Jump to content

Search the Community

Showing results for tags 'przewodnik'.



More search options

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • O Górach
    • Szlaki
    • Wasze wycieczki
    • Let's go together
    • Tatry Słowackie
    • Aktualne warunki
    • Climbing
    • Fotografia
    • Inne góry
    • Important news
  • Pozostałe tematy
    • Noclegi i gastronomia
    • Sprzęt
    • Ogłoszenia
    • Shop
    • Hyde Park
    • Poznajmy się
    • O forum

Blogs

  • Blog Tatromaniaka
  • Blog Administratora
  • Ochtabiński
  • Szlak z Toporowej Cyrhli na Wielki Kopieniec
  • Montes, quibus nomen est Tritri
  • Śląski w przyrodzie.
  • Górskie wspominki
  • Michał Marek o górach
  • Orszak Trzech Króli
  • obecne wypadki w Tatrach
  • Vatra w Tatrach
  • Przepięknie jest...
  • Górskie tripy
  • Beskidzkie zachody

Calendars

  • Community Calendar

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


About Me

Found 2 results

  1. Jechać, czy nie jechać… do Murzasichla jest 600 km, więc jeśli się okaże, że prognozy jednak się nie sprawdzą, to z wejścia na Mnicha – nici, a paliwo spalone! 😉 Tak więc była 7 rano, my nadal siedzieliśmy w pokoju, jeszcze w ogóle nie spakowani, czekając na jakieś wieści o dobrych prognozach na jutrzejszy dzień. A jutro miał być dzień kobiet! Więc zdobycie tej pięknej góry, nad wyraz rozpoznawalnej - bo chyba każdy wie gdzie leży i jak wygląda Mnich, 8 marca byłoby niezłym prezentem dla mnie 😉 W końcu zielone światło! Jędrek pisze, że do 12 mamy okno pogodowe, ale trzeba będzie uważać na podmuchy wiatru. Decyzja o wyjeździe zapadła po długich przemyśleniach, ale około 10:30 w końcu wyjechaliśmy. Nigdy jeszcze tak późno nie jechaliśmy na Podhale 😉 Na miejscu byliśmy o 22:00. Tego dnia ruch na drodze był naprawdę spory i nie tylko na Podhalu wiało. Wtedy w całej Polsce zapowiadali duże podmuchy wiatru, więc trzeba było być uważnym. Nazajutrz pobudka o 4 rano, bo umówiliśmy się z Jędrkiem na 5 w Palenicy. Autem przewodnika podjechaliśmy na Włosienicę, uzupełniliśmy braki w sprzęcie i ruszyliśmy w stronę Morskiego Oka. Tam chwilka na śniadanko, małą kawkę i w drogę… na Mnicha! Po ubraniu się w sprzęt zimowy, rozpoczęliśmy naszą zimową, górską wyprawę. Szliśmy tak jak przebiega szlak letni, ponieważ była wtedy lawinowa 1 i małe zagrożenie, że coś może wyjechać spod nóg. Poza tym śnieg był na tyle twardy i dobrze związany, że było raczej bezpiecznie. Ja oczywiście zarzucałam Jędrka pytaniami, czy tu możemy iść, czy aby na pewno nic nie wyjedzie, a on z uśmiechem odpowiadał, że wszystko w porządku. No co.. przezorny zawsze ubezpieczony, a że dopiero wprawiam się w zimowe wysokogórskie wędrowanie i ciągle się uczę, zadawanie przeze mnie pytań, doświadczonemu przewodnikowi, jest w tym wypadku bardzo na miejscu 😉 Z każdym krokiem nabieraliśmy wysokości. Jędrek przypomniał, nam techniki chodzenia w rakach, które poznaliśmy u niego na kursie w styczniu 2019. Swoją drogą fajny kurs i gorąco polecam! Tak więc pięliśmy się w górę, co raz wyżej i im wyżej byliśmy, tym piękniejsze nas witały widoki. W pewnym momencie się wypłaszczyło i szliśmy prawie po równym śniegu. Słonko już zaświeciło gdzieś znad Żabiego Szczytu, ogrzewając nas cudownym ciepłem. Dzień był marcowy, więc i marcowa temperatura, a było około -7 stopni i przy świecącym słońcu, nawet całkiem ciepło, przyjemnie i miło. Skręciliśmy bardziej w lewo i lekkimi zakosami zaczęliśmy podchodzić pod ścianę Mnicha. Tam ubraliśmy uprzęże, kaski i związaliśmy się liną. Najpierw Jędrek wszedł w ścianę i zaczął się wspinać, a następnie założył stanowisko do asekuracji. Potem