Jump to content

Leaderboard


Popular Content

Showing content with the highest reputation since 07/10/2020 in Blog Entries

  1. 8 points
    Spaliśmy wtedy w ukochanej Roztoce. ❤️ Pobudka o 3:30 i zejście na Palenicę, gdzie o 5:00 czekał już nasz przewodnik. Zapakowaliśmy się do jego auta i w drogę! Naszym przewodnikiem był Edi, min. zawodowy ratownik TOPR, także wiedzieliśmy, że na pewno jesteśmy w dobrych rękach 😄 Dojechaliśmy do Tatrzańskiej Polanki, a potem trzęsącym się a'la busem, do Śląskiego Domu. Tam chwilka na jakieś szybkie śniadanko, toaletka i w drogę ... w góry, na najwyższy szczyt Karpat! Wyruszyliśmy około 7:00 spod hotelu w kierunku Polskiego Grzebienia. Sierpniowa pogoda w 2018 była cudowna, słońce jeszcze nisko, fajny chłodek, lekki wiatr, nic tylko iść ... Za Stawem Wielickim zaczęliśmy nabierać wysokości. Po kilku chwilach, zeszliśmy ze znakowanego szlaku i rozpoczęliśmy podejście pod Wielicką Próbę. Będąc już pod ścianą, ubraliśmy uprzęże i kaski oraz związaliśmy się liną. Tam nagrałam jedyny super extra szybki filmik, gdyż przewodnik już nas popędzał do wspinaczki. Zaczynał się pierwszy etap wspinania. Uczucie towarzyszące mi wtedy, pamiętam bardzo dobrze, ponieważ uwielbiam dotykać dłońmi tatrzańską skałę. Czułam się w swoim żywiole, intuicyjnie chwytałam się skały, co raz bardziej nabierając wysokości. Po około godzinie wdrapywania się, przeszliśmy na drugą stronę grani, gdzie znaleźliśmy się na Przełączce nad Kotłem. Tutaj nad Gerlachowskim Kotłem, z łatwością pokonywaliśmy zbocze Małego Gerlacha. Co jakiś czas mijały nas zespoły prowadzone przez innych przewodników, głównie słowackich. Doganialiśmy ich, a ze względu na duży ruch, Edi wybrał jednak trudniejszą technicznie drogę, obfitującą w dość mocne ekspozycje. Mogliśmy wszystkich ominąć i tym samym przeżyć jeszcze lepszą przygodę! Trawersowaliśmy zbocza Małego Gerlacha i co jakiś czas wspinaliśmy się w górę, czy schodziliśmy w dół. Po kilku takich wejściach i zejściach, po skale, przy dużej ekspozycji, która była naprawdę spora, weszliśmy na szczyt i grzecznie czekając na swoją kolej, dotknęliśmy krzyża... Widoki ze szczytu oczywiście przepiękne! Ale pamiętam, że panorama nie zachwyciła mnie tak jak widok z Rysów, który uważam jak dotąd za najpiękniejszy, jaki widziałam. A może przytłoczył mnie ogrom Jego Wysokości? Lodowy, Durne, czy Łomnica były za daleko, a do innych bliższych szczytów, jakieś 200 metrów niżej i też miałam wrażenie, że są sporo dalej. Egoistycznie, po prostu lubię mieć górki dla siebie „na wyciągnięcie dłoni”, dlatego pewnie takie miałam odczucia 😊 Na szczycie było z nami o zgrozo - jakieś 15 osób! Co i tak nie przebija, ilości ludzi w sezonie letnim, na naszym najwyższym szczycie 😉 Obowiązkowo wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej, umieszczonej w metalowej skrzynce i po około 30 min., podziwiania, wzdychania i cykania fotek, ponownie związani liną, zaczęliśmy zejście Batyżowiecką Próbą. Potem Edi powiedział, że byliśmy jedyni, którzy tak długi czas spędzili na szczycie. Inne zespoły po zrobieniu pamiątkowej foty, od razu schodziły. Pomyślałam - nie ma mowy, żebym po 5 min. od wejścia miała od razu schodzić! Batyżowiecka Próba dała nam wiele pozytywnych emocji, ale załatwiła mi kolana. Nie ma co się dziwić, gdyż samo zejście po skałach, to jakieś 500 m ciągłego, stromego parcia w dół. Kilka umieszczonych klamer, po pionowej ściance, dostarczyło nam lekkiego dreszczyku emocji. Gdyby jednak ich tam nie było, myślę że konieczny byłby zjazd po linie, a to dopiero emocje! Dolina Batyżowiecka jest przepiękna, a otaczający ją masyw Gerlacha i inne szczyty, robią przeogromne wrażenie. Szliśmy dalej w dół doliny, po drodze mijając Staw Batyżowiecki. W górze słońce tak nie dokuczało jak w dolinie, a nam niestety kończyła się woda. Przemierzając kolejne metry, z każdą upływająca chwilą, robiło się coraz cieplej, była godzina 13. Na szczęście do celu było już blisko i po jakimś czasie, dostrzegliśmy w dole Śląski Dom. Obowiązkowe piwko przed hotelem, smakowało wybornie i nawet nie zwróciłam uwagi, że miało 3,5% 😉 Czekaliśmy jeszcze na a'la busa. Kilka innych przewodników witało się z naszym i wtedy usłyszeliśmy słowa skierowane, do Ediego - Witamy najlepszego topografa Tatr! Spojrzeliśmy na siebie nawzajem, dumnie się uśmiechając, że to właśnie Edi prowadził nas na legendarny Gerlach. Wyprawa dobiegła końca i wróciliśmy do Roztoki. Tam przynajmniej miałam swoją Fortunkę, którą opiłam naszą zdobycz 😉 Ps. Celowo użyłam wcześniej słowa wycieczka, ponieważ jak to z reguły bywa na zaplanowanej wycieczce, na nic więcej czasu nie ma, oprócz trzymania się kurczowo planu. Tak było również wtedy. Przewodnik nadał dosyć duże tempo, dlatego nie zrobiłam wielu zdjęć z podejścia, nad czym mega ubolewam. Myślę, że jeśli kogoś marzeniem jest, wejść na Gerlach, to wybranie przewodnika jest najłatwiejszą opcją, nie mylić z najtańszą 😉 Taka przygoda, to jednak spory wydatek, ale i tak sądzę, że warto. Gdybym mogła jednak wejść jeszcze raz, to poszłabym bez przewodnika, ale wtedy inną drogą. Ta którą szliśmy jest niestety, drogą tylko na wejścia przewodnickie. Z górskim pozdrowieniem! Mili ✌️
  2. 5 points
    Godzina 5:40. Budzę się, o dziwo, samemu. Budziki nastawione na 6:00 i 6:15, ale czuję się w miarę "wyspany" - o ile to możliwe mówiąc po niecałych 5h snu 😉 Stwierdzam, że nie ma co dosypiać, bo mogę obudzić się totalnie zmulony. Wstaję. Wlatuje śniadanko. Jajecznica, kanapki z serem, herbatka. Za oknem piękne, błękitne niebo. Termometr wskazuje 10 st. C. Eh... Gdyby taka temperatura panowała cały dzień😉 Na drogę przygotowuję sobie jeszcze kanapki i jabłuszko. Wody w bukłaku dwa litry - niewiele, ale styknie, bo dużo schronisk będę mijał po drodze. W trosce o moje zjechane po przedwczorajszym treningu nogi wsypuję słuszną ilość tabletek z magnezem. Oby mi moich biednych, zmasakrowanych pośladków nie odcięło na zbiegu😂 Po 6:30 jestem spakowany i gotowy do drogi. Kierunek - Sopotnia Wielka. Po 7:20 dojeżdżam do celu - wylotu zielonego szlaku na Pilsko. Wytaczam się z auta - na pewno już 10 st. C nie ma 😉 Szybki zrzut zbędnych płynów, dopasowuje pas biodrowy i piersiowy plecaka, kijki w dłoń i....mogę ruszać 🙂 Jest godzina 7:29. Na początku wycieczki towarzyszą mi dwie myśli: 1. Dobrze, że w Beskidach nie ma tak długich, tatrzańskich dolin, jak np. pojeb*na Chochołowska i mogę iść od razu pod górę; 2. Jak najszybciej zdobyć wysokość - toczyłem swoisty wyścig, co wzrośnie szybciej - moja wysokość n.p.m. czy temperatura powietrza 😄 Jak na godzinę 7:30 idzie mi się zaskakująco szybko. Jestem pod wrażeniem swojego tempa, a i tak się hamuję - wiem, że zbędne przyspieszenie, szarpnięcie odpokutuje na ostatnich kilometrach. Także staram się utrzymywać zimną krew 🙂 Zielony szlak jest w miarę przyjemny - dużo błotnistych fragmentów, na których muszę trochę zwalniać, by je przejść suchą stopą. Szlak szeroki, nie wiem czy nie jest nim czasami zaopatrywane schronisko na Hali Miziowej, nie trzeba przedzierać się przez chaszcze. Pierwsze, ładne widoczki zaczynają się po ok. 25 minutach marszu, co jest chyba jednym z rekordowych szlaków pod tym względem 🙂 Momentami widzę też Pilsko, jak to daleko! Jednak ma to swoje minusy - jeśli są widoki, to znaczy, że w pobliżu nie ma drzew. A jak nie ma drzew to słonko sprawia, że momentalnie robi się turbo gorąco. Ale psychika pod tym względem też zahartowana - pocieszam się, że robiąc treningi w klatce schodowej bez okien, w której jest wilgotno jak cholera jest dużo, dużo gorzej. Dopóki nie będzie 35 stopni to nie stanę 😄 W pewnym momencie zatrzymuję się przed skrzyżowaniem. Standardowo - oznaczeń brak. Prosto czy w lewo 🤔 (w prawo na pewno odpada, bo w dół, jeszcze nie teraz 😛). Dobra, niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba 😃 Idę w lewo, ale po 3 minutach coś mnie tknęło. "Oby nie było powtórki z Banikova, Łukasz" - myślę sobie. Zachowawczo wyciągam więc telefon, odpalam mapkę i wszytko staje się jasne - poszedłem źle, powinienem iść prosto 😛 Chwila namysłu, cofać się czy iść dalej? "Eee, to Beskidy, po drugiej stronie tej górki jest dalej szlak, poradzę sobie" - pomyślał głupi Jaś i poszedł 🙃 A tak poważnie to moje przemyślenia były słuszne - zameldowałem się na wierzchołku tej górki, skręciłem w lewo (cały czas szedłem wyraźną drogą), po czym odbijając lekko w lewo ścieżką zbiegłem do czarnego szlaku. "Kurde, jak to Pilsko i końcowe podejście rośnie w oczach" - myślę sobie, widząc już stromy fragment od Hali Miziowej na szczyt. Odbijam w prawo i po 2 minutach melduję się na Przełęczy Buczynka, skąd bez zatrzymywania się ruszam dalej. Po paru minutach mijam rozległą Halę Górową, Pilsko już na wyciągnięcie ręki. Mijam też pierwszych ludzi. Biegnie się przyjemnie, póki co, pośladki i dwugłowe uda nie przeszkadzają. Ale co to by był za luksus, gdyby w 100% były sprawne! 😛 Wbiegam w las, płaskie podejście i zanim się obejrzałem melduję się na skraju Hali Miziowej. Nieźle, zajęło mi to niecałą godzinkę. Po dwóch minutach jestem pod schroniskiem. Zerkam na szlakowskazy - Pilsko, szczyt Polski, 30 minut. Hm... chyba da się szybciej 😃 Biorę łyka wody i zaczynam to co sprawia mi największą przyjemność. Jedna, wielka KOSA pod górę 😁 Tyle razy już tędy szedłem, że wiem czego się spodziewać, ale opowiem Wam w skrócie o co chodzi: Pilsko to ten typ góry, który potrafi robić w wała😉 Wychodzisz zza schroniska - patrzysz na to strome podejście - WTF, tam to chyba musi być polski szczyt. Podczas podchodzenia widzisz, że z lewej strony nagle znowu góra rośnie, podejście nie łagodnieje - "dobra, tam jednak musi być szczyt!". W końcu człowiek się doczłapie i JEB! na szczyt trzeba znowu trochę podejść. Już witasz się z gąską, a na tabliczce "Góra Pięciu Kopców" 😉 F*ck, dobra jeszcze chwilę i jesteś na Pilsku. W końcu, mijając kosówkę dochodzisz na właściwy, słowacki wierzchołek. Mnie na szczęście Pilsko już nie oszukuje (tak, dałem mu się zrobić w konia swego czasu z 2 razy😛). 8:50 jestem na Górze Pięciu Kopców. Swoją drogą, zastanawialiście, gdzie jest te Pięć Kopców? Nie? To ja Wam podpowiem 😉 Jeden kopiec znalazłem na słupku granicznym 😛 Reszty poszukajcie sami 😃 Po kolejnych dwóch minutach już jestem na Pilsku, wierzchołku słowackim. Czas? Jak dla mnie niezły - 1h 23min z Sopotni, szybciej niż zakładałem 😃 Gdybym tam mieszkał, to co drugi dzień mógłbym wlatywać na Pilsko. A widoki ze szczytu... Jeśli ktoś uważa, że na Babiej ładniej to nie był na Pilsku😉 Przy dobrej widoczności widać Tatry, Małą Fatrę i kawałek Tatr Niżnych. A przy gorszej - Babią Górę, caaaaały Beskid Żywiecki i Śląski na czele ze Skrzycznem. Na szczycie prócz mnie nie ma nikogo, ale po dwóch minutach dociera państwo, z którymi spędzę kolejne 20 minut na rozmowie o bieganiu, Romanie Ficku i jego GSB w 107 godzin, panoramach, Tatrach i innych górskich rzeczach 🙂 W międzyczasie wsuwam zasłużonego Snickersa (bardziej chyba temu by mieć lżejszy plecak, niż faktycznie potrzebowałem doładowania 😂) i obserwuję pogodę. Strzelające w górę chmury Towering Cumulus nad Beskidem Śląskim podpowiadają mi, że faktycznie może być dzisiaj burzowo. Na szczycie spędziłem trochę ponad 20 minut, ale cóż, czas opuścić przyjemny wiaterek i chłód Pilska, i zacząć się kierować w dół, ku Rysiance i Lipowskiej, które świetnie też widać ze szczytu. O 9:15 zaczynam zbieg, szybko mijam Górę Pięciu Kopców, następnie w stronę wyciągu i cyk, odbijam w lewo na niebieski szlak, by ominąć Halę Miziową. Zatrzymuję się tylko, aby zerknąć na mój dzisiejszy cel - Wielką Raczę (to ta za tą górką, co wskazuje kijek. Przy okazji załapał się jakiś latający owadowaty 😄) . Temperatura wraz z utratą wysokości rośnie. "Te chmury wcale nie są takie złe, o ile przysłonią to słoneczko" myślę sobie, zachowując czujność na stromym zbiegu. Mniej więcej w tym czasie zaczynam toczyć dyskusję z moimi nie zregenerowanymi pośladkami i dwugłowymi mięśniami ud. - Dacie radę? - Póki co tak! - Jak coś by było nie tak to mówcie! - Na pewno pierwszy się o tym dowiesz! Lecę dalej - środek sezonu, niedziela, a ludzi jak na lekarstwo. Stoicie dalej w kolejkach w Tatrach na Giewont albo na Kasprowy? O, jaka szkoda 😛 Ja w tym czasie popylam góra dół w Beskidzie na pustym szlaku😉 Mijam strome podejście na Hali Cudzichowej - raz stamtąd zjeżdżałem rowerem, po chwili miałem taką prędkość, że ludzi zauważyłem na 0,05 sek przed tym jak ich mijałem. Jak ja się wtedy nie wyjeb*łem to nie wiem. Zwłaszcza, że zjeżdżałem na lewo od szlaku, po trawie. Podejście się kończy, staje na szczycie pagórka o nazwie... Brst? Brvst? Coś w tym stylu. Tak czy siak, charakterystyczne miejsce, bo stoi tam ławeczka, przy której odpoczywa rowerzysta, z którym jeszcze się spotkam. No! To teraz w dół! Zbiegam aż miło, aż tu nagle szlak zamienia się w jakiś raj dla świń! "Kur*a, albo ja jestem jakiś odjeb*ny od rzeczywistości albo to nie jest szlak" - myślę sobie, podziwiając jedno, wielkie bagno. Jak to ominąć? Z lewej? Nie. Z prawej? Pff... Szanse jak w Totka... Dobra, próbuję. Stawiam prawą nogę w miarę stabilnie, lewa, prawa, ale gdzie tu postawić lewą? Dobra, są jakieś trawki, powinno być stabilnie. Stawiam lewą nogę i chlup! Bagienko pod spodem pochłania mi nogę. Wyskakuje jak poparzony, robię trzy kolejne kroki ale w końcu jestem po drugiej stronie. Kosztem uwalonego buta. W tym czasie mija mnie wcześniej spotkany rowerzysta - jemu to dobrze! No dobra, czas dokonać oględzin. Błoto w skarpecie to taka gra na czas - szybciej dobiegnę czy zatrę stopę? Chwytam garść trawy, próbuje trochę się wyczyścić. Nie jest źle, całkiem ładnie schodzi, w bucie bardziej woda niż błotko, ale kurde... JAK TO BŁOTO WALI! Nasrał tam ktoś czy co? A do bieżącej wody na Rysiance jeszcze trochę... Dobra, ruszam dalej, trzymając swoją lewą, śmierdzącą rękę jak najdalej od swojego nosa 😉 Btw, to błoto strzelam, że powstało przez quady i motory (o czym zresztą świadczą ślady), wiem że to częsta i popularna trasa. I spoko, rozumiem, że chcą spędzić czas w górach z moto, ale jest tyle spychaczówek, dróg. Jest gdzie jeździć, więc jeśli ktoś to czyta pomykający na moto - wybierajcie coś innego niż szlaki, naprawdę jest dużo innych opcji. I zamontujcie tłumiki, te Wasze pierdziawki nie należą do najprzyjemniejszych dźwięków lasu 😉 Lecę dalej, do Przełęczy Trzy Kopce nie daleko. Rysianka i Lipowska rosną w oczach, tą drugą