Jump to content

Jerzy L. Głowacki

Member
  • Content Count

    82
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    6

Blog Entries posted by Jerzy L. Głowacki

  1. Jerzy L. Głowacki
    Drugi krąg wtajemniczenia – Mnich i Cubryna

     
                   Od chwili wyjazdu z Tatr w 1961 roku pilnie przygotowuję się do następnego sezonu. Trenuję koszykówkę w Łódzkim Klubie Sportowym, w domu mam prymitywną, ale praktyczną siłownię, bardzo dużo czytam na tematy górskie. Zaliczam teoretyczny kurs wspinaczkowy i wstępuję do Koła Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego. Kompletuję najprostszy sprzęt turystyczny i trzydziestopięciometrową linę asekuracyjną, z sizalu, a jakże. Gdyby dziś wymienić wszystkim wspinaczom poliamidowe liny na sizalowe lub z manili to wielu przepłaciłoby to zapewne życiem, tylko prawdziwi górscy dziadkowie nie poczuliby się z nimi w skale nieswojo. Ze sprzętu wspinaczkowego nic innego poza liną nie można było oficjalnie kupić w Łodzi, linę kupiłem nomen omen w składnicy harcerskiej na rogu Piotrkowskiej i Roosevelta. Szorstkość sizalu budziła ongiś w dłoniach uczucie zaufania, zapach sizalu, bardzo specyficzny i niepowtarzalny kojarzy mi się do dziś z zapachem wspinaczki, o ile takowy istnieje.

              Kończy się rok szkolny, zbyt długi, abym mógł pojechać na kurs skałkowy. W końcu czerwca jestem już wraz z mamą na Skibówkach u pani Katarzyny Walczak. Niestety, pogoda na początku lata nie sprzyja ambitniejszym planom. Cofam się ze Żlebu Kirkora zabetonowanego starym śniegiem, w gradzie zbiegam z Ciemniaka, kluczę w gęstej mgle na Orlej Perci, wykorzystuję krótsze przejaśnienia na treningi wspinaczkowe na Jasiowych Turniczkach w dolinie za Bramką, ćwiczę zjazdy na linie w coraz to większym lufcie.

              Nadchodzi w końcu upragniony początek dobrej pogody, odwiedzam zatem małą klitkę w parterowym, od dawna już nie istniejącym domku na ulicy Kościuszki blisko Krupówek – mieści się tam zakopiańskie biuro Orbisu. Za jedyne siedemdziesiąt parę złotych wykupuję pięć noclegów wytyczających trasę planowanego wypadu na Słowację.

              Skala cen. Porządne górskie wibramy kosztowały wówczas około pięciuset złotych, dziś buty relatywnie tej samej klasy, uwzględniając postęp w technologii, kupić można za pięćset, sześćset złotych, co stanowi równowartość od dziesięciu do trzynastu noclegów np. w Morskim Oku. Łatwo policzyć jak zdrożały noclegi w schroniskach, nawiasem mówiąc po polskiej stronie Tatr nie ma w chwili obecnej nawet połowy tych miejsc noclegowych, jakie turysta bądź taternik miał do dyspozycji w roku pańskim 1962.

              Przed wyjazdem w Tatry załatwiłem odpowiednie formalności, postarałem się o tak zwany tymczasowy dowód osobisty i przepustkę turystyczną opiewającą na dni sześć w Tatry Słowackie, bo ukończyłem 16 lat i z formalnego punktu widzenia było to możliwe. 22 lipca przekraczam most graniczny na Łysej Polanie i ruszam w stronę Polskiego Grzebienia niosąc w plecaku spirytusowy kocher, zapas żywności, ciepły sweter z wielbłądziej wełny i nieodzowny, brezentowy skafander. Wieczorem zasypiam już po południowej stronie Tatr w Bilikowej Chacie na Siodełku. Następny dzień jest deszczowy, ale nie przeszkadza mi to zbytnio, bo i tak miałem go spędzić u podnóża Tatr. Zwiedzam Stary Smokowiec, Tatrzańską Łomnicę i Szczyrbskie Jezioro, gdzie nocuję w tzw. nocleharni. Podczas zwiedzania dokonuję zakupów, przede wszystkim kupuję słowacki plecak wspinaczkowy zwany powszechnie horolezką – będzie mi służył ponad ćwierć wieku. Oprócz tego zaopatruję się w pierwsze trzy tomy słowackiego przewodnika wspinaczkowego autorstwa Arno Puskasa, kilka map i podobnie, jak wielu, kupuję zestaw sześciu, różnokolorowych ołówków automatycznych, są sprawne po dzień dzisiejszy.

              Trzeciego dnia startuję skoro świt, przechodzę Dolinę Furkotną, wchodzę na Furkotną Przełęcz i na Furkot, a z Furkotu dalej, we mgle na Hruby. Wracam do Szczyrbskiego przez Bystry Przechód i Dolinę Młynicką, a nocuję w schronisku nad Popradzkim Stawem, schronisko to wkrótce zniknie zastąpione przez Horsky Hotel. Czwarty dzień to wejście na Rysy, zejście do Popradzkiego i przejście via Batyżowiecki Staw do Śląskiego Domu w Dolinie Wielickiej, gdzie spędzam noc po raz pierwszy i ostatni, gdyż sympatyczne to schronisko spłonie w listopadzie, a na jego miejscu powstanie kolejny horsky hotel brzydki jak nieszczęście – skrzyżowanie biurowca ze schronem przeciwatomowym. Nazajutrz opuszczam Śląski Dom przy pięknej pogodzie kierując się ku Polskiemu Grzebieniowi i Rohatce i dalej – przez Dolinę Staroleśną  i Czerwoną Ławkę do Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Wszędzie, wysoko, dużo starego i  twardego śniegu, sporo tablic informujących, iż odradza się przejście ze względu na niebezpieczeństwo. Czesi i Słowacy są zdyscyplinowani, niewielu z nich mija te tablice, którymi wcale nie przejmują się Niemcy i Polacy. Na Czerwonej Ławce odbijam w bok ze znakowanego szlaku i wbiegam, bo pora już późna, na Mały Lodowy Szczyt, po czym wracam na Czerwoną  Ławkę i dalej w dół do schroniska zwanego Terinką.

              O wschodzie słońca dzień nie zapowiada się optymistycznie, odległe szczyty stoją w czerwonym blasku tak blisko, jak rzut kamieniem, niebo ołowiane. Starzy wyjadacze twierdzą w takich chwilach, iż najdalej za dwie, trzy godziny zacznie lać, i to długo, przynajmniej do wieczora. Nie mam więc czasu do stracenia, plecak ze stelażem zostaje w schronisku, zarzucam na plecy horolezkę ze swetrem, skafandrem, manierką i tabliczką czekolady, start. Górna połać doliny cała pod śniegiem, co z rana podchodzenia nie ułatwia, bo śnieg po nocnym spadku temperatury bardzo twardy. Na azymucie Lodowy, jeden z najwyższych i najciekawszych szczytów tatrzańskich – na szczęście nikt dotychczas nie wpadł na pomysł, aby go popsuć kolejką linową lub turystycznym szlakiem, tego dnia nikt poza mną nań się nie wybiera, jestem sam. Dochodzę już do sławnego, skalnego konia na jego grani. Przewodniki wyliczają: dwadzieścia dwa metry długości i radzą pokonać go okrakiem. Tak też próbuję i po dwu czy trzech metrach stwierdzam, iż na takie zabawy koń ma grzbiet za szeroki, lepiej spróbować swoistej woltyżerki. Staję więc na grzbiecie konia i wyprostowany przechodzę go do końca.

              W zejściu biję wszystkie rekordy prędkości, bieg, ześlizg, slalom na butach między wystającymi tu i ówdzie ze śniegu głazami. Pogoda wytrzymała do końca dnia, wieczorem jestem już na Skibówkach. Następnego dnia opuszczam Zakopane na dwa tygodnie, bo czeka mnie przymusowy obóz przysposobienia wojskowego w Tomaszowie Mazowieckim. Tam też maszeruję do woli w stalowym garnku na głowie i z przedwojennym Mauserem na ramieniu. Mauser ma wywierconą dziurę w boku lufy, gdy przychodzi czas na strzelanie strzelamy nie z Mauserów, ale karabinków Mosina. Cecha szczególna, przyzwoity odrzut i szansa na zdemolowanie szczęki, gdy nie domknie się zamka.

              Czas szybko mija i znowu jestem w Tatrach. Wymazuję kolejne białe plamy na mojej prywatnej mapie Tatr – odnajduję zarzucony już, przedwojenny „trudniejszy szlak” Orlej Perci wchodząc na Wielką Buczynową Turnię, wchodzę na wierzchołek Zamarłej Turni. Kolej na otoczenie Morskiego Oka, kto by tam jeździł autobusem, we mgle i mżawce idę przez Halę Gąsienicową, Kozią Dolinkę, Żleb Kulczyńskiego i Granaty, Orlą Percią na Krzyżne, skąd schodzę do Starej Roztoki, gdzie nocuję. Następnego dnia podchodzę do Morskiego Oka i Doliny za Mnichem, marzy mi się wejście na Mnicha, ale prawdę powiedziawszy nieco się boję. Pytam kręcącego się po Mnichowych Plecach trzydziestolatka, czy przypadkiem nie wybiera się na Mnicha – we dwóch byłoby raźniej. Trzydziestolatek okazuje się Niemcem: Nein, nein, nicht seil. No ja, moja seil też leżeć na Skibówkach. Niemiec znika gdzieś wśród want, a ja podchodzę pod blok szczytowy. Do licha, z bliska nie wygląda to groźnie, trzeba spróbować. Parę chwil i już jestem na środku sławetnej Płyty. W tym właśnie z drugiej strony wyłazi na płytę moje Niemczysko – śmiejemy się obaj z obustronnego zaskoczenia. Minuta czy dwie i już ściskamy sobie dłonie na wierzchołku. Gdy nadchodzi pora powrotu proponuję kompanowi spróbowanie wariantu zejściowego polecanego przez Mistrza Paryskiego, jako najodpowiedniejszego bez zjazdu na linie, a tożsamego z końcowym fragmentem klasycznej drogi na pd.-zach. ścianie. Niemiec wraca do Morskiego Oka na obiad, a ja wyruszam na szukanie drogi na Cubrynę.

              Po skraju Zadniej Galerii Cubryńskiej błąka się dwu ludzi, szukali drogi na Cubrynę przez Galerie i Hińczową Przełęcz, nie znaleźli. Dziś może to budzić zdziwienie, ale w tamtych czasach nie było jeszcze tam przedeptanej perci i można było mieć istotne wątpliwości, w którym miejscu zacząć zejście na Małą Galerię. Błyskawicznie podejmuję decyzję, proponuję wejście na Cubrynę przez Przełączkę pod Zadnim Mnichem, Dolinę Piarżystą i Cubryńską Przełączkę – trudności orientacyjnych nie powinno tam być żadnych, a drogę przez Galerie odnajdziemy w zejściu, tak będzie łatwiej. Młodszy z napotkanych ma dosyć na dzisiaj, schodzi w dół. Starszy, po pięćdziesiątce, z twarzą intelektualisty i w eleganckich okularach rusza ze mną na podbój Cubryny. Po drodze usiłuję odgadnąć jego profesję, stawiam na zawód lekarza. Odpowiedź symptomatyczna: Byłeś blisko, jestem księdzem, profesorem teologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Wkrótce mam kłopot i to psychologicznej, a nie topograficznej natury: mój towarzysz bezpardonowo zmusza mnie do zwracania się do niego zgodnie z alpejskim obyczajem po imieniu – alpejskim, bo za młodu, jak zaznacza, chodził po Alpach. Na wierzchołku Cubryny gotuję dla nas herbatę na kostkach skondensowanego spirytusu, smakuje znakomicie, herbata, nie spirytus. Mamy świadomość, iż musimy dziś odnaleźć drogę przez Hińczową Przełęcz, bo powrót przez Dolinę Piarżystą byłby zbyt ryzykowny, rynna, którą weszliśmy na Cubryńską Przełączkę okazała się bardzo kruchą, a w dodatku na niektórych odcinkach wypełniał ją śnieg. 

              Droga przez Galerie jest dla nas  w zejściu całkiem niekłopotliwą, ale na Zadniej Galerii słyszę słowa: Teraz mogę ci się przyznać. Dziunia zaklinała mnie dziś rano na wszelkie świętości, abym nią nie szedł, bo tam bardzo dużo śniegu. Do MOka docieramy, gdy zapada już zmrok, kuchnia już zamknięta, kiepska sprawa. Wtedy to z kuchennego zaplecza wypływa rzeczona pani Dziunia vel Wanda Łapińska, żona kierownika. Na nasz widok uśmiecha się szeroko i domyślnie pyta: Witam księdza profesora, ksiądz profesor pewnie głodny? Krótka, rzeczowa odpowiedź: I mój towarzysz też!  - To proszę siadać. Po chwili kelner zwany Stefanem przynosi na tacy dwa obfite i smaczne obiady.

              Żegnamy się późnym wieczorem, ksiądz profesor namawia mnie na wspólny wypad na Mięgusza, obiecuje pożyczyć linę od Czesia Łapińskiego. Chciałaby dusza do raju, ale mam być jutro po południu na Skibówkach, zero szans na powiadomienie mamy, iż się spóźnię. Z żalem odmawiam i wcześnie rano ruszam z Roztoki przez Polanę pod Wołoszynem i Psią Trawkę do Zakopanego. Na Równi Waksmundzkiej spoglądam wstecz ku Mięguszom, zasłania je szara kurtyna deszczu, nie był nam pisany tego dnia Mięgusz, zmyłoby nas z niego. To ostatnia tatrzańska eskapada tego lata, wracamy do Łodzi nazajutrz. Za rok przyjadę w Tatry nieco później, bo czeka mnie matura i egzaminy wstępne na fizykę.

              Fotografa przy tym nie było, ale był dwa lata później. Przed trzecim wejściem na Mnicha, a pierwszym z liną (jeszcze sizalową) i pierwszym w roli nieformalnego przewodnika.




  2. Jerzy L. Głowacki
    Morskie Oko i Popradzki Staw 1964 Część I.


     
    Pierwsza połowa lat sześćdziesiątych – inna bajka niż dziś. Dostęp do Słowacji utrudniony, obowiązywała konwencja turystyczna, na mocy której można było otrzymać rocznie dwie przepustki opiewające na sześć dni pobytu każda plus jeden dzień na powrót. Alternatywą było z jednej strony uczestniczenie w oficjalnym obozie klubowym lub chodzenie „na zielono” i spanie w kolebach. Poza tym Śleboda, nikt praktycznie nas nie ścigał za schodzenie ze szlaku, miejsc w schroniskach i samych schronisk znacznie więcej, ceny relatywnie niższe od obecnych, taborów całkiem sporo, duża swoboda w biwakowaniu w kolebach i nie tylko. Ale ze sprzętem biwakowym krucho, śpiwory, jeśli już się w sklepach zdarzały to przypominały „watowane” kołdry, kupowano więc je za niemałe pieniądze w niewielkich, prywatnych pracowniach. Ja dopiero w 1966 zaopatrzyłem się w pracowni pani Mandowej w Krakowie w tzw. komplet biwakowy, na który składała się kurtka puchowa i noga słonia, czyli krótki, nie rozpinany śpiwór sięgający pod pachy. Ważyło to znacznie więcej od normalnego śpiwora, ale w wysoko położonej kolebie zapewniało komfort termiczny podczas śniadania czy kolacji.


