Jump to content

Biegiem granią polskich Tatr Zachodnich - od Grzesia po przełęcz Liliowe


Recommended Posts

I stało się 😉 W końcu udało mi się zjawić w Tatrach wraz z początkiem czerwca i przemierzyć biegiem kolejne tatrzańskie szlaki 😊 Opisywana akcja historii miała miejsce 06.06.21, czyli ostatni dzień długiego, czerwcowego weekendu, ale od początku…

Przygotowania do biegu zaczynają się dzień wcześniej. W sobotę w planach była tylko lajtowa traska na Przysłop Miętusi. Generalnie chillerka, bo i prognozy na popołudnie nie były zbyt korzystne. Wieczorem w planach była tylko solidna kolacja, spakowanie rzeczy na bieg i trochę masażu. I siedząc na kolacji zaczęło się robić pod górę. Niestety na jedzenie czekałem rekordowe 1,5h… Nigdy wcześniej tak długo nie czekałem na posiłek. A to wpłynęło na późniejszy powrót do pensjonatu o godzinę, co przesunęło godzinę startu. W pierwotnych planach miałem wystartować po godzinie 5, a wyszło, tak, że o 5:40 to dzwonił budzik. Wyszedłem z założenia, że nie ma co lecieć po szlakach w stanie zombie – lepiej wydłużyć czas snu i być bardziej świeżym na szlaku.

Słyszę alarm budzika, więc wstaję. Pogoda za oknem piękna – błękitne, bezchmurne niebo. Zaparzam herbatkę, przygotowuję też kanapki z dżemem na śniadanie. Nie spieszę się specjalnie, bo wiem, że mój organizm i tak nie wejdzie szybciej na docelowe obroty. Po prostu musi minąć mniej więcej 2h od wstania bym nieźle tolerował jakąś bardziej intensywną aktywność fizyczną. Szamię kanapeczki, a w tym czasie przypominam sobie, by spakować pustą butelką wody, by w razie czego móc uzupełnić wodę do bukłaka z potoku. Po posiłku rozpuszczam jeszcze dwie tabletki multiwitaminki w bukłaku, wypijam jeszcze z 0,5l wody i aplikuję wazelinkę tam, gdzie trzeba – na tym biegu nie obtarło mnie nic 😄 Czas ładować się do auta – cel: ukochana Dolina Chochołowska XD

Około 6:40 dojeżdżam do parkingu przy Siwej Polanie, wytaczam się z auta. Zakładam plecak z moim skromnym dobytkiem na tą wyprawę – bluza, bielizna termo, 2 banany, 5 knopersów, 2 opakowania żelek, czekolada i opakowanie solonych orzeszków. Styknie. Przechodzę przez bramki bez kolejki, bo: po pierwsze, nie było kolejki, po drugie – kupiłem bilet online 😄 Nie ma wyboru. Na zegarku 6:44 – czas start, truchtem zaczynam przemierzać swoją ulubioną, długą, arcyciekawą, zróżnicowaną dolinę. 

Jak zawsze o tej porze – biegnie mi się tragicznie. Generalnie nie wiem co ja tam robię 😂 Bieganie o takiej porze to jest jakaś wyższa forma masochizmu. W zapisie regulaminu TPNu powinien znaleźć się zapis „Zakaz biegania przed 13:00”. To tak profilaktycznie i prozdrowotnie. To trochę tak jak z dziećmi – niektórych rzeczy im się zakazuje, by po prostu nie doświadczyły przykrych konsekwencji swoich czynów. Mija pierwszy kilometr. Ledwo żyję. Mija drugi kilometr – zaczynam odpływać. Na trzecim zaczynają mi się spinać łydki. Po czwartym są tak nabite, a ja się na dodatek robię głodny, że postanawiam zrobić przerwę na knopersa przy rozejściu szlaku na Siwą Przełęcz – taka wiecie - kumulacja. Połączenie dwóch najnudniejszych szlaków w Tatrach 😛 I ja wiem co sobie myślicie! „Niby po górach idzie biegać, a po 4km już ma problemy”. Tak, dokładnie tak było! Ta pie*dolona Chocho to był najcięższy fragment trasy! Nie dość, że nie moja pora to jeszcze ta nudna dolina! Po zjedzonym knopersie ruszam dalej. W niecałe 50 minut od startu melduję się przy schronisku. Mimo wczesnej godziny jest naprawdę ciepło. Rozkładam kijki i ruszam na Grzesia. Szlak ten nie zaskakuje mnie niczym nowym – pierwszy fragment trasy „szlakiem” jest tylko z nazwy. To jest zwykła dróżka do zwózki drewna. Połamane gałęzie, jakieś pozostałości po wycince. Czyli wspólnotowy ośmio wsiowy standard. Mijam odejście na Bobrowiecką Przełęcz. Ponapinane łydki powoli puszczają, ale nie forsuję tempa. Gdy wychodzę na grzbiet robię foto fajnej inwersji – szkoda tylko, że chmury nie obejmują tatrzańskich dolin, byłoby z pewnością bardziej widokowo.