nawet już widzę 😉 Po chwili jestem już na Trzech Kopcach, teraz w dół, w stronę rezerwatu przyrody. Szlak przez rezerwat z roku na rok coraz bardziej zniszczony. Parę lat temu były kładki z poręczami, później były kładki bez poręczy, a teraz już momentami brakuje kładek. Bagno jest tam zawsze, więc nie chce się narzucać, ale szlak powinien być szlakiem a nie poza-szlakiem. Od rezerwatu jeszcze chwilka i już jestem na skraju hali. Hala jest gigantyczna, a na wiosnę kwitnie tam masa krokusów (na zdjęciu krokusy z kwietnia 2019). Podchodząc nią mijamy się po raz trzeci ze spotkanym wcześniej rowerzystą. Podjazd jest słuszny, dlatego wcale mnie ten widok nie dziwi. Zamieniamy parę słów, dowiaduje się, że też startuje z Sopotni oraz, że mnie widział jak zaczynałem traskę, ale on wjeżdżał drogą. Przy tych podjazdach, mając w pamięci swoją własną przygodę rowerową w tych regionach zastanawiam się, czy w ogóle warto pchać się tu na dwóch kółkach. Wciągania tego żelastwa jest cała masa. Tak czy siak na pewno ostatni fragment jego trasy, która leci już tylko w dół, będzie dużo przyjemniejszy niż mój🙂 O 10:24 melduję się przed schroniskiem. Czas z Pilska 1:09, całkiem całkiem mimo bagna. Teraz trzeba się posilić - zamawiam żurek. Kusi zimny browarek, jednak to nawet 1/3 trasy nie jest, więc planuje, że to złoto wleci pod koniec wycieczki 😉 Szybko zjadam pyszniutką zupkę popijaną chłodną coca-colą. Wcinam szybciutko, gdyż toaleta upomina się o swój towar 😛Trochę czasu w niej spędzam, na szczęście Rysianka nie oszczędza na papierze i jest normalny, biały, a nie ten ścierny - szary 😉 Zbieram się do dalszej trasy, gdyż niebo coraz bardziej przykrywają chmurki. Fajnie - będzie chłodniej. Ruszam w stronę Lipowskiej w celu uzupełnienia wody. Najgorzej jest ruszyć po takiej przerwie. Moje pośladki i dwugłowe uda mówią w tym czasie do mnie: - Stary, czy ciebie kompletnie powaliło?! Myśleliśmy, że na Rysiance koniec! - Nie narzekajcie chłopaki! Marudzicie! - Przecież był żurek! Posiłek jest przecież na koniec dnia! - No to widzicie. Niespodzianka! Na Lipowskiej melduję się po 5 minutach, wyciągam bukłak, uzupełniam wodę do ponad 2l. Chciałem wrzucić dwie tabsy magnezu, wleciały trzy. Kurde, będzie słodko. Pakuję plecak, biegnę dalej, ale chwilunia... Coś nie pasuje. Coś mnie obciera. Chyba czas... Użyć plastra na stopę i wazelinki na... 😏 Znajduję ustronne miejsca, robię to co trzeba, licząc na to, że nikt mnie nie zaskoczy w niezręcznej sytuacji 😂 Sprawdzam naoliwienie napędu - o tak, śmiga aż miło, mogę lecieć dalej😉 Teraz zaczyna się najprzyjemniejszy fragment trasy. 75% drogi z Rysianki do Ujsół to łąki i hale. Fragment baaardzo dobrze mi znany, nawet lepiej niż odcinek Pilsko - Rysianka. Znam tu niemalże każdy fragment trasy. Mijam rozejście szlaku na Halę Boraczą, odbijając w lewo by podążać żółtym szlakiem, biegnę z minutkę, i nagle... robi się biało! Łowiecki!!! Staję przed nimi by je puścić a one stop! VID_20200726_112008.mp4 Wyraźnie koleżanki nie chcą iść mimo zachęt swoich przewodników. Robi się patowa sytuacja, chyba przypadkowo zatrzymałem tą delegację. Usuwam się w bok, a one jak stały tak stoją. No dobra, sam rozwiążę ten problem, pomogę im - wchodzę pomiędzy nie, by ominąć newralgiczny zator. Mają zdecydowaną przewagę liczebną, ale albo ja taki straszny albo mój aromat sprawia, że ustępują mi miejsca😉 W końcu ruszyły dalej 😉 Zwierzątko w historii - zaliczone! Trasa żółtym szlakiem jest nadzwyczaj przyjemna. Wysokość wytraca się naprawdę powoli, więc biegnę patrząc na Wielkiego Rozsutca w paśmie Małej Fatry i na szczyty Beskidu Żywieckiego. Tempo na tym odcinku 5'30/km, całkiem ładne jak na dystans, który już mam w nogach 🙂 Dobiegam do Hali Redykalnej, dalej w dół, następnie pod górę, mijam dwie kałuże, których się spodziewałem, bo są tam zawsze. Następnie chwilę po równym i w dół zakosami, po fragmencie szlaku, który służył do zwózki drewna. Truchta się po tym naprawdę nieprzyjemnie, gdyż oprócz dużej ilości luźnych kamieni jest również dosyć błotnisty. Widzę też mój kolejny cel, pie*rzony Muńcuł. Trafiam też w końcu na pierwsze zabudowania - zawsze mnie zastanawia, czy np. dzieci, by się pobawić z rówieśnikami, muszą dymać, góra dół do np. Złatnej. I wyobraźcie to sobie xD Jesteście np. 10-latkiem i wychodzicie z domu by popykać w gałę czy coś. Schodzicie na dół przez 40 minut i nagle sobie uświadamiacie, że nie pamiętacie czy zamknęliście drzwi do domu na klucz (bo każdy kiedyś cofał się, by sprawdzić czy drzwi są zamknięte😏). Więc zawracacie. Zajmuje Wam to godzinę, drzwi oczywiście zamknięte, więc popylacie kolejne 40 minut w dół. I dwie godziny wyjęte z życia 😉 Chyba, że taki bąbel lubi widoczki, może one taki wysiłek rękompensują. Mijam kolejny dom, słyszę szczekanie - oho, ciekawe czy to nadal ten sam, biało-czarny pies, który czasami wylatuje w moja stronę. Kawałek dalej, po lewej stronie jest coś na kształt RODOS, a po kolejnym kawałku traski jestem na Kręcichłostach. Po prawej Chata na Zagroniu, w której kiedyś coś było, później nic nie było, później było, a teraz już sam nie wiem, czy coś jest 😃 W tym miejscu żółty szlak skręca w prawo, w dół, a czarny wiedzie dalej grzbietem. Ruszam dalej czarnym, który po chwili odbija w lewo w jakąś łąkę, więc robię użytek z tego co dźwigam w plecaku od początku wycieczki - preparatu na kleszcze i komary. Nóżki spryskane, mogę atakować. Szlak trochę zapomniany, uczęszczany od wielkiego dzwonu. W pewnym momencie mijam skrzyżowanie, oczywiście oznaczeń brak, ale to nie ma znaczenia, bo droga, którą wybrałem i tak schodzi do Ujsół. W nogach niecałe 26km, zaczyna się asfalt, więc postanawiam kawałek sobie odpocząć w marszu. Dochodzę do głównej drogi, skręcam w lewo, po 50m w prawo i ląduje na szlaku na pie*rzony Muńcuł. Pierwszy, asfaltowy odcinek trasy (były dwa) przechodzę w ok. 10 minut i skręcam w lewo. Następna górka zaczyna mnie przerażać - w przeciwieństwie do Pilska ona w ogóle nie rośnie w oczach. Zaczynam (w końcu) jakieś podejście. Ten odcinek jest chyba tak samo uczęszczany jak z Targanic do Przełęczy Kocierskiej (kto wygooglował, jak ja, gdzie to jest ręka w górę!😄 🙋‍♂️). Przedzieram się przez pozarastany szlak. Przyjemność z podchodzenia takie 2/10. Siły w nogach powoli zaczyna ubywać. Patrzę na zegarek, 27km za mną... Toż to jeszcze połowy trasy nie ma! Psychika powoli zaczyna klękać. Kolejna rozmowa z ciałem: - Ja chcę schabowego - mówi brzusio. - Ja to napiłabym się zimnego, obiecanego browarka - dodaje psycha. - A my to najchętniej już byśmy zeszły - wtrącają się pośladki w duecie z udami. - Ej, stary, w ogóle dupa wołowa z ciebie, krople do nosa by mi się przydały na to pylenie traw - dodaje nos. - Dobra, macie mnie - odpowiadam. Siadam na polanie. Wyciągam czekoladę by uzupełnić energię i dać odetchnąć nogom. Dawno nie byłem tak styrany psychicznie podejściem pod górę. Nad Słowacją widzę deszcz, ehhh, gdyby tu tak trochę popadało. W odpowiedzi dostałem trzy, nic nie znaczące krople wody z nieba 😞 Po jakiś 5-10 minutach ruszam dalej. Motywuję się obiadkiem, zimnym browarkiem i coca-colą w Bacówce na Rycerzowej. Miałem nawet w głowie plan, co i w jakiej kolejności spożyję. Do następnej przerwy 9km. Podchodzę dalej na ten pie*rzony Muńcuł. Trafiam na swoją schodząca ze szczytu rodzinkę. Robimy deal - oddaje im dwa snickersy i trochę czekolady w zamian za trzy łyki wody. Swojej namagnezowanej, słodkiej powoli zaczynam mieć dosyć. Na szczęście już nie daleko. Mijam polankę, którą kojarzę z map. Spoglądam z niej na drogę którą przebiegłem - Pilsko, Rysiankę i Lipowską. 14:02 melduje się na szczycie pie*rzonego Muńcuła. Dobra dobra, ale dlaczego ja go tak w sumie nazywam? Już wyjaśniam. Patrząc na tabliczkę dociera do mnie, że nigdy, przenigdy, nie widziałem żadnych zdjęć ze szlaku na niego, nikt nigdy mi go nie polecał, żadnych opisów przebiegu szlaku, itp. I ja się wcale nie dziwię. Nikt o zdrowych zmysłach tam się nie pcha. Podejście żmudne i zapomniane, widoki, mimo wysokości, bardzo przeciętne, a szczyt? Heh, szczyt? Gdyby nie powalone drzewo, które musiałem obejść, to poszedłbym tak, jak pokazywał szlakowskaz i nawet bym nie wiedział że na nim jestem, bo wierzchołek prezentuje się tak: Ten Muńcuł był tak wspaniały, że nie spędziłbym nawet 0,00001 sek więcej niż to konieczne. Teraz prawie 200m w dół w kierunku Przełęczy Kotarz. W międzyczasie typowe, beskidzkie atrakcje - do omijania błota już się przyzwyczajam. Psychika coraz bardziej zmęczona. Po 20 minutach docieram do przełęczy. Ech... niby tak blisko do Rycerzowej, a niby tak daleko... Siadam na chwilkę na pieńku i mówię do swoich kończyn: - Damy radę? - My, uda z pośladkami, dostajemy mocno, dlaczego nie dałeś nam odpocząć 😞 - Ehh, sorry chłopaki, może te przysiady z wyskokiem na koniec trenigu nie były dobrym pomysłem 😕 Zakładam nogę na nogę, by je przez chwilę odciążyć. Posiedziałem dosłownie dwie minuty, pociągnąłem przedostatni łyk wody z bukłaka i ruszyłem dalej. Na szczęście podejście, moje uda się ucieszą. Im bliżej celu tym czas wolniej leci. Trasa biegnie przez las, nic się nie dzieje. Na dodatek to też nie jest chyba zbyt uczęszczany odcinek, cały w lesie, więc jest totalna nuda. Podczas płaskich odcinków, czuję, że biegnąc moje stopy snują się coraz bliżej ziemi. W końcu dołącza żółty szlak z mojej lewej strony - do Bacówki niedaleko. Biorę ostatni, przesłodzony łyk wody. W głowie tylko browar i schabowy. I chwila leżingu na trawie. Punktualnie 15:00 wchodzę do schroniska, 35,5km za mną. Wyłączam zegarek, podpinam go wraz z telefonem do powerbanka. Na sztywnych nogach podchodzę do bufetu, zerkam w menu. Kotlet, kotlet, kotlet... NIE MAJĄ TU SCHABOWEGO??? Co, jak?! Jest bigos, jakieś racuchy, ale kotlet gdzie? Co to ma być 😞 ? Motywacja zrobiła kolaps... Z ostatnią nutką nadziei pytam panią w bufecie: - To są wszystkie pozycje w menu? - Tak. Z braku laku zamawiam racuchy z sosem borówkowym. - A piwo z lodówki jest? - Nie ma. Nie dałem po sobie poznać, jak bardzo zabolała mnie ta informacja. Z kamienną twarzą domawiam jeszcze coca-colę i dwie butelki wody. Siadam przy stole i to, co wtedy zaczęło się dziać wychodzi poza zmysły... Moje nogi zaczynają boleć. Ale to nie jest tak, że czuję mięśnie czy coś. Żaden automasaż, stanie czy siedzenie nie pomaga. Ból w czwartym wymiarze, niewyczuwalny, ale obecny. Co to do cholery jest? Zbyt szybko usiadłem, zmęczenie, jakieś niewyczuwalne skurcze? Abstrakcja. Jeśli to nie przejdzie to się stąd nie ruszę. Zaciskam zęby z bólu, próbując zająć myśli uzupełnieniem wody w bukłaku. W końcu przychodzi mój posiłek. Prezentuje się nieźle. Jem, próbując nie oszaleć z bólu. Jednak wraz ze znikającymi racuchami powoli ból ustępuje. Nie spieszę się z dalszą częścią biegu, bo szczerze powiedziawszy mam nadzieję przeczekać prognozowany deszcz w tym rejonie. Po posiłku zmierzam do WC by zrzucić parę zbędnych kilogramów. Hehe, siedziałem tam z 20 minut, sam nie wiem, gdzie ja tyle dzisiaj zjadłem 😂 Wychodzę przed bacówkę i się kładę. Dzwonię do mojego ziomka Pitera, by dał parę wskazówek co do trasy i proszę go o "osłonę meteo" 😛 Pozostałą trasę już znam, więc wiem, że leci głównie przez las, przez który ciężko obserwować pogodę. O 16:08 ruszam dalej, niestety poniosłem pierwszą stratę w sprzęcie - urwał się pasek od zegarka 😞 Posiłek i relaks zrobiły swoje - mogę cisnąć. Zaczynam podchodzić na Rycerzową. Oho, znowu współczynnik tarcia się zwiększył 😏 Zerkam za siebie, ludzie daleko, ale jeszcze przyspieszam, by mnie nikt nie zaskoczył. W lesie znowu wjeżdża wazelinka. Noooo, tak to można działać 😎 Z przerwą na smarowanie na Rycerzowej melduje się po 16 minutach i schodząc tracę zegarek 😞 Całe szczęście, odnajduję go po minucie w krzakach. Chowam go w oddzielnej kieszonce, aby nie wypadł. Ciało trochę odpoczęło, ta godzinka regeneracji pozwoliła mi cisnąć na jakieś 70% początkowych możliwości. Tylko ciało, ciałem, a szlak szlakiem. Ścieżka wąska, więc nie za bardzo jest gdzie się rozpędzić. Poza tym zaczyna się znowu błoto, które na tak wąskiej ścieżce naprawdę utrudnia sprawę. No trudno. Na odcinku do przełęczy Przegibek więcej szedłem niż biegłem. Przy okazji spotkałem drzewko jak to z Krzywego Lasu. Mniej więcej w połowie zacząłem też słyszeć mruczenie nieba po swojej prawej stronie. Sprawdzam radary, burza około 20km na północ ode mnie, głównie nad Beskidem Śląskim. Przemieszcza się na północny wschód, więc jestem w miarę bezpieczny. Obrywam tylko rykoszetem. Dosyć intensywny deszcz pozwala mi się schłodzić. Niby mam przeciwdeszczową kurtkę w plecaku, ale taki deszczyk działa kojąco. Jednocześnie utrudnia trochę marszobieg, bo trasa staje się coraz bardziej śliska. W głowie rozważam dalsze możliwości - zbiegać do Rycerki przez Bendoszkę Wielką z charakterystycznym krzyżem na szczycie czy cisnąć dalej na Wielką Raczę? W międzyczasie wcinam jabłuszko, bo przy ilości kalorii jaką spalam, głodny się robię co niecałą godzinę. Docieram na Przełęcz Przegibek, przestaje padać. Zasięg taki o, dzwonię do Pitera. - Stary, potrzebuję prognozy na mniej więcej dwie godziny w przód. Tyle potrzebuję by być na Raczy. - Słuchaj Łukasz, wg prognoz burza na Wielkiej Raczy powinna być po 20. - A deszcz? - Jeśli będzie padać to tak jak przed chwilą. - A chmury Cb? Nic się na południowy-zachód nie buduje? - Póki co jest git, ja bym biegł. - Dobra stary, cisnę. Jak coś to dawaj mi znać tak co 30 minut, jakby miało coś się zmienić. Tutaj większość trasy jest w lesie, więc deszcz czy wybudowaną burzę to usłyszę na chwilę przed. Jak dasz mi czas na reakcję to zlecę w dół spychaczówką, bo parę z nich mijam po drodze. Zerkam ostatni raz na południowy zachód. Tarcza słońca przebija się przez chmury. Wygląda to zachęcająco. "Dobra, cisnę na Raczę. Potrzebuje 1:40-2:00 pogody, oby pykło" myślę zaczynając marszobieg z Przełęczy Przegibek. Po prawej widzę cały czas szalejącą burzę nad Beskidem Śląskim. Sił coraz mniej, stopy snują się coraz bliżej ziemi, ale psychika w dobrym stanie. Tam gdzie mogę - truchtam, jak jest podejście - idę. Szlak w sporej części w błocie. Wybiegam na polankę, którą kojarzę. Troszkę się ściemnia. Wbiegam z powrotem w gęsty las. Godzina 18:00 a jest trochę tak, jakbym miał zaraz wyciągać czołówkę. Przecinam spychaczówkę lecącą w dół, ku Rycerce. Wyciągam telefon. Wiadomość od Pitera z przed 15min "Jest git, ciśnij". Dzwonię. - Piter, jak sytuacja? Trochę się ciemno robi. - Stary wg prognoz i satelity póki co jest ok. - Sure? Jak coś to mam właśnie spychaczówkę, w razie czego mogę nią cisnąć, a do Raczy potrzebuję jeszcze 40 minut. Więcej niż połowę odcinka mam już za sobą. - Stary, w ciągu godziny prognozy mówią, że będzie git. - Dobra, to lecę, jak będę miał burze w ciągu godziny to wisisz mi dużego browara. - Haha, niech ci będzie. Rozłączam się. Po dwóch minutach zaczyna delikatnie kropić, po kolejnych dwóch docieram do skraju lasu. Przede mną zaczyna się Hala Śrubita. Zerkam na południowy zachód... "Oooo ch*ju złoty, spieee*dalam" - myślę sobię widząc gigantyczną ścianę deszczu w odległości około kilometra, pędzącą w moją stronę niczym rozszalały walec. Robię w tył zwrot i w tym momencie zaczyna się cała magia. Odpala się instynkt "uciekaj albo walcz". Na moje piąstki nadciągająca burza chyba by się zaśmiała, więc wybieram pierwszą opcję. Moje nadnercza generują obłędne ilości adrenaliny. Jej zastrzyk powoduje przyrost energii. Zmęczenie? Jakie zmęczenie? Ponad 45km w nogach? Bolą cię? Pff.. Zapomnij. Odcinek, który przed chwilą zrobiłem delikatnym marszobiegiem, wciągnąłem nosem na raz. Deszcz mnie dopada. Przeskakuję potok, widzę spychaczówkę. Odbijam w lewo i dzida w dół. Zakładać kurtkę? Niebo pomogło mi udzielić odpowiedzi: - Nie ma sensu, mordo. Myślisz, że kurtka by ci pomogła? Patrz na to. Ściana deszczu jaka zaczęła mnie zalewać, spowodowała, że przestałem widzieć na prawe oko. Włączony tryb ultra speedu sprawił jedno - miałem totalnie w dupie czy będzie padało mocniej, bo już bardziej mokry być nie mogę. Aaa... Tak, gdy myślałem że już mocniej padać nie będzie, to natura po raz kolejny pokazała, kto na tym świecie rozdaje karty. Intensywność deszczu wtłaczała mi tak gigantyczne ilości wody do butów, że co krok wylewał mi się z nich potok. Nagle przed oczami zrobiło mi się jasno. Liczę czas... 1... 2... 3... Po 8-9 sekundach, usłyszałem grzmot z tyłu po lewej. Kur*a, jakoś 2,5km. Zwiększam tempo. Błoto? Że co, że wcześniej je omijałem? Teraz cisnąłem przez sam środek. Od początku deszczu minęło 5 minut. Powódź błyskawiczna? Jak najbardziej. Droga którą leciałem, zamieniła się w strumień. Ze zboczy po prawej strony tworzył się wodospad ściekającej wody. Takiego gniewu natury dawno nie widziałem. Kolejny grzmot. Z tyłu. 7 sekund. Coraz bliżej. Zaczyna się asfalt. Rozglądam się za schronieniem. Jakiś daszek, domek, chatka, cokolwiek? Jest coś? Znowu robi się jasno. 5 sekund. Rozsądek hamuje rozpędzone nogi. Staram się omijać nowo powstałe potoki, aby w razie czego nie zostać porażonym w razie uderzenia. Skracam też długość kroku, aby napięcie krokowe było jak najmniejsze. Znowu błysk, 3 sekundy, przechodzę w marsz. Kur*a, parking, na którym jest dach już musi być niedaleko. Nagle widzę po raz piąty błysk po czym słyszę od razu grzmot. Grzmot, który brzmiał jak trzaśnięcie bicza. Dobra, stop. Najwyższy czas się zatrzymać. Odrzucam kijki. Staję pomiędzy dwoma, zdrowymi drzewami. Czekam. Mija minuta, dwie, przede mną kawałek otwartej przestrzeni a na jej skraju widzę paśnik. Iść czy nie iść? Czekam, nasłuchuję. Po kolejnych minutach stwierdzam, że spróbuję, idę. Po chwili docieram. Chociaż pod dachem sucho. Wyciągam telefon, na szczęście plecak w miarę wodoodporny. Wycieram ręce o drzewo, aby użyć telefonu. No fajnie, ale woda dalej ścieka po rękach, więc muszę też telefon wytrzeć o drzewo. 8% baterii, szału nie ma. Chyba od deszczu, albo jakiejś magii w ciągu 20 minut stracił jakieś 20%. Dalej telefon nie reaguje na moje paluchy. Hm... Mam przecież kurtkę przeciwdeszczową w plecaku! Na coś się przyda! Jej suchymi fragmentami wycieram ekran telefonu. W końcu udaje mi się dodzwonić do rodzinki. Oby tu tylko trafiła, bo inaczej będę musiał pukać po domach by wykonać telefon. Deszcz powoli słabnie, grzmot po którym stanąłem był na szczęście ostatnim. Z ciekawości zerknąłem jeszcze na radary. Aha, fajnie. Czas jaki minął od wykrycia tej komórki burzowej do opadu to jakieś 10-20 minut. W lesie wizualnie niemalże nie do zauważenia. Zbieram się. Pakuję rzeczy do plecaka. Ciało zastane, poziom adrenaliny tak szybko jak wzrósł podobnie opada. Ruszam truchtem w kierunku parkingu. Wow, ale szybko moje ciało zaczęło się wychładzać. Wyciągam zegarek, pasek zasięgu mruga. Cholera stracił sygnał, zatrzymał się po 7,5km od Rycerzowej. (Jak później sprawdziłem, to zdechł jakieś 10-15 minut przed początkiem opadu, może tak zareagował na burzę, co mnie dosyć zdziwiło, ale jednocześnie może być w przyszłości użyteczną wskazówką. O ile będę go miał na ręce 😛). Po chwili docieram do parkingu. Do przyjazdu transportu mam jeszcze chwilę. Godzina 19:14. Odejmując postój pod paśnikiem to ostatnie 4km zrobiłem trochę w ponad 20minut. Szok, jak warunki potrafią z nas wykrzesać dodatkową moc. Dobra nie ma co czekać. Wyciągam kurtkę przeciwdeszczową. Do wytarcia telefonu się nadała, ale na ciało to tak średnio, nic nie pomoże. Z braku laku ściągam bluzkę, na pewno szybciej wyschnę. By się z powrotem trochę rozgrzać po postoju w paśniku robię parę seryjek pompek, wymachy, truchcik, od razu cieplej. Z bluzki mogę wyciskać wodę tak, jakbym ją wyjął z wody. Burza tak szybko jak przyszła, tak szybko poszła. W końcu podjeżdża auto, do którego się ładuję. Zadowolenie miesza się z niedosytem. 40 minut. Tyle zabrakło mi do Wielkiej Raczy, na której bym tą burzę przeczekał i spokojnie sobie struchtał w dół. No i to obiecane sobie piwko nie pykło. Pierwszy, górski ultramaraton zaliczony? Zaliczony, bo dystans powyżej 42km. Pokonana trasa około 50km +/-200m, bo GPS padł. Niedosyt jest? Jest, bo prawdopodobnie nie pękła "pięćdziesiątka". Dosłownie zabrakło mi chyba 200m. Ale ważne, że wiem, że jestem w stanie taki dystans pokonać. Kolejna bariera psychiczna przesunięta. Poza tym, chciałem obskoczyć jeszcze tą Wielką Raczę. Następnym razem na nią wbiegnę 😂 Wraz z całym Beskidem Żywieckim, a co! 😂 Czy polecam tą trasę? Tak, oprócz odcinka Ujsoły - Muńcuł - Hala Rycerzowa. Jeśli macie możliwość - omijajcie ten koszmar szerokim łukiem. Czy powtórzę tą trasę? Ze względu na powyższy fragment raczej nie😄 Chyba, że z jakimś supportem, bo psychicznie dawno nie byłem zjechany tak, jak wtedy. Słowem zakończenia, super przygoda. Zacząłem trasę przy pięknej pogodzie, skończyłem w totalnym, pogodowym szale. Muszę parę rzeczy pozmieniać (np. nie katować nóg na treningu na dwa dni przed - sądziłem, że będzie git😄). I trzeba poprawić trochę regenerację po takim wysiłku. Następnego dnia wiozłem taczkę z drewnem na ognisko. I albo to, albo źle wyprofilowane klapki, które podbijają mi stopę na zewnętrznej krawędzi sprawiły, że do leczenia poza zakwasami i odsciskami doszedł mi uraz kostki albo coś takiego. Ale tak czy siak, apetyt rośnie w miarę jedzenia 😋 Na pewno to nie jest mój ostatni taki bieg w tym sezonie. Tylko doleczę kostkę i mogę cisnąć 🙂 A w porównaniu do ostatniego biegu z Tatr. Jak dla mnie ten bieg był o jakieś dwa poziomy trudniejszy. Przewyższenie podobne, ale tam było mimo wszystko 14km po w miarę płaskich dolinach, a cała magia działa się powyżej schronisk. Tutaj, mimo podobnego przewyższenia to jednak dystans, temperatura, rodzaj nawierzchni (dużo ruchomych kamieni), pofałdowanie terenu, przedzieranie się przez chaszcze i omijanie błota sprawiło, że było dużo, dużo ciężej. I w Tatrach jak już się jest wyżej, to widoki są niemalże non stop, a tutaj yyyy... różnie 😛 Trasa: Sopotnia Wielka - Hala Miziowa - Pilsko - Hala Cebulowa - Hala Rysianka - Hala Lipowska - Ujsoły - Muńcuł - Hala Rycerzowa - Rycerzowa Wielka - Przełęcz Przegibek - Hala Śrubita - Rycerka Górna. Dystans: ~50km Przewyższenie: ~2700m ↗ ~2700m↘ Czas w ruchu: 8h 40min Czas wliczając w to większe przerwy: 11h 43min Na czasie dało się zbić sporo, przede wszystkim na posiłkach i ogarnianiu meteo. A chyba najwięcej na postojach w WC 🙃Jeszcze jakby doszedł na czas filtr do wody, to w bukłaku nie dźwigałbym więcej niż 1,5l, co na pewno by się przełożyło na tempo 🙂 P.S. Sorka za niektóre, ruszone zdjęcia. Na telefonie wydawały się w miarę git, a często foty robiłem nie zatrzymując się, więc stąd to rozmycie 🙂
  3. 5 points
    W ogóle, gdy wracam wspomnieniami do tamtych dni to przychodzi mi na myśl tylko słowa - relaks, spokój i cisza. Wędrowanie zimą w moim przypadku jest zupełnie inne niż w inne pory roku. Gdy dzień jest krótki, a śnieg zalega na szlakach to nie da się robić dziennie takich dystansów co latem, przez co idzie się dużo krócej, a przez to spokojniej. Wrażenia audio-wizualne też są całkowicie inne. Uwielbiam zarówno taki zimowy spokój połączony z dźwiękiem skrzypiącego śniegu pod butami. Do tego grzejące słoneczko, piękne, bezchmurne niebo i obłędna wręcz widzialność sięgająca czasami ponad 100, a nawet 200 km! Niesamowity jest wtedy klimat. Zamiast iść mógłbym równie dobrze siedzieć na jakiejś polanie bądź szczycie i po prostu patrzeć na otoczenie pijąc herbatkę. Minusem jest zdecydowanie krótki dzień, z którym zawsze długo i czule się żegnam. Poza tym jestem chyba meteopatą, gdyż mój poziom energii oraz samopoczucie zmienia się wraz z pogodą, a ja po prostu wręcz UWIELBIAM, gdy świeci słoneczko. Oczywiście chmurki, deszcz, inwersje - to również ma swój jedyny, niepowtarzalny nastrój, ale piękna pogoda.... Mhmm... to jest zdecydowanie to co, tygryski lubią najbardziej. A pięknej pogody na pewno tamtym dniom odmówić nie można... Otwieram po raz pierwszy oczy. Jeszcze ciemno. Zapadam w dalszy sen. Otwieram oczy po raz drugi. Delikatna szarość, można spać dalej. Za trzecim razem, gdy otwieram ślepia jest już jasno - oho, niedługo zadzwoni budzik. I tak się właśnie dzieje. Ciężko określić czas, jaki minął między dzwonieniem a ostatnim, sennym otwarciem oczu, ale... trzeba wstać 🙂Budzimy się wraz z chłopakami. Nikomu z nas nie chce za bardzo się wychodzić z łóżeczek, ale piękny błękit nieba aż do tego zmusza. Uwielbiam w sobie ten "rodzaj" porannego zmęczenia. Za nami jakieś 8-9h regenerującego snu, więc weszła jego wystarczająca ilość, ale po całodniowym marszu pospałoby się jeszcze. Nie jest to jednak takie poranne "zamulenie". Jest po prostu... przyjemnie. Wstajemy. Typowe poranne czynności - sprawdzenie butów położonych na kaloryferze czy wyschły (nie wyschły), toaleta, przebranie się z piżamek w jakiś praktyczny strój - tak, wiem, najbardziej wygodny jest "na waleta", ale nie wypada latać po ośrodku z klejnotami na wierzchu 😛, więc zakładamy bluzki, które będą nam towarzyszyć cały dzień. Dobra, jesteśmy w miarę ogarnięci, schodzimy na śniadanko. Ciepła herbatka, kanapeczki i parówki, skutecznie zwiększają ilość endorfin do niemalże nieskończonego poziomu. Wiemy, że to będzie dobry dzień. Przy śniadanku kombinujemy co by tu zrobić z butami. Doszliśmy do jedynego, słusznego wniosku - trzeba ogarnąć suszarkę do włosów. Tego arcytrudnego zadania podjął się nasz człowiek od zadań specjalnych, trenowany m. in. przez Specnaz, SAS, GROM i Navy SEALs - Piter 😛 Zagadał w międzyczasie z gospodynią i suszarka już była w naszych rękach. Z racji tego, że zjadłem pierwszy, a trochę do suszenia mieliśmy, wziąłem ten zbawczy sprzęt i poszedłem z nim na górę. Wtyczka do gniazdka i lecimy. Obroty max i dmucha. To przyjemna robota nie była, zapach przybrał niemalże materialną formę. Wypełnił cały pokój. Otwieram okno, bo zaczyna robić się ciepło i śmierdząco. Suszenie powoli posuwa się do przodu. W międzyczasie wraca Piter i Mati. Otwierają drzwi. Woń i aromat wczorajszego marszu uderza w nich tak mocno, że niemalże lądują na podłodze. Jednak nie poddają się. Podobno podczas pożaru trzeba iść jak najbliżej ziemi. Testują tą metodę - nie działa. Wynaleźliśmy chyba nowy gaz bojowy. Nie wiemy, czy jest o nim jakikolwiek zapis w Konwencji o Broni Chemicznej, ale jeśli nie to powinien się pojawić jak najszybciej. Ja już przyzwyczajony do tego zapachu, bo siedziałem w nim 5 minut, jednak musiałem poprosić o zmianę Matiego, by skoczyć po jakąś rzecz z dołu. Mati mówi "nie ma sprawy" i opuszczam miejsce rażenia. Nie było mnie na tyle długo, że mój nos zdążył się odzwyczaić od tych aromatów. Wracam do pokoju i.... Tam brzydko nie pachniało. Nawet nie śmierdziało. Tam po prostu JEB*ŁO NA KILOMETR. Nikt z Was, NIKT, nie wie czym jest smog, zanieczyszczenie powietrza bądź katastrofa naturalna, jeśli nie było Was w tamtej chwili. Skażenie chemiczno-biologiczo-radiologiczne było tak duże, że nie pomógłby nawet płyn Lugola. Zapach powodował torsje, bóle głowy, łamanie w kościach i wiele innych, nietypowych dolegliwości. Otwarte okno nie pomagało. Na szczęście jakieś 20 minutowe suszenie dobiegało końca. Mogliśmy w końcu wyruszyć. Ubrani i spakowani zostawiliśmy tylko okna na oścież z wiadomych powodów. Oby gospodyni zbyt szybko tam nie zajrzała😂 Wychodzimy przez budynek gruuubo po 9. Stan palców Matiego nie jest najlepszy. Decydujemy się na smutne, ale konieczne rozwiązanie. My z Piterem ruszamy z Czorsztyna, a Mati łapie stopa/busa do Krościenka. Planujemy złapać się na Sokolicy. (Btw, Mati złapał chyba tego stopa, wcale go nie łapiąc. Jakiś spoko ziomek sam się zatrzymał i zapytał czy go nie podrzucić. Propsujemy takie zachowanie 👍). My z Piterem zaliczamy jeszcze wejście do sklepu by uzupełnić zapasy. Musimy tylko uważać, by się nie wyje*ać na zalodzonej ulicy. Po krótkich zakupach ruszamy dalej. Skręcamy w prawo i zaczynamy iść niebieskim szlakiem. Mijamy zabudowania i wchodzimy na polankę. Ale cudownie. Cała zaśnieżona z widocznymi śladami. Idzie się przyjemnie, a po prawej stronie - Tatry. Słońce przygrzewa, także idę w samej bluzie. Jednak moje zmrużone oczy o czymś mi przypominają. - Piter, masz może te oksy, o które prosiłem? - Pewnie, trzymaj. Zakładam pożyczone szybkie okulary. Dlaczego szybkie? Bo w nich się wygląda, jakby się było szybkim 😛 Ich aerodynamiczna budowa sprawia, że powietrze lepiej opływa głowę, co daje +10 do szybkości, +5 do zwinności i +8 do stylu. Poza tym są żółte, więc podnoszą też efektywność wykorzystania energii słonecznej. No i chyba najważniejsze! Chronimy się przed ślepotą śnieżną 😉 Ruszamy dalej tą świetną polaną, na której nikogo prócz nas nie ma. W okolicach Tatr obserwujemy zresztą rzadko spotykane, dziwne gatunki ptaków - balony. Po 20 minutach dochodzimy do przełęczy Osice. Bardzo ruchliwa przełęcz. Ilość samochodów powoduje, że ledwo co uniknęliśmy potrącenia (tak na serio, to nic tam