     
    Brak erozji turystycznej, zdrowy las, szałasy i owce na halach, brak błota na leśnych duktach – miało to swoją wartość.  No i brak ludzkich gąsienic czołgających się po popularnych perciach. W szczycie sezonu w latach 1961-63 miałem wyłącznie dla siebie na przykład Bystrą, grań od Gładkiej Przełęczy po Wrota, Przełęcz pod Chłopkiem, Czarnego Mięgusza, Hruby, Mały Lodowy, Lodowy. Miałbym i parę innych pików, gdym tam jak raz kogoś nie wprowadził. Tu mała dygresja – pierwszy raz prowadziłem kogoś na Cubrynę, jak miałem szesnaście lat. Dziwnym, a może i nie dziwnym było to, że mając również lat szesnaście moja córka jakiegoś turystę na Cubrynę zaprowadziła. Na Giewoncie, Czerwonych Wierchach, Starorobociańskim i Wołowcu też byłem sam, bo halny wiał. Ale na Rysach tłumek był, co prawda za wyjątkiem samego wierzchołka, bo Leninowi ktoś wąsy z pasty śledziowej dokleił i wszyscy pełnoletni trzymali się z daleka, aby przypadkiem ich o ten niecny czyn nie posądzono. Ja miałem lat piętnaście, to się nie bałem.


     
    Cechą tamtej epoki było zaś przede wszystkim to, że brak jakiejkolwiek łączności poza własnym gardłem wymuszał rozsądek i szybkie „naśmiewanie” się gór, dziś byle patałach zapychając się bez pojęcia i talentu w zbyt trudny lub zbyt skomplikowany dla niego teren może liczyć na aplikację „Ratunek”, o ile nie poniesie go tam, gdzie sygnał nie dociera lub padnie mu akumulatorek w sprzęcie.  O śmigle też jeszcze mowy nie było, choć pierwsze, nieśmiałe  próby już się odbyły.


     
    Rok 1964. Jestem umówiony w Tatrach z ekipą, którą rok wcześniej prowadziłem na Mięgusza – plan zakłada chodzenie w rejonie MOka, a potem naszą baza na tydzień ma się stać Popradzki Staw. Jak to na Mięguszu było to opisałem w „Trzecim kręgu wtajemniczenia” na moim blogu na forum.tatromaniak.pl. W oczekiwaniu na ową ekipę gram swoje tatrzańskie standardy i inicjuję nowe, zarówno w Tatrach Zachodnich, jak i Wysokich. Pierwszy raz ruszam samotnie na Mięgusza starając się to wejście urozmaicić. Bańdzioch – Czerwony Żlebek – Siodełko w Filarze – Klimkowa Ławka  - Wielka Galeria Cubryńska – Hińczowa Przełęcz – MSW obchodząc zachodnią grań – Droga po Głazach – Przełęcz pod Chłopkiem. Przyznajcie się mili czytelnicy, wpadł ktoś z was na taki pomysł? Spełniam dobry uczynek wprowadzając dwóch turystów na Pośredniego Mięgusza, taki sobie trening w wodzeniu turystów bez użycia liny, jak to się dzisiaj zwykle w tamtym terenie odbywa. W Tatrach Zachodnich nie zaniedbuję tego, co w nich najpiękniejsze – Miętusiej, Wantul, Wielkiej Świstówki.


     
    18.07.1964 roku proponuję trzem kolegom z Koła Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego miłą wycieczkę krajoznawczą – wchodzimy na Kościelcową Przełęcz Żlebem Zaruskiego, a schodzimy z niej zachodem nad Długi Staw. Nazwiska dwóch z nich wejdą do annałów polskiego wspinania: Andrzej Dworak (studiowaliśmy obaj na UŁ), Wojciech Jedliński (PŁ). Trzecim był Emanuel „Emu” Hornowski (Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych w Łodzi) doskonale znany całym pokoleniom kursantów i wieloletni przewodnik tatrzański, jego syn jest dziś zawodowym ratownikiem TOPR. Niestety, Andrzej Dworak został pogrzebany przez lawinę na wschodniej ścianie Mont Blanc, Emu pokonała choroba.

    Cdn.

    Trzydzieści lat później – na Siodełku w Filarze i na piku MSW. Inna epoka. Zamiast wełnianej „marusarki” kask Campa, polar Maldena, zamiast „pumpów” oddychające „kalesony”, buty La Sportivy. Tylko anorak z wcześniejszej epoki, stylon i wzór opracowany przez PZA. Można go było założyć nie rozwiązując się z liny.





  3. Jerzy L. Głowacki
    In memoriam

     
                Niestety, Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski dołączyli do długiej listy tych himalaistów, którzy pozostali na zawsze w górach.

     
                Rok 1941, Szwajcaria. W małym hoteliku w Winterthur mieszka dwóch kaprali podchorążych z 2 Dywizji Strzelców, która w wyniku klęski Francji przekroczyła granicę szwajcarską i została tam internowana. Owi dwaj kaprale to Jerzy Hajdukiewicz i Jan Sawicki, ci sami, którzy w lipcu 1939 roku pokonali Klimkowy Żleb.  Przepisy o internowaniu są wówczas jeszcze bardzo surowe, Hajdukiewicz z Sawickim mogą tylko marzyć o wspinaczkach i studiować literaturę górską. Na wszelki wypadek postanawiają nie tracić formy i przygotowywać się do alpejskich wspinaczek tak, jak mogą. Kiedyś, przy piętnastostopniowym mrozie otwierają okna, aby spędzić noc w warunkach choć trochę przypominających alpejski biwak – budzi ich w środku nocy  łoskot pękającego kaloryfera. Hajdukiewicza pasjonuje zwłaszcza postać lodowego wojownika – Willo Welzenbacha. Ten niemiecki alpinista był pionierem współczesnej wspinaczki w lodzie, wprowadził haki lodowe do alpinistycznego arsenału, a także jako pierwszy zaproponował sześciostopniową skalę trudności.

     
                Jednym z największych sukcesów Welzenbacha było zdobycie w 1925 roku liczącej sobie 1300 metrów północnej ściany Dent d’Herens (4171 m), szczytu w Alpach Penińskich na granicy Włoch i Szwajcarii. Rok później Willo przeszedł bardzo poważne schorzenie stawu łokciowego, ale po trzech latach dostosował swoją technikę wspinania na tyle do swoich ograniczeń, iż powrócił do uprawiania wielkiego alpinizmu. Jako wspinacz był perfekcjonistą, w przeciągu 14 lat wspinania dokonał ok. 940 wejść, w  tym 72 wejścia na czterotysięczniki alpejskie, poprowadził 50 nowych dróg ani razu nie odpadając. Niestety, pierwsza jego wyprawa w góry wysokie zakończyła się dla niego tragicznie, zginął wraz z dwoma innymi wspinaczami i sześcioma Szerpami podczas gwałtownego załamania pogody na Nanga Parbat w 1934 roku. Może to i dobrze, że tam zginął, bo nie zdążył stać się mordercą – w SA miał stopień scharführera (SA, Die Sturmabteilungen der NSDAP czyli Oddziały Szturmowe NSDAP, których formalnym dowódcą był kanclerz III Rzeszy niejaki Adolf Hitler). Nie sądzę jednak, aby Hajdukiewicz w tamtym czasie o tym wiedział. Welzenbach nie był pod tym względem wyjątkiem, Heinrich Harrer, współzdobywca północnej ściany Eigeru i Mount Hunter na Alasce, uczestnik wyprawy na Nanga Parbat w 1939 roku, nauczyciel Dalaj Lamy i autor książki Siedem lat w Tybecie był również członkiem NSDAP i jej sztafet ochronnych znanych powszechnie pod skrótem SS. Wchodząc na odpowiednią stronę internetową można sobie obejrzeć dwa następujące po sobie zdjęcia – na pierwszym z nich widzimy Harrera w towarzystwie Hitlera, a na drugim – Dalaj Lamy, trudno o większy kontrast.

     
                Hajdukiewicz całą wojnę spędza w Szwajcarii kontynuując studia medyczne na Uniwersytecie w Zurychu (dyplom lekarza w listopadzie 1945 roku, doktorat w lutym 1946, a potem powrót do Polski). W międzyczasie zdążył założyć Klub Wysokogórski Winterthur i odnieść szereg sukcesów w Alpach, z których największym było X przejście drogi Welzenbacha na północnej ścianie Dent d’Herens (w lipcu 1945 roku wspólnie z Maciejem Mischke).

     
                Dość długo funkcjonowało w taternictwie przekonanie, iż do wejść zimowych można zaliczyć drogi pokonane do końca kwietnia, co w warunkach tatrzańskich powodowało, że niejedno tzw. pierwsze przejście zimowe odbyło się w warunkach prawie letnich to jest po suchej skale bez śniegu i lodu. Stąd tez próba taniego zaliczenia pierwszego zimowego przejścia drogi Welzenbacha na Dent d’Herens w kwietniu 1959 roku przez zespół w składzie: Jan Mostowski, Zbigniew Rusinowski, Stanisław Biel, Jerzy Hajdukiewicz i Krzysztof Berbera, ojciec Macieja Berbeki, zaginionego na Broad Peaku.  Ta mocna skądinąd ekipa musiała się wycofać ze ściany z racji posiadania muzealnego, jak na Alpy sprzętu. Nawiasem mówiąc, w przeciwieństwie do dzisiejszych czasów, tylko Berbeka z tego zespołu żył z gór jako zawodowy przewodnik, instruktor i ratownik.
                Kolejny rozdział dopisany do historii tej ściany dopisali w marcu 1963 roku trzej włoscy alpiniści, niestety tragiczny, bo zginęli w lawinie seraków, a świadkami tej tragedii były trzy pary nart zatknięte pod ścianą.

     
                Zimą 1963/64 do kolejnej próby zimowego przejścia tej drogi przygotowują się w Zakopanem Krzysztof Berbeka i Jerzy Hajdukiewicz. Krzysztof Berbeka jako zawodowy ratownik Grupy Tatrzańskiej, a dziś patron Grupy Podhalańskiej GOPR bierze na siebie prawie wszystkie zwózki z Kasprowego. Hajdukiewicz, ordynator Oddziału Operacyjnego Sanatorium na Bystrem, któremu jego siostra instrumentariuszka obszyła ligniną ośmiokilogramową płytę chodnikową, aby włożona do niewielkiego plecaka nie uwierała w plecy, opuszcza codziennie sanatorium i wchodzi przecinką na Nosal, a stamtąd kieruje się do swojego domu na Małym Żywczańskim przez Kalatówki, Sarnią Skałę i Dolinę Strążyską.

     
                W sobotę, czternastego marca w drogę Welzenbacha wchodzi siedmioosobowy zespół, w skład którego poza Jurkiem i Krzysztofem wchodzą młodzi Niemcy i Szwajcarzy. Po czterodniowej, wyczerpującej wspinaczce zespół ów osiąga wierzchołek i biwakuje na grani szczytowej. Następnego dnia podczas schodzenia odpada Berbeka i wyrywa ze stanowiska Hajdukiewicza, obaj ześlizgują się po zboczu ponad dwieście metrów odnosząc poważne obrażenia, uniemożliwiające im dalsze schodzenie. Dwaj młodzi alpiniści zostają z rannymi, pozostali trzej kontynuują zejście. Załamanie pogody i trudne warunki zimowe utrudniają akcję ratunkową, dopiero czwartego dnia cała czwórka, cierpiąca też już z powodu odmrożeń zostaje przetransportowana w sposób klasyczny na górne piętro lodowca, skąd dwa śmigłowce pilotowane przez pionierów ratownictwa powietrznego, Geigera i Martignoniego zabierają ich do kliniki w Zermatt. 1 kwietnia 1964 roku Krzysztof Berbeka umiera nagle w klinice w Zurychu z powodu  powikłań spowodowanych przez odmrożenia, 17 kwietnia dwudziestoletni Dieter Naef z Zurichu traci oba podudzia w wyniku koniecznej amputacji.  
                Krzysztof Berbeka pozostawia żonę i dwóch synów, dziesięcioletniego Macieja i sześcioletniego Jacka, obaj wejdą później do historii polskiego himalaizmu. W Klubie Wysokogórskim zostaje wtedy utworzony tzw. Fundusz Berbeki, funkcjonujący do dziś w ramach PZA, którego celem jest udzielanie pomocy rodzinom wspinaczy, którzy zginęli w górach.

     
                Jacek Berbeka kończy Akademię Wychowania Fizycznego w Krakowie ze specjalizacją narciarstwa alpejskiego, które przez szereg lat uprawia wyczynowo. Jego himalajskie curriculum vitae jest imponujące:
    Rok 1990/91, wyprawa zimowa na Nanga Parbat (8126 m), jedyny ośmiotysięcznik, obok K2, niezdobyty dotąd zimą Rok 1995, Gasherbrum I (8035 m) samotnie, Gasherbrum I (8068) Rok 1996, kierownik letniej wyprawy na Nanga Parbat, podczas tej wyprawy Krzysztof Wielicki zdobywa swój czternasty ośmiotysięcznik Rok 1997, samotne wejścia na Cho Oyu (8201 m) i Shisha Panama (8013 m) Lata 1998 – 2000, dwa ataki bez tlenu na Mount Everest z osiągnięciem wysokości 8400 m i 8650 m, w obu przypadkach został zmuszony do odwrotu przez huraganowy wiatr Rok 2002/3, udział w zimowej wyprawie na K2, i w tym przypadku silne wiatry uniemożliwiły zdobycie szczytu Od lat Jacek Berbeka prowadzi w Zakopanem przy ulicy Kościuszki 12 sklep ze sprzętem turystycznym i wspinaczkowym znany jako J. Berbeka – Sport. Według słów Jacka Berbeki pierwotnie to on miał uczestniczyć w zimowej wyprawie na Broad Peak w 2013 roku.

     
                W 1975 roku środowisko wrocławskie Klubu Wysokogórskiego zorganizowało wyprawę na niezdobyty do tej pory boczny wierzchołek Broad Peaku – Broad Peak Middle (8016 m). 28 lipca sześcioosobowy zespół szturmowy wyruszył z obozu III, położonego na wysokości 7100 m idąc drogą klasyczną na przełęcz między głównym, a bocznym wierzchołkiem. Drogę tę poprowadzili członkowie wyprawy austriackiej z 1957 roku (Hermann Buhl, Kurt Diemberger, Markus Schmuck i Fritz Wintersteller) zdobywając główny wierzchołek granią od przełęczy, tą samą drogą weszli na wierzchołek Polacy zimą 2013 roku.

