego o tej porze roku się już jednak nie spodziewałęm, wszak poza górami już wiosna za pasem.
Do tego nikt tędy nie szedł i nie było żadnych śladów - nic. Zejscie na azymut, ale przecież nie znam Baraniej tak dobrze, żeby na azymut zejść do Wisły.
Muszę powiedzieć, że byłęm troszkę w kropce. Mogłem po prosu wrócić na szczyt i do schroniska, ale nie bardzo mikałem czas na taki odwrót.Albo mogłem dalej szukać jakiegokolwiek oznaczenia szlaku, które jednak były - w tym miejscu pozbawionym lasu - przysypane śniegiem i nie było szans na ich znalezienie.
Trzeba było wejśc w las i szukać na drzewach, ale las spory, więc ciężki temat. Ale jak się szuka, to się jednak znajdzie, wypatrzyłęm gdzieś jakąś tablicę, a skoro jest tablica dla ludzi, to pewnie gdzieś przy szlaku.
Potem jeszcze triochę szukałem na wyczucie i w końcu znalazłęm!
Pojawiłą się przede mną ścieżka. To znaczy najpierw znalazłem ślady czyjegoś odwrotu - widać było, że ścieżka mu si,e skończyła i po krótkim brodzeniu w kopnym śniegu ktoś zawrócił, a potem juz ewidentna ścieżka i znaki.
Do Wisły dotarłęm o zmroku, ale... no właśnie. Ostatni autobus daaaawno już odjechał i czekał mnie jeszcze nocny spacer do centrum Wisły, a to spory kawałek. Aleto już po chodniku, wiec bez problemu. Od znalezienia ścieżki dostałem (chyba ze szcześcia) przypływu świezej energii na zejście i dziarsko do centrum doszedłem.
W plecaku miałem jescze trochę wody... zimnej. Widać jaka byłą temperatura, skoro mi woda w plecaku zamarzła :D
Ogólnie super wycieczka, choć troszeczkę przeszacowałem swoje możliwości, no ale... to wszak tylko Beskidy!
-
3
-
-
-
3 minuty temu, Jędrek napisał(a):
Ale dom stoi, tylko właścicieli zmienił, tak?
To jest zawiłą rodzinna historia jakich wiele, w której niedobry wuj wywujał wszystkich i wziął wszystko
-
1
-


Pomarańczowy UAZ znaleziony po 3 latach
w Hyde Park
Opublikowano · Edytowane przez pmwas
To musiało być zawilgocenie, bo ozdrowienie jest całkowite. Dziś już mam 150km, wczoraj z 70, jeździ normalnie.
Skrzynia też pracuje znośnie (poza synchrem 2-ki ok), więc to chyba zapalenie skrzyni, ale już mu lepiej
Ja mówię, że one chorują a nie psują się...