nie jechało 😛). Mijamy tą ostatnią oznakę cywilizacji i wchodzimy we "właściwą" część Pienin. Na pierwszy rzut oka widać, że większość osób startuje z tego miejsca, a nie z Czorsztyna. Szlak dużo bardziej ubłocony i rozchodzony. Do tego śliski. Mimo tych przeciwności posuwamy się naprzód. Nic nas dzisiaj nie powstrzyma! Mijamy urocze polanki, w międzyczasie telefon do naszego ziomka czy wszystko git. Aura zachęca do biesiad, więc robimy krótką przerwę na małe co nieco, po czym ruszamy dalej. Nie ma jakiś wielkich przewyższeń, więc czujemy się bardziej jak na spacerze niż wyrypie. Ale dzisiaj takie mieliśmy zamiary - dystans niewielki, więc możemy "marnować" czas. Mijamy przełęcz Trzy Kopce (swoją drogą mało oryginalne nazwy wymyślają górale 😛Trzy Kopce są też między Rysianką, a Pilskiem, które swoją drogą określane jest Górą Pięciu Kopców, a przynajmniej polska "część" Pilska. A w ogóle ile w Polsce jest Magur! Bądź Przysłopów! Ciężko to zliczyć 🙂 Ja np. jakiś szczyt nazwałbym po prostu "Góra" albo... "Szczyt". Ile macie gór w Polsce, które nazywają się po prostu "Góra"? No właśnie. Jak kiedyś wlezę na jakąś górę jako pierwszy to tak ją nazwę 😉). Bardzo mi się podoba w Pieninach ilość polan. W ogóle nie trzeba patrzyć pod nogi, a nawet się nie da, bo panoramy powalają. Mijamy kolejną przełęcz - Szopka. Od tego momentu ilość ludzi na szlaku zwiększa się radykalnie. Co chwila mijamy jakieś osoby. Na pewno na samotność nie mogliśmy narzekać 😛 W końcu zaczyna się coś bardziej stromego, co przypomina nam, że de facto nadal jesteśmy w górach. Ostre, zalodzone podejście. No dobra, atakujemy. Piter przede mną, ja za nim i nagle ziuuu - zjeżdżam z 2 metry. Houston, mamy problem. Ale mamy też rozwiązanie. Delikatnie (by nie zjechać bardziej) schodzę na "pobocze", zdejmuję plecak i wyciągam coś, co miałem specjalnie przygotowane na tą okazję. Raczki kupione we Wrocławiu 😛 Zakładam je na raciczki, Piter w tym czasie robi to samo ze swoimi. Stabilizacja podnosi się znacznie. Robię pierwszy krok - nooo, teraz, to ja mogę nawet po tym biec 😉! Wiedziałem, że w końcu te kilkaset gram stali na coś w końcu się przyda. Włączamy się do ruchu, uruchamiamy migacz i po lewym pasie mijamy wszystkich wchodząco-zjeżdżających turystów 😉 Mogę śmiało stwierdzić, że tak jedna na 5 osób była przygotowana do panujących tam warunków, co uważam, że i tak było naprawdę bardzo dobrym wynikiem w porównaniu do chociażby nieodległych Tatr 🙂 Co nie zmienia faktu, że co chwila ktoś w dół jechał na pośladkach. W końcu docieramy pod Trzy Korony. Czekamy aż na metalowych schodach trochę się rozluźni i rozpoczynamy atak szczytowy 😛 Panoramka ze sczytu jest cudowna. Te pionowe ściany Trzech Koron, do tego Dunajec wijący się w dole. A nad tym wszystkim górują ośnieżone Tatry. Moglibyśmy tu zostać. Szkoda tylko, że tak mało tu miejsca. Robimy fotki, które nie wychodzą jakoś świetnie, bo pod słońce. Kminimy co by tu zrobić. Widzimy jakąś panią z lustrzanką. - Przepraszam, bo nasze telefony nie dają sobie rady z takim światłem. Moglibyśmy prosić o fotko, które by nam pani przesłała później na maila? - Pewnie, nie ma sprawy. Po jakimś czasie skontaktowałem się z tą panią. Niestety, miała problem bodajże z kartą i do tej pory nie mamy tych zdjęć 😞 No ale trudno! Ważne, że coś tam mamy własnego! Schodzimy ze szczytu i robimy przerwę. Jest mniej więcej trzynasta, więc idealna pora na posiłek. Jedzonko spędzamy na rozmowie z jakąś sympatyczną rodzinką z dziećmi. Ale trzeba iść dalej, jeszcze trochę drogi przed nami. Ruszamy dalej niebieskim szlakiem (moglibyśmy sobie skrócić i wrócić do żółtego, ale po co). Mijamy Pieniński Zamek - niestety zamknięty. Pozostało nam popatrzenie tylko na jego mury. Ale podziwiam pomysłodawcę jego budowy, jednocześnie współczując wszelkim najeźdźcom. Jego zdobycie musiało być przesra*e. Samo zejście dosyć strome, ale nie było już tak zalodzone jak wejście na Trzy Korony, więc poruszamy się sprawnie. Mniej więcej w tym też momencie zaczynam wyklinać raczki - o ile na samym lodzie dobrze się sprawują tak na miksie lodu i śniegu, który na dodatek się topi - są strasznie upierdliwe. Odchodzą od pięty, przez co brzęczą i nie trzymają tak dobrze. Mega irytująca sprawa. Na tyle irytująca, że je w końcu ściągam. Poza tym nie było potrzeby póki co ich użycia. Dochodzimy do Bańkowego Gronika - początku Sokolej Perci albo Pienińskiej Orlej Perci (jak zwał tak zwał). Zarówno za tą pienińską jak i tatrzańską wersją stoi jedna osoba - ks. Walenty Gadowski. Według mnie nie ma co porównywać tych dwóch tras, skala ich trudności jest zupełnie inna, co nie zmienia faktu, że ta w Pieninach również ma swój urok. Po naszej prawej stronie co chwila mijamy urwiska. Na jednym z nich sobie przysiadamy, i podziwiamy widoki. Mniej więcej w tym czasie dowiadujemy się, że Mati jest na szczycie Sokolicy. No to super, próbujemy go wypatrzeć. Wyciągamy w tym celu lornetkę. - Mati, wyciągnij rękę. Nic nie widać. - Mati, a weź podskocz! Nadal nic nie widać. - A weź się trochę wychyl! Nadal dupa. No trudno, nie wiemy czy akurat z tego miejsca widać samiusieńki szczyt albo miejsce, w którym Mati się znajduje, a nie jesteśmy w stanie tego zweryfikować za pomocą wątpliwej jakości lornetki 😄 W sumie to była taka zabawka, wykopałem ją z jakiegoś pudła, a dostałem ją jako prezent z.... 15 lat temu 😄? Może szkła zmatowiały czy coś, bo jakość obrazu pierwszorzędna nie była. Tak czy siak, zbieramy się z Piterem i idziemy dalej w stronę Sokolicy. W pewnym momencie mamy dwie opcje - niebieski szlak leci granią, a poniżej (chyba łatwiejsza wersja) biegnie zielony szlak. Oba się później spotykają przy Czerteziku. Wybieramy oczywiście tą ciekawszą wersję. Ponownie zakładam raczki i lecimy. Po prawej stronie mamy barierki, także aby zlecieć na dół to trzeba się postarać. Z drugiej strony współczujemy trochę paniom, które mijają nas w przeciwną stronę po zalodzonym szlaku. Dobrze, że mają te barierki, bo inaczej przejście tego fragmentu byłoby z pewnością dużo większym wyzwaniem. Przejście tego fragmentu zajmuje nam dosłownie chwilę i ruszamy dalej na Przełęcz Sosnów. Liczyliśmy na niej spotkać się z Matim, jednak jego tempo i tak jak na kontuzję było całkiem niezłe i minął to miejsce z 15-20 minut temu (pamiętam jeszcze jak namawiałem go, by zszedł przez Czertezik zielonym szlakiem, gdyż izohipsy gwarantowały łagodniejsze zejście, Mati jednak stwierdził, że da radę tym zielonym z przełęczy). No trudno, wbijamy z Piterem na szczyt. Wejście od tej przełęczy to naprawdę chwila. Samo podejście to zalodzone schody, na których (po raz kolejny) współczuliśmy osobom, które nie miały żadnych raków/raczków. My bez problemu sobie weszliśmy na najsławniejszy Pieniński szczyt - Sokolicę. Na pewno każdy z Was słysząc "Sokolica" widzi tą charakterystyczną sosnę na jej szczycie. My niestety widzimy jej pozostałą część 😞 Podczas akcji ratunkowej TOPR we wrześniu 2018 roku podmuch łopat wirnika uszkodził jej górną część. Wiadomo, że życie ludzkie najważniejsze, to nie podlega dyskusji, jednakże mimo wszystko szkoda tego drzewka. Tyle razy widziało się ten obraz na wszelkich zdjęciach w przewodnikach, pocztówkach, itp. Nam pozostało już tylko podziwianie jej dolnej części. Ciężko było wykonać fajne foto, bo zdjęcie było robione totalnie pod słońce. Na szczycie posiedzieliśmy z 15 minut. Ta ściana Sokolicy robi wrażenie plus widok Dunajca u podnóża. Bardzo lubię też patrzeć na granice państw. Patrzę ze szczytu w dół, widzę rzekę, a na jej brzegu drogę. I ta droga na tym brzegu jest już w innym kraju. Wiem, że to normalne i logiczne, ale gdybym nie wiedział, że rzeką biegnie granica to za nic w życiu nie poznałbym, że tam jest inne państwo. Zaczynamy zejście. Pierwotny plan był, aby zejść do Szczawnicy, jednakże już na etapie planowania ogarnąłem, że nie jest to możliwe 😛 Chyba, że Dunajec pokonamy wpław 😄 Z braku innych możliwości schodzimy ponownie na Przełęcz Sosnów i stamtąd zielonym szlakiem kierujemy się w stronę Krościenka. Początkowe zejście jest naprawdę strome (współczuję palcom Matiego), ale idzie nam się sprawnie. Po około 40 minutkach wychodzimy na zalodzoną asfaltową drogę. Po drugiej stronie Dunajca widzimy domki z ogródkami. Kurde, świetne miejsca na grilla. Blisko rzeki, cicho, spokojnie, góry. Brakuje letnich temperatur, kiełbasy, karkóweczki i zimnego piwa. Będzie trzeba kiedyś jeszcze tu wrócić... W końcu udaje nam się "dogonić" Matiego. Dogoniliśmy go, bo po prostu stał i na nas czekał😀 Wspólnie zmierzamy w kierunku centrum Krościenka. Wchodzimy na rynek i odnajdujemy przystanek - planujemy przenocować w Szczawnicy. Do odjazdu mamy jakieś 15-20 minut, więc postanawiamy skorzystać z bliskości sklepów i zaopatrzyć się na jutro. Kupujemy standardowe produkty i z Piterem biegiem wracamy na przystanek by zdążyć na transport. Wysiadamy w Szczawnicy. Nie ukrywamy - jesteśmy trochę głodni, więc szukamy jakiegoś ciepłego posiłku. Obok pizzeria... Mmmm 😋 Ładujemy się do środka, zamawiamy po jednej dla każdego i z pełnymi brzuszkami idziemy do naszego lokum. Odbieramy klucze od właścicielki, wchodzimy do pokoju. Spora przestrzeń, będzie gdzie wieszać ubrania do suszenia. Dostaliśmy jedno łóżko pojedyncze i jedno podwójne. Mówię do mojego kompana: - Piter... Śpimy plecami do siebie jak coś 😛 Jeśli tylko coś mnie w nocy ukłuje to spierd*lam 😂 Na szczęście w pokoju był wydajny kaloryfer na którym umieściliśmy nasze buty, po czym przystąpiliśmy do prania rzeczy, ładowania elektroniki i chillu przy zasłużonym browarku. Polska część Pienin (a tak w ogóle był ktoś u Słowaków? W ich części jest coś ciekawego?) w większości została przez nas schodzona, także na jutro planujemy powrót w Beskidy. Nie będzie spanka do 8 rano, trzeba wstać trochę wcześniej 😉 Zadowoleni z dzisiejszego dnia idziemy w kimkę, mając nadzieję, że jutro nie będziemy musieli zacząć od dosuszania butów...
  4. 3 points
    Rodzinne wspinanie – preludium. Ciąg wydarzeń absolutnie przypadkowych. Lato 1963 – dochodzę na Mnichowe Plecy zastanawiając się, czy skręcić w lewo na Mnicha czy w prawo, na Mięgusza. Czasy to takie, iż chodzimy „umundurowani” – solidne wibramy, grube skarpety z „góralskiej”, wełny, pumpy, flanelowa koszula i na plecach słowacki plecak wspinaczkowy zwany horolezką, na głowie czerwona „marusarka”. Podchodzi do mnie rudowłosa, mniej więcej trzydziestoparoletnia dziewczyna, a więc dwukrotnie ode mnie starsza i pyta, czy znam drogę na Mięgusza. Po chwili prowadzę troje turystów, z których najstarszy, Darek nosi odznakę przodownika Górskiej Odznaki Turystycznej i to na Tatry, egzamin z topografii zdawał u samego Mistrza Paryskiego, ale teoria teorią, a praktyka praktyką. Na Mięgusza docieramy bez problemu, ale na Drodze po Głazach podąża za nami czwórka turystów prowadzona przez przewodnika, co prawda beskidzkiego. Przewodnik ów popełnia klasyczny błąd, zostaje ciężko ranny i wkrótce umiera jeden z jego podopiecznych, przewodnik ulega panice i w efekcie muszę objąć komendę nad całością oraz organizować akcję ratunkową. To zadecydowało o tym, iż Darek et consortes umawiają się ze mną na następny sezon w Tatrach. Za rok pewna dziewczyna o imieniu Alicja zauważa w lokalu PTTK w Warszawie ogłoszenie o organizowanym właśnie przez Darka obozie wędrownym w Karkonoszach i zgłasza swój akces. W Karkonoszach wysłuchuje opowieści o Mięguszu no i o mnie. Po obozie Alicja wraca do Warszawy do pracy, a Darek, Andrzej i jego brat oraz jeszcze jedna dziewczyna jadą w Tatry na spotkanie ze mną. A w Tatrach jak to w Tatrach, Mnich, Cubryna, Mięgusz, Pośredni Mięgusz, Wysoka, Gerlach, Ganek z Galerią tudzież pośledniejsze wyrypy. W listopadzie spotykamy się w Warszawie, a na to spotkanie zaproszona zostaje Alicja. Wiosna 1965 i Rajd Świętokrzyski po czym umawiamy się na wspólny sezon w Tatrach. W sierpniu tamtego roku po raz pierwszy zwiążemy się liną, Ala i ja, za dwa lata zostaniemy małżeństwem, co trwa po dzień dzisiejszy. W sierpniu 1980 roku po raz pierwszy zwiążę się liną w Tatrach z naszą ośmioletnią córką. Po upływie kilkunastu lat ulubioną ścianą naszej córki stanie się Zerwa czyli Kazalnica o Alpach i Wysokim Atlasie nawet nie wspominając. Moją bazą wypadową w Tatry od pięciu lat była stara, góralska chałupa na początku Drogi Walczaków, a od dwu lat konkretnie jej strych zapełniony sianem, na którym świetnie się sypia i gdzie przechowuję część sprzętu. Stamtąd jest blisko do Doliny za Bramką i Jasiowych Turniczek, mojego „poligonu” wspinaczkowego. Darek i Andrzej maja już doświadczenie z ubiegłego roku, dla Ali będzie to pierwszy sezon tatrzański. A zatem nauka zjazdów i asekuracji, oczywiście o samonastawnych stanowiskach nikt jeszcze nie słyszał, często asekuruje się „z ciała” przez hak stanowiskowy lub blok. Dwóch chłopów o łącznej wadze jakiś 170 kg solidnie rozpędzonych po stromym stoku to dobra symulacja odpadnięcia, ale daję plamę – nie sprawdzam, czy dziewczyna dobrze obciągnęła skafander asekurując „z bioder”, ślady po tym wyhamowaniu „lotu” będą widoczne jeszcze przez kilka dni. Ale zatrzymała nas nie wylatując nawet ze stanowiska. Za kilka lat Ala jeden jedyny raz nie założy rękawiczek na stanowisku, a ja odpalę prosto w powietrze. Tatry Zachodnie to dobry teren do oswajania się z kruszyną, a ze Skibówek blisko jest też do Małej Dolinki pod Giewontem, a Żleb Kirkora z ominięciem dolnych progów to niezły, tatrzański klasyk. Idziemy we czworo, Ala i trzech dzielnych mołojców. Po drodze opowiadam barwnie o przeróżnych tatrzańskich tragediach, jakie w swoim czasie rozegrały się na Giewoncie. Gdy po przejściu Zachodu Pilotów stajemy nad żlebem dwóch mołojców trąbi na odwrót, a dziewczyna idzie dalej. Powód jest prosty, ołowiane niebo, żleb zabetonowany śniegiem, po którym ze specyficznym szelestem spływają co jakiś czas mini lawinki szutrowe. Andrzej wybiera lewą szczelinę brzeżną, a ja prowadzę Ale prawą, musimy też po drodze pokonać kilkunastometrowy tunel utworzony przez płat śniegu nakrywający skały. I już wiem, że miło będzie się z ta dziewczyną powłóczyć po Tatrach, tym bardziej, że bardzo mi się podoba. Za dwa lata kończąc pierwszy nasz „małżeński” sezon wrócimy na Giewont przechodząc żleb Szczerby z piątkowym wariantem. Zdjęcia: 1 – 2. Z Darkiem na Mnichu, lina jeszcze sizalowa; 3. Na Jasiowych Turniczkach; 4. W drodze na Szczerbę w Giewoncie, Blachy, 1967; 5. W drodze na Szczerbę – kozica.
  5. 2 points
    Zaćma i góry plus raz jeszcze szkolenie towarzysko-rodzinne. Będąc na V roku fizyki UŁ jesienią 1967 roku znalazłem się wraz z kolegą (też Jurkiem) w zaczątku Pracowni Komór Iskrowych, mieszczącej się w zgrabnym budyneczku łódzkiego oddziału Instytutu Badań Jądrowych w Świerku przy ulicy Uniwersyteckiej 5, kierowanej przez duszę-człowieka i fizyka, dr Ryszarda Firkowskiego, niestety nieodżałowanej już pamięci, promotora zarówno mojej pracy magisterskiej, jak i doktorskiej. Z miejscem tym byłem mniej lub bardziej związany przez następne lat dziewiętnaście. Pora teraz wyjaśnić niezorientowanym, co to zacz za ustrojstwo ta komora iskrowa. Nasza własna recepta na nią przedstawiała się tak. Wziąć sześć płytek dobrego szkła lustrzanego (ale bez odbijającej światło polewy), skleić tworząc prostopadłościan o boku 50 cm i wysokości 10 cm, napełnić neonem i obłożyć elektrodami. Dodać inne detektory cząstek elementarnych, na przykład wielkopowierzchniowe liczniki scyntylacyjne i gdy zajdzie zdarzenie a priori interesujące, gruchnąć w taflę takich komór impulsem wysokiego napięcia o imponujących w tamtych czasach parametrach: 150 kV, 1000 A w szczycie i czasie trwania około 120 ns (miliardowych części sekundy). Wówczas wzdłuż niewidzialnych dla oka ludzkiego śladów, pozostawionych w neonie przez interesujące nas cząstki rozwijały się piękne, czerwone wyładowania iskrowe, łatwe do zarejestrowania przez kamerę, a dostarczające informacji o torach i liczbie cząstek, jakie przeleciały przez aparaturę. Języczkiem u wagi było zatem uzyskanie odpowiednich parametrów impulsowego pola elektrycznego, wytwarzanego na powierzchniach mierzonych już w metrach kwadratowych. Niezbędnym zatem było wykonywanie wielokrotnych pomiarów za pomocą szerokopasmowych oscyloskopów, które, na nasze nieszczęście, wpisane były na listy tzw. embarga strategicznego – żaden kraj zachodni nie mógł sprzedać takiego sprzętu pomiarowego żadnemu z krajów bloku wschodniego, co skazywało nas na posiłkowanie się odpowiednimi (i tajnymi) produktami Kraju Rad, który nie tylko walczył o pokój na całym świecie, jak i miał w wielkiej estymie zdrowie i życie własnych, tudzież zaprzyjaźnionych obywateli. Pomiary tym sprzętem od strony tzw. BHP-e sprowadzały się w istocie rzeczy do przykładania oka, najczęściej prawego, do wylotu lampy rentgenowskiej małej mocy, jako że napięcie przyśpieszające w lampie takiego oscyloskopu wynosiło około 50 kV. Wiedziałem, czym to pachnie czyli śmierdzi (piszę te słowa na Orawie, pachnie to śmierdzi po słowacku, łatwo obrazić Polakowi słowackie dziewczę, które lubi bardzo np. Chanel No 5) – od czasów Marii Curie – Skłodowskiej wiadomo, iż promieniowanie jonizujące to dobra recepta na wczesną, nie starczą, zaćmę. Ale jak mawiał Rysiu Firkowski, z diabłem bym wszedł w spółkę, aby móc uprawiać fizykę. I uprawiałem fizykę wielkich energii aż po rok 1986. Zaćma dopadła mnie dopiero na Orawie, wiosną 2008 roku moje prawe oko, zdecydowanie bardziej na promieniowanie narażane, widziało już bardzo zamglone krajobrazy, co nieźle mnie denerwowało przy fotografowaniu – musiałem koniec końców przykładać do wizjera lewe oko. Na szczęście Magda ma serdeczną koleżankę z roku, parającą się okulistyką, a koleżanka też koleżankę, która ma mistrzowską rękę w operowaniu zaćmy. Wyznaczono mi więc szybko termin zabiegu w pewnym podłódzkim szpitalu, który ma za patronkę właśnie Madam Marię, de domo Skłodowską. Mało tego, współpracując w zamierzchłych czasach z lekarzami z tego szpitala usiłowaliśmy dopracować się bardziej przyjaznej pod względem radiacyjnym dla pacjentów techniki izotopowego badania tarczycy. No cóż, trochę, a może i więcej miliremów nam się dostało. Wesoła scenka, potrzebne jest Jurkowi i mnie silne źródło. Przytargaliśmy pojemnik ołowiany z igłą kobaltową słusznej aktywności, używaną do podświetlania neonówek w tzw. hodoskopie. Pojemnik ma cylindryczną szczelinę, w której siedzi rzeczona igła. Obaj z Jurkiem podchodzimy do rzeczy rzec by można naukowo, wyzdajaliśmy sobie pęsetę odpowiednio długą i usiłujemy wyciągnąć nią igłę z pojemnika. Błąd logiczny, bo to igła kobaltowa, a nie sproszkowany preparat alfa promieniotwórczy, długość pęsety zmniejsza wprawdzie dawkę, otrzymywaną na dłonie, ale niewiele. Nasze bezowocne wysiłki obserwuje z uśmiechem nasz szef, Rysio Firkowski. Koniec końców podchodzi do nas, zabiera nam pojemnik, odwraca go do góry nogami, wytrząsa igłę na otwartą dłoń i podsuwa nam. Pęseta idzie w kąt, łapiemy ją teraz i później gołymi palcami pamiętając jednak skrupulatnie, aby po każdym pomiarze wylądowała w pojemniku, a szczelinę pojemnika zakrywamy cegłą ołowianą, których ci u nas dostatek. Przed zabiegiem postanawiam wzmocnić organizm, ponadto wiem, iż po zabiegu czeka mnie dość długa abstynencja od rzeczy różnych, które lubię. Na początek prowadzę rodzonego szwagra czyli braciszka mojej szanownej małżonki, Andrzeja na Babią Górę. Andrzej z ćwierć wieku albo i więcej po górach nie chodził, bo jest zapracowanym chirurgiem mieszkającym na Mazurach. Na szczęście podstawy edukacji górskiej otrzymał nawet bardzo przyzwoite, a było to tak. Mając lat czternaście pierwszy raz zamieszkał ze mną na taborisku Rąbaniska w Dolinie Suchej Wody. Po paru wypadach w otoczenie Hali Gąsienicowej poprowadziłem go w stylu księdza Stolarczyka na Gerlach. Pojechaliśmy autobusem na Łysą Polanę i ruszyliśmy w górę Doliny Białej Wody, aby zabiwakować w Dolinie Kaczej. Z doliny Kaczej przez Dolinę Litworową, Polski Grzebień i Dolinę Wielicką przeszliśmy do Doliny Batyżowieckiej, gdzie udało nam się znaleźć małą, przytulną kolebę. Następnego dnia weszliśmy na Gerlach i wróciliśmy tą samą drogą do koleby na noc. Czwarty dzień naszej wyrypy to powrót na polską stronę Tatr per pedes apostolorum znowu przez Polski Grzebień. Kolejny rok to wspinaczki środkowym żebrem Skrajnego Granata i Grań Kościelców, a po biwakach w Dolinie Batyżowieckiej i Dolinie Złomisk wejścia na Kończystą i Żłobisty drogą Jordana. W Dolinie Złomisk, godnej swojej nazwy, spotkały nas dwie niecodzienne przygody. Pierwsza zdarza się raz w życiu i to pod warunkiem, iż przez całe życie chodzi się systematycznie po Tatrach – napotkać w ścianie wspinającego się rysia to absolutny ewenement. Druga przygoda miała odmienny charakter, coś takiego przydarzyło mi się w sierpniu jedynie dwa razy. Budzę się rano w kolebie, jest jeszcze ciemno, a zatem obracam się na drugi bok i spokojnie zasypiam. Gdy budzę się powtórnie, a wydawać by się mogło, iż jest już stosunkowo późno, znowu jest ciemno, zasypiam powtórnie. Gdy sytuacja ta powtarza się po raz trzeci, zapalam latarkę i patrzę na zegarek – jest godzina siódma trzydzieści, a tu nadal ciemno. Ki diabeł! Wieczorem nieco wiało, więc w otwór koleby wsadziłem pozostałości jakiegoś płotka, pamiątkę pasterskich czasów. Pcham płotek jedną ręką, a płotek ani drgnie. Pcham oburącz, płotek wysuwa się na zewnątrz, a do środka koleby sypie się śnieg. Okazało się, iż przez noc nawiało od tej strony prawie metr śniegu, pokrywa śnieżna w dolinie jest już ciągła i ma co najmniej ze trzydzieści centymetrów średniej miąższości. Zaczynamy pośpieszną ewakuację w dół, do schroniska nad Popradzkim Stawem oficjalnie nazywanego górskim hotelem. Złomiska dają nam popalić, stawiając nogę nie wie się kompletnie, co znajduje się pod śniegiem, a wyżej normalnej perci brak. Niżej w dolinie perć już jest, ale szybko zamienia się w rwący potoczek, sięgający miejscami połowy łydki. Nad Popradzkim Stawem jest mostek, a na nim ponad dwudziestocentymetrowa warstwa wody. Jest rok 1974, sprzęt biwakowy jest ciężki, wspinaczkowy – jeszcze cięższy, plecaki nie tak ergonomiczne, jak dzisiaj, goretex i polar to pieśń przyszłości, idzie się wyjątkowo ciężko. Wchodzimy do przedsionka schroniska z lekkim obłędem w oczach i wita nas huraganowy śmiech. Jeden rzut oka i wiemy, o co chodzi. W Złomiskach po różnych kolebach spała tej nocy kupa wspinaczy, ci, co się teraz śmieją biwakowali gdzieś niżej lub szybciej się od nas obudzili, teraz ściągają ze siebie co bardziej wodą nasiąknięte rzeczy. Po paru minutach wpadają następni równie ogłupiali, a my dołączamy się do chóru prześmiewców. Jeszcze trochę i następuje gremialne wejście do jadalni, w jadalni zaś wokół stolików rozstawione są eleganckie krzesełka wyściełane niebieskim pluszem. Nikt z nas nie ma suchych spodni, niedługo trzeba czekać, aby każde poruszenie się na krześle owocowało głośnym pluskiem. Jeden rzut oka na salę wystarcza, by rozpoznać, kto z gości spał w kolebie, a kto w schronisku. Wszystkie stoliki zajęte przez kolebowiczów stoją w kałużach o przynajmniej dwumetrowej średnicy. Trzeba pomyśleć o powrocie na polską stronę, jest zimno, nic suchego do przebrania, ze dwie przesiadki po drodze, o obustronne zapalenie płuc u nieprzyzwyczajonego nietrudno. Panie kelner, dwie porcje parówek, dwie herbaty i dwie borowiczki. Andrzej protestuje, jako harcerz przyrzekał nie pić alkoholu do pełnoletniości. Pij byku, to lekarstwo, nie alkohol! Bez zapalenia płuc, a nawet zwykłego kataru się obyło. Na drugą przygodę z kolebą i ze sierpniowym śniegiem musiałem poczekać dość długo, do lata 2005. Ostatni sezon tatrzański Andrzeja to lato 1978, prawy filar Cubryny, Robakiewicz i klasyczna na Mnichu oraz trochę łatwiejszej turystyki. Dzień na Babiej Górze mija nam miło, jest i niespodzianka w postaci starego lisa, który obchodzi turystów na wierzchołku prosząc o jedzenie i pozując do zdjęć. Oczywiście dostał pół kanapki. Gdy pisałem te słowa czyniąc notatki, na podstawie których powstaje Kronika, słuchałem Evity Peron tj. Madonny słysząc jednocześnie w tle chrupanie kości po niedzielnym kurczaku. Tuż za otwartymi drzwiami posilał się spokojnie młody lis, odwiedzający nas regularnie. A godzinę wcześniej z jednej miski piły mleko razem jeż i kot, jeż był mały i dlatego kot nie uciekł. Następnego dnia, w poniedziałek Andrzej podrzuca Mieszka, Magdę i mnie do Zakopanego. Na Łysej Polanie żegnam córkę i wnuka prawie siedmiolatka, którzy ruszają na słowacką stronę, a ja kieruję się w stronę Roztoki. Magda planuje wyjazd z Mieszkiem kolejką nad Łomnicki Staw i nocleg w Chacie Zamkovskego, a później przejście do Doliny Pięciu Stawów Spiskich, kolejny nocleg w popularnej Terince i dotarcie do Roztoki via Lodową Przełęcz oraz Dolinę Jaworową. To bardzo ambitny plan zważywszy wiek Mieszka. Wtorek. Podchodzę z Roztoki do MOka i dalej ceprostradą aż do miejsca, gdzie pod progiem Doliny za Mnichem skręca ona pod kątem prostym w stronę Miedzianego. Tu schodzę ze szlaku kierując się w stronę Mnichowego Żlebu. Trawers okazuje się dość mozolny, bo jest mokro i ślisko, a zaćma daje znać o sobie. Wypracowany przez lata sposób chodzenia, polegający na tym, iż nie patrzę pod nogi, bo wcześniej zapamiętuję konfigurację terenu, zawodzi, zwłaszcza prawa noga nie zawsze trafia tam, gdzie powinna. Gdy dochodzę do podnóża wschodniej ściany Mnicha postanawiam zrezygnować z dalszego podchodzenia żlebem i przetrawersować do Mnichowych Stawków. Wysoko w ścianie wspinają ze trzy zespoły, należałoby iść szybko, bo jestem w tzw. strefie potencjalnego rażenia, gdyby coś na dół poleciało, a tu trzeba patrzeć pod nogi. Potem mokry, śliski i podcięty trawnik, znowu trzeba ekstra uważać. Nad stawkami zdegustowany problemami z widzeniem postawiam nie pchać się już dzisiaj do góry, a zejść po dłuższej sjeście do Roztoki. Środa. Trzeba chwycić byka za rogi i wprowadzić jakieś poprawki do sposobu postrzegania świata pod nogami. Znowu MOko, ceprostrada, Dolina za Mnichem. W odpowiednim miejscu opuszczam szlak wiodący na Wrota Chałubińskiego i rozpoczynam podejście na Zadnią Galerię Cubryńską. Dużo tam stromych trawek i piargu równie skutecznego jak dobre łożyska kulkowe, nie brakuje tam też maliniaków czyli want różnego wagomiaru. Stwierdzam z zadowoleniem, iż mój mózg szybko się uczy, z każdym metrem idzie mi się coraz lepiej, już nie muszę patrzeć uważnie pod nogi ani czaić się z postawieniem stopy. Nagle ciszę zakłóca hurkot spadającego gdzieś niedaleko kamienia. Tu kamienie rzadko kiedy spadają same, nikt w praktyce tu latem nie chodzi, a zatem pewnie włóczy się tu, pomiędzy ściankami po upłazkach kozica. Wyszukuję odpowiednie miejsce i siadam sobie wygodnie, zaczekam na nią. Upływa mniej, niż kwadrans i patrzymy na siebie z odległości kilkunastu metrów. Wchodzę na Zadnią Galerię Cubryńską, jedno z moich ulubionych miejsc w Tatrach. Pochyły taras, podcięty z dwóch stron, okolony od południa ścianami Cubryny. Piękny obelisk Zadniego Mnicha i najwyżej położony w Polsce zbiornik wodny, Zadni Mnichowy Stawek, pokryty teraz w ¾ lodem i śniegiem. Potem w dół, na Mnichowe Plecy i próg Doliny za Mnichem, radość z odzyskanej sprawności przy schodzeniu ze skalnych progów. Tego dnia siedmioletni Mieszko bije swój tatrzański rekord przechodząc przez Lodową Przełęcz i całą Dolinę Jaworową, spotykamy się wieczorem w Roztoce. Tydzień później melduję się w szpitalu. Dziwne uczucie być pacjentem, spędziłem wiele godzin i dni w różnych szpitalach, ale nie w roli pacjenta. Jedną z najzabawniejszych wizyt w szpitalu dobrze zapamiętałem. Sylwester, Ala ma dyżur w Sylwestra. Stawiam się w szpitalu z odpowiednim choć bezalkoholowym zaopatrzeniem i szczurem za pazuchą. Nowy Rok witamy na chirurgii, długi, jak na warunki szpitalne, stół, suto zastawiony wszelakim jadłem. Lekarze, pielęgniarki i zmęczony, bo długo operował w ostatnie godziny Starego Roku chirurg. Zbyt zmęczony, aby się całkowicie przebrać – na kurtce ślady krwi. Nasza szczurzyca skacząc po ramionach zebranych przy stole dopada chirurga i zaczyna czyścić mu uniform, pracowicie wygryzając zabrudzone kawałki materiału. Zmordowany chirurg odpręża się całkowicie i rycząc ze śmiechu dopinguje naszą podopieczną. Ostatni raz byłem pacjentem przez półtora dnia przed prawie sześćdziesięciu laty, gdy wycinano mi migdałek. Usuwanie zmętniałej soczewki za pomocą wiązki ultradźwięków i strumienia wody to nic przyjemnego, choć trudno to nazwać bólem. Gdy słyszę, jak pani doktor prosi siostrę instrumentariuszkę o podanie soczewki przechodzę swoistą metamorfozę przeistaczając się ze zwykłego pacjenta w pacjenta – fizyka. Rozumowanie jest proste: oko oświetlone jest prawie równoległą wiązką światła, soczewka powinna być skorygowana na nieskończoność, abym widział na odległość bez okularów, zatem po rozwinięciu się soczewki powinienem zobaczyć włókno żarówki, jeśli wszystko jest OK. I fajnie jest, widzę typowy kształt włókna oświetlacza. Już po fakcie, podczas badania kontrolnego częstuję moją lekarkę opowieścią o tych obserwacjach, ta po chwili zdziwienia konstatuje z zadumą: czasami lepiej o tym nie wiedzieć! Jakość widzenia prawym okiem jest zaskakująco komfortowa, zarówno co do rozdzielczości, jak i rozróżniania barw. Oczywiście nie do końca organizm radzi sobie z ciałem obcym w oku, większa wrażliwość na wiatr i światło, uczucie dyskomfortu po cięższej i dłuższej fizycznej pracy to cena za komfort widzenia. Jak czułem się w rodzinnym mieście, jeśli pominąć okoliczności związane z samym zabiegiem. Nieszczególnie. Trochę klaustrofobiczne uczucie zamknięcia w murach kamienicy lub wąwozie ulicy, brak linii horyzontu, powiewu wiatru, wielkomiejski zaduch i hałas. W całej rozciągłości mogłem odczuć, jak polubiłem nasz wiejski dom. W pewnym sensie przeszkadzała mi nawet anonimowość ludzi, których spotykałem w bezpośrednim sąsiedztwie domu, w którym mieszkałem lat sześćdziesiąt. Opuszczam Łódź z dość długą listą – wyliczanką, czego i jak długo czynić mi nie wolno, w Rabce moja tutejsza okulistka ubarwia tę listę opowieściami o swoich pacjentach, którzy nie trzymali się tych reguł i co brzydkiego z tego wynikło. Jednym słowem mam robić za okulistycznego rekonwalescenta. Ostateczny test sprawnościowy funduję sobie w wigilię Święta Niepodległości wchodząc kolejny raz w tym sezonie na Babią Górę w niezłym tempie. Po latach w Furkotnej: Andrzej, Magda i Mieszko (2009).