  IMG_20210606_081516.thumb.jpg.15d158667aabfea460efb06ae3dddc45.jpg

O 8:20 docieram na Grzesia, parę fot i po 2-3 minutach ruszam na Rakoń.

IMG_20210606_082257.thumb.jpg.838b7fdcc46949ba41845fab5c5dd8cd.jpg

Pierwotnie miałem zrobić na tym moim pierwszym szczycie krótką przerwę na szamkę, ale czuję się okej, więc uderzam w stronę Rakonia. Bieg na tym odcinku sprawia mi prawdziwą przyjemność – fajna ścieżka, widokowa, mało ludzi. Po prostu super. Jednakże w trakcie powoli zaczynam czuć ssanie. Myślałem, ze przerwę na jedzenie uda mi się zrobić na Wołowcu, jednak organizm domaga się kalorii. Po niecałych 30 minutach od ruszenia z Grzesia docieram na Rakoń, na którym uzupełniam energię – wlatuje banan i knopers 😉

IMG_20210606_085356.thumb.jpg.01998b47f4cbf360efe48801afb30e65.jpg

Odpoczywam 10 minut patrząc na chyba najbardziej widokową część Tatr Zachodnich – Rohacze, Trzy Kopy, Banikova, Pachoła i Salatyny. Eh, poszłoby się tam jeszcze raz. Mam nadzieję, że w te wakacje uda mi się je obskoczyć w dobrych warunkach pogodowych. Porównuję stan zaśnieżenia Rohacza Ostrego z widokiem sprzed 3 dni, bo byłem wtedy na Wołowcu. Niestety nadal dupa, bo masa śniegu na podejściu. Ludzi ani teraz ani wtedy też nie widziałem – jeszcze sezon nie ruszył na tą część Tatr.

Po posiłku zbieram manatki i biegnę w stronę Wołowca, na którym melduję się po 15 minutach.

IMG_20210606_091751.thumb.jpg.88d850b1b2856adbfc22f75ee1052eee.jpg

Jeśli chodzi o warunki, to póki co wszystko gra. Jest trochę śniegu, ale moje Hoki z przezajebistym bieżnikiem dają sobie radę. Serio, te buty są świetne – aż chyba napiszę ich recenzję, bo już mam w nich… Myślę, że z 1200km zrobione. A co do butów xD To taka dygresja. Przed wyjazdem w Tatry stwierdziłem, że je upiorę, a co! Generalnie uważam, ze buty biegowe przechodzą taki samodzielny proces oczyszczania się. Wygląda to tak: zakładacie nowe buty, idziecie pobiegać, biegniecie przez błoto. Buty całe oblepione. Biegniecie dalej, błoto schnie i samo odpada. Później zaczyna padać deszcz, więc się same myją. Potem znowu błoto, więc się brudzą, etc. Ale stwierdziłem – a co tam! Tak mi fajnie służą, dostaną kąpiel! Biorę w domu gąbeczkę, szoruję je. Delikatny płyn, żadna pralka, wszystko ręcznie. Zajęło mi to z 20 minut, ale kolorem… No nie różniły się 😛 Ale nie taki był też tego cel – chciałem by po prostu się „odetkały” i lepiej oddychały, chociaż i tak nie mają Gore. Czy czułem różnicę? Chyba tak, ale nie dam sobie ręki uciąć 😄 „Uprałem” je w poniedziałek, na szczęście do czwartkowej, pierwszej, tatrzańskiej wycieczki zdążyły wyschnąć. 

Na czym to stanęło. A! No i melduję się na tym Wołowcu. Jak wcześniej wspominałem – parę dni temu na nim byłem, więc się zdążyłem nacieszyć tym widokiem. Ruszam dalej w stronę Jarząbczego Wierchu. Worki, które zostały ułożone na podejściu już w dużej mierze się rozpadły – jest mniej więcej tam tak stale nachylona ścieżka, po której się w miarę przyjemnie zbiega. Taktykę mam tą samą co zawsze – tam gdzie mogę to biegnę, a tam gdzie nie mogę to szybko idę. I w ogóle teraz zaczyna się zwierzątkowa część historii. Spotykam kozice. Myślicie sobie – no nic niezwykłego. No dokładnie. Tylko ja spotykałem tego dnia kozice co chwilę. Serio, w pewnym momencie miałem wrażenie, że czyhają na mnie za każdym zakrętem.