     
                Tego lata drogę na przełęcz pokrywała gruba warstwa śniegu, co bardzo spowalniało wspinaczkę, aby zwiększyć jej tempo uczestnicy ataku zdecydowali się trzysta metrów poniżej przełęczy na pozostawienie trzech plecaków z częścią sprzętu, w tym niestety jednej z dwóch posiadanych lin. Pod przełęczą zespół uległ osłabieniu, gdyż jeden z alpinistów postanowił zawrócić. Warunki atmosferyczne ciągle się pogarszały, szczyt osiągnięto dopiero o godzinie 19.30 i natychmiast ruszono w drogę powrotną. Około godziny dwudziestej pierwszej założono z czekana ostatni zjazd trzydzieści metrów powyżej przełęczy. Ostatni zjeżdżał Bohdan Nowaczyk, niestety spadł on wraz z liną w blisko trzykilometrową ścianę po stronie chińskiej, czekan odnaleźli po latach Jerzy Kukuczka i Wojciech Kurtyka. Pozostała czwórka spędziła noc w bardzo ciężkich warunkach w rejonie przełęczy, a po biwaku kontynuowała zejście w zamieci śnieżnej dysponując jedynie krótką, prowizoryczną liną sporządzoną z pętli osobistych i rozplecionych pasów asekuracyjnych. Podczas zejścia zginęli kolejno Marek Lesicki i Andrzej Sikorski, uratowali się tylko Kazimierz Głazek i Janusz Kuliś.

     
                Obie te tragedie, z 1975 i 2013 roku miały wspólny mianownik – atakowano szczyt licznym zespołem bez zespołu ubezpieczającego. Można dyskutować na ten temat, podnosić różnice między latem, a zimą, ale faktem jest, iż zdobywcy pierwszego ośmiotysięcznika, Annapurny, zginęliby na niej, gdyby nie zespół, który czekał na nich w ostatnim obozie. Co więcej,  obaj przeżyli także dlatego, iż w skład wyprawy wchodził świetny lekarz.
                Pytanie, czy w skład narodowej wyprawy, działającej w pełnej izolacji w środku zimy nie powinien wchodzić lekarz. Dlaczego skład wyprawy na dobrą sprawę był słaby? Dwóch himalajskich dziadków, w tym jeden z dwudziestoletnią przerwą wyprawową, młody alpinista, który nigdy nie był na ośmiu tysiącach metrów, tylko jeden himalaista z dużym doświadczeniem i w dobrej formie? I to wszystko z wielkim szumem medialnym pod patronatem Prezydenta RP i barwnymi plakietkami licznych sponsorów.
                Latem 1985 roku Wanda Rutkiewicz, Liliane Barrad i Barbara Kozłowska schodzą już po lodowcu po nieudanym ataku na Broad Peak. W pewnej chwili Barbara Kozłowska traci równowagę i ześlizguje się po lodzie do rwącego potoku – ciężki plecak nie daje jej żadnej szansy, tonie.
                23 czerwca 1986 roku Wanda Rutkiewicz jako pierwsza kobieta staje na wierzchołku K2, pół godziny później szczyt osiągają Liliane i Maurice Barrad. Ze względu na późną porę biwakują wszyscy w niewielkiej odległości od wierzchołka, następnego dnia Liliane i Marice zginą podczas zejścia, sześć lat później Wanda zaginie w partii szczytowej Kangchenjungi.  

     

     
  4. Jerzy L. Głowacki
    Trzeci krąg wtajemniczenia – Mięguszowiecki    (1963).

    Matura i egzamin wstępny na fizykę na Uniwersytecie Łódzkim przeszły bez historii i w połowie lipca znalazłem się w Tatrach, gdzie zacząłem grać swoje standardy. Drugiego sierpnia wyruszam na przydługi spacer w Tatry Zachodnie. Ze Skibówek per pedes do Drogi Pod Reglami i nią aż do Kir, Doliną Kościeliską na Halę Ornak, skąd na Iwaniacką Przełęcz, Ornak i Starorobociański Wierch, skąd schodzę przez Kończystą nad Jarząbczą i Trzydniowiański Wierch do Doliny Chochołowskiej, a potem Kir, gdzie wsiadam do autobusu, aby wrócić na Skibówki. Pogoda tego dnia była piękna, a mimo pełni sezonu grań była praktycznie pusta. Dopiero schodząc ze Starorobociańskiego Wierchu dostrzegłem w oddali sylwetkę samotnego turysty idącego mi naprzeciw. Gdy dochodzimy do siebie rozpoczyna się krótka rozmowa, w efekcie której umawiamy się na spotkanie na Krupówkach za trzy dni i wspólny wypad do Morskiego Oka. Gdy o umówionej godzinie spotkaliśmy się na Krupówkach mój towarzysz proponuje, abyśmy wstąpili na pobliską pocztę, gdzie zamawia rozmowę telefoniczną ze schroniskiem nad Morskim Okiem. Rozmowa jest krótka: Tu ksiądz taki a taki, bardzo proszę o zarezerwowanie dwóch miejsc od dzisiaj na trzy noce…Serdeczne Bóg zapłać, Szczęść Boże. Mając pewny nocleg idziemy do MOka przez Halę Gąsienicową, Granaty, Krzyżne, Pięć Stawów i Świstówkę.

              Następnego dnia wchodzimy na Cubrynę via normale przez Galerie Cubryńskie i Hińczową Przełęcz.  Schodząc napotykamy na Wielkiej Galerii dwoje taterników idących na Mięgusza – postanawiam się do nich przyłączyć. Odprowadzam księdza, nomen omen też wykładowcę teologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na skraj Galerii, skąd łatwo już trafić na dalszy ciąg drogi zejściowej i ruszam biegiem w pościg za dwójką dopiero co poznanych taterników doganiając ich w pobliżu Hińczowej Przełęczy. Wchodzimy na Mięguszowiecki dobrze znaną moim towarzyszom zachodnią granią, a następnie, już wspólnie odszukujemy w zejściu Drogę po Głazach, wiodącą na Przełęcz pod Chłopkiem. Od początku mojego poznawania Tatr starałem się poznawać kolejne masywy w sposób systematyczny przechodząc drogę po drodze. Zgodnie z tą filozofią nazajutrz podchodzimy szlakiem turystycznym na Przełęcz pod Chłopkiem i podejmujemy ambitną próbę wejścia na Mięguszowiecki Szczyt Pośredni jego wschodnią granią. Zdziwieni jesteśmy obserwując, jak idący tą  granią zespół skrupulatnie się asekuruje. Zaczynamy wędrówkę granią na żywca i po chwili wiemy już, dlaczego nasi poprzednicy związali się liną – uderzają w nas silne podmuchy wiatru z południa usiłujące zrzucić nas na piargi Bańdziocha, widniejące, bagatela, czterysta metrów niżej. Mimo to idzie nam nieźle, aż do momentu napotkania sześciometrowej, gładkiej, ale dość połogiej  płyty. Przechodziłem ją później, nie sprawiała najmniejszych kłopotów. Co innego teraz, podczas silnego wiatru, próbuję dwukrotnie i za każdym razem muszę szybko cofać się na stopień pod płytą.

              Niebawem okazuje się, iż wiara i brak strachu przed spotkaniem z Stwórcą może stać się w górach poważnym czynnikiem ryzykotwórczym. Zwracam się do partnera: Tę płytę każdy z nas musi pokonać samodzielnie, drugi mu nie pomoże, ryzyko jest spore. Ryzykujemy, czy wycofujemy się? Ksiądz podnosi wzrok na moment do góry, uśmiecha się i mówi: Ryzykujemy!  Usiłuję przez parę minut rozszyfrować jakąś prawidłowość w podmuchach wiatru, wydaje mi się, iż ją odnalazłem. Wchodzę na płytę i rzekomo znaleziona prawidłowość okazuje się iluzją, uderza we mnie szczególnie silny podmuch. Leżę na płycie wbijając z całej siły paznokcie w drobne jej nierówności ledwo, ledwo utrzymując się na niej, a gdy podmuch słabnie wycofuję się i wracamy pod Chłopka. Grań nie puszcza, a zatem ruszamy Drogą po Głazach po południowej stronie grani, tam przynajmniej wiatr dociska nas do skał, zresztą za niedługo wiatr cichnie. W odpowiednim miejscu zbaczamy z Drogi po Głazach i wchodzimy od strony zachodniej na Pośredniego Mięgusza, a potem wracamy z powrotem na Głazy, aby już bez żadnych przygód osiągnąć wierzchołek Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego. Rzecz zabawna, gdy ruszyliśmy Głazami w dół dołączyło do nas dwóch kolejnych turystów – też księży. Czas odnaleźć trzecią z dróg, obejście zachodniej grani, odnajduję ją bez problemów i szybko schodzimy na Hińczową Przełęcz. Wieczorem okazuje się, iż owe podmuchy wiatru zwiastowały załamanie pogody. Rano wsiadamy do autobusu przed Starym Schroniskiem (takie to były czasy) i wkrótce jestem już z rodzicami na Skibówkach.

              Przez następne dwa tygodnie włóczę się po Tatrach Zachodnich, aby 27 sierpnia wrócić do Morskiego Oka, gdzie w schronisku dobrze zapamiętano, w jakim towarzystwie tam się ostatnio zjawiałem, odtąd przez długie lata znalezienie noclegu nawet w zatłoczonym schronisku nie stanowiło problemu. Tego dnia rozpoczęła się seria zdarzeń, które doprowadziły ostatecznie do powstania zespołu linowego, i nie tylko,  Ala i Jurek.

              Dzień jest piękny, minąłem już próg Doliny za Mnichem i Mnichowe Stawki, jestem już na Mnichowych Plecach. Dylemat: skręcić w lewo na Mnicha czy w prawo – na Mięgusza przez Hińczową Przełęcz. Dylemat rozstrzyga rudowłosa dziewczyna, tak na oko o ładnych parę lat starsza ode mnie, która podchodzi do mnie i pyta, czy nie znam przypadkiem drogi na Mięgusza. Tu mała dygresja – w tamtych czasach ci, którzy twierdzili, iż w Tatrach są u siebie, chodzili po nich jakby umundurowani, odróżnienie wspinacza czy doświadczonego turysty wysokogórskiego od zwykłego turysty nie przedstawiało żadnego problemu. Kwadrans później prowadzę już troje turystów z Warszawy, Krystynę, Ewę i Darka na Mięgusza. Aż po szczyt wszystko toczy się sprawnie, nic nie zapowiada dalszych, dramatycznych wydarzeń. Dziewczyny tu i tam trzeba trochę zachęcić, aby się nie wahały przed śtyrbnymi miejscami, czasem ubezpieczyć „własną piersią”. Darek, skądinąd przodownik Górskiej Odznaki Turystycznej z uprawnieniami na Tatry nieco sapie i nadrabia miną, ale troszczyć się specjalnie o niego nie trzeba. Dziś w każdej chwili mogę obejrzeć za pośrednictwem Internetu niejedną serię zdjęć z takich eskapad i z uśmiechem popatrzeć, jak starannie w tym terenie ich uczestnicy asekurują się liną. W tamtych czasach nie było to w zwyczaju, wystarczyło czujne oko lidera zespołu, dokładne sprawdzanie chwytów i stopni w połączeniu z informowaniem podopiecznych, czego się nie chwytać i na czym nie stawać, oraz szybka pomoc w przypadku, gdy ktoś nie bardzo wiedział, jak dane miejsce pokonać. Raz trzeba było podejść z boku do delikwenta lub delikwentki, aby wykluczyć jego osunięcie, czasem puścić przodem itp.

              Na wierzchołku jest, jak zwykle przy takiej pogodzie wprost cudownie. W jakiś czas później wchodzi na wierzchołek następna, jak to się kiedyś mawiało, partia, prowadzona przez dwudziestoparoletniego turystę z blachą przewodnika beskidzkiego na swetrze – szli granią od Przełączki pod Zadnim Mnichem przez Cubrynę. Pytają się nas, którędy schodzimy, gdy odpowiadam, iż Drogą po Głazach, postanawiają pójść za nami, aby poznać tę drogę.

              Z dróg wiodących z Morskiego Oka droga ta ma najmniejsze nasycenie trudności, lubię ją ze względu na walory estetyczne, ale posiada ona jedną wadę, jak na drogę powrotną z wierzchołka, jest mianowicie długa i połączona z dużymi stratami wysokości, może też sprawiać trudności orientacyjne, zwłaszcza podczas mgły. W razie masywnego załamania pogody, zwłaszcza podczas letniego opadu śniegu najrozsądniejszym wyjściem jest wtedy dojście do najniższego jej punktu i kontynuowanie zejścia najprostszą z dróg, drogą nad Stawy Hińczowe i dalej, do Popradzkiego Stawu.

              Tamtego pamiętnego dnia wszystko idzie jak z płatka aż po ów najniższy punkt drogi. Gdy zaczynamy się wznosić w łatwym, pozbawionym ekspozycji terenie ku Głazom czyli płytom, od których pochodzi nazwa tej drogi, nasza ośmioczłonowa gąsienica  pełznie po stoku całkiem sprawnie. Pod płytami oglądam się raz i drugi wstecz, irytuje mnie co nieco zachowanie przewodnika, który zamiast iść na czele swojej grupy wysforował się do przodu i idzie tuż za mną oddzielając mnie tym samym od mojego zespołu. Głupio mi zwracać mu uwagę, bo to ostatecznie przewodnik. Zaraz , zaraz, ile osób liczyła jego grupa? Cztery, powinno nas być ośmioro, a w polu widzenia mam siedmioro, choć przed chwilą byliśmy w komplecie. Zatrzymuję się i zadaję pytanie przewodnikowi: Czy widzisz wszystkich swoich? Reakcja przewodnika nie wróży nic dobrego: Cholera! Brak Komandosa, tak go nazwaliśmy, bo jak widzi skały to zaraz się wspina. Trzeba go szukać!