  6. 1 point
    Ja pier*olę, co za upał - to pierwsza myśl jaka mi przychodzi do głowy w chwili, gdy dzwoni budzik. Niby środek zimy, a czuję się jak na Saharze. Organizm krzyczy jeszcze "spać, daj mi spać!", ale brutalnie tłumię wszelkie ludzkie odruchy i siadam na łóżku, by się troszkę rozbudzić. "Kuuur*a, co to za jeb*ny piekarnik..." - tylko takie słowa cisną mi się do ust. Chłopaki też powoli zaczynają się zbierać. Podchodzę do okna, odsłaniam zasłonkę: "Hm... No dobra jeszcze wcześnie, może słonko podniesie tą chmuro-mgłę". Powoli się ubieramy i jemy śniadanko. Niezbyt żywy idę nastawić wodę na herbatę do termosu w kuchni turystycznej. Woda bulgocze, zalewam Liptona i dodaję standardowe 8 łyżeczek cukru. Przydałby się plasterek cytrynki, no ale cóż - jest to luksus na który nie możemy sobie pozwolić. Podobnie czynię z termosami Matiego i Pitera. Mieliśmy w planach wschodzik słońca, ale póki jest mleko nie bardzo nam się spieszy. Wracam do sauny, pakujemy rzeczy. Po około godzince od wstania jesteśmy gotowi do wyjścia. Otwieramy drzwi wejściowe, stawiam pierwszy krok i... ahhh, jak przyjemnie. Mróz przyjemnie chłodzi moją rozpaloną twarz. Bardzo nie lubię spać w takim upale, bo po przebudzeniu czuję się jakby brało mnie jakieś choróbsko. Robimy ostatnie poprawki by plecaki leżały wygodnie na plecach. Czołówki mamy założone, ale nie ma już jakiejś wielkiej ciemności, także są całkowicie zbędne. Ruszamy w stronę Turbacza. Mleczko eleganckie, śnieg się zlewa z przykrytymi śniegiem gałęziami drzew. Uwielbiam ten zimowy widok, gdy drzewa aż się "składają" pod naporem śniegu. Gdyby świeciło do tego słoneczko to by w ogóle była bomba! Idąc w stronę Turbacza odnosimy wrażenie, że mimo popularności tego szczytu to odcinek Stare Wierchy - Turbacz jest bardzo rzadko uczęszczany. Co prawda, szlak jest delikatnie przetarty, ale nie na tyle by szło się komfortowo (w pewnym miejscu zresztą ślady się skończyły). Właściwie to torujemy. A właściwie to ja toruję - cóż taki przywilej osoby, która jako jedyna ma stuptuty 😛 Oczywiście, jako, że idę pierwszy i wybieram trasę to jestem też jedyną osobą, którą trzeba wyciągać gdy stanie na jakiejś poduszce śnieżnej i zapada się po pas. Dobrze, że kumple są w porządku i mnie wyciągają, bo samemu to nie byłoby takie proste (a nie zdziwiłbym się, gdyby mnie zostawili! Takie mamy zwyczaje! 😄) Na szlaku jest bardzo dużo powalonych drzew, które trzeba omijać. Przekłada się to oczywiście na wpadanie we wszelkiego rodzaju dziury, co bardzo spowalnia marsz. W ogóle zima 2019 była całkiem śnieżna, więc na oko tego śniegu to było z 2m 😄 Przemieszczamy się powoli - podświadomie czuję, że raczej na Lubań w takich warunkach nie mamy co liczyć. Zwłaszcza, że nie wzięliśmy tych jabłuszek. Na każdym zejściu zyskiwalibyśmy trochę czasu! No i jakie atrakcje! Zjazd po śniegu, wiatr we włosach, drobinki lodu wciskające się do oczu, połamane nogi, gdy się trzaśnie w drzewo! Moc emocji i to większych niż w wesołym miasteczku! Mijają kolejne minuty, słonko już dawno przekroczyło linię horyzontu, a ta chmurwa jak stała tak stoi. Wyciągam telefon, odpalam kamerki w Tatrach. Jasna cholera! Tam błękit nieba jest! Zerkam też na kamerki z innych regionów Polski. Tak pi razy drzwi ta chmura jest mniej więcej tylko w naszej okolicy. Co za pech! Ale nie poddajemy się, kawał dnia przed nami, może się poprawi. Pod Turbaczem ścieżka znacznie się rozszerza. Swoją drogą też lubicie wszelkie kształty i formacje tworzone przez śnieg na skałach, drzewach, itp.? Zaczynamy podejście, następnie skręcamy w prawo. Dochodzimy do jakiegoś obelisku na którym jest napisane "Turbacz". Hm... chyba to szczyt, nie? Dobrze, że ten kamol tu stoi, bo inaczej za nic w świecie nie ogarnęlibyśmy, że jesteśmy na szczycie. W tym czasie, gdy podziwiamy "widoki," nadchodzi grupka osób ubranych na sportowo - uczestnicy jakiegoś obozu biegowego. Stają w kółku, jakaś rozgrzeweczka, niektórzy w leginsach 3/4 - że takim to nie zimno! Z racji tego, że z naszej ekipy nikt nigdy nie był wcześniej na Turbaczu, to stwierdziliśmy, że dobrym pomysłem jest zapytać się, gdzie jest schronisko (było takie mleko, że nie zdziwilibyśmy się, gdybyśmy po prostu je minęli). Wskazali nam drogę, ruszamy przed siebie. Po jakiś 5 minutach zza drzew wychyla nam się daszek jakiejś chatki - chyba szczęśliwie dotarliśmy! Ale powiem Wam, że dobrze, że nie szliśmy wczoraj w nocy. Naprawdę moglibyśmy mieć problem z zauważeniem schroniska. Dach cały pokryty śniegiem. Gdyby nie wyróżniający się kolor tej chatki moglibyśmy jej (a może nawet i schroniska) nie dojrzeć. Schronisko naprawdę słusznych rozmiarów, wbijamy do środeczka na śniadanio-obiad. Panuje bardzo duży ruch w jadalni, ponadto są jakieś obozy czy inne wariactwa (naprawdę cieszymy się z noclegu na Starych Wierchach, bo tutaj mogłaby nas czekać glebka). Na zewnątrz są organizowane zajęcia (chyba) ze wspinaczki lodowej na takiej niezbyt wysokiej, drewnianej ścianie. I chyba był jakiś festiwal czy coś, bo taki namiot stał przed schroniskiem. Ogólnie super, że schronisko potrafi działać aż na tylu płaszczyznach, bardzo mi się to podobało. Podobno z Turbacza są bardzo ładne widoki na Tatry, ale no właśnie - podobno 😛 Wiele nie widzieliśmy, więc równie dobrze za tą mgłą mogły stać Alpy bądź Himalaje i całkowicie mielibyśmy to wtedy w nosie. Znowu wleciały naleśniczki (nie ma to jak słodkie posiłki - uwielbiam!), herbatka z termosa, chwila oddechu i ubieramy się z powrotem. Wychodzimy przed schronisko i skręcamy w lewo. Wchodzimy na Halę Długą... Jeśli ktoś się zastanawia skąd ta nazwa - ona naprawdę się ciągnie w cholerę. Idziemy nią i idziemy, idziemy. Sekundka przerwy bo gdzieś się delikatnie zakopałem (taka dygresja - zauważyłem, że sporo też energii zabiera takie delikatne zapadanie się nogi - dosłownie 2cm - na takim lekko ubitym śniegu) i znowu idziemy, i idziemy, i idziemy, kur*a ile to trwa 😛 W końcu nasza mgiełka delikatnie ciemnieje - tam musi być las! Po dekadzie udało nam się przejść tą halę i wchodzimy między drzewa. Tutaj ścieżka trochę bardziej przedeptana, idzie się zdecydowanie przyjemniej, jednak i tak, co jakiś czas mój Rescue Team wyciąga moje zapadnięte 4 litery 😄 Po około 30 minutach docieramy do szlakowskazu na szczycie Kiczory. Naprawdę ilość śniegu tej zimy robi wrażenie. Spokojnie możemy na nim sobie usiąść. Nad śnieg wystają tylko tabliczki z podanymi czasami. Po paru obowiązkowych foteczkach ruszamy dalej - w kierunku Przełęczy Knurowskiej, zwłaszcza, że jest już przed 11:00. Idziemy non stop z tymi obłędnymi widokami - ogrom panoramy powoduje, że kręci nam się w głowie 😛 Prognozy coś się nie sprawdzają, takich górofilów nie nagrodzić żadnym widoczkiem! A meteoblue pokazuje na dzisiaj i na najbliższe dni słoneczko. Bardzo nieładnie! W pewnym momencie idziemy z Matim za Piterem. Hm... patrzymy na jego śpiwór, karimatę, z czymś nam te kształty się kojarzą... 🤔 Mimo połowy lutego temperatura oscyluje w granicach zera. W pewnym momencie czujemy, że robimy się głodni. Decydujemy się na postój. Siadamy na plecaczkach, coby nie "dostać wilka" jak to mawiają babcie (po prostu nie chcieliśmy by nam dupki zmokły😂) Wyciągamy przysmaczki, zapijamy herbatką. Samopoczucie w porządku, jednak to brak widoków mocno zbija morale. Ja siedzę w samej bluzie (tempo marszu wystarczająco mnie grzeje na tyle, że z reguły nie chodzę zimą w górach w kurtce, którą awaryjnie trzymam w plecaku) jednak brak ruchu powoduje, że powoli zaczynają mi kostnieć dłonie. Czas się zbierać. Obozowisko zwinięte, ogień ugaszony - ruszamy. Idziemy już w dół, co oznacza, że przełęcz niedaleko. W butach z gorkiem jest już tak mokro, że cieszymy się, że nie ma tęgiego mrozu, bo paluszki to by już nam chyba same się ułamały 😛 A tak propo butów. Nie kupujcie Salomonów - gówniana marka, nie warto. Mimo impregnacji, dbania i chuchania na nie, skubane przepuszczały wodę jak papier toaletowy. W pewnej chwili znowu idziemy za Piterem i coś nam nie pasuje... - Piter, chyba zgubiłeś swoje zielone "jądra"... Okazało się, że przymocowany śpiworek Pitera został gdzieś na odcinku ostatni postój - zabudowania przed Przełęczą Knurowską. Żeby nie tracić czasu Piter zostawia nam swój plecak (chyba ważył z 30😧kg 😜), cofa się, a my z Matim trzymając go w rękach idziemy dalej (no i widzicie, znowu jabłuszko by się przydało, bo tak to byśmy wrzucili go na dupolot, na chwycie od dupolotu przymocowalibyśmy sznurek i byłyby prowizoryczne sanie, a tak to dupa). We dwójkę powoli docieramy na przełęcz. Kurde, ale dzicz. Jest jakaś tabliczka z rozkładem jazdy autobusu - w to miejsce przyjeżdżał chyba tylko 2 czy 3 razy dziennie. Odludzie totalne, nie zdziwiłbym się, gdyby w tamtym miejscu psy dupami szczekały, a internet nosiłoby się w wiadrach 😛 Ale i tak takie miejsca mają swój urok. Szkoda tylko, że wszędzie daleko 😛 By nie tracić czasu uzupełniamy braki w cukrze za pomocą... cukru! 😄 zawartego w batonach, a po chwili dogania nas Piter ze swoim zielonym śpiworem 😀 Możemy ruszać dalej - nasz następny punkt nawigacyjny - Baza Turystyczna Studzianki (to znaczy teraz mogę stwierdzić, ze to był nasz punkt nawigacyjny, bo wtedy o istnieniu tego miejsca nie miałem pojęcia 😄). Znowu podchodzimy pod górę i w las. W butach coraz bardziej mokro. Robi się też nam po prostu zimno, ostatni ciepły posiłek był na Turbaczu, więc od wewnątrz nie ma co nas grzać (ahh... trzeba było nie wypijać tej wódki tak szybko 😁). Na szczęście powoli dochodzimy do wspomnianej wyżej bazy turystycznej. Oczywiście nie chcieliśmy się tam zatrzymywać, ale fajnie widzieć cywilizację 😄 W tej chwili Mati mówi mu, że musi się cieplej ubrać. Stajemy przy takim murku, Mati zakłada bieliznę termoaktywną na nogi, gdy w tej chwili przyleciał pies. Śmialiśmy się, że, hehe, pewnie poczuł kiełbasę (od) Matiego😛 Komfort termiczny całego teamu poprawiony, bo sam założyłem też kurteczkę, więc idziemy dalej. Następny planowany postój na odbiciu szlaku niebieskiego. Żegnamy się z Bazą Turystyczną (swoją drogą przy ładnej pogodzie musi być stąd naprawdę śliczny widok) i przemy przed siebie. Po dwudziestukilku minutach dochodzimy pod Kotelnicę, i wychodząc z lasu na taką małą polankę nagle... pogoda się poprawia! Dosłownie w 3 minuty z mleka odkrywa nam się błękit nieba! Słoneczko pięknie świeci, jeszcze przygrzewa, morale strzela w górę jak korek od szampana. Wiemy już, że na Lubań jest zbyt późna pora - nie wiemy jak dalej z przetarciem szlaku, nie znamy okolicy i nie wiemy jak wygląda zejście do Czorsztyna. W takim wypadku decydujemy się na relaksik na tym ośnieżonym polu i oddajemy się błogiemu odpoczynkowi. Dopijamy resztki herbaty i posilamy się. Rzucam do chłopaków: - Ciekawe czy będzie widać Tatry jak wyjdziemy z tego lasu. Jest 15:40, do zachodu słońca mamy jakoś godzinkę. Trochę boli ten Lubań, bo według mapy powinniśmy tam dojść w jakieś 2h, ale nieznajomość trasy i warunu zmusza nas do zejścia. Wchodzimy w las, po 20 minutach dochodzimy do pierwszych zabudowań miejscowości Huba. Nooo, w takich okolicznościach przyrody to ja mógłbym mieć chatkę 😉 Tylko może lepiej by było bliżej Tatr i gdzieś wyżej, bo na tym Podhalu powietrze potrafi być naprawdę hardkorowe 😛 Idziemy asfaltową drogą z widokiem na Tatry i słońce chylące się w kierunku horyzontu. Takie piękne kolory to chyba w ramach przeprosin za tą nieudaną randkę wczoraj z pogodą. Oczywiście przeprosiny przyjęte, bo byliśmy naprawdę urażeni 😉 Schodzimy w kierunku głównej drogi, cały czas patrząc w niebo. Jednak ostatecznie słonko niestety się chowa 😞 No cóż, do zobaczenia (oby) jutro! Dochodzimy do przystanku, czekamy na busa do Czorsztyna. W końcu jakiś staje - bezpośrednio do wsi nie wjeżdża, ale zatrzymuje się niedaleko - będziemy musieli dojść około 2 km. No cóż, bierzemy. Jazda trwa dosłownie kilkanaście minut, wysiadamy na przystanku. Jest już ciemno, przydadzą się czołówki. Ruszamy, oddalamy się na jakieś 500m, gdy Piter orientuje się, że nie ma śpiwora. Wracamy z powrotem na przystanek by go poszukać, może gdzieś wypadł przy wysiadaniu. Niestety, nigdzie przy drodze go nie było, więc prawdopodobnie przepadł bezpowrotnie 😞 Zmierzamy po raz drugi w kierunku Czorsztyna, omijamy zamarznięte kałuże (prawie wywinąłem orła na jednej). Po około 30 minutach mijamy pierwsze domy i szukamy naszego noclegu. Szczęśliwie udaje nam się go znaleźć. W tym samym ośrodku jest jakaś wycieczka szkolna (czy inne kolonie), więc liczymy, że załapiemy się na jakąś dyskotekę z szóstoklasistami 😛 Pytamy gospodynię o jakiś sklep by uzupełnić szamkę, a ona mówi, że dobrze trafiliśmy, bo za niewielką opłatą będziemy mieli kolację! Szczęście jak przy wygranej szóstce w totka! 😄 Po kolacji wracamy do pokoju. Wszyscy mamy mokre buty, więc one od razu lądują na kaloryferach. Fajnie by było, gdyby po przyjściu na spanko można było od razu się położyć, ale niestety są obowiązki - pranie skarpet, bielizny termoaktywnej, bluzek, itp. (inaczej mogłoby to wszystko się zakisić, a przy odpowiednich warunkach może by się wykształciły na nich jakieś inteligentne istoty). Trochę czasu nam schodzi. Martwi nas też stan Matiego, gdyż dojechał nieźle palce u stóp schodząc do Huby - jego paznokcie są czarne, a chodzenie sprawia mu ból. Cóż, takiego obrotu spraw się nie spodziewaliśmy. Mój ziomek mówi, że jutro zobaczymy czy da radę iść, bo póki co - czarno to widzi. Zmęczeni, ale zadowoleni z tego wypogodzenia zapadamy w sen. Jutrzejszego dnia mamy dwa cele: 1. Wyspać się. 2. Przejść Pieniny 😉 Na pewno mega wcześnie wstawać nie będziemy 😉
  7. 1 point
    Z pewnością każdy prawdziwy Tatromaniak przyzna, że piękny słoneczny weekend lub dłuższy urlop, oczywiście najlepiej spędzić na górskich szlakach zdobywając choćby kilka ulubionych szczytów. Jeżeli jednak z różnych powodów chwilowo jest to niemożliwe, pogoda nie daje się okiełznać, lub po prostu w czasie urlopu pod Tatrami chcemy zrobić sobie malą przerwę od wysokogórskiej wspinaczki, być może warto poszukać jakiegoś ciekawego miejsca na Podhalu, Spiszu czy Orawie gdzie można odpocząć, zrelaksować się i przy okazji coś zwiedzić. Jednym z takich miejsc gdzie warto wybrać się na spacer zupełnie niezależnie od pogody, jest objęty ścisłą ochroną rezerwat przyrody, "Bór na Czerwonem" w Nowym Targu. Torfowisko "Bór na Czerwonem" stanowi enklawę obszaru Natura 2000 "Torfowiska Orawsko - Nowotarskie". Kilka poniżej zamieszczonych zdjęć prezentuje skrawek tego uroczego zakątka. Jednak jak to bywa w przypadku ściśle chronionego środowiska naturalnego, potrzeba zaangażowania niemal wszystkich zmysłów aby wchłonąć jego prawdziwy klimat i zdjęcia nie są w stanie przekazać np intensywnego zapachu traw i kwiatów, porastających brzegi rozlewiska. Rezerwat znajduje się w pobliżu lotniska, nad Dunajcem gdzie przebiega ścieżka spacerowa z widokiem na Tatry. Udanego spaceru!!!
  8. 1 point
    Lubię nocne powroty. Gdy bazą było schronisko w Roztoce to powroty takie latem zdarzały mi się często, a późną jesienią i zimą były codziennością. Przed laty Ala wymyśliła kapitalny slogan reklamowy dla Roztoki: Z Roztoki wszędzie blisko! To stwierdzenie zawiera w sobie pewien szyfr, dla spacerowicza z Roztoki wszędzie jest daleko, dla tatrzańskiego zaś długodystansowca to punkt na mapie Tatr, z którego można wyruszyć na szereg długich wyryp o różnym stopniu trudności. Przykładowo wymienię dwie skrajne. Łatwa pętla o charakterze spacerowym wiedzie przez Łysą Polanę i Tatrzańską Kotlinę (przejazd autobusem), a następnie skrajem Tatr Bielskich przez schronisko zwane Szarotką (Plesnivec), Przednie Koperszady, Przełęcz pod Kopą i Zadnie Koperszady do Jaworzyny Spiskiej, skąd już blisko na Łysą Polanę i do Roztoki. Trudności żadne, kwiaty wyjątkowo piękne, krajobrazy również, istna sielanka. Pętla dla ambitnych i raczej znających się na rzeczy to podejście do Morskiego Oka, marsz szlakiem wiodącym na Rysy (niestety w mniejszym lub większym tłumie, chyba że bardzo wcześnie opuści się Roztokę) aż prawie na wysokość Buli, gdzie opuszczamy szlak kierując się w prawo ku ścianom ŻeTeMu (Żabia Turnia Mięguszowiecka) i Wołowej Turni, gdzie zaczyna się Zachód Grońskiego. Jeśli leży tam jeszcze sporo śniegu to adrenaliny nam nie zabraknie, chyba że zabierzemy ze sobą raki i czekan, nawet w środku lata. Zachód ten wyprowadzi nas tuż pod Małą Wołową Szczerbinę, przez którą przewiniemy się na słowacką stronę Wołowego Grzbietu. Tu wkroczymy w inny świat ze świata ponurych dla niektórych północnych ścian – idylliczne trawki, a niżej Żabie Stawy Mięguszowieckie i wygodna ścieżka, która zaprowadzi nas najpierw do Popradzkiego Stawu, a potem do Szczyrbskiego Jeziora i stacji kolejki elektrycznej. Kolejką do Starego Smokowca, autobusem na Łysą Polanę i wieczorny spacer do Roztoki. Najczęściej wybierany wariant wypadu na Mięguszowiecki, to wyjście około godziny ósmej z Roztoki, piwo na Włosiennicy (mam tam zniżkę na dużo piwo z sokiem!), Morskie Oko, Czarny Staw, Bańdzioch czyli Kocioł Mięguszowiecki, Siodełko w Filarze, zachodnia grań i wierzchołek. Po godzinnej kontemplacji otoczenia na wierzchołku długie zejście na Przełęcz pod Chłopkiem z obowiązkową, powtórną kontemplacją pośrodku Głazów na uroczym balkoniku. Na Przełęcz docieram zwykle około szóstej, w schronisku nad Morskim Okiem jestem przed ósmą, w sam raz na piwo i parówki. Tłum wycieczkowiczów odpłynął już w dół, można posiedzieć na werandzie, porozmawiać ze znajomymi, a potem już po ciemku w dół, do Roztoki. Jesienią i zimą nocne powroty to już codzienność, często wcześniej zaprogramowana. Pięknie jest schodzić przy gwiazdach z Pięciu Stawów, do dolnej stacji wyciągu idzie się wystarczająco komfortowo, jeśli śnieg jest twardy – wystarczy przypiąć raki i zejść ze śladów i dziur, pozostawionych przez innych w ciągu dnia. Przy dolnej stacji wyciągu zdejmuję raki i zapalam czołówkę, której światło wyczarowuje w lesie piękne kształty małych smreczków, obsypanych śniegiem. Piękny jest też zachód słońca, podziwiany z Gęsiej Szyi i nocny marsz przy księżycu przez polany Rusinową i pod Wołoszynem. Po wielu latach takiego procederu znam już z grubsza niedźwiedzie szlaki, a często i harmonogram ich nocnych wędrówek. Pomagały mi w tym psy z Wanty, Roztoki, a nawet z Polany Biała Woda, słyszę z daleka ich poszczekiwania, i wiem, gdzie aktualnie krąży On (z dużej litery, według prastarej tradycji podhalańskiej, z szacunkiem). Po szeregu spotkaniach z niedźwiedziami pozbyłem się lęku przed nimi, ale nie szacunku, wiem, jak są szybkie na krótki dystans i jaką siłą dysponują. I wiem, jak postępować, aby ich nie zdenerwować. Lecz zaufanie powinno być zawsze ograniczone, mogę trafić na młodego, głupiego niedźwiedzia, który będzie szczególnie zainteresowany zawartością mojego plecaka, zwłaszcza podczas nocnego biwaku – mam zawsze pod ręką pojemnik z żelem pieprzowym, nigdy jednak nie zdarzyło mi się po niego sięgnąć, choć bywało, iż dystans między nami skracał się do dwóch, trzech metrów. Razu pewnego wracam już w zapadającym zmierzchu z otoczenia Morskiego Oka do Roztoki i napotykam na asfalcie dwóch odzianych na zielono ludzików, ślakujących misia za pomocą niewielkiej anteny, jako że misia wcześniej uśpiono i założono mu obrożę z radionadajnikiem. Młodszego z nich znam, bo spotykaliśmy się już poprzednio w podobnych okolicznościach i wymienialiśmy się informacjami na temat niedźwiedzi, nawiasem mówiąc z obopólną korzyścią. Grzecznie ich pozdrawiam, młodszy przezornie milczy, a starszy, siwy, widać szef, zaczyna napastliwie z wysokiego , filancowskiego C: Dlaczego pan chodzi po nocy!? Przez takich jak pan my musimy jeździć po nocy i ich ratować! Przybieram najsłodszy z możliwych ton i mówię spokojnie, prawie pieszczotliwie: Po nocy chodzę, bo lubię, i zaręczam Pana, iż mnie ratować nie będzie musiał, ale ja zawsze, w razie czego służę swoją pomocą. To początek rozmowy. Mój rozmówca powtarza swoje, jak mantrę, a ja przechodzę do kontrataku nie zmieniając tonu, wyliczam różne grzechy parku (o to nietrudno), zadaję pytania, na które mój adwersarz nie udziela odpowiedzi, bo sam ośmieszyłby swoje połajanki. Ja bawię się doskonale, on z trudem łapie oddech z irytacji, jeszcze trochę, i znajdzie się w stanie przedzawałowym. Sytuacja jest klarowna, za mną las, w którym jestem u siebie, sekunda i jestem w lesie, a w lesie krąży gdzieś groźny dla parkowca niedźwiedź, ścigać mnie nie będzie. Jednym słowem, jak pisali ongiś autorzy sztuk teatralnych w stylu Krakowiaków i Górali : Niech no chyci wiater z rzyci! (to cytat jak najbardziej literacki). Koniec końców filanc wykrztusza z zaciśniętego gardła: Niech pan już idzie, bo będzie nieszczęście! Co prawda to prawda, nie śmiałbym pozbawiać parku tak wybitnego pracownika. Epilog tego zdarzenia następuje za dwie godziny. Wychodzę ze schroniska i idę do budynku gospodarczego, w którym śpi Magda z Mieszkiem. Na zapleczu schroniska zauważam samochód i owego siwowłosego filanca. W ciemnościach bierze mnie za jednego z pracowników schroniska i nerwowo, acz bardzo grzecznie pyta: Nie widział Pan niedźwiedzia? Zgodnie z prawdą odpowiadam: Owszem, był tu jakieś pół godziny temu, ale już sobie poszedł. Proszę sprawdzić okolice parkingu na Palenicy, pewnie tam już krąży. Od szeregu lat w Tatrach, po obu stronach granicy obowiązuje godzina policyjna dla turystów, od zmierzchu do świtu, i to pomimo tego, iż podobno mamy demokrację, a niejaki generał gubernator jest na emeryturze. Logicznie rzecz biorąc oznacza to, iż Jego Wielmożność Zastępca Generał-Gubernatora, Dyrektor Parku Narodowego wyznaczył dla niedźwiedzi godzinę policyjną od świtu do zmierzchu, nie przewidział jednak w swojej mądrości, choć ma odpowiedni doktorat, iż niedźwiedzie są w Tatrach jeszcze niepiśmienne, może jakiś kurs szybkiego czytania? I słoik miodu na zakończenie kursu? Nawiasem mówiąc od lat kłusownicy przeróżnej maści i profesji hasają sobie swobodnie w Tatrach. Im ściślejszy rezerwat tym mniej zwierzyny, bo nie grozi przyłapanie na gorącym uczynku, bo strażnicy wolą łapać staruszki, które zerwą parę jagód koło ścieżki lub taterników wspinających się w liczbie kilku czy kilkunastu na miesiąc w Tatrach Zachodnich, albo starą, tatrzańską gwardię, które w trosce o sfatygowane już kręgosłupy maszeruje z ciężkimi plecakami najkrótszą drogą do Roztoki, czyli drogą jezdną, którą zaopatruje się to schronisko. Transport upolowanej zwierzyny odbywa się oczywiście po zapadnięciu zmroku, co wiem z własnych obserwacji. O ambonach stojących dwadzieścia metrów od paśnika już nie wspomnę, ale aby to zobaczyć trzeba zejść ze znakowanego szlaku. A teraz liczby, które podobno nie kłamią. Od zakończenia I wojny światowej nie zanotowano w Tatrach Polskich ani jednego wypadku śmiertelnego, spowodowanego przez niedźwiedzia. Z drugiej strony od wielu lat corocznie ginie w Tatrach od dwudziestu do trzydziestu ludzi, co czyni uzasadnienie godziny policyjnej nonsensem. Obowiązkiem dyrekcji parku jest informować i pouczać, a niedopuszczalnym jest ingerowanie w podstawowe swobody obywatelskie. Jeśli ktoś spoza parku jest innego zdania, to powiem mu wprost w twarz, że ma duszę niewolnika, jest najgorszą odmianą homo sovieticus i powinien wyemigrować natychmiast na Kubę lub do Chin, by tam szybko ozdrowieć, jakkolwiek ryzyko zbyt radykalnego ozdrowienia byłoby znaczne.
  9. 1 point
    Mieszko i Czerwone Wierchy (2009) Część III i ostatnia. Prezentowany tu sposób opowiadania o wspólnej z Mieszkiem wyrypie dobrze koresponduje z nią samą, gdy perć jest łatwa i nie wymaga koncentracji to najczęściej się gada w marszu wspominając niegdysiejsze przewagi i klęski. Od czasu do czasu opowiada się też jakieś górskie makabreski, co po pierwsze ma aspekt dydaktyczny, a po drugie tłumi własny lęk przed tym, co się w górach zawsze może zdarzyć bez względu na doświadczenie i umiejętności. Ktoś kiedyś na łamach Taternika opowiadał, jak podczas prelekcji o wspinaniu i górach rozpoznać, czy na sali są jacyś wspinacze. Należy po prostu rzucić dowcip w rodzaju: Idziemy granią, jest łatwo, tośmy się nie związali. Nagle kolega leci w dół, długo szukamy go pod ścianą, znajdujemy. Jest taki maleńki, bo spadł biedaczek prosto na nogi! Jeśli w tym momencie ktoś na sali ryknie śmiechem, to na pewno jest wspinaczem. W zejściu z Ciemniaka aż po Piec dreptanie po ścieżce, miejscami nieźle już rozdeptanej okraszone jest przynajmniej ładnymi widokami, poniżej Pieca zaczyna się las i nuda, to ostatnie rozsądne miejsce na odpoczynek, obaj z Mieszkiem jesteśmy już nieźle znużeni. Mieszko znowu pojada, potem ogląda Piec, muszę go przekonywać, iż wspinanie się po nim to nienajlepszy pomysł, zwłaszcza, że z Ciemniaka spływa sznureczek turystów. Wokół tej skałki wcale spore klepisko, niedługo znikną resztki trawy nawet w parometrowej od niej odległości. Spoglądam na to wszystko i z rozrzewnieniem wspominam swoją ostatnią bytność w tym miejscu. Schyłek sezonu 1981 – wpadam na pomysł, aby go zakończyć w Tatrach Zachodnich. Minimum rzeczy w plecaku, kurtka puchowa, płat folii, stara pałatka brezentowa. Wchodzę na Kominy Tylkowe starym, pasterskim przechodem z Hali na Stołach. Owiec już nie ma w Tatrach, a za jakiś czas Kominy Tylkowe zostaną oficjalnie zamknięte dla ruchu turystycznego, ulegnie likwidacji szlak z Przełęczy Iwaniackiej. Ten niezbyt wysoki, jak na Tatry wierch jest czymś wyjątkowym. Rozległy płaskowyż tworzy wierzchołek, niżej białe, bardzo urozmaicone skały z Raptawicką Turnią na czele, ciekawe jaskinie. Jednocześnie Kominy to loża w amfiteatrze Tatr Zachodnich. Czy można sobie wyobrazić bardziej atrakcyjne miejsce na biwak? Przed snem dylemat, zdjąć buty i wsunąć nogi do plecaka, czy nie zdejmować butów, z plecaka zrobić sobie poduszkę. Materace pneumatyczne z tego okresu czasu są bardzo ciężkie, karimatek jeszcze brak. Gdy śpi się na boku to po pewnym czasie sen przerywa uczucie zimna w biodrze, ściśnięty w kurtce puchowej puch nie chroni za dobrze przed nocnym chłodem, trzeba się obrócić na drugi bok, śpiąc na wznak za wiele traci się ciepła. Koło północy budzi mnie nadprogramowo coś innego, niż chłód – z nieba dochodzi dźwięk silników lotniczych, ktoś na czymś lata nad Tatrami. Prawie każdy mieszkaniec Polski w odpowiednim wieku pamięta podstawowe pytanie roku 1981-szego, wejdą czy nie wejdą, Ruskie oczywiście i to nie pierogi. Jestem w tym miejscu i czasie bardziej wyczulony na takie dźwięki i pytania, niż większość z tych, którzy wonczas raczyli odwiedzić Tatry. Dlaczego? To proste. Lato 1968, taborisko Rąbaniska w dolinie Suchej Wody. Preludium przyszłych wydarzeń, jem wraz z Alą pierwszą kolację w cieniu naszego namiotu. Ni stąd ni zowąd przysiada się do nas rosły blondyn w typie J-23, mógłby z powodzeniem być dublerem Stanisława Mikulskiego na planie Stawki większej niż życie i jakoś tak głupio zagaja rozmowę. Na tyle głupio, iż Ala, sławna ze swojej podlaskiej gościnności odpala mu tak, że blondyn zwija się jak niepyszny. Za chwilę podchodzi do nas dziewczyna z sąsiedniego namiotu: Fajnie spławiliście tego tajniaka! Widząc nasze zaskoczone miny wyjaśnia: Facet przyjechał na kurs wspinaczkowy, kurs się skończył, a on został. Mija trochę czasu, a przyjeżdża dziewczyna z Warszawy, zobaczyła go i się pyta, a ten co tu robi?! My na to, że to kursant. A ona – ładny kursant, parę tygodni temu przesłuchiwał mnie w Pałacu Mostowskich! Niby przypadek, na Hali stoją namioty, a w nich kupa wojaków, Podhalańczycy. Po jakimś czasie wojsko zwija się na dół, żołnierze objuczeni kiej muły znoszą wielkie toboły do Brzezin, mało tego, za nimi jadą Stary 6x6 tak obładowane, iż trzeba prawie natychmiast remontować po nich mosty na Suchej Wodzie, choć co dzień jeździ po nich ciężarówka z węglem. Wniosek jeden, byli tu na stopie wojennej łącznie z moździerzami i zapasem amunicji do nich. Odsłona trzecia: nad ranem wycie silników lotniczych nad Tatrami, jakaś armada powietrzna przekracza Tatry. Rano dochodzą ludzie z Zakopanego i głoszą: Anschluss, zajmujemy Czechosłowację! Niektórzy z nas mają karty mobilizacyjne, nikt nie pali się do udziału w tej awanturze, co bardziej patriotycznie nastawieni w głębi duszy już się zastanawiają, do kogo strzelać w razie czego. Wśród wiary jest dwóch dziadków, obaj podczas drugiej wojny światowej ukrywali się czas jakiś w Tatrach, teraz wodzą rej udzielając rad młodzieży, gdzie i jak ten czas przeczekać. Słysząc na Kominach silniki lotnicze nad głową od razu stawiam sobie pytanie: Rewanż czy nie rewanż? Na wszelki wypadek rano schodzę do schroniska na Hali Ornak i oddycham z ulgą: Jeszcze nie tym razem! Następnego dnia wieczorem muszę opuścić Tatry, na nocleg w schronisku nie mam ochoty, ruszam ku Hali Tomanowej, a pod wieczór docieram w okolice Hali pod Piecem. Pod samą skałką taki dywan szarotek, iż nie mam gdzie się położyć, schodzę na niżej położoną polanę i układam się do snu, mam towarzystwo, kilkadziesiąt kroków dalej spokojnie pasie się dorodny jeleń, nie przeszkadzamy sobie ani trochę. Koniec wspomnień, trza się brać dołu. No może jeszcze jedno wspomnienie, tym razem sprzed dziewięciu lat. Wracając z Mięgusza docieram około wpół do siódmej na Przełęcz pod Chłopkiem, nie zatrzymuję się na przełęczy, tylko od razu schodzę na Kazalnicę. Wcześniej słyszę potężny łoskot, stromą rynną przecinającą uskok grani Czarnego Mięgusza pędzą w dół bloki skalne, wyżej, w rynnie widać dwie sylwetki. Uśmiecham się do siebie, to prawie na pewno wspinacze wracający z ŻeTeMu lub Wołowej Turni, z powodu nieznajomości topografii lub zwykłego lenistwa wmanewrowali się w kruchą rynnę. Spotykamy się na Kazalnicy, chłopcy młodsi ode mnie o przynajmniej lat trzydzieści, wspinali się rzeczywiście na Żabiej Turni Mięguszowieckiej, pierwszy raz wracali z niej przez Przełęcz pod Chłopkiem. Natychmiast znajdujemy wspólny język, żadnej bariery wiekowej, gawędzimy sobie swobodnie. Nagle jednemu z nich przypomina się, jaką godzinę alarmową wpisał nieopatrznie w Książce Wyjść i rzuca koledze hasło: Spadamy! Drugi ma poczucie humoru i natychmiast mu odpowiada: Ty wypluj to słowo! Faktycznie, od tafli Czarnego Stawu dzieli nas prawie sześćset metrów powietrza – pokładamy się ze śmiechu. Ruszamy z Mieszkiem w dół, droga staje się coraz nudniejsza. Dobrze, iż tysiące butów przez lata starły na proch potykacze w postaci korzeni. Mijamy młodą parę, dziewczyna jest już prawie załamana schodzeniem, sztywne nogi, co kilkaset metrów siada. Niżej dwie panie schodzą wspierając się na kijkach. Mieszko jest już bardzo znudzony tą drogą, co chwila pyta mnie, jak jeszcze daleko. W którymś momencie, mając już szczerze dosyć odpowiadania na to samo pytanie rzucam za siebie: godzinka, może mniej. Te słowa docierają do uszu owych pań i wywołują małą panikę, pytają, czy się nie przesłyszały: Jeszcze godzina?! Zatrzymuję się, obracam i wsparty na kijkach odpowiadam: Pół wieku temu odpowiedziałbym, iż pięć minut, czterdzieści lat temu, iż trzy minuty, piętnaście lat temu, że kwadrans, a teraz wolę się nie wypowiadać. Na Polanie Zahradziska chłodzimy się obaj wodą z potoka, po jakimś czasie nadchodzą panie z kijkami. Zadaję im pytanie: No i jak długo panie schodziły? Pada odpowiedź: jakieś dwadzieścia pięć minut. Nie jest źle, Mieszkowi i mnie zajęło to jednak tylko kwadrans. Wyraźny postęp w porównaniu z pierwszym wypadem na Czerwone Wierchy. Odświeżywszy się ruszamy dalej. Na deptaku na dnie Doliny Kościeliskiej jeszcze sporo turystów, głównie wracających z Hali Ornak. Aneks bez związku (z W.S.I) J-23, ciąg dalszy opowieści Mimo zdemaskowania i licznych żartów J-23 pozostał na taborisku do końca sezonu, widać miał taki rozkaz. Dwa przykłady takich żartów, może nie najprzedniejszej próby, ale co tu mówić, śmieszyły nas wówczas, a jego zapewne całkiem nie. Przykład pierwszy. Nasz niby to kursant wchodzi do Murowańca z niezbyt wyładowanym plecakiem wspinaczkowym, ale za to przepasany pętlą, na której dyndają nanizane na karabinki haki, jak kły niedźwiedzia grizzly na naszyjniku Old Shatterhanda. Wita go ciepłe: Masz fajny strój maskowniczy. Przykład numer dwa. Wspinamy się z pewnym Jankiem z Bydgoszczy na Filarze Staszla, niedaleko od nas na innym żebrze Granatów wspina się jeden instruktor, jedna dziewczyna i nasz bohater. W pewnym momencie widzimy obaj, jak J-23 wychodzi na ogromną półę, po której zaczyna się przemieszczać coraz bardziej nerwowo od jednego krańca do drugiego i z powrotem. Instruktor, który z dołu go nie widzi i nie wie, co się dzieje, wydaje gromkie okrzyki, chcąc dowiedzieć się, jaka jest przyczyna tej pauzy we wspinaczce. J-23 odpowiada: Nie mogę założyć stanowiska (w domyśle – asekuracyjnego)! Instruktor wnerwia się jeszcze bardziej, bo wie doskonale, iż na tej półce założyć można nie jedno, ale z dziesięć dobrych stanowisk, w górę lecą już niezbyt parlamentarne słowa, co powoduje, iż J-23 jeszcze bardziej nerwowo przemieszcza się obmacując intensywnie skałę w poszukiwaniu szczeliny na hak. Ostatecznie coś znajduje, wyciąga młotek i dumny z siebie wrzeszczy do instruktora: Zakładam stanowisko! Mój partner nie wytrzymuje i ryczy wesoło na całą dolinę: Ogniowe!!! Tatrzańskiego agenta J-23 już nigdy więcej w górach nie spotkałem. PS. Z Jankiem odnaleźliśmy się po wielu latach na FB – świat się jednak skurczył i to bardzo.
  10. 1 point
    Aforyzmy Mieczysława Świerza – odcinek IV i ostatni. Ale nie odgrażając się ciąg dalszy opowieści wkrótce nastąpi. Cztery lata później lina zwana kablem przydała mi się naprawdę. A było to tak. Hala Gąsienicowa, spędzamy ten sezon na taborisku [obozowisko taternickie] nazywanym powszechnie Rąbaniska. Hala wita nas długim okresem niepogody, czas wypełniamy miłym życiem obozowym i turystyką. W końcu pogoda się poprawia i możemy zacząć się wspinać. Na drugą wspinaczkę w sezonie wybieramy popularną setkę czyli drogę numer 100 w przewodniku Paryskiego, wiodącą zachodnim żebrem Zadniego Kościelca. Ma ona niebagatelną zaletę wtedy, gdy często pada deszcz, wiedzie formacjami wypukłymi, a więc szybko obsycha i w dodatku łatwo się z niej wycofać w razie załamania pogody. Skoro to treningowa wspinaczka po dobrze znanej drodze to rano zakładam gorszą parę wibramów, rezerwując lepsze buty na trudniejsze drogi (to czasy komuny, trudno jest kupić dobry sprzęt nawet wówczas, gdy przez przypadek ma się pieniądze, co raczej nie wchodzi w grę w przypadku asystenta z dwuletnim stażem na uczelni). Małe, trawiaste siodełko i piętrząca się nad nim pionowa ścianka o trudnościach IV. Na początku ścianki przez chwilę zastanawiam się, czy wbić hak. Ostatecznie trzema uderzeniami młotka umieszczam w szczelinie hak, bardziej dla zasady i świętego spokoju, niż z potrzeby (jak mi się wówczas wydaje) i idę szybko do góry. Gdy jestem już na wyciągnięcie ręki od łatwego terenu prawa stopa ześlizguje się nagle z małego stopieńka, lewa stopa idzie w ślad za prawą i ku swojemu zdumieniu widzę zamiast szarego granitu przed twarzą soczysty błękit nieba z paroma białymi obłoczkami. A więc lecę, w dodatku nie bardzo mam gdzie lecieć, bo osiem metrów niżej czyha na mój kręgosłup skalna, pozioma płetwa. Szarpnięcie liny, lekko dobijam krzyżami o tą płetwę i natychmiast naprężona dynamicznym szarpnięciem lina stawia mnie na nogach. Spoglądam do góry na podwójną wstążkę liny biegnącą do karabinka wpiętego w hak, którego początkowo wcale nie chciałem wbijać. Słyszę głos Ali: chodź do mnie szybko! Podobno z jej punktu widzenia moje zachowanie wyglądało tak, iż była prawie pewna, że natychmiast wystartuję ponownie na ściankę, z której spadłem. Fajnie, tylko jak mam zejść do Ali skoro ona ciągnie linę prawie z całych sił hisując mnie do góry. Zaczynamy się oboje śmiać i Ala zaczyna wypuszczać linę umożliwiając mi powrót na stanowisko. Gdy już jesteśmy razem analizujemy sytuację. Ala jeden, jedyny raz nie włożyła asekurując rękawiczek, pieką ją dłonie. Nic dziwnego, wiedząc doskonale, iż nie mam gdzie lecieć wybrała z metr liny (niezły wyczyn w tak krótkim czasie) i zablokowała linę, dzięki czemu mój kręgosłup nie poniósł żadnych strat. W efekcie Ala wyfrunęła w powietrze, ale pętla autoasekuracji spełniła swoje zadanie zatrzymując ją na stanowisku. Później oceniłem siłę, jaka na nią zadziałała – fiata 126p poderwałoby w powietrze. Linę sizalową szlag by na miejscu trafił. Przy okazji wyjaśniła się sprawa ześlizgnięcia ze stopni – puściło szycie i klej, wibramowe podeszwy wywinęły się na drugą stronę rantu butów. Omijamy feralną ściankę bokiem i wychodzimy na grań Zadniego Kościelca, tak się kończy ta wspinaczka. Pora na refleksję, buty butami, ale zasadniczą przyczyną mojego odpadnięcia był brak należytej koncentracji, po prostu zlekceważyłem setkę i to się na nas zemściło. Dlaczego ją zlekceważyłem? To proste. Pierwszy raz przeszedłem tę drogę w ramach poematu pedagogicznego, ale nie autorstwa Makarenki. Znajomi Ali z Warszawy, pracownicy PAN-u, nota bene, mieli syna Krzysztofa, szesnastolatka. Krzysztof rozrabiał na warszawskich ulicach co wlezie, wręcz ocierając się o sąd dla nieletnich. Gdy zainteresował się górami, jego rodzice dostrzegli w tym pewną szansę na tzw. reedukację, nie używając modnego dziś słowa resocjalizacja i zwrócili się do nas o pomoc. Fakt pozostaje faktem, niejaki pułkownik Hunt został Sir Huntem za kierowanie ekspedycją everestowską roku 1953, a potem lordem Huntem za takowy proceder z trudną młodzieżą, nawet przywoził tą młodzież w Tatry. Na brytyjski tytuł szlachecki nie liczyliśmy, ale mimo to postanowiliśmy pomóc i zorganizowaliśmy Krzyśkowi przyśpieszony kurs wspinaczkowy, setka była jego piątą drogą w Tatrach, w dodatku udało mi się tę drogę w ciekawy sposób wyprostować omijając tzw. trawers z hakiem goprowskim. Jak ma się na drugim końcu liny szesnastoletniego nowicjusza to dekoncentracja jest nadmiernym luksusem, po prostu bardzo się uważa. Rok później zrobiłem setkę z Alą częściowo w deszczu, będąc od razu przygotowany na to, iż w miejscach słabo urzeźbionych będę się ślizgał. Poemat pedagogiczny się udał, chłopak zaczął się nieźle wspinać, a po maturze rozpoczął studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na kierunku filozofii. Wracając do głównego wątku tej opowieści. Wystrzegajmy się wiosennych redyków i sizalowych lin, chyba, że wiszą na ścianie, jak ma to miejsce teraz w Podsarniu, nad moją głową. Powinienem pod tą liną powiesić tabliczkę z napisem: nie zdejmować pod groźbą kary głównej. I nie lekceważmy wcześniej już przechodzonych dróg!
  11. 1 point
    Przypominając aforyzmy Mieczysława Świerza okazałem się niestety złym prorokiem, to, co się wydarzyło stało się tragiczną ilustracją pierwszego z nich. Life is brutal. Aforyzmy Mieczysława Świerza III. I ostatni z aforyzmów, niestety proroczy dla jego autora: Z liną na wspinaczce bywa tak, jak z przyjaźnią w życiu – w chwili potrzeby najczęściej pęka. No i pękła Świerzowi na zachodniej Kościelca, bo jego partner, nota bene inżynier z zawodu, zapewne przesztywnił asekurację. Gdy miałem szesnaście lat kupiłem na Piotrkowskiej moją pierwszą linę, linę w starym stylu, bo tylko takie były dostępne w tamtych czasach w polskich sklepach. Miała 35 metrów długości, 14 do 15 mm średnicy i upleciona była z sizalu w Bielskich Zakładach Lin i Pasów. Wytrzymałość statyczna, owszem, spora, szorstka, intrygujący zapach. Gorzej, ba, zgoła tragicznie przedstawiała się jej zdolność do absorbowania energii upadku. Rok i parę miesięcy później kupiłem za grosze w księgarni obcojęzycznej w Pałacu Kultury wydaną w formie książkowej pracę kandydacką, czyli doktorską, niejakiej pani, a właściwie towarzyszki Kazakowej pod frapującym tytułem Tiechnika strachowki w gorach. Strachowka po rosyjsku oznacza asekurację, a asekuracja liną sizalową powinna się kojarzyć z odpowiednią dozą strachu, co fonetycznie się zgadzało. Powód banalnie prosty – sama lina wykonana z włókien pochodzenia roślinnego jest zdolna do zaabsorbowania paru procent energii upadku, całą resztę, ponad 90 %, musi pochłonąć praca tarcia, a do tego konieczne jest wypuszczanie liny ze stanowiska asekuracyjnego w sposób płynny w odpowiednim tempie. Zaciśniesz mocniej dłonie na linie i lina pęka. Studiowałem już wówczas fizykę i przedstawione w tej książce liczby i wykresy nie pozostawiały cienia wątpliwości. Sizalu użyłem parę razy po czym kupiłem z przyjaciółmi na Słowacji stylonowe lano. Nie za długo i w Bielsku ruszyła produkcja takich lin. Pierwszy lot odbyłem na perlonowej linie rodem z enerdówka, zwanej z racji wyglądu i sztywności – kablem. Wygląd tej liny dla postronnych był rzeczywiście mylący. Kupiliśmy tę linę w Morskim Oku od Niemców w dniu wyjazdu. Ponieważ pociąg mieliśmy dopiero późnym wieczorem postanowiliśmy tę linę wypróbować wchodząc na Szczerbę w Giewoncie od strony Doliny Strążyskiej. Idąc przez Zakopane zostaliśmy zagadnięci przez gaździnę: Gdzie tyla sznura do żelazka kupiliście? Tu wyjaśnić należy, iż w tamtych czasach wybierając się na wspinaczkę pakowaliśmy się z Alą w jeden, niezbyt duży plecak, słowacką horolezkę, do której lina już się nie mieściła. W drodze do Małej Dolinki ponad Halą Strążyską towarzyszą nam Ewa i Andrzej, z którymi już drugi sezon tworzymy czwórkowy zespół. Z Małej Dolinki wkraczamy w Żleb Szczerby, łatwy na początkowej jednej trzeciej swojej wysokości. Szybko dochodzimy pod Blachy, kilkudziesięciometrowy, płytowy uskok. Tu wypada związać się liną. Sceneria jest kapitalna, ściana Giewontu tylko pozornie wydaje się płaska, w istocie rzeczy znajdujemy się jak gdyby w bardzo, bardzo stromym kanionie. Dużo traw w polu widzenia, prawie godnych tradycyjnej nazwy pionowych trawników, a ponad naszymi głowami ciągną się białe, pożłobkowane płyty, gdyby nie wąski zachodzik tnący je na ukos byłoby trudno je pokonać. Nasz nowy nabytek, czyli kabel ma 55 metrów długości – trzeba to wykorzystać, idę na pełną długość liny. Wąską rysą wchodzę na zachodzik, nie bawię się w zakładanie przelotów (tak mówi się dzisiaj, w ówczesnym slangu brzmiało to: nie biję haków), prę do przodu, na końcu zachodzika krok w powietrzu na rozległy trawnik i po chwili jestem nad Blachami. Zakładam stanowisko, okrzyk: możesz iść – rusza Ala, a po paru chwilach zaczyna wspinać się Andrzej. Nad Blachami jest skalna komnatka, nieduży kociołek zwany sympatycznie Śmietnikiem. Konfiguracja północnej ściany głównego wierzchołka Giewontu jest taka, iż to co spada spod krzyża ląduje ostatecznie, w większości przypadków, w Śmietniku. Zaglądając do niego trzeba mieć się na baczności, aby nie poczuć się źle, albo całkiem fatalnie. Dla przykładu, jeden z moich górskich znajomych znalazł tam turystę bez głowy i to w sensie dosłownym, nie w przenośni. Pierwszym zdobywcą Żlebu Szczerby był nie kto inny, jak sam wielki Mariusz Zaruski, człowiek niebywałej wszechstronności. Następców swoich straszył co nieco w własnym opisie drogi: …w dużej ekspozycji, z niemałym trudem (i niebezpieczeństwem !) pokonujemy w ten sposób około 100 m drogi i stajemy na trawnikach, dających możliwość swobody ruchów. Z owych stu metrów pozostało nam jeszcze jakieś czterdzieści, Zaruski na pewno szedł dalej na lewo od Śmietnika, mnie jednak korci pójście wprost przez ten kociołek do góry. Przymierzam się do lewej jego ścianki, jest gładka i mokrawa, a co gorsze, żaden z kilku haków, jakie zabrałem ze sobą nie pasuje do szczelin w tej ściance. Stwierdzam, iż próba jej przejścia de facto bez asekuracji to głupi pomysł (dzisiaj też, aktualna wycena to V+). W międzyczasie Andrzej szturmuje ciąg dalszy drogi imć pana Mariusza. Andrzej ze sprzętem waży jakieś 120 kg, chłop jest mocarny, a teren kruchy i delikatny, efekt jest natychmiastowy, z góry sypią się przekleństwa, trawa i kawałki wapienia. Tragikomizmu tej sytuacji przydaje drastyczna różnica mas, Ewa jest filigranową dziewczyną, a stanowisko asekuracyjne jest prawdę powiedziawszy diabła warte. Nie mam ochoty czekać, aż zwolni się ten tak skutecznie dewastowany fragment drogi i ruszam w górę trawiasto-skalną ścianką na początku Śmietnika. Już po kilku metrach robi się naprawdę ciekawie, żeberko jest istotnie trudniejsze od klasycznej drogi. Chwyty, owszem są, lecz trzeba je sprytnie je obciążać, przypomina to wspinaczkę po półkach ogromnej biblioteki, szczelnie wypełnionej książkami. W trzech miejscach biję haki, ale nie mam co do ich jakości złudzeń, trzymając się któregoś z nich mogę się metr cofnąć, jeśli jednak odpadnę to nie wytrzymają nawet metrowego lotu i oboje z Alą pojedziemy ekspresem do Bozi (ale nie do Śmietnika, tylko do Małej Dolinki). Ostatecznie żeberko puszcza bez specjalnych emocji, na trawniku nabieram prędkości docierając szybko do małego smreka (jakim cudem tu wyrósł ?) i wykorzystuję skwapliwie ten wybryk natury do założenia stanowiska. Gdy siedząc wygodnie na stanowisku wybieram linę co pewien czas dochodzi do mnie z dołu charakterystyczny szmer i metaliczne brzdęk. To moje, psychologiczne haki przelotowe, wyrywane naprężoną liną, zjeżdżają na karabinkach po linie i walą w kask Ali. Ala dochodzi do stanowiska, a chwilę później wyłaniają się, nieco z boku, Andrzej i Ewa. Naraz dostrzegamy na skalnej grzędzie sylwetkę kozicy, stojącej na tak małym stopniu, iż wydaje się, iż trzyma ona wszystkie cztery kopytka razem. Ala rzuca uwagę, która wywołuje ogólną wesołość: Może się zapchała i trzeba jej pomóc? [zapchać się – wejść w zbyt duże trudności]. Pokłosiem naszej wspinaczki na Szczerbę i Giewont były wielokrotne powtarzane rozmowy Ali z ceprami czyli ścieżkowymi vel szlakowymi turystami w Tatrach. Pytanie do Ali: czy wejść na Giewont szlakiem od Kondratowej jest trudno? Odpowiedź: Nie wiem, wchodziłam na Giewont wyłącznie od północy. Rys historyczny Żlebu Szczerby w pigułce: pierwsze przejście Mariusz Zaruski latem 1906, pierwsze przejście zimowe – nasz nieodżałowany tatrzański przyjaciel, Jano Sawicki w 1931 roku, pierwszy zjazd na nartach, też znajomy, świetny przewodnik wysokogórski Piotr Konopka w 1988 roku. Obie te eskapady miały miejsce w kwietniu, po zapewne niezłym firnie. Wycena Włodka Cywińskiego – klasycznie po śladach pana Mariusza III, wspomniana trawiasto-skalna ścianka V.
×
×
  • Create New...