po kolei zaczęliśmy swoją wspinaczkę. Hah wspinaczka dużo powiedziane! Wdrapywanie się w rakach po granitowej skale, nie należy do zbyt prostych i przyjemnych 😜 Dlatego chyba z nadmiaru adrenaliny nie bardzo pamiętam to przejście 😉 Ale pamiętam jedno – dużo emocji! Najgorsze, że zaczęły się zapowiadane podmuchy wiatru, które strasznie obniżały odczuwalną temperaturę. Ale na szczęście samo wejście na Mnicha, nie zajęło nam dużo czasu, bo jakieś pół godzinki. Na samym szczycie, Jędrek od razu zaczął przygotowywać stanowisko do zjazdów. W tym czasie udało mi się nagrać krótki filmik, aby zapamiętać jak najwięcej się da. Wiatr się wzmagał, trzeba było ostrożnie się ewakuować. Najpierw zjechał Tomek, potem ja. Dobrze, że byłam parę razy na ściance, dlatego miałam w miarę dobre obycie z liną 😉 Zadziwiłam się totalnie, gdy po zjeździe, łzy napłynęły mi do oczu. Nie wiedziałam, czy to ze szczęścia, czy ze strachu. Pomyślałam jednak, że to chyba adrenalina tak zadziałała, a wzmagający się wiatr i napływające chmury, spotęgowały kłębiące się w mojej głowie myśli, o tym, czy uda się uciec ze szczytu przed załamaniem pogody. Szczęśliwie po zjeździe, wiatr zmalał, jednak pogoda nadal się zmieniała. Zaczęliśmy schodzić, wtedy już z uśmiechami na twarzach, co jakiś czas spoglądając na górę, na której przed chwilą stanęliśmy. Przed nami jawiło się piękne błękitne niebo, lekko muśnięte białymi obłokami. Po 10:00 byliśmy już dość nisko i szło się nam bardzo przyjemnie. Było tak błogo, że nie zważaliśmy już, na to, że za naszymi plecami toczy się walka słońca z ciemnymi chmurami śniegowymi. Przy Morskim Oku, spojrzeliśmy na Mnicha żegnając go w myślach, jak dobrego znajomego i udaliśmy się na Włosienicę, gdzie zaparkowaliśmy. Jędrek pojechał do domu, a my skoczyliśmy na obiad do Roztoki ❤️ Tak naprawdę załamanie pogody przyszło w nocy. Gdy w dzień, chmury pozostały nad górami, w Murzasichlu była całkiem znośna pogoda i dość ciepło. Dopiero w nocy, przekonaliśmy się co znaczy halny wiatr. Nad ranem nasza Pani gospodyni, powiedziała, że to.. to jeszcze nie wiało tak ostro!.. My jednak byliśmy pod wrażeniem, że góralskie chaty takie solidne! 😉 Z górskim pozdrowieniem! Mili ✌
  2. Spaliśmy wtedy w ukochanej Roztoce. ❤️ Pobudka o 3:30 i zejście na Palenicę, gdzie o 5:00 czekał już nasz przewodnik. Zapakowaliśmy się do jego auta i w drogę! Naszym przewodnikiem był Edi, min. zawodowy ratownik TOPR, także wiedzieliśmy, że na pewno jesteśmy w dobrych rękach 😄 Dojechaliśmy do Tatrzańskiej Polanki, a potem trzęsącym się a'la busem, do Śląskiego Domu. Tam chwilka na jakieś szybkie śniadanko, toaletka i w drogę ... w góry, na najwyższy szczyt Karpat! Wyruszyliśmy około 7:00 spod hotelu w kierunku Polskiego Grzebienia. Sierpniowa pogoda w 2018 była cudowna, słońce jeszcze nisko, fajny chłodek, lekki wiatr, nic tylko iść ... Za Stawem Wielickim zaczęliśmy nabierać wysokości. Po kilku chwilach, zeszliśmy ze znakowanego szlaku i rozpoczęliśmy podejście pod Wielicką Próbę. Będąc już pod ścianą, ubraliśmy uprzęże i kaski oraz związaliśmy się liną. Tam nagrałam jedyny super extra szybki filmik, gdyż przewodnik już nas popędzał do wspinaczki. Zaczynał się pierwszy etap wspinania. Uczucie towarzyszące mi wtedy, pamiętam bardzo dobrze, ponieważ uwielbiam dotykać dłońmi tatrzańską skałę. Czułam się w swoim żywiole, intuicyjnie chwytałam się skały, co raz bardziej nabierając wysokości. Po około godzinie wdrapywania się, przeszliśmy na drugą stronę grani, gdzie znaleźliśmy się na Przełączce nad Kotłem. Tutaj nad Gerlachowskim Kotłem, z łatwością pokonywaliśmy zbocze Małego Gerlacha. Co jakiś czas mijały nas zespoły prowadzone przez innych przewodników, głównie słowackich. Doganialiśmy ich, a ze względu na duży ruch, Edi wybrał jednak trudniejszą technicznie drogę, obfitującą w dość mocne ekspozycje. Mogliśmy wszystkich ominąć i tym samym przeżyć jeszcze lepszą przygodę! Trawersowaliśmy zbocza Małego Gerlacha i co jakiś czas wspinaliśmy się w górę, czy schodziliśmy w dół. Po kilku takich wejściach i zejściach, po skale, przy dużej ekspozycji, która była naprawdę spora, weszliśmy na szczyt i grzecznie czekając na swoją kolej, dotknęliśmy krzyża... Widoki ze szczytu oczywiście przepiękne! Ale pamiętam, że panorama nie zachwyciła mnie tak jak widok z Rysów, który uważam jak dotąd za najpiękniejszy, jaki widziałam. A może przytłoczył mnie ogrom Jego Wysokości? Lodowy, Durne, czy Łomnica były za daleko, a do innych bliższych szczytów, jakieś 200 metrów niżej i też miałam wrażenie, że są sporo dalej. Egoistycznie, po prostu lubię mieć górki dla siebie „na wyciągnięcie dłoni”, dlatego pewnie takie miałam odczucia 😊 Na szczycie było z nami o zgrozo - jakieś 15 osób! Co i tak nie przebija, ilości ludzi w sezonie letnim, na naszym najwyższym szczycie 😉 Obowiązkowo wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej, umieszczonej w metalowej skrzynce i po około 30 min., podziwiania, wzdychania i cykania fotek, ponownie związani liną, zaczęliśmy zejście Batyżowiecką Próbą. Potem Edi powiedział, że byliśmy jedyni, którzy tak długi czas spędzili na szczycie. Inne zespoły po zrobieniu pamiątkowej foty, od razu schodziły. Pomyślałam - nie ma mowy, żebym po 5 min. od wejścia miała od razu schodzić! Batyżowiecka Próba dała nam wiele pozytywnych emocji, ale załatwiła mi kolana. Nie ma co się dziwić, gdyż samo zejście po skałach, to jakieś 500 m ciągłego, stromego parcia w dół. Kilka umieszczonych klamer, po pionowej ściance, dostarczyło nam lekkiego dreszczyku emocji. Gdyby jednak ich tam nie było, myślę że konieczny byłby zjazd po linie, a to dopiero emocje! Dolina Batyżowiecka jest przepiękna, a otaczający ją masyw Gerlacha i inne szczyty, robią przeogromne wrażenie. Szliśmy dalej w dół doliny, po drodze mijając Staw Batyżowiecki. W górze słońce tak nie dokuczało jak w dolinie, a nam niestety kończyła się woda. Przemierzając kolejne metry, z każdą upływająca chwilą, robiło się coraz cieplej, była godzina 13. Na szczęście do celu było już blisko i po jakimś czasie, dostrzegliśmy w dole Śląski Dom. Obowiązkowe piwko przed hotelem, smakowało wybornie i nawet nie zwróciłam uwagi, że miało 3,5% 😉 Czekaliśmy jeszcze na a'la busa. Kilka innych przewodników witało się z naszym i wtedy usłyszeliśmy słowa skierowane, do Ediego - Witamy najlepszego topografa Tatr! Spojrzeliśmy na siebie nawzajem, dumnie się uśmiechając, że to właśnie Edi prowadził nas na legendarny Gerlach. Wyprawa dobiegła końca i wróciliśmy do Roztoki. Tam przynajmniej miałam swoją Fortunkę, którą opiłam naszą zdobycz 😉 Ps. Celowo użyłam wcześniej słowa wycieczka, ponieważ jak to z reguły bywa na zaplanowanej wycieczce, na nic więcej czasu nie ma, oprócz trzymania się kurczowo planu. Tak było również wtedy. Przewodnik nadał dosyć duże tempo, dlatego nie zrobiłam wielu zdjęć z podejścia, nad czym mega ubolewam. Myślę, że jeśli kogoś marzeniem jest, wejść na Gerlach, to wybranie przewodnika jest najłatwiejszą opcją, nie mylić z najtańszą 😉 Taka przygoda, to jednak spory wydatek, ale i tak sądzę, że warto. Gdybym mogła jednak wejść jeszcze raz, to poszłabym bez przewodnika, ale wtedy inną drogą. Ta którą szliśmy jest niestety, drogą tylko na wejścia przewodnickie. Z górskim pozdrowieniem! Mili ✌️
×
×
  • Create New...