IMG_20210606_092945.thumb.jpg.04dc8966801cb633670ab1117c3ac3fb.jpg

Po Łopacie zbiegam na Niską przełęcz, która jest serio niska – jakieś 300m poniżej Jarząbczego. Więc jak podnosi się głowę i widzi się ten masyw to naprawdę robi wrażenie.

IMG_20210606_095538.thumb.jpg.5a19d2b7836499b9b697d20d889b99e9.jpg

No ale nie ma co się rozczulać, to tylko 300m, więc napieram. I na podejściu znowu kozica. Wstała, odeszła w bok, wodzę za nią głową a tam jest ich cały kierdel! No mega sprawa 😄 Idę jednak dalej i dochodzę na Jarząbczy. Jest po 10:20. Moje tempo na grani spadło, ale sami wiecie jak to jest. A to widoczki, a to kozice i minuty lecą niewiadomo kiedy 🙂 A ja czasówek nie kręcę, chociaż mam jakieś tam checkpointy, by być pewnym, że np. nie będę gdzieś zbyt późno. Na szczycie zjadam knopersa, zakładam też bluzę, bo na tej wysokości zaczęło się robić chłodno, bo na niebie piętrzyły się chmury, które co rusz przysłaniały słoneczko. A co do Jarząbczego – zawsze mnie bawi ustawienie tego szlakowskazu informującego o wierzchołku, gdy de facto szczyt leży jeszcze jakieś 2 min drogi dalej, po słowackiej stronie. Mój wzrok wędruje jednak w kierunku Starorobociańskiego. Widzę śnieg na podejściu, ale bardziej martwią mnie wyżej wspomniane chmury, które zaczynają przykrywać wierzchołki gór.

IMG_20210606_102358.thumb.jpg.1a2f8d99d354e6a4b113eca85dc4c9c9.jpg

Chcę sprawdzić, czy prognozy się nie zmieniły, ale niestety nie mam wystarczająco dobrego zasięgu na połączenie z internetem. Proszę więc @szesc_kolorow o sprawdzenie najnowszych prognoz pogody, gdyż te chmury puchną w oczach. W międzyczasie zbiegam na Kończysty. Dobra – tam nie zbiegam, stosuję marszobieg, gdyż leży jeszcze bardzo dużo łat śniegu, więc staram się je omijać. Jeszcze parę minut pogawędki na szlaku i po niecałych 25 minutach docieram na szczyt. W międzyczasie dostaję info, że w prognozach pojawiło się info o opadach deszczu na godzinę 15. Taka informacja trochę mnie wybiła z rytmu, gdyż to może wpłynąć na całe przedsięwzięcie. Zbieram się więc na Starorobociański, by w razie czego podczas deszczu być w okolicach Kościeliskiej. Na drodze staje mi jednak dosyć duży i długi płat śniegu, więc decyduję się założyć raczki. Mimo, że nastromienie nie jest duże, to jednak nie widzi mi się jazda tego typu zjeżdżalnią i wytracanie metrów, a w skrajnych przypadkach – połamanymi kończynami. W tej części Tatr, tj. regionu Chochołowskiej i południowo-zachodniej części Kościeliskiej tylko w tym miejscu musiałem skorzystać z raczków.

Docieram na szczyt Starorobociańskiego, którego wierzchołek co rusz przykrywają chmury. Robię tutaj pierwszą dłuższą przerwę, podczas której zjadam drugiego banana i pół opakowania żelek. No naprawdę – kalorie spalam jak T-34 paliwo. Co chwila robię się głodny 😛 Decyduję się jednak nie siedzieć 30 minut jak pierwotnie planowałem, bo widoki dupy nie urywają. Dochodzę do wniosku, że odsapnę dłużej na Bys… na Błyszczu 😉

Schodząc na Siwy Zwornik udaje mi się złapać zasięg, więc weryfikuję prognozy. Kurcze, 2 modele pogodowe z 4 pokazują deszcz w okolicy Kasprowego koło godziny 15:00. Stwierdzam, że decyzję podejmę na Hali Ornak, zawsze mogę trasę skrócić z Ciemniaka bądź Kopy Kondrackiej. Tymczasem zbliżam się do masywu Bystrej.

IMG_20210606_114055.thumb.jpg.92b4ce0c8c14390e69a9484498a07182.jpg

Patrząc na szlak dochodzę do wniosku, że nie ma co się ładować na szczyt trawersując jej zbocze – leży tam spory płat śniegu. Nie zamierzam korzystać z tego typu zjeżdżalni, więc dochodzę do wniosku, że lepiej wejść czerwonym szlakiem na Błyszcz. Idzie mi całkiem sprawnie i o 12:10 melduję się na szczycie. Starorobociański i Jarząbczy fajnie się razem prezentują ze szczytu 😄

IMG_20210606_121131.thumb.jpg.b1471bb6e6f5028c4de79b4ebbc299f9.jpg

Patrząc na wschód, myślę, że na ten Ciemniak najchętniej bym przecisnął przez Kamienistą, Smreczyński i Tomanowy, ale cel jednak jest by oblecieć to szlakiem.

IMG_20210606_121135.thumb.jpg.a4493362b6eec4eb7c2d78ddae305995.jpg

Po odpoczynku rozpoczynam zbieg. 12:50 melduję się po raz drugi z powrotem na Bystrym Karbie, 13:15 na Siwej Przełęczy. W tym miejscu kończy mi się woda, więc trzeba dobrze wybalansować wysiłek do pragnienia 😛 Dodatkowo dochodzą potrzeby wynikające z zaspokojenia potrzeb pierwszego rzędu z piramidy Masłowa 😄 Na pocieszenie zauważam jednak, że termika przestaje ciągnąć do góry i raczej już deszczu nie będzie, co potwierdza mi @szesc_kolorow w trakcie rozmowy z nim. Chociaż jedna rzecz mniej z głowy.

Ruszam przez grań Ornaku. Jak zawsze masyw Ornaku jest kwintesencją przyjemności. Przewyższenia niewielkie, widokowo sztos, chociaż jednak jak się biegnie w przeciwną stronę to lepsze wrażenie robi Bystra i Starorobociański. Po swojej prawej stronie widzę dalszą część mojej trasy.

IMG_20210606_134053.thumb.jpg.3966ea01944ba421547f132b9593299e.jpg

IMG_20210606_135334.thumb.jpg.025109fcf0bca9d15507d9a9fd2dc2b5.jpg

Mijam Iwaniacką, a schodząc z niej, dosłownie na 10’ przed schroniskiem mijam turystów, którym standardowo mówię „cześć”. Oni mi odpowiadają, ja unoszę głowę w ich stronę i to był błąd 😄 Na kamyczkach wywinąłem konkretnego orła. Przedramię całe podrapane i zakrwawione. Postanowiłem, że w takim wypadku muszę obmyć moje rany wojenne. Parę minutek dalej mijam potok, więc wyciągam przygotowaną pustą butelkę do wody, filtr, napełniam butelkę, próbuję nakręcić filtr i… kur*a, nie pasuje! No jakbym się nie starał to nie nakręcę. Mam nauczkę na przyszłość by zawsze sprawdzać dopasowanie gwintu przed wyjściem, na szczęście do schroniska niedaleko, więc z pragnienia nie umrę. Pakuję manatki i truchtam do schroniska, do którego wchodzę około 14:40. 

W schronisku szybka akcja – staję w kolejce do bufetu, zamawiam schaboszczaka. Dostaję info od pani w okienku, że czas oczekiwania to 10’. Myślę sobie – świetnie. Zdążę załatwić to co potrzebuję – uzupełniam wodę w bukłaku, zachodzę też do toalety. Wszystko ogarnięte, więc czekam na posiłek. Mija 5’, 10’, 15’, a mojego wywołania „SCHABOWWYYYY!” nie słyszę, Podchodzę więc do okienka i się pytam za ile będzie, bo miał być po 10 minutach, a minęło 20. Dostaję informację, że za 5 minut będzie, bo zgubili moje zamówienie. No nic, 15 minut właśnie straciłem, ale finalnie schabowy wleciał na stół. Jem, bo czas goni, a jeszcze nie wiem co mnie czeka na Czerwonych Wierchach i Goryczkowych. W nogach mam już ok. 31km i 2700m przewyższenia, więc większość trasy za mną.

O 15:20 ruszam ponownie na szlak. Brzuszek najedzony, zadowolony, więc można działać. Kawałek za schroniskiem odbijam w prawo zielonym szlakiem prowadzącym w dużej części przez dolinę Tomanową. Jest płasko, więc zarzucam bieg, ale no po posiłku to wiecie jak to jest z wysiłkiem fizycznym 😄 No ociężale na maxa. Zresztą to był obiadek, więc u mnie od razu załącza się tryb „drzemka”. Jak to mawia mój dziadek „po dobrym jedzeniu nie zapomnij o leżeniu”. Tylko, że jakbym się położył to bym chyba spał do wieczora, a na to sobie pozwolić niestety nie mogę 😛 Ustalam więc kompromis ze swoim ciałem – nie forsujemy tempa 😄 Nastromienie szlaku jest przyjemne. Doliną Tomanową szedłem tylko raz, ale przy charakterystycznym odbiciu w lewo zawracałem. To było jeszcze za czasów szkolnych, więc mam okazję wyrównać rachunki z tym miejscem  😉 Zapamiętałem z tego tripa bardzo dużo polan. I faktycznie, trochę się ich mija.

IMG_20210606_154200.thumb.jpg.5fce21baca1b256298010ed331c77917.jpg

Fajne miejsce na relaks – pusto, cicho, widoki dla oka przyjemne. Aż prosiłoby się wyjąć browarka i udać się na zasłużony odpoczynek. Jednak szczyty, które obserwuję się nie zmieniły – cały czas nad sobą mam zbocza Tomanowego, którego widziałem z Bystrej, Ornaku czy będę widział z Ciemniaka. Na ten wierch już się sporo napatrzyłem 😄 Przy takim ostrym skręcie szlaku (pewnie kojarzycie, stoi tam znak zakaz wstępu, tamtędy chyba leciał szlak na Tomanową Przełęcz) odwracam się. Ornak z tej perspektywy wygląda imponująco. Zawsze mnie zaskakuje jak te góry maleją w oczach. Przykładowo Ornak z tej perspektywy wydaje się ogromny, a np. z Bystrej to jest to taka w miarę niska górka.

Powoli wychodzę z piętra lasu. Trafiam na moment, w którym szlak przechodzi przez takie usypisko z drobnymi, ciemnymi kamczykami. Na dodatek jest to żleb, więc nachodzi mnie rozkmina czy można by się z nimi zsunąć na sam dół, coś a’la taka lawina kamienna. A raczej kamyczkowo. Rozkminiam sobie ten temat, jestem mniej więcej w 3/4 szerokości tego żlebu, a tu słyszę osypujące się kamyczaki. Myślę sobie „o cholera, wykrakałem”. Odwracam się, by popatrzeć na to zjawisko, a to się okazało, że dwie kozice po prostu z góry na dół urządziły sobie wyścig. No niesamowite są to zwierzęta, ta gracja z jaką się poruszają w górskim terenie – coś pięknego.

 IMG_20210606_161731.thumb.jpg.ee163b7471dc51a1b27b530822cee917.jpg

IMG_20210606_162550.thumb.jpg.6d1a7086d091a49eae4134c0a34a7850.jpg

Chwilę później mijam Kazalnicę (spokojnie, tą poniżej Ciemniaka, do MOKa jeszcze nie doleciałem 😛). W końcu, po około 3h od ostatniego kontaktu na Ornaku łapię zasięg. Informuję bliskich, że wszystko git i zmierzam w kierunku Chudej Przełączki. Na tym fragmencie Kazalnica – Przełączka muszę strawersować dwa strome i długie płaty śniegu. Focus 100%, nie chcę, by mnie odnaleziono 200m niżej połamanego na kamulcach. Dla większego bezpieczeństwa zakładam raczki i idę po wydeptanych stopniach. Na pierwszym płacie ścieżka jest dosyć wąska, zdaję sobie sprawę też z powoli postępującego zmęczenia mojego ciała, więc poruszam się powolutku w razie czego wybijając sobie lepszy stopień dla nogi. Btw, Hoki są zajebiste, ale fakt faktem do wybijania stopni nadają się średnio 😛 Drugi płat jest już w łagodniejszym terenie, więc już go sprawniej pokonuję. Według mnie to były najbardziej czujne fragmenty szlaku, które musiałem pokonać tego dnia. 

IMG_20210606_165412.thumb.jpg.d35d27c69977bdfe83e2001426c3a880.jpg

Po udanych trawersach w końcu mogę ruszyć dalej. Po paru chwilach znajduję się już na Chudej skąd bez zatrzymywania się zmierzam w kierunku Twardej Kopy. I tutaj następuje ogromna zmiana. Już czuję zdobytą ilość przewyższenia, a szlak znowu robi się coraz bardziej stromy. O ile sił w nogach jeszcze sporo to podejście zaczyna mnie kosztować coraz więcej energii. Tak jakby płucom brakowało pary. Czuję, że tempo znacząco spadło. Ponadto powoli zmienia się klimat, atmosfera. Na odcinku schronisko – Chuda spotkałem 3 osoby jako jedną grupę, więc zacząłem się czuć taki po prostu… całkowicie samotny. Nie wiem czy kminicie, o co chodzi, ale jesteście w takich Tatrach. To czy są duże to duże góry to zależy od punktu patrzenia, ale nagle ta myśl, że przed Wami tyle gór jeszcze, tyle szczytów, piękna pogoda, a ludzi… prawie wcale. W drodze na Ciemniak spotkałem jedną osobę, później, aż do samego końca łącznie jakieś 6. 6 osób przez 7,5km, bardziej pusto niż w lasach, gdy były zamknięte rok temu 😉 

Z takim właśnie uczuciem pustki dochodzę na Ciemniak. Jest godzina 17:30. Robię przerwę na jedzenie – żelki i kolejnego, przedostatniego knopersa. Widok ze szczytu jak zawsze – cudowny. Tatry Wysokie, Tatry Zachodnie. Mega.

IMG_20210606_173154.thumb.jpg.db6444408473d1932d9b5914e334034e.jpg

Dzwonię do @szesc_kolorow i dziewczyny, którzy siedzą w Murowańcu. Pierwotny zamysł był taki, że spotkamy się w Kuźnicach i odwieziemy Kacpra na busa o 21, ale dochodzę do wniosku, że chyba fajniej by było tak z nimi się spotkać i ostatnią część szlaku zejść razem. Zgadzają się co mnie bardzo cieszy, bo ta pustka w tym momencie jest trochę przytłaczająca. Z Ciemniaka ruszam na właściwie ostatnią prostą – pozostałe Czerwone Wierchy i poprzez Goryczkowe Czuby na Kasprowy. Znaczących przewyższeń przede mną już właściwie brak. Zbiegam na Mułową Przełęcz, podchodzę na Krzesanicę i przede mną… rozpoczyna się najcięższy fragment trasy. Nadal masa topiącego się śniegu. Idzie się po tym beznadziejnie, nie za bardzo też jest to jak ominąć. Całe szczęście, że nie ma ekspozycji i nie ma gdzie zlecieć, ale taki śnieg jednak bardzo mocno spowalnia. Na Krzesanicy mijam jedną z ostatnich spotkanych osób – biegacza. Udaje mi się zejść do Litworowej Przełęczy i rozpocząć podchodzenie na Małołączniak. Nadal masa śniegu. Takie konkretne taplanie się w nim. Widok jednak podczas schodzenia w kierunku Kopy wybacza te niedogodności.

IMG_20210606_180105.thumb.jpg.66ebb572a9df551a89f4db74d3ab81d5.jpg

Po około 30-40min z Ciemniaka udaje mi się dojść na Kopę Kondracką. Tak długo masywu Czerwonych Wierchów chyba nigdy nie przechodziłem. Czas już na dużo bardziej płaski fragment, trawersujący Goryczkowe aż do Kasprowego. Zmienia się tutaj też aura. O ile Czerwone były całe oświetlone to tak tutaj ten fragment leży całkowicie w cieniu chmur. Zrobiło się trochę mrocznie i cicho. Ponadto cały czas rozważam inne warianty zejścia. Jak nie Liliowe to którędy? Żółtym z Suchej Przełęczy czy cisnąć przez Dolinę Goryczkową bezpośrednio do Kuźnic?

Na zejściu z Kopy mijam przedostatnią grupę ludzi i kolejną kozicę.

IMG_20210606_182556.thumb.jpg.e6b009e96fcd0a81ff14c5e9d08e766c.jpg

Ten szlak prowadzący z Kopy na Kasprowy do biegania jest bardzo wdzięczny. Nie ma kosmicznych przewyższeń, podłoże też w porządku, więc można biec.

IMG_20210606_190134.thumb.jpg.e21571e380c4cdce38bc5ecad3b18c0a.jpg

Jedynymi „problemami” są płaty śniegu, przez które trzeba przejść bądź je ominąć. Jeden z nich był ponownie trochę czujniejszy – wąziutki, ale długi. Z niego też mi się ślizgawka nie uśmiecha, także przechodzę go z odpowiednią dozą skupienia 😉

Kasprowy coraz bliżej, a mi o dziwo – zwiększa się ilość dostępnej mocy. Chyba perspektywa zbliżającej się „mety” tak na mnie podziałała.

Dochodzę do podejścia na Kasprowy i po chwili melduję się na szczycie, na którym nadal leży solidna warstwa śniegu. Powoli czuję, jak taki wewnętrzny niepokój się ulatnia. Biegnąc tutaj cały czas nie wiedziałem jak się prezentuje zejście z Suchej Przełęczy. Teraz widzę, że jest w porządku i nawet jak na Liliowym będzie słabo, to będę mógł się tutaj cofnąć i bezpiecznie zejść do Hali Gąsienicowej. Sama grań wytopiona, do celu już dosłownie 5 minut, więc z pokładami mocy ruszam dalej. Zbiegam na Suchą Przełęcz i rozpoczynam krótkie podejście na Beskid – mój ostatni dzisiejszy szczyt. Odwracam się w stronę Kasprowego, by popatrzeć na niego z innej perspektywy.

IMG_20210606_194251.thumb.jpg.a2a231392f78e57c7725d66e62d5da82.jpg

W głębi ducha nadal niepewność  - zejście zielonym czy żółtym szlakiem? Robię ostatnie kroki i jeeest! Zejście z Liliowego wytopione! Na szlaku tylko jeden płat śniegu, ale w łagodnym terenie. No po prostu chciałbym byście mogli poczuć to co ja w tamtym momencie 😄 Cała taka presja, niepewność związana z pogodą, etc. ze mnie zeszła. Ruszam biegiem w stronę przęłeczy, ciesząc się jak dziecko. Kto mnie zna ten wie, że ja raczej nie jestem emocjonalną osobą, ale wtedy naprawdę łezka w oku się zakręciła. Tyle czasu ile poświęciłem, żeby na takie wyzwania móc sobie pozwolić… Setki wybieganych kilometrów, setki spędzonych godzin na treningu na schodach, dziesiątki godzin spędzonych na rowerze, tyle zaangażowani, rollowania, rozciągania… Po prostu ta chwila uświadomienia sobie tego wszystkiego… Było WARTO 😄

image.png.fc0d84365ef8dbb1d6d6c80f47a8c080.png

Przed 19:50 wbiegam na przełęcz ciesząc się jak dziecko i przybijając piątkę tabliczce. Ostatnie chwile na podziwianie widoczków i rozpoczynam zbieg do złączenia szlaków, przy którym czekają bliscy. Wybrali sobie świetne miejsce – tuż przy krawędzi śniegu, więc krzyczałem do nich by się odsunęli, bo zdawałem sobie sprawę, że przy krawędzi jest lód, a ja nie wyhamuję. Oczywiście, nie posłuchali, więc wywinąłem orła właściwie na sam koniec 😄 Do Kuźnic zeszliśmy już sobie spokojnie we 3, patrząc na pięknie oświetlone czerwienią tatrzańskie szczyty.

IMG_20210606_203416.thumb.jpg.fabd0d797b2ab35e7018cdcb0c564ed1.jpg

Podsumowując. Od wylotu Chocho do Liliowego zrobiłem ponad (wg mapy turystycznej, mi Garmin trochę inne wartości pokazuje) 45km, pokonując ponad 4300m przewyższenia. Zajęło mi to około 13h 5min. Odliczając przerwy wyszło 11h 40min. Natomiast auto-auto to ponad 53km i 4400m przewyższenia, w czasie jakoś… a nie wiem, to już mniej ważne 😄 Ale pewnie około 14h 40min 🙂 Dało się to zrobić na pewno szybciej – masę czasu straciłem na ogarnianie prognoz pogody i na omijanie/przechodzenie po tym śniegu. Jak już podaję statystyki to spotkałem też kilkanaście kozic i stosunkowo mało ludzi – nie licząc schroniska, to myślę, że około 50 osób, co jest dosyć niewielką liczbą. Kryzysów większych na trasie brak, prócz Chocho i tego nietypowego uczucia samotności... które miało swój urok. Dobrze też pobyć w tych górach samemu ze sobą i parę spraw przemyśleć. Bardzo to w górach lubię.

Traskę gorąco polecam, pokonanie tych wszystkich kilometrów było naprawdę dużą przyjemnością! Dzięki @szesc_kolorow za ogarnianie meteo i jeszcze raz sorka za to, że spóźniłeś się na busa. Ale chociaż browarka razem trzasnęliśmy 😄 

 

Edited by Luk_
  • Like ! 11
  • Wow 1
Link to post
Share on other sites
  • Luk_ changed the title to Biegiem granią polskich Tatr Zachodnich - od Grzesia po przełęcz Liliowe

@Luk_ szacunek, mega trasa 🙂 tak jak pisałem niedawno, też chcę zrobić coś podobnego, ale muszę jeszcze kilka krótszych tras zaliczyć 🙂 o Bystrej nie myślałem, ale wkrótce mam nadzieję zrobić Starorobociański z Chochołowskiej, to może zobaczę jak się będzie cisnęło w tamtym kierunku.. tylko raz byłem na Bystrej i pamiętam, że długo się szło, ale wtedy było mega gorąco i trochę inna kondycja była 🙂 zobaczymy, tak czy siak po ostatniej wycieczce, gdzie z Siwej Polany przez Grzesia, Rakoń, Wołowiec, Jarząbczy na Kończysty dotarłem w 4h z małym kawałkiem, jest ochota na więcej takich wypraw 🙂 

...a bieg Chochołowską bardzo dobrze wtedy przyjąłem, gorzej wracając, szczególnie końcówka asfaltem...ale miałem w nogach 25 km i 1,5 km przewyższenia więc może się już nie chcieć nogom 🙂 

Edited by staroń
  • Thanks 1
Link to post
Share on other sites
33 minuty temu, Zośka napisał:

trzy darmowe całodniowe wycieczki do Doliny Chochołowskiej

Dawno Cię tam nie było, z chęcią tą nagrodą się podzielę 😁 Chyba, że ten pakiet obejmuje dojazd z Waw - wtedy czekam na maila z voucherami 😛

Dzięki  @staroń 😀 Kończysty w 4h przez Wołowiec to też niezły czas 😀 a co do Bystrej - serio szybko leci. Nie ma tam dużego przewyższenia, trasa też przyjemna także na lajcie 😀 To tylko się wydaje daleko 😛

  • Like ! 1
Link to post
Share on other sites

@Luk_ Szacun ! Mega trasa brawooo 👏 😉. Fajnie, że udało Ci się zrealizować super plan choć po relacji z  pierwszych czterech km myślałem, że zakończysz na Grzesiu no może max. Wołowcu 😂😂😂.

Ps. Zmartwiłeś mnie trochę tym sporym śniegiem na Rohaczach bo myślałem o jakiejś trasce w tym rejonie jeszcze w czerwcu 😊 

  • Thanks 1
Link to post
Share on other sites

😂😂 Nie no, było tragicznie z tą Chocho, ale psyche mam mocną 😂 Mimo tych nabitych łydek to już wtedy wiedziałem, że jeśli pogoda albo warunki nie uniemożliwią mi wejścia to tą trasę zrobię 😀

Wiesz, zależy o której części czerwca myślisz. Wytapia się ten śnieg jak szalony. Serio z godziny na godziny go ubywało. Podejrzewam, że za jakiś tydzień Rohacze będą już do przejścia na spokojnie 😀

  • Like ! 1
Link to post
Share on other sites

Dobra ze mnie pogodynka, opad co miał być na 15 wziąłem na siebie poprzedniego dnia 😅

4 godziny temu, Luk_ napisał:

Dzięki @szesc_kolorow za ogarnianie meteo i jeszcze raz sorka za to, że spóźniłeś się na busa. Ale chociaż browarka razem trzasnęliśmy 😄

Spoczko, chociaż ładne widoki były przy Zachodzie i zawsze to dłużej w górach.  Aaaaaa i  chociaż raz byłem szybszy na podejściu i miałem niższy puls 😁😂

  • Haha 2
Link to post
Share on other sites

Dziękuję @jaaga76 😁 Droga na Grzesia to była lajtowa sprawa, Chocho to koszmar 😀 Ale zauważyłem już zmianę w swoim podejściu psychicznym 😂 Tak jakby odcinam się od takich nudnych rzeczy 😛 Przychodzi mi myśl "o kurde, ale to nudne i długie" i sekundę później już przekierowuję uwagę na coś zupełnie innego by o tym nie myśleć 😛

Link to post
Share on other sites

Całkowicie Ci się nie dziwię 😒 Ten szlak na Grzesia z roku na rok wygląda coraz gorzej 😒 Masakra... Teraz naprawdę to wygląda jak droga do zwózki z drewna, a podczas deszczu to tam niezłe błoto musi być.

Hoka Speedgoat 4 😁 Takie oczojebne pomarańczowe. To znaczy były pomarańczowe jak je kupiłem 😛 Teraz to wiadomo 😂 Ale skały to one się kleją jak szalone. Nigdy się tak pewnie w obuwiu nie czułem, naprawdę w nich mogę sobie pozwolić na dużo więcej. Nawet na śniegu dają radę, współczułem tym wszystkim turystom, którzy w trekkingowych butach się slizgali 😛 btw, Twój mąż ma dobrego nosa do obuwia 😀

 

  • Like ! 1
Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...