              Na takie dictum obejmuję komendę nad całością, nie liczy się w tej chwili różnica wieku – najstarszy z uczestników beskidzkiej grupy jest po czterdziestce. Wskazuję bezpieczne miejsce, zabraniam opuszczania go i ruszam z przewodnikiem na poszukiwania. Przychodzi mi na myśl, iż Komandos ujrzawszy łatwy na początku żleb opadający spod grani Pośredniego Mięgusza postanowił szybko nim wejść na grań i przywitać nas z satysfakcją na Przełęczy pod Chłopkiem nie zdając sobie sprawy z trudności, jakie by musiał w drodze na przełęcz pokonać. A zatem należy wykonać trawers w kierunku tego żlebu i tam szukać Komandosa. Wchodzę na skalne żebro, które przewodnik obchodzi dołem, nie jest łatwo, co spowalnia trawers. Wówczas słyszę głos przewodnika: Stój albo przynajmniej zrzuć plecak! Jeszcze kilka metrów trawersu i mam wgląd w sytuację, jest źle, nawet bardzo. Komandos zignorował dobrą radę i opuszcza się na rękach z lekko przewieszonej ścianki nie zdając sobie sprawy, iż nie da rady ustać na stromej płycie pod ścianką. Podstawowy błąd początkujących, patrząc z góry mamy złudzenie, iż teren pod nami jest mniej stromy, niż w rzeczywistości. Udało mu się wejść stosunkowo wysoko, ale później rosnąca pod stopami ekspozycja sprawiła, iż spanikował i jak najszybciej, za wszelką cenę chciał się znaleźć w bezpiecznym terenie. Tam, skąd zawrócił mógł stać godzinami w oczekiwaniu na pomoc, zrzucając staromodny plecak ze stelażem, nieźle naładowany m.in. ciężkimi płaszczami igielitowymi całej grupy też zwiększyłby swoje szanse. Niestety, podeszwy popularnych w tamtych czasach pionierek, kompletnie nienadających się do chodzenia na tarcie fatalnie zaczynają mu się ślizgać po gładkiej, granitowej płycie, walczy przez dłuższą chwilę, poczym wpierw jedna, potem druga ręka puszcza chwyt na krawędzi ścianki, odpada. Ponad czterdziestometrowy, swobodny lot w powietrzu, uderzenie w skały i dalszy upadek, razem około 120 metrów. Koziołkujące bezwładnie ciało wyprzedzają dwa duże bloki skalne i wiele mniejszych, choć też bardzo niebezpiecznych kamieni.

              Reakcja przewodnika jest irracjonalna i wręcz zgubna: Rany boskie, ręce i nogi połamie! Po wypowiedzeniu tych słów rzuca się w stronę spadających kamieni i ciała Komandosa – jeszcze chwila i będą dwie ofiary wypadku. Mój ostrzegawczy okrzyk, wydany na pełnej pojemności płuc osadza go w miejscu, mija kilka sekund, uwolnione w wyniku upadku Komandosa bloki znikają gdzieś w dole, a on sam zatrzymuje się głową w dół w wąskiej, dość stromej rynnie na dnie żlebu, krew ścieka powoli na skały. Niespodziewanie przewodnik obraca się na pięcie i zaczyna, nie wiadomo po co zbiegać szybko w dół.

              - Co, robisz?

              - Boję się krwi!!!

    I zbiega dalej. Nie pora na Wersal i łagodne perswazje, w ślad za uciekającym przewodnikiem ślę wiązankę ciężkich przekleństw, co przynosi wreszcie skutek, niedoszły uciekinier zatrzymuje się i od tej pory zachowuje się już rozsądnie.

              Krótkie oględziny, brak ewidentnych (dla mnie), objawów złamania podstawy czaszki, jest akcja serca, ranny oddycha. Noga i ręka złamana, ale to drobiazg, głowa krwawi mocno, ale tak zwykle z głową bywa nawet przy niewielkich obrażeniach. Jest nieprzytomny, licho wie, jakie ma obrażenia wewnętrzne. Ostrożnie przekładamy go w rynnie głową do góry, układamy w bezpiecznej pozycji. Dziś wiedziałbym, iż chłopak jest stracony, przeoczyłem wgniecioną kość potylicy i inne objawy, nie uratowałby go najprawdopodobniej dziś nawet śmigłowiec, ale to nie ta epoka. Wtedy myślałem, iż chłopak może ma jeszcze szansę na przeżycie, o ile pomoc dojdzie szybko. Nie ma jeszcze radiotelefonów ani telefonów komórkowych, pozostają jedynie szybkie nogi.

              Przy rannym zostaje przewodnik, wracam do pozostałych i udzielam im wskazówek, zapewniam, iż z Przełęczy pod Chłopkiem przyślę im kogoś, kto ich przeprowadzi przez resztę drogi, dobrze się złożyło, iż nie byli bezpośrednimi świadkami wypadku. Po dwudziestominutowym biegu jestem na przełęczy i bez trudu znajduję tam dwóch taterników, którzy natychmiast ruszają w stronę  Głazów. Kontynuuję bieg non stop i po dwudziestu pięciu minutach powiadamiam o wypadku dyżurnego ratownika w Morskim Oku, jest nim tego dnia legenda polskiego ratownictwa górskiego,  Józek Uznański zwany Ujkiem.

              Późnym wieczorem spotykam się z Ewą, Krystyną i Darkiem, są bardzo zmęczeni psychicznie. Dowiaduję się, iż pół godziny po tym, jak ich opuściłem dotarli do nich taternicy wspinający się w pobliżu. Jeden z nich był lekarzem i stwierdził zgon Komandosa. Mamy czas na krótką rozmowę, bo moi nowi znajomi wracają ostatnim autobusem do Zakopanego. Umawiamy się na wspólny udział w wiosennym rajdzie świętokrzyskim, podczas którego zaplanujemy wspólny wypad w Tatry latem przyszłego roku. Wracając do schroniska dostrzegam w zapadającym zmierzchu sylwetkę pechowego przewodnika, na jego swetrze nie ma już przewodnickiej blachy.

              Nazajutrz zostaję zaproszony do dawnej świetlicy schroniska, pełniącej teraz rolę reprezentacyjnego gabinetu Czesia Łapińskiego, który prosto z mostu wyłuszcza sprawę. Od czasu do czasu, gdy w rejonie Morskiego Oka wydarza się wypadek śmiertelny jest pytany przez prokuratora, jakie jest jego zdanie na temat jego przyczyny, prosi zatem o zdanie relacji, zwłaszcza, iż towarzysze ofiary wypadku zniknęli. Czesio wyczuwa w mojej opowieści pewien niepokój i natychmiast mnie uspakaja: Nie ponosisz żadnej odpowiedzialności za ten wypadek, zrobiłeś wszystko, co w tej sytuacji powinieneś zrobić. A wypadek wisiał w powietrzu od samego początku, bo przecież ta grupa szła od Przełączki pod Zadnim Mnichem. Rzeczywiście, miałem w pamięci jeszcze z ubiegłego roku obraz uskoku nad tą przełączką, potem kilka razy przechodziłem ten uskok. Nie jest to teren bezpieczny dla turystów idących bez liny. Nie jest to także teren w pełni bezpieczny dla mistrzyń kruszyny i traw, kozic, kiedyś znalazłem pod nim kozicę, która z tego uskoku odpadła.

              Odbywam też długą rozmowę z Józkiem Uznańskim, która kończy się też ważkim dla mnie stwierdzeniem: Nie przejmuj się, nie popełniłeś żadnego błędu, a tego chłopaka zabił ten przewodnik!  Paradoksalnie wypadek ten ocalił w następnych latach skórę bądź wybawił z kłopotu niejednego turystę i nie tylko turystę, bo zawsze interweniowałem zawczasu, niekiedy w dość brutalny sposób.  Dopisało mi szczęście, przez następne pół wieku nikomu w mojej obecności nic złego się nie przytrafiło, co więcej, nikt z tych, których wprowadziłem w góry nie uległ wypadkowi.

              Następuje długi okres niepogody, potem dni pogodne przeplatane są deszczowymi bądź mglistymi, włóczę się po różnych zakątkach Tatr Zachodnich, spędzam kilka dni w Pięciu Stawach, niejako przy okazji przechodzę przez Szpiglasową Przełęcz do Doliny za Mnichem i wchodzę na Mnicha nową dla mnie drogą. Zamawiam nocleg dla mojej mamy w Pięciu Stawach, schodzę do Zakopanego i wracam z mamą do Stawów. Następnego dnia przechodzimy przez Świstówkę do MOka, mama wsiada do autobusu, jadącego do Zakopanego, a ja zostaję, aby nazajutrz dokończyć mojej prywatnej eksploracji Mięgusza. Z MOka wiodą na Mięgusza cztery podstawowe drogi o trudnościach nieprzekraczających jedynki, a zatem niewymagających (formalnie) asekuracji liną: z Przełęczy pod Chłopkiem Drogą po Głazach, z Hińczowej Przełęczy zachodnią granią i jej obejściem oraz ukosem przez północną ścianę zachodem Janczewskiego z Siodełka w Filarze, tej ostatniej mi brak w  kolekcji. I znowu tak się składa, iż prowadzę na niej dwóch turystów – schodzimy z wierzchołka Drogą po Głazach. Droga przez Zachód Janczewskiego w przyszłości stanie się moją ulubioną, przejdę ją w sumie piętnaście razy, w tym jedenaście razy samotnie, a Droga po Głazach będzie najczęściej wybieraną przeze mnie drogą zejściową, schodziłem nią z Mięgusza siedemnaście razy.

              Mały wtręt natury historycznej. W tamtych czasach szkolenie wojskowe studentów było formalnie służbą zasadniczą. I tak w lutym 1964 roku wyfasowałem płaszcz, mundur i podkute buty niewątpliwie pochodzące jeszcze z wojennych zapasów. Ale wcześniej jako siedemnastoletni jeszcze student musiałem napisać podanie do dowódcy okręgu o wojskowego o wyrażenie zgody na ochotnicze odbycie służby zasadniczej – w przeciwnym przypadku groziłoby mi po ukończeniu studiów pójście w kamasze na całe dwa lata. Jeden z moich kolegów z Wydziału Mat – Fiz – Chem miał lat szesnaście, a zatem napisał podanie do samego Jaruzelskiego. Szkoleni wojskowo studenci mieli obowiązek, ściśle egzekwowany uczestniczenia w pochodzie pierwszomajowym. Już na pierwszy roku znalazłem na to sposób, szedłem odo łódzkiego oddziału PTTK i brałem odpowiednie papiery, a potem meldowałem się do płk Rutowicza, komendanta Studium Wojskowego przy UŁ ( niektórzy nie bez pewnej słuszności mawiali: Uniwersytet Łódzki przy Studium Wojskowym). Pułkownik spoglądał na papiery i czytał: Rajd Świętokrzyski pod patronatem generała Mieczysława Moczara, po czym klepał mnie po ramieniu i mówił: No to organizujcie, student, organizujcie. No i chodziłem po wydziale ogłaszając wszem i wobec: kto nie chce na pochód pierwszomajowy to niech się mi tu wpisze. Chętnych nigdy nie brakowało. Dzięki burdelowi, pardon, bałaganowi w armii usiłowano mnie jeszcze raz powołac do odbycia służby zasadniczej, jako podporucznik rezerwy z pięcioletnim stażem odebrałem od listonosza wezwanie w charakterze przedpoborowego na komisje poborową. Śmiechu była kupa, bo jako stary złośliwiec do stopnia wojskowego się nie przyznałem i cyrk był przedni, dokumenty pokazałe, jak dwóch rosłych żandarmów do mnie wezwano. Ale o tym może potem, jak mawiał Jano Sawicki dawne przewagi wspominając.

    Fotografa przy tym nie było, ale za rok w gronie tej samej, co na MSW ekipie był.







  5. Jerzy L. Głowacki
    Czarna Jaworowa
              W tej dolinie wszystko jest czarne, począwszy od góry, od Czarnej Przełęczy poprzez Czarny Bańdzioch, Czarne Młaki, Czarne Spady, Czarny Ogród i Czarny Staw, z którego wypływa Czarny Potok zdążający poprzez Czarny Las w dół do Jaworowego Potoku. Tak mówi pismo, czyli przewodnik „Tatry Wysokie” tom XVIII. I to wszystko jest nieprawdą, ponieważ w tej dolinie nie ma nic czarnego…w tej dolinie wszystko jest jasne, przesycone słońcem, jasna, bujna zieleń, płaskie dno doliny, migotliwy staw i potok czysty, przezroczysty. [Góry mojej młodości, Jerzy Hajdukiewicz, Iskry, Warszawa 1988, rozdział pod  tytułem ”Wspaniały lipiec 1939 roku”].
              Owego roku przybyli do tej doliny: dojrzały już mistrz skalnej wspinaczki Jan „Jano” Sawicki i jego pojętny uczeń, Jerzy Hajdukiewicz. Zastali miejsce bezludne w tamten czas, podobnie jak i ja siedemdziesiąt cztery lata później. Dotarłem wtedy do Jaworzyny dość późno, bo około godziny jedenastej. Jeszcze w Podsarniu przeglądając prognozy pogody patrzyłem bez entuzjazmu na czerwony kolor ostrzeżeń przed zapowiadanym rzadko kiedy w górach fantastycznym upałem, teraz w Javorinie miałem pełną świadomość, iż nie były to czcze pogróżki pod moim adresem. Zacząłem zatem od dużego kufla zimnego piwa w bufecie U Taja, a potem zanurzyłem się w tropikalny upał. Kalamita – to słowo powtarza się jak mantra na słowackich portalach poświęconym Tatrom i tatrzańskim lasom. To śmierć ogromnych połaci lasu, zdmuchniętych jak kupka suchych liści przez niewiarygodnie silny huragan w 2004 roku i idąca przez Tatry klęska kornika dobijająca lasy tam, gdzie nie sięgnął huragan. Wędrówka przez dolne partie Jaworowej rodzi dziś całkiem ambiwalentne uczucia, po raz pierwszy od dziesiątków lat można podziwiać z nich piękne i rozległe panoramy, ale wystarczy tylko nieco opuścić oczy, aby dojrzeć rozległe rąbaniska po których pełza ciężki sprzęt, a w dół doliny jadą co pewien czas wielotonowe ciężarówki wywożące wielkie pnie smreków. Wprawne oko bez trudu dostrzeże też brunatne pasma lasu ciągnące się aż po piętro kosodrzewiny – tamten las też jest już martwy tylko dostęp do niego jest znacznie trudniejszy.
              Zbliżając się do miejsca, gdzie ongiś zaczynała się już Jaworowa Polana dostrzegam, iż zniknęła stojąca tu przez wiele lat tabliczka zakazująca dalszego wstępu, nic dziwnego, po ścieżce wiodącej do Czarnej Jaworowej już ani śladu. Przez wysokie trawy i przeróżne chaszcze docieram nad potok w miejsce, gdzie dawno, dawno temu znajdował się całkiem wygodny mostek – pozostały po nim jeszcze nadgryzione przez czas przyczółki. Poziom wody niski, gdybym miał na karku dziesięć lat mniej lub dziesięć kilo w plecaku mniej przekroczyłbym potok suchą stopą skacząc z wanty na wantę, a tak ściągam buty i skarpetki, zakładam wiejskie kapcie i wchodzę do wody. Kapcie zostaną na brzegu oczekując na mój powrót.
              Podejście przez Czarny Las rozprażony upałem dłuży mi się bardzo, często, zbyt często zatrzymuję się na krótki odpoczynek. Kończy się las, zaczyna się nasycona eterycznymi oparami kosówka, jeszcze trochę i schodzę niestromym, trawiastym zboczem nad Czarny Staw, wyjątkowo urokliwe skrzący się w późno popołudniowych promieniach słońca. Nad stawem rozległa, biała, kamienista plaża, to znak, iż powierzchnia stawu w ostatnich latach zmniejszyła się istotnie.  Koryto powyżej stawu suche jak pieprz, nic dziwnego, Dolina Śnieżna nie jest już godna swej nazwy – mając formę sprzed iluś tam lat przeszedłbym ją jutro ani razu nie wstępując na śnieg, teraz, Teraz mogę tylko o tym sobie pomarzyć i to nie z powodu trudności technicznych (trójka) lecz długości tej drogi, Stary Mistrz wycenił ją na pięć i pół godziny plus długie zejście.
              Świeżo zaparzona herbata z krystalicznie czystej wody zaczerpniętej ze stawu i fajka smakują niesamowicie. Siedzę długo nad stawem,  a gdy słońce chowa się za grań zarzucam plecak na ramiona i ruszam w głąb Czarnego Ogrodu suchym korytem potoku wśród kosówek. Napotkawszy niewielką polankę rozbijam tam namiot. Rano zwijam mokry od rosy namiot, pakuję plecak i kontynuuję marsz w głąb Czarnego Ogrodu. Bez trudu odnajduję Czarną Jaworową Kolebę, którą Hajdukiewicz opisał jako paskudną norę -  niski, mroczny loch, z którego wiało zimnem, wilgocią i stęchlizną. Wczołgał się do niej zaledwie do połowy, po czym długo mył się w pobliskim strumieniu, a potem, cytuję: Jano wyraził zgodę na rozbicie namiotu, gdyż od poprzednich kolebowych eksperymentów cierpiał – jak twierdził – na interwałowe ataki rwy kulszowej, na skutek czego jego taterniccy przyjaciele nadali mu przezwisko „Ischias”.
              Patrząc na wlot koleby stwierdzam, iż od tamtych lat nic się nie zmieniło – koleba jest naprawdę paskudna. Rwy kulszowej z autopsji nie znam, lecz bez trudu mogę przeprowadzić kolebowo – zdrowotny rachunek sumienia, choćby za ostatnie parę lat.
              Sobkowa Rówień w Dolinie Jaworowej na wysokości około 1930 m npm. Dotarłem do koleby w gęstej mgle i takiej samej mżawce, która szybko przeszła w regularny deszcz. Koleba zacieka, jest zimno, wilgotność całe 100%. Rano z racji braku lepszych perspektyw decyduję się na szybki powrót do Roztoki.
              W dokuczliwym upale podchodzę z Soliskowej Chaty na Wielki Staw Furkotny Wyżni, położony na rekordowo dużej, jak na Tatry wysokości 2154 m npm. Miłe złego początki, wnet temperatura gwałtownie się obniża, zrywa się wiatr i siecze deszczem po kolebie. Ranek zimny i wilgotny, wiatr nadal porywisty, po stawie pływa sobie kra, maliniaki śliskie, jak diabli – pewnie je w nocy nieco oblodziło. Trąbię na odwrót i słusznie, gdy jadę już autobusem na Łysą Polanę nadciąga nad Tatry burzowy front.
    Dolina Białej Wody. Pierwsza godzina marszu upływa mi spokojnie, ale w drugiej robi się niemiło – z północy napływają nad dolinę gigantyczne chmury burzowe, rzadko zdarzało mi się takie monstra obserwować. Na razie rozrywają się one na strzępy mniej więcej nad doliną Kaczą, ale co będzie za godzinę lub dwie? Na dole doliny nie mam się czego obawiać, co innego powyżej górnej granicy lasu na progu Kaczej. Nie ma rady, trzeba się pospieszyć. Dochodzę do Wyżniej Kaczej Koleby, mojej najbardziej ulubionej koleby w Tatrach, która nigdy mnie nie zawiodła. O dziwo sytuacja się uspakaja, burzowe chmury zanikają, spada tylko parę kropel deszczu, gdzieś z daleka dobiega jedynie odgłos paru wyładowań atmosferycznych, noc też mija spokojnie, choć o północy szemrze na zewnątrz koleby niewinny deszczyk. Budzę się, jak zwykle na biwaku, mniej więcej kwadrans przed szóstą, rzut oka w stronę otworu wejściowego koleby i zaskoczenie: dolina jest całkiem biała, warstwa śniegu przed kolebą liczy sobie spokojnie z piętnaście albo i więcej  centymetrów, a grubość jej wręcz rośnie w oczach – sypie intensywnie i non stop. Pięć dni później biwakuję na Sobkowej Równi – znowu w nocy pada deszcz, koleba zacieka i jest zimno. Nazajutrz ruszam ku Lodowej Przełęczy, na Maćkowej Równi czyli najwyższym piętrze Jaworowej przechodzę pojedyncze, choć dość rozległe płaty śniegu, za to z samej przełęczy roztacza się iście zimowy widok – ciągła, słusznej grubości pokrywa śnieżna ciągnie się od siodła przełęczy aż na samo dno Lodowej Dolinki. Gdy jestem już nad Stawami Spiskimi i pokrzepiam się kuflem piwa to na tarasie Terinki na balustradzie paru horolezców suszy spodnie i kurtki po porannym wypadzie na grań – w niektórych miejscach mieli ponad metr śniegu.
              Kolejny biwak w Wyżniej Furkotnej Kolebie. W drodze do niej towarzyszyła mi przez ostatnią godzinę ulewa i dokuczliwy deszcz przy temperaturze grożącej w każdej chwili przejściem deszczu w śnieg. Przyznaję, miałem wręcz ochotę zrezygnować z biwaku i zbiec na dół. Ostatecznie szczękając zębami z zimna suszę spodnie i kurtkę na wietrze wykorzystując nieuzasadnioną przerwę w lejbie, po czym włażę w wilgotnych ciuchach do śpiwora. Rano nic nie lepiej na nieboskłonie, a zatem znowu wycofuję się do Roztoki.
              Dwa następne sezony to lata przerwy w kolebowym procederze, a to z racji zagospodarowywania Podsarnia, były to też ostatnie lata gazdowania Pawłowskich w Roztoce. W 2008 roku w połowie maja spędzam noc tuż pod wierzchołkiem Babiej Góry w wąskim przesmyku wytopionym w rozległym polu śnieżnym. Marznąc nie marznę, choć temperatura spada dobrze poniżej zera – mój puchowy śpiwór waży zaledwie 850 gramów, do snu w takiej temperaturze nie należy się rozbierać, wręcz przeciwnie, dobrze na siebie nałożyć wszystko to, co ma się z ubrania w plecaku. Z kolei w połowie czerwca włóczę się po Dolinie Białej Wody – jak nie pada to układam się do snu na podeście na Polanie pod Wysoką, jak pada, to śpię pod wiatą. Zimno i wilgotno, watry nie rozpalisz, a Wyżnia Kacza Koleba tudzież i Litworowa zabita jeszcze śniegiem.  Mija kolejny miesiąc i biwakuję w mikro kolebie na Zadniej Galerii Cubryńskiej (ok. 2080 m) – to czwarty co do wysokości mój biwak w Tatrach (Wyżnia Furkotna Koleba 2154 m, Szarpana Koleba w Dolinie Złomisk i Maćkowa Rówień w Dolinie Jaworowej – po około 2100 m). Jeszcze przed wschodem słońca budzą mnie gwałtowne porywy wiatru, to dobrze, bo dzięki temu mogę podziwiać wyjątkowo piękny wschód słońca, a potem wyjątkowo wcześnie przejść na południową stronę grani przez Przełączkę pod Zadnim Mnichem. Jest to, rzec można, historyczny moment, bo po raz pierwszy od czterdziestu sześciu lat nie popełniam tym samym przestępstwa, zagrożonego karą pozbawienia wolności do lat dwóch jako że od 21 grudnia 2007 roku jesteśmy już w Schengen!
               Gdy jestem już nad Wyżnim Ciemnosmreczyńskim Stawem na niebie zaczynają dziać się całkiem ciekawe rzeczy, wypisz wymaluj takie same, jakie poprzedziły ową sierpniową śnieżycę w Kaczej. W kolebie położonej kilkadziesiąt metrów powyżej dolnego skraja tego stawu spędziłem w sumie kilka nocy i bardzo polubiłem tą kolebę.  Kolebę tworzy ukośny okap usytuowany po zachodniej stronie ogromnej wanty wielkości sporej, góralskiej chałupy. Przyjemnie jest zasypiać patrząc w stronę ostatnich blasków zachodzącego już za granią słońca lub, jak kto woli, wpatrując się w gwiazdy. Kolebę chronił od strony zachodniej niezbyt wysoki murek, przystąpiłem zatem niezwłocznie do jego podwyższania. Niestety, niewiele to pomogło podczas przeszło dwugodzinnej, bardzo gwałtownej burzy i ulewy trwającej do rana. Przez całą noc lała się na mnie z okapu woda, a pode mną płynął gustowny potoczek, dobrze, iż miałem płachtę biwakową i lekki materacyk pneumatyczny, ale i tak o normalnym spaniu mowy nie było.
              Ta noc sprawiła, iż postanowiłem ostatecznie pożegnać się z kolebami i zacząć sypiać w lekkim namiocie, koniecznie w kolorze ochronnym. Nawiasem mówiąc podczas przedostatniego pobytu w Ciemnosmreczyńskiej Dolinie sprawdziłem, z jakiej odległości nieuzbrojonym okiem dostrzegam namiot w typowym, pomarańczowym kolorze rozbity na trawie między kosówkami – z odległości półtora kilometra!
               Po obejrzeniu z bliska Czarnej Koleby zataczam szeroki łuk w Czarnym Ogrodzie w poszukiwaniu takiego miejsca, w którym rozbity namiot najmniej będzie wpadał w oko każdemu, kto będzie wędrował w górę doliny lub pod próg Śnieżnej Doliny. Po rozstawieniu namiotu funduję sobie w nim krótką drzemkę, gdyż ponad pięćset metrowa ściana Małej Śnieżnej Turni rzuca jeszcze cień na miejsce biwaku.  Gdy słońce w końcu podgrzewa namiot do mało przyzwoitej temperatury wrzucam do plecaka pojemnik na wodę, pusty już termos, menażkę i palnik i ruszam w stronę progu Doliny Śnieżnej, gdzie upał powinien być najmniej dokuczliwy. Tam, siedząc na skalnych płytach mam pod ręką płynący z góry strumyk, obok wielki płat śniegu, a powyżej wcale zasobną w wodę siklawkę, co w pełni chroni mnie przed niezwykłym, jak na Tatry i tę wysokość upałem.  Mogę też powspinać się w myśli w Dolinie Śnieżnej i na prawej połaci ściany Małej Śnieżnej Turni.
              Późnym popołudniem schodzę do namiotu mając litr herbaty w termosie, co powinno mi wystarczyć do popicia kolacji. Zostawiam przy namiocie plecak i włóczę się po górnych upłazach Czarnego Ogrodu aż do chwili, gdy słońce ostatecznie chowa się za grań. Kolejny upalny dzień, muszę niestety wracać powoli do Podsarnia. Najgorętsze godziny spędzam nad Jaworowym Potokiem by ostatecznie rozbić namiot na łąkach nad Jaworzyną. Koło północy budzi mnie ryk zagniewanego jelenia: ktoś śmie spać w pobliżu jego karmika, nawiasem mówiąc pustego o tej porze roku. Zwijanie namiotu o wschodzie słońca, marsz asfaltem na Łysą Polanę, filiżanka kawy pod słowackim sklepem, a ongiś bufetem, jeden, drugi, trzeci bus i jestem w Podsarniu.
              W swoim czasie na internetowych stronach www.nieznanetatry.pl  i www.goryonline.com ukazał się Subiektywny ranking Gór – Najpiękniejsze doliny tatrzańskie.
    1.    Dolina Ciężka
    2.    Dolina Czarna Jaworowa
    3.    Dolina Rybiego Potoku
    4.    Dolina Kieżmarska
    5.    Dolina Pięciu Stawów Polskich
    6.    Dolina Niewcyrka
    7.    Dolina Staroleśna
    8.    Dolina Mięguszowiecka
    9.    Dolina Młynicka
    10.Dolina Kołowa
     
              Jak skomentować mogę ten ranking? Do Ciężkiej dorzuciłbym Kaczą, zamiast Rybiego Potoku umieściłbym w nim otoczenie Morskiego Oka, Kieżmarską zastąpiłbym otoczeniem Zielonego Stawu Kieżmarskiego, Mięguszowiecką Złomiskami. Razem z Czarną Jaworową byłaby to moja czołówka rankingu. Zapomniano o Tatrach Zachodnich – tu w moim prywatnym rankingu na czele znalazłby się doliny Miętusia i Rohacką.
               Zabawne, Czarna Jaworowa, a właściwie Mała Śnieżna Turnia weszła do annałów szczegółowej historii literatury polskiej. Stało to się za sprawą naszego klubowego kolegi, Jacka Kolbuszowskiego, w cywilu polonisty i slawisty w jednej osobie. Jacek swoją karierę naukową rozpoczął doktoratem obronionym w 1965 roku na Uniwersytecie Łódzkim na podstawie pracy Obraz Tatr w literaturze polskiej XX wieku. W dalszej pracy naukowej zajmował się tematyką górską w literaturze, kulturą regionów górskich, kulturowym (paskudne słowo!) znaczeniem różnych form eksploracji gór i literaturą słowacką. Zainteresował się też, od strony teoretycznej, taternickim slangiem z dawnych lat: Sakramencka przewiecha nad kosmicznym luftem obojętnie koszona na wszawo bitych hakach. Dziś z Jacka profesor emeritus w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Jego praca doktorska, rozbudowana i uzupełniona została wydana w 1982 roku przez Wydawnictwo Literackie Kraków. Przytoczę jej fragment.
              Pojmowanie taternictwa jako formy twórczości i uznanie go za formę działalności twórczej sprawiło, iż pokonywana  w akcie wspinaczki   droga stawała się wytworem estetycznym – dziełem sztuki, w którym najpełniejszy wyraz uzyskiwało życie człowieka, taka zaś postawa automatycznie obniżała rangę pisania o wspinaczce. Oto jedna jeszcze przyczyna, dla której autorzy – taternicy swoje dzieła literackie nazywali bujdałkami. Dla niejednego z nich stokroć większą wartość miał suchy, rzeczowy i skonkretyzowany opis drogi o charakterze przewodnikowym niż jej literackie „opowiedzenie”. Opis przewodnikowy pełnił bowiem funkcję partytury umożliwiającej odtworzenie drogi (- dzieła) na takiej samej zasadzie, na jakiej partytura umożliwia odtworzenie dzieła muzycznego. Relacja literacka pełniła co najwyżej funkcję „meta tekstu” w stosunku do czynnościowego „tekstu wspinaczki”. Przykładem najdobitniej rzecz potwierdzającym jest Wiesława Stanisławskiego „Zrobiliśmy Małą Śnieżną…”.
              Z Jasiem Sawickim zaprzyjaźniliśmy się w Roztoce. Na zdjęciach – ostatni wypad Jasia do Doliny Waksmundzkiej. I wspaniała dedykacja na autorskim egzemplarzu tomika WHP.
     
     




  6. Jerzy L. Głowacki
    Zielone ludziki nad Czarnym Stawem.
    W swoim czasie, dawno, dawno temu niemile zaskoczył mnie listonosz przynosząc mi wezwanie na ćwiczenia wojskowe, gdy zaczynałem się już pakować w Tatry. Rad nie rad pojechałem do Grudziądza do stacjonującego tam pułku chemicznego. Zameldowałem się w pułku i wyfasowałem polowy mundur oraz tylko dwie gwiazdki, bo takowych ponoć zabrakło. Nie mając zamiaru degradować się do stopnia chorążego przypiąłem je do jednego naramiennika pozostawiając drugi „gołym” i poszedłem przejść się po terenie pułku. Idę sobie, a tu na kontrkursie pojawia się starszy sierżant, niski, brzuch piwny, gęba czerwona i nalana – typowy zupak, postrach niższych stopniem. Wykorzystując niecnie znaczną różnicę wzrostu mijam go od strony gołego naramiennika wiedząc doskonale, co się zdarzy, bo przecież mu nie zasalutowałem. Nie zawiodłem się na sierżancie, puszcza mnie na parę kroków po czym leci w moją stronę typowa, koszarowa wiązanka. Obracam się powoli odsłaniając drugi naramiennik i pieszczotliwym głosem wygłaszam te oto słowa: wy do mnie, sierżancie? Sierżanta krew zalewa, ale staje na baczność, salutuje i przeprasza.
    Za chwilę wpadam na oficera w stopniu majora, jak się później okazało szefa sztabu pułku: poruczniku, co wy tak niekompletnie ubrani? – Obywatelu majorze, magazynierowi gwiazdek zabrakło, pan major rozumie, nie chciałem się sam degradować. – No tak, macie rację. Poruczniku, wracajcie spokojnie na kwaterę, a ja już tego sukinkota pogonię. Miałem jeszcze ze sto metrów do kwatery, jak sprintem dobiegł do mnie magazynier trzymając w wyciągniętej dłoni dwie brakujące gwiazdki.
    Ćwiczenia te okazały się kompletnym niewypałem z wojskowego punktu widzenia, sprzęt był na poligonie, znający się na rzeczy oficerowie też, a zadaniem tych ćwiczeń było przeszkolenie piechocińskich kaprali podchorążych na wojskowych chemików, a na kilkunastu chłopa tylko ja jeden miałem specjalność dowódcy plutonu chemicznego. Na zakończenie musieliśmy sami napisać opinie o sobie. Do mojej opinii dopisano: wyróżnia się bardzo dobrą prezencją i bardzo dobrymi odruchami dowódczymi. Na marginesie: nosiłem już wtedy brodę, a żadnej okazji do wydaniu rozkazu nie miałem.
    Wróciłem do Łodzi i po dwóch dniach lokowałem się już we Franz Hilton Hotel vel Wozowni vel Starym Schronisku. Nazajutrz postanowiłem odwiedzić Żabi Niżni, dochodząc nad Czarny Staw zauważyłem na ryglu tegoż dwóch wojaków, z których jeden trzymał na kolanach wielką, komiśną księgę i coś w niej szrajbował, a wokół paru turystów stało. No cóż, cyrk mój, małpy nie moje, co to mnie obchodzi – ruszyłem zatem dalej. Jakieś tam okrzyki słyszałem, ale co mi tam, dopóki ktoś pomocy nie wzywa. Po chwili jednak słyszę za sobą tupot fasowanych butów i wrzask: do was mówię, głusi jesteście?! Odwracam się powoli i widzę, że mam przed sobą kaprala o czerwonej twarzy. Odruch wyniesiony z armii działa bezbłędnie, głos przestraja się automatycznie na koszarowy: wy do mnie kapralu? Jeśli tak to złóżcie z łaski swojej nóżki do kupy i zwracajcie się regulaminowo!
    Kapral momentalnie blednie, staje na baczność, salutuje i recytuje regulaminową formułkę. Jak się okazuje zapisują w owej księdze dane turystów udających się na Rysy i pod Chłopka, a ci wracając musza się u nich odmeldowywać, na szczęście wspinaczom dają spokój. Ilekroć później tego lata wchodziłem na rygiel stawu to stawano przede mną na baczność i zwracano się regulaminowo, bo ów kapral biorąc mnie za tzw. patrol oficerski przekazał mój rysopis kolegom. W tamtych czasach bowiem od czasu do czasu meldował się w schronisku oficer po cywilnemu, udawał turystę, a później do komendanta strażnicy na Palenicy Białczańskiej przychodził pasztet z listą uchybień w pełnieniu służby.
    Minęło wiele lat, schodząc z Owczej Przełęczy spotykam już na szlaku dwóch strażników granicznych, starszy, w stopniu majora prosi mnie o dokumenty, a po ułamku sekundy wykrzykuje: poznaję pana, rok temu podziwiałem, z jaką szybkością pan zbiega podczas burzy z tej przełęczy. O dokumentach mowy już nie było, zaczęła się miła pogawędka. A zimą do Roztoki wprost z nocnego pociągu trafiałem w charakterze pasażera skutera śnieżnego Straży Granicznej, trochę wódeczki też się wspólnie wypiło (oczywiście po służbie).






  7. Jerzy L. Głowacki
    Jak się drzewiej wspinało – patenty. Część II.   
     
    W czasach, gdy zaczynałem się wspinać wiązanie się liną w pasie wyszło już na szczęście z mody, w czym zapewne miał swój udział wypadek zespołu Biel – Żuławski podczas akcji poszukiwania „Mojżesza” czyli Stanisława Grońskiego w masywie Mont Blanc. Lawina seraków „zabetonowała” Wawrzyńca w szczelinie, a lina zawiązana w pasie Staszka Biela zmasakrowała mu wnętrzności. Nastąpiła era wiązania się „nad biustem”, o czym zawsze początkujące we wspinaniu się koleżanki lojalnie uprzedzaliśmy: zawsze nad, nigdy pod. Zamieszczam parę zdjęć z gatunku „nie próbujcie tego w domu”.  Niedbałe związanie się liną – jak się miało do dyspozycji tylko cztery karabinki i cztery haki – Simondy wykonane z nieco grubszej blachy to ryzykowanie odpadnięcia nie miało sensu, nie odpadam i koniec. Ale dziewczyna na drugim końcu liny solidną asekurację miała.  To tak w stylu niezapomnianego Gastona Rébuffat. Polecam jego „Gwiazdy i burze”.
              Wiązanie się liną „nad biustem” też nie należało do bezpiecznych, bo odpadnięcie w dużym lufcie i zawiśnięcie na tym wiązaniu groziło uduszeniem.  Zapamiętałem dwa takie przypadki.  18 IV 1960 roku podczas zjazdu na wschodniej Mnicha wspinacz wypada z klucza i zawisa po długim locie na pętli Prusika, której węzeł na swoje nieszczęście przytrzymał zbyt długo. Po jego ciało i jego partnera zjeżdżają po kolei Grammingerem bracia Berbeka. Drugi wypadek zdarza się na „Sprężynie” na ścianie Kotła Kazalnicy czyli Sanktuarium. Wspinający się na drugiego Hubert, kolega z Koła Łódzkiego Klubu Wysokogórskiego i student IV roku fizyki na UW, młodszy ode mnie o trzy lata zawisa na linie i umiera. Miała to być ostatnia droga Huberta wieńcząca bardzo udany sezon wspinaczkowy Huberta. Po jego ciało zjeżdża Grammingerem nie kto inny, jak sam Józek „Ujek” Uznański.
              Zaczęliśmy konstruować pasy piersiowe składając i przeszywając lub łącząc w inny sposób odcinki liny asekuracyjnej lub podciągowej, co zwiększało zarówno komfort, jak i bezpieczeństwo nie eliminując jednak ryzyka w zupełności. Pojawiły się zatem dodatkowe patenty obniżające stopień ryzyka, a polegające na opasaniu się dodatkową pętlą połączoną z liną asekuracyjną węzłem Prusika. Liczyliśmy, iż zdołamy  po odpadnięciu stanąć w tej pętli. Drugi patent sprowadzał się do oplecenia ud dodatkową pętlą połączoną także za pomocą węzła Prusika z liną. Ten patent stosowaliśmy z żoną, gdy zaczęliśmy się wspinać z naszą córką, gdy miała lat pięć w skałkach i w Tatrach, gdy miała lat jedenaście, a był to rok 1983.
     
     








  8. Jerzy L. Głowacki
    Sygnały – do trzech razy sztuka

     
                Po tragicznym finale zimowego sukcesu na Broad Peak-u rozpętało się, niestety, typowe piekło Polaków, choć nie już tak jednoznaczne, jak po akcji na Małym Jaworowym i śmierci Klimka Bachledy. Po pierwsze zabierają głos znani himalaiści, w tym i partnerzy Macieja Berbeki, brat Maćka, Jacek Berbeka, członkowie rodziny Tomka Kowalskiego oraz  znawcy lub nie himalaizmu zimowego nie licząc tzw. publiki. Najsurowiej skrytykował realia wyprawy Ryszard Gajewski, zakopiańczyk, ratownik TOPR-u, współautor (razem z Maćkiem) pierwszych wejść zimowych na Manaslu (8156m) i Czo Oju (8201m, razem z Maciejem Pawlikowskim) oraz uczestnik wyprawy zimowej z 1980 roku, której sukcesem było zdobycie po raz pierwszy w historii zimą ośmiotysięcznika i to w dodatku najwyższego, bo Mount Everestu. O ciężarze gatunkowym tej krytyki najdobitniej świadczył sam tytuł wywiadu: Katastrofa moralna w cieniu tragedii. Wywiad ten zaowocował groźbą procesu sądowego ze strony Artura Hajzera tym groźniejszą dla Gajewskiego, iż miałby on przed sądem przeciwko sobie pieniądze Hajzera, współzałożyciela firm Alpinus i HiMountain, a wiadomo nie od dziś, iż o porażce lub wygranej w takim procesie decyduje w istotnym stopniu klasa pełnomocników prawnych, która przekłada się bezpośrednio na wysokość honorarium.  W sporze Hajzer – Gajewski zarząd Polskiego Związku Alpinizmu (PZA) staje murem za Hajzerem czyli koordynatorem programu Polski Himalaizm Zimowy 2010 - 2015 ostro atakując Gajewskiego.

     
                Kolejny krytyczny głos zabiera Maciej Pawlikowski w rozmowie z Januszem Kurczabem, opublikowanej pt. „Wyszliśmy razem – umieramy razem?” na portalu wspinanie.pl . Gwoli przypomnienia: Maciej Pawlikowski, zakopiańczyk, ratownik TOPR (Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski za działalność ratowniczą), uczestnik siedmiu zimowych wypraw na ośmiotysięczniki, współautor nowej drogi i jednocześnie pierwszego wejścia zimowego na Cho Oyu (8201m) – razem z Maciejem Berbeki. Janusz Kurczab – wybitny polski taternik i alpinista, kierownik wyprawy na K2 w 1976, która wytyczyła nową drogę na ten szczyt, choć do wejścia na wierzchołek zabrakło jej 200 metrów nietrudnego terenu, szermierz, olimpijczyk, uznany kronikarz wydarzeń w Himalajach i Karakorum. Tytuł rozmowy to trawestacja słów Andrzeja Wilczkowskiego z 1981 roku: Wyszliśmy razem – wracamy razem. A oto słowa Pawlikowskiego, jakie padły w tej rozmowie: …wracając ze szczytu najsilniejszy uczestnik pędzi pozostawiając wszystko i wszystkich za sobą. Uważam, że świadczy to o jego skrajnym egoizmie, braku oznak jakiejkolwiek empatii i dyskwalifikuje go jako partnera wspinaczkowego. To mocne, bardzo mocne słowa i można by było mieć wątpliwości co do słuszności takiego sądu, gdyby nie dwa wydarzenia z przeszłości: niezbyt przyzwoite zachowanie Bieleckiego wobec partnera na Gasherbrumie I, opisane w wyborze tekstów na temat Broad Peak-a oraz kuriozalny casus w Alpach, gdy to Bielecki jako przewodnik pozostawił za sobą daleko swojego klienta podczas zejścia w niełatwym terenie, co skończyło się, niestety, jego śmiertelnym odpadnięciem.

     
                Przeczytałem w swoim czasie  wywiad z Aleksandrem Lwowem autorstwa Wojciecha Cieśli, jaki ukazał się 20 marca 2013 roku na stronie internetowej Newsweek.pl . Oto fragment tego wywiadu:
    Wojciech Cieśla: Uważa pan, że góry wcześniej dają sygnał? Ostrzegają?

    Aleksander Lwow: Tak. Mam mnóstwo przykładów. I są ludzie, którzy lekceważą sygnały.

                Alek Lwow wszedł na cztery ośmiotysięczniki, uczestniczył w wyprawach na K2 latem i zimą, Yalung Kang (jeden z wierzchołków bocznych Kangchenjungi, 8505m), czterokrotnie na Mount Everest, w tym również jako kierownik wyprawy międzynarodowej). To właśnie Alek ćwierć wieku temu czekał przez dobę na biwaku na schodzącego zimą z Rocky Summie na Broad Peak-u Macieja Berbeki wiedząc, iż Berbeka nie przeżyje bez jego pomocy. Gdyby obaj poszli na szczyt to najprawdopodobniej żaden z nich nie wróciłby do bazy. Można mieć różne zdania co do teorii sygnałów Alka, ale niestety teoria ta się empirycznie potwierdziła w przypadku Artura Hajzera. A było to tak.

     
                Hajzer rozpoczął swoją himalajską karierę od wysokiego c – nowa droga na Manaslu, pierwsze zimowe wejście na Annapurnę w towarzystwie Jurka Kukuczki, nowe drogi na Sziszapangmie (z Kukuczką i Wandą Rutkiewicz) i Annapurnie Wschodniej. Potem było bez mała dwadzieścia lat przerwy i kolejne wejścia na Dhalaulagiri,  Nanga Parbat oraz Makalu. Głośną na cały świat stała się brawurowo zorganizowana przez niego akcja ratunkowa po Andrzeja Marciniaka, jedynego ocalałego z katastrofy lawinowej nad Przełęczą Lho La w masywie Everestu, w której zginęli: Eugeniusz Chrobak, Andrzej Zygmunt Heinrich, Mirosław Gardzielewski, Wacław Otręba i Mirosław „Falco” Dąsal. Tragedia ta wydarzyła się po zdobyciu Everestu przez Chrobaka i Marciniaka niełatwą granią zachodnią. Poobijany, ze śnieżną ślepotą Marciniak teoretycznie był bez szans, ocalał dzięki determinacji Hajzera, który wprost cudem zorganizował ekipę ratunkowa. Dwadzieścia lat później Marciniak odpadł na Pośredniej Grani w Tatrach Słowackich z blokiem i pomimo dobrej asekuracji zginął nie przeżywszy dziesięciometrowego lotu – dopadł go wyważony przez niego blok skalny. 
                Pierwszy sygnał, jaki odebrał od gór Hajzer miał miejsce w 2005 roku podczas odwrotu z ataku szczytowego na nomen omen Broad Peak-u – złamał wówczas nogę, ale silni partnerzy sprowadzili go do bazy pokonując, bagatela, 3000 metrów deniwelacji.
                Sygnał drugi, 10 lutego 2008 roku Hajzer odpadł z nawisem z niewinnej na pozór grani Ciemniaka i zaliczył kilkuset metrowy lot z lawiną. Prawdopodobnie uratował mu życie wystający ponad lawinisko czekan zapewniając mu nie tylko dopływ powietrza, ale i szybkie uwolnienie spod śniegu, bo ów czekan zauważono dostatecznie szybko z pokładu Sokoła.
                Sygnał trzeci. W maju tego samego roku Hajzer wraz z Robertem Szymczakiem schodzą w ciężkich warunkach atmosferycznych z wierzchołka Dhaulagiri. Podczas zejścia występują u niego oznaki jednego z najskuteczniejszych, himalajskich zabójców – wysokościowego obrzęku mózgu. W sprowadzaniu Hajzera z obozu II do bazy pomagają między innymi dwaj Czesi, Radek Jaros i Zdenek Hruby.. Ci sami parę dni później sprowadzają po udanym ataku szczytowym dwójkę zdeteriorowanych  Hiszpanów, za co zostają nagrodzeni nagrodami Fair Play.

     
                Zdenek Hruby to ciekawa postać, 57 lat, prezes Czeskiego Związku Alpinizmu, osiem ośmiotysięczników zdobytych w latach 1994 – 2012 i w odróżnieniu od zawodowych alpinistów człowiek piastujący w swojej karierze szereg odpowiedzialnych stanowisk państwowych. Niestety, 9 sierpnia 2013 roku podczas odwrotu z próby przeprowadzenia nowej drogi na pd.-zach. ścianie Gasherbrum-a I traci równowagę i ginie w wyniku prawie kilometrowego upadku.
                Miesiąc wcześniej, a dokładnie 7 lipca 2013 roku na tej samej górze podczas odwrotu z ataku szczytowego Hajzer odpada w tak zwanym Kuluarze Japońskim i ponosi śmierć.

     
                Rok 2013 nie jest rokiem szczęśliwym dla himalaistów. Wprawdzie ekipa pod wodzą Jacka Berbeki, brata Maćka odnajduje ciało Tomasza Kowalskiego wiszące na poręczówkach w pionowym kominku na bardzo wąskiej grani i grzebie je w odpowiednim miejscu, Jacek zyskuje pewność, iż grobem jego brata stała się głęboka szczelina pod przełęczą rozdzielającą wierzchołki Broad Peak-u i wraca do kraju bez strat własnych, lecz innym szczęście nie dopisuje. Niemiecka alpinistka z Poczdamu ginie niedaleko bazy pod tym samym ośmiotysięcznikiem w lodowcowym potoku w sposób niemal identyczny, jak przed laty Barbara Tasiemka. Trzech Irańczyków wytycza znowu na tej samej górze nową drogę, ale ginie w zejściu. W bazie pod Nanga Parbat terroryści zabijają ośmiu alpinistów, w tym dwóch ratowników Horskej Służby.
                20 maja 2013 roku jedenastu wspinaczy osiąga główny wierzchołek Kanczendzongi, lecz pięciu z nich ginie podczas schodzenia. Pośrednią przyczyną tej tragedii jest wejście na wierzchołek o bardzo późnej porze, co doprowadza do nieprzygotowanego biwaku na wysokości 8300 metrów. Jeden z nich też nie dawno odebrał od gór sygnał – Zsolt Eross, zdobywca dziesięciu ośmiotysięczników, z których dwa, Lhotse (8510m) i Kanczendzongę z protezą prawej nogi, nogi, którą stracił pod kolanem w 2010 roku w wypadku lawinowym w Tatrach Słowackich wywołanym przez oberwanie nawisu śnieżnego.
                Trochę górskiej statystyki á propos wieku. Oto wiek, w którym sześciu kolejnych himalaistów zdobyło Koronę Himalajów:
    1.     Messner 42 lata
    2.     Kukuczka 39 lat
    3.     Loretan 36 lat
    4.     Carsolio 33 lata
    5.     Wielicki 46 lat
    6.     Oiarzabal 43 lat (23 wejścia na ośmiotysięczniki w ciągu 20 lat !)

     
    A teraz wiek tych, o których pisałem, a którzy pozostali w górach na zawsze:
    ·       Maciej Berbeka 59 lat
    ·       Artur Hajzer 51 lat
    ·       Zdenek Hruby 57 lat
    ·       Zsolt Eross 45 lat

     
    Nie sądzę, aby przytoczone powyżej zestawienie wymagało komentarza.
                Oficjalny raport Komisji PZA ostro ocenia postawę Bieleckiego, ale odnoszę wrażenie, iż na tej ocenie zaważyły w sposób istotny poprzednie przygody Bieleckiego, a ponadto szanowna komisja wyraźnie oszczędzała Zarząd PZA oraz nieżyjących, w tym i Artura Hajzera. Faktem niezaprzeczalnym jest, iż Berbeka i Kowalski zaryzykowali ostro i drogo za to zapłacili, ale bądźmy szczerzy, kto z nas nie ryzykował w górach. Sam czasem głośno, a czasem po cichu wypowiadałem znamienne słowa: Raz maty rodyła ! Czytelnikom mniej zapoznanym z prozą Henryka Sienkiewicza przypominam, te słowa na kartach Trylogii wypowiada Maksym Krzywonos do Chmielnickiego zgłaszając się na ochotnika do poprowadzenia wyprawy przeciwko księciu Jeremiemu Wiśniowieckiemu. Z drugiej strony ani Ala ani ja z całą pewnością nie postąpilibyśmy tak, jak postąpił Bielecki, to pewne.

     
                I znowu życie dopisało coś jeszcze do roboczego, pisanego Watermanem tekstu tej kroniki, coś, co z jednej strony wiąże się z wiekiem, 12 października 2013 Władysław Cywiński czyli po prostu Włodek wybrał się do Doliny Złomisk z zamiarem sprawdzenia pewnego szczegółu topograficznego w rejonie Wysokiej, koniecznego do zakończenia pracy nad XIX tomem swojego Przewodnika szczegółowego po Tatrach, traktującego o grani głównej Tatr. Ponieważ Wysoką spowiły chmury Włodek zdecydował się na samotną wspinaczkę na ścianie Tępej, kruchej i obfitującej w trawy. I mimo, iż w takim terenie czuł się świetnie i kondycję miał doskonałą, jak na swój wiek (74 lata) to odpadł ginąc na miejscu.
                Wieść o wypadku rozeszła się błyskawicznie po praktycznie wszystkich mediach, na forach internetowych pełno było osobistych pożegnań Włodka. Nic dziwnego, ratownikiem był od roku 1967, uczestniczył we kilkuset akcjach, ustanowił swoisty rekord w ilości dyżurów w Morskim Oku, przewodniczył przez wiele lat komisji egzaminacyjnej przewodnictwa tatrzańskiego, przejął od Starego Mistrza Topografii, W. H. Paryskiego pałeczkę najlepszego znawcy topografii Tatr. W 2009 roku z okazji stulecia TOPR odznaczeni zostali Krzyżami Komandorskimi Orderu Odrodzenia Polski: Władysław Cywiński, Michał Jagiełło, Janusz Siemiątkowski i pośmiertnie – Piotr Malinowski.
  9. Jerzy L. Głowacki
    Ciekaw jestem, ilu narciarzy przekraczających Żleb Marcinowskich wie i pamięta o tragedii, jaka tam się wydarzyła przed laty. Tu przytaczam ciekawy tekst z Internetu.

    321góry

    Forum górskie     


     
    Góry - Historia, kultura, sztuka - Czy ktoś pamięta Dom Polaka?


     
    Iwona S - 2006-05-02, 07:57

    Temat postu: Czy ktoś pamięta Dom Polaka?


     
    O istnieniu Domu Polaka dowiedziałam się Sie od Ojca. Ilekroć wchodziliśmy na Kasprowy, Ojciec zatrzymywał się i wskazując na miejsce byłego schroniska, mówił: tu stal kiedyś Dom Polaka. Zabrała go lawina.

     Tyle pamiętam z dzieciństwa a teraz znalazłam artykuł w Tygodniku Podhalańskim, opisujący tamte zdarzenia. Polecam.


     
     Tatry bywają okrutne. Nikt nie doświadczył tego bardziej niż ród Marcinkowskich.


     
     „Dnia 28 Lutego 1856 r. zasypał pięciu górników śnieg. Ci nieszczęśliwi powracali z bani Ornak w Dolinie Kościeliskiej i idąc zapewne żlebem, trafili na moment, kiedy właśnie uwiózł się śnieg z szczytów Dziewiątej i Ornackich…

     Między nimi był Ojciec z dwoma małoletnimi synami - oprócz tego zostawił w domu sześcioro dzieci prawie niemowląt - prawdziwych sierot - nazywał się Wojciech Gąsienica.

     Drugi - Jan Gąsienica zostawił dwa małoletnie dziewczęta.

     Ci 4 byli od Kasprusia. Piąty był Józef Pawełko, syn Hutmana z Morawy rodem, liczył lat 16”.

     Tak wspomina ksiądz Stolarczyk tragedię, jaka zdarzyła się w rodzinie „hamerników”, czyli górników tatrzańskich. Dokładnie, w sto lat później w tym samym rodzie podobne nieszczęście powtórzyło się w Dolinie Goryczkowej.

     Zachowało się to zdarzenie w moich wspomnieniach z lat dziecinnych. Ciotka Zofia Gąsienica Marcinowska schodziła z przysiółka Gładkie z plecakiem i bambusowymi kijami narciarskimi.

     Zatrzymała się i jak zwykle ukochała mnie, pucyła ku sercu, całowała, o coś pytała i obdzieliła słodkimi miętusami. Lubiłem te powtarzane ukochiwania, po czym do wieczora jeździłem na sankach.

     Na drugi dzień wczesnym rankiem ojciec podniesionym głosem oznajmił mamie: - Jezus Maryjo, babo, Morcinowscy nie zyjom. Zosie, Władka i granicnyk zabrała lawina.

     Słowo „lawina”, którego znaczenia nie rozumiałem, wyzwoliło we mnie lęk.

     Tata zaopatrzony w jedzenie i łopatę ruszył, jak wielu zakopiańczyków, szukać swoich najbliższych krewnych i pozostałych.

     Z końcem dnia powracał zmęczonym krokiem. Oto strzęp przekazywanych matce wrażeń: - Nie zyjom syćka. Kie by ik tam nie było. Lawina!

     Uciec przed niom nie było jako. Schronisko zdrzyzdzone het. Coz tyz to z tymi Morcinowskiemi?

     Ujek Jan zginon na austryjackiej wojnie, Wojtek na Zamarłej Turni, a Władek ze Zosiom w Goryckowej.

     Modlenie rodziców i siódemki dzieci na nic się zdało. Strach przed lawiną pozostał. W rodzinnych zbiorach zachował się wiersz ojca, Stanisława Gąsienicy Byrcyna. Poznajmy jego fragment:

     Lawina wiecór z turni runyna,

     Z posumem wiatru i groźnyk chmur,

     A przed niom z gwizdem sunyła

     Płania powietrza i śniegu mur…

     I śmierzć, wśród trzasku łomanyk smrekow,

     Gasieła ludzkie zywoty,

     Na Goryckowej, wśród nocy cienia

     I zimnej śnieznej psoty….

     Historię tego zdarzenia można odtworzyć w oparciu o materiały rodzinne córki Marcinowskich, Marii Gąsienicy Jaszewskiej.

     O północy z 2 na 3 marca 1956 r. placówka WOP ogłosiła alarm, gdyż trzej żołnierze nie powrócili z patrolu.

     Poszukująca ich kolejna trójka trafiła w śnieżycy na Halę Goryczkową i stwierdziła w świetle wystrzelonej rakiety rozległe lawinisko w miejscu znanych im schronisk: Polaka i Króla.

     Ponadto zwały śniegu pochłonęły dwa szałasy, stojące tu od niepamiętnych czasów.

     Z Kondratowego Wierchu, obecnie nazywanym Żlebem Marcinowskich, spadła potężna lawina.

     Zmieniła odwieczny swój tor i wydzierając całe płaty kosówkowej zapory oraz starego drzewostanu, zniszczyła wszystko na swojej drodze.

     Plątanina połamanych czy wyrwanych z korzeniami smreków, skał oraz rozwalonych schronisk i szałasów sięgała poza Goryczkowy Potok.

     Zmiana pogody, odwilż i silne wichury, tworzące wielkie śnieżne nawisy, umożliwiły powstanie śmiertelnego niebezpieczeństwa.

     Tadeusz Pawłowski, ówczesny naczelnik GOPR-u, sprawnie zorganizował akcję ratowania, którą bezpośrednio kierował Ludwik Ziemblic przy wsparciu WOP.

     Już od godziny 5.30, jak zanotowano w księdze z przebiegu akcji, w poszukiwaniach na Goryczkowej brali udział: Józef Gąsienica Gładczan, Szymon Gąsienica Wawrytko, Stanisław Gąsienica Roj I, Stanisław Marusarz, Adam Gąsienica Sieczka i Józef Gąsienica Janik Firek.

     Później dotarło wielu innych. Wymieńmy chociaż niektórych, w podzięce za ich ofiarność: Stanisława Skupnia, Stanisława Grandysa, Jana Spławińskiego, Antoniego Krzyżaka, Józefa Bukowskiego, Stanisława Gąsienicę Giewonta, Eugeniusza Strzebońskiego, Jakuba Gąsienicę Wawrytko, Artura Prosałowskiego, Stanisława Urbańskiego, Władysława Gąsienicę, Józefa Krzeptowskiego oraz Józefa Zubka.

     Właściwie całe Zakopane ruszyło, aby pomagać. Łącznie przekopywało lawinisko ponad 800 osób.

     W ciągu kilku godzin odnaleziono ciała Władysława i Zofii Gąsieniców Marcinowskich oraz żołnierzy WOP: Józefa Tomińskiego, Tadeusz Rutkowskiego i Eugeniusza Żerańskiego.

     Zapowiadana wycieczka na skutek wichury i śnieżycy nie dotarła w góry, zatrzymała się szczęśliwie w Zakopanem.

     Przebieg całego zdarzenia przedstawiał się następująco. Władysław Marcinowski przebywał 2 marca na Hali Goryczkowej jako gospodarz tzw. schroniska Polaka.

     Jego żona tego dnia, po odwiedzeniu domu na Gładkiem, późno skończyła zakupy w Zakopanem.

     O zmierzchu z koniecznym prowiantem zjawiła się w Kuźnicach. Nie zdążyła na ostatni kurs kolejki, jednak okazało się, że będzie jeszcze jazda na Myślenickie Turnie i z niej skorzystała.

     Nie była świadoma, że wtedy ważył się prawdopodobnie los jej żywota. Utartą perć od stacji kolejki ku schronisku nawet z ciężarem przemierzała w kilkanaście minut.

     O podobnej porze trzej żołnierze, patrolujący wówczas granicę państwową, ruszyli z Kasprowego Wierchu w kierunku Hali Goryczkowej.

     Przy schronisku, osłaniającym przed wiejącym wiatrem i śniegiem, spoczęli na ławce. Tutaj dopadł ich biały żywioł.

     Odnaleziona Zofia miała na ręku zegarek, który wskazywał godzinę 19.30. Jeśli ten czas wskazywał na zejście lawiny, to zapewne droga z Kuźnic na piechotę uratowałaby jej życie.

     Władysław przygnieciony został belkami stropu. Żołnierze byli przysypani zwałami śniegu.

     Zofia ze Stopków Olesioków i Władysław Gąsienicowie Marcinowscy pochodzili ze starych, podhalańskich rodów, zasiedziałych w Zakopanem.

     Marcinowscy dziedziczyli spore współwłasności w Hali Kasprowej i Hali Goryczkowej.

     Na tej ostatniej odkupili od rodziny Polaków z Poronina niewielkie schronisko i tu zajęli się gospodarzeniem. Ich działalność była bardzo chwalona przez turystów, a najbardziej przez narciarzy.

     Przypomnijmy tych ciekawych ludzi.

     Władysław (ur. w 1913 r.) był po kądzieli potomkiem sławnego przewodnika Tytusa Chałubińskiego, Wojciecha Gąsienicy Roja.

     Obok prowadzonej na dawnej Polanie Gładkie dużej gazdówki, podejmował się on różnych prac w Tatrach.

     Był ratownikiem tatrzańskim, członkiem TOPR od 1950 r. i uczestniczył w kilkunastu wyprawach ratunkowych.

     Jeszcze w okresie międzywojennym uprawiał turystykę, taternictwo oraz narciarstwo. Jego bardzo zdolny brat Wojciech, student prawa UJ, zginął podczas wspinaczki w południowym urwisku Zamarłej Turni.

     Władysław należał do operatywnych przedsiębiorców.

     Zofia (ur. w 1910 r.) należała do pokolenia, które przynosiło chlubę polskiemu narciarstwu obok Stanisława Marusarza, Bronisława Czecha czy Bronisławy Staszel Polankowej.

     Ta niezwykła dziewczyna swoją karierę narciarską rozpoczynała w latach 20. XX w., startując jeszcze w spódnicy góralskiej.

     Była świetną zawodniczką Sekcji Narciarskiej PTT. W zawodach o mistrzostwo Polski w 1932 r. zdobyła I miejsce w biegu kobiet, a w 1935 r. w kombinacji alpejskiej.

     Na zawodach FIS w 1939 r. osiągnęła, jak oceniano wówczas, świetne ósme miejsce w biegach pań.

     Zofia była również bardzo dobrą taterniczką. W 1931 r. uczestniczyła z Bronisławem Czechem i Janem Gnojkiem w próbie przejścia głównej grani Tatr Wysokich.

     W ciągu czterech dni przeszli oni odcinek pomiędzy Przełęczą Liliowe a Polskim Grzebieniem. Z tymi samymi taternikami zdobyła w 1931 r. południową ścianę Zamarłej Turni, a w 1932 r. z Bronisławem Czechem i Stanisławem Marusarzem zachodnią ścianę Kościelca.

     Marcinowscy cieszyli się dużym szacunkiem ludzi, wśród których żyli. Pozostawili jedyną córkę Marię, którą zaopiekowała się szczerze babcia Bronisława.

              Mała poprawka, Wojciech Gąsienica – Marcinowski zginął w 1932 roku razem z Tadeuszem Bośniackim nie na południowej ścianie Zamarłej Turni, a na sąsiednim urwisku, jakim opada do Dolinki Pustej Zmarzła Przełęcz.

  10. Jerzy L. Głowacki
    Jak to z dziewczynami w Tatrach bywa… Część I.
              Czytelnika Kroniki może zastanawiać, dlaczego tak dużo opowieści dotyczy zdarzeń, które miały miejsce w terenie rozciągającym się od Doliny za Mnichem poprzez Cubrynę i Mięguszowiecki aż po Przełęcz pod Chłopkiem. Odpowiedź jest prosta, autor Kroniki należy do tych tatrafilów, którzy bardzo wysoko cenią sobie otoczenie Morskiego Oka. Dodać do tego należałoby coś, co już se nevrati – niezapomnianą atmosferę MOka w czasach komuny, dającą nam wówczas, słusznie czy niesłusznie, poczucie swoistej eksterytorialności. Polecam pod tym względem lekturę Miejsca przy stole Andrzeja Wilczkowskiego. Ponieważ od lat bawię się w statystyczne ujmowanie mojej górskiej działalności w liczby to mogę stwierdzić, iż w MOku i jego otoczeniu spędziłem łącznie po dzień dzisiejszy 457 dni.
              Pierwszy zdobywca Korony Himalajów, Reinhold Messner powiedział kiedyś, iż wspinacz powinien wybierać takie drogi, które jest w stanie pokonać w eleganckim stylu. Droga pokonana elegancko to wspinaczka bez historii, a opis własnych doznań dla czytelnika wspinacza będzie banałem, dla nie-wspinacza opowieścią zbyt hermetyczną i w sumie nudną. Dokładnie to samo można powiedzieć o wielu włóczęgach bez liny w terenie, gdzie turystów spotyka się bardzo rzadko – na Żabim, Niżnych Rysach, Wołowym Grzbiecie. Inaczej rzecz ma się z otoczeniem Doliny za Mnichem, gdzie w miarę upływu czasu coraz bardziej uwydatniają się perci wiodące w stronę Mnicha i Cubryny. Turyści w każdy pogodny dzień widzą tam sylwetki podchodzących i schodzących taterników – to zachęca do opuszczenia znakowanego szlaku, a Cubryna i Mięgusz to dla turysty najhonorniejsze w tym rejonie cele.
              W swoim czasie z naszych własnych obserwacji wynikało,  iż latem w Tatrach doliczyć się można było od dziesięciu do dwudziestu w miarę pogodnych dni w przeciągu miesiąca. Wszystkim stałym bywalcom MOka wiadomym jest od lat, iż gdy przestaje padać lub gdy za chwilę może zacząć padać to najzdrowiej jest pójść wspinać się na Mnichu, w grę wchodzi również Zadni Mnich. Ponadto w pobliżu tych pików znajduje się szereg koleb, w których można przeczekać burzę lub rzęsistą ulewę. Dla przykładu: oboje z Alą wprost uwielbiamy przeczekiwanie burzy w kolebie na Małej Galerii Cubryńskiej zapewniającej jednocześnie maksimum bezpieczeństwa i maksimum doznań wizualno-akustycznych.
              Jeśli naszym celem nie jest wspinaczka sensu stricte, a miłe spędzenie dnia niekoniecznie pogodnego to do Doliny za Mnichem możemy dostać się na trzy sposoby, samą dolinę można obejść wokoło i przejść do Pięciu Stawów przez Szpiglasową Grań lub Szpiglasową Przełęcz. W dogodnych warunkach i bez liny mamy do dyspozycji jedną drogę na Zadniego Mnicha, dwie drogi na Hińczową Przełęcz, trzy warianty na Mnichu i po cztery drogi na Cubrynę i Mięguszowiecki – nie radziłbym jednak próbować wszystkich tych dróg bez odpowiedniego doświadczenia wspinaczkowego. Skoro zaś już wspomniałem o prywatnej statystyce to wyliczę jeszcze liczbę dni, jakie poświęciłem paru obiektom topograficznym w tej okolicy: Dolina za Mnichem 194, Zadnia Galeria Cubryńska 105, Hińczowa Przełęcz 41, Szpiglasowa 37, Mięgusz 33, Cubryna 29, Szpiglasowy 26, Mnich 15.
    Prolog
              To już, Ali i mój, czternasty rok kalendarzowy na Orawie. Zapewne nie byłoby nas tu razem, gdyby bez mała pół wieku temu na Mnichowych Plecach nie podeszła do mnie dziewczyna o imieniu Krystyna zagadując, czy nie znam przypadkiem drogi na Mięgusza, czym zapoczątkowała ciąg zdarzeń, które doprowadziły za rok do naszego pierwszego spotkania i to nie w Tatrach, jakby się mogło wydawać, ale w Warszawie, w Teatrze Wojska Polskiego mieszczącym się w Pałacu Kultury i Nauki. Minie potem rok i razem wejdziemy na Cubrynę i Mięgusza, miną jeszcze dwa i podejmiemy decyzję bycia razem do końca dni naszych.
     Dobrze jest móc po latach pisać takie słowa, tu przypomnę słowa wstępu do Białych Kordylierów, relacji z francusko-belgijskiej wyprawy w Andy w roku 1951:…nie do niej odnoszą się słowa Préverta
    Lecz góry często kochanków oszczędzają
    Jak gdyby miłość ich odwzajemniały
    choć dla niej były napisane.
    Ona to Claude Kogan, świetna alpinistka francuska – zginęła na stokach Cho-Oyu  w Himalajach. Współautor Białych Kordylierów to Georges Kogan, jej mąż.
    Dwie tatrzańskie tragedie
              13 VI 1976, środek północnej ściany Mięgusza. Dwójka wspinaczy, Zbigniew Lubiarz i Janusz Huńczak, idzie z lotną asekuracją wykorzystując dobre warunki i łatwiejszą partię terenu. Nagle odpadnięcie jednego z nich kończy się lotem całego zespołu aż do podnóża ściany, giną obaj taternicy.
    17 III 1977, spod Kazalnicy do schroniska nie wraca Leszek Skarżyński, znany w taternickim światku jako Kursant. Kursant miał się udać pod Kazalnicę po pozostawiony pod tzw. Ściekiem plecak ze sprzętem. Ściek to partia ściany pod kotłem zawieszonym wysoko pod wierzchołkiem, a zwanym Sanktuarium Kazalnicy. Nazwa  Ściek bierze się stąd, iż latem jest to linia spadku wody, a zimą lawin z Sanktuarium.
              Dyżurny ratownik w towarzystwie kilku taterników podchodzi pod ścianę Kazalnicy i odnajduje tam nienaruszony plecak oraz brak jakichkolwiek śladów, wydaje się, iż Leszek z powodu kiepskiej pogody zrezygnował z pójścia po sprzęt i zjechał do Zakopanego. Jednak wieczorem poszukiwany nie wraca do schroniska, nikt też nie był świadkiem jego odjazdu do Zakopanego. Pod Kazalnicę idzie więc następna wyprawa, ale bez efektu. Równocześnie okazuje się, iż w schronisku brakuje jeszcze dwóch osób, Urszuli Lubiarz i Jerzego Hańczuka. Co więcej, jeden z taterników przypomina sobie, iż 17 marca widział trzy sylwetki na tafli Morskiego Oka.. Zmienia to kierunek poszukiwań, bo Urszula jest wdową po Zbigniewie Lubiarzu i przybyła do MOka, aby zapalić świeczkę w miejscu, w którym znaleziono jego ciało.
              Poszukiwania pod Mięguszem również nie przynoszą rezultatu, przeszukiwany obszar jest stopniowo poszerzany, bez skutku. Akcje poszukiwawcze są utrudnione przez pogodę i zagrożenie lawinowe, jedną z wypraw zagarnia nawet lawina, na szczęście nikt z ratowników nie odnosi obrażeń. O wysiłku ratowników TOPR-u i przebywających w MOku wspinaczy dobitnie świadczą liczby: 21 wypraw i 176 ich uczestników.
              Tragiczna zagadka wyjaśnia się dopiero wiosną, w dniach od 18 do 21 VI 1977 roku zostają odnalezione ciała zaginionej trójki, wmarznięte w lód Czarnego Stawu, kilkanaście metrów od jego brzegu, w linii spadku Sanktuarium. Przyczyna wypadku jest oczywista, lawina ciężkiego śniegu z Sanktuarium zabiła podchodzących, a opady świeżego śniegu zamaskowały i ciała, i ślady lawiny.
              28 I 1977 – w północną ścianę Mięgusza wchodzi dwoje wspinaczy, Janusz Radziwon z Białegostoku (co ma pewne znaczenie!) i Janina Burkat. Jak się mieszka daleko od gór to nie jest rzeczą rozsądną za cel pierwszej wspinaczki w sezonie zimowym wybrać osiemset metrową ścianę, a w dodatku wejść w nią z nieznaną sobie partnerką, poleconą mu przez kogoś w schronisku. Pierwszego dnia zespół pokonuje zaledwie cztery wyciągi nad Małym Kotłem Mięguszowieckim. Następnego dnia pogoda ciągle się pogarsza, zaczynają schodzić lawiny pyłowe – po pokonaniu niezbyt długiego odcinka Janusz i Janina rozpoczynają odwrót, który nie przebiega jednak sprawnie. Co się konkretnie zdarzyło, trudno dociec, faktem jednak jest, iż Radziwon zawisa na linie, bierność partnerki, ucisk liny, uderzenie lawiny, chłód i wyczerpanie prowadzą do tragicznego finału. Janina zaczyna wzywać pomocy.
              Plan akcji ratunkowej był pozornie prosty – dotarcie na Wielką Galerię Cubryńską, trawers w ścianę i zjazdy do poszkodowanych. Na pierwszą wyprawę idącą najkrótszą drogą przez Żleb Mnichowy spada lawina, na szczęście nikt nie ginie. Kolejne wyprawy kierują się w stronę Wielkiej Galerii z Doliny za Mnichem przez Zadnią i Małą Galerię. Kopanie się w głębokim śniegu i inkasowanie ciężkich ciosów w postaci uderzeń lawin niweczy plany ratowników, prowadzone są nawet rozmowy z WOP-em na temat możliwości użycia petard czy innych środków pirotechnicznych do profilaktycznego wywoływania lawin.
              Tego dnia popołudniu Janina Burkat manipulując sprzętem na stanowisku wypina się z pętli autoasekuracji, spada do Małego Kotła i ześlizguje się po lodospadzie pod ścianę, co de facto ratuje jej życie, bo głęboki śnieg  u podnóża ściany uchronił ją przed poważniejszymi obrażeniami. Ciało Janusza Radziwona zostaje ściągnięte ze ściany dopiero po kilku dniach.
              Lato 1977, pogoda w Tatrach fatalna, pada mój rekord moknięcia – na dwadzieścia trzy dni pobytu tylko jeden dzień bez deszczu. W Starym Schronisku vel Wozowni vel Franc Hilton Hotel rządzący nim Franciszek lokuje wiarę (w odróżnieniu od zwykłych turystów) w jednej sali. Życie schroniskowe, poza werandą Nowego Schroniska, koncentruje się w kuchni Wozowni. Wraz z Januszem, krzepkim górnikiem, wożę taczką węgiel z moreny, wielki piec kuchenny bucha wieczorami żarem pozwalając zapomnieć o tym, co dzieje się wyżej, a dzieją się tam rzeczy nieciekawe. Grad przeplata się ze śniegiem, śnieg z deszczem. Usiłując cokolwiek zdziałać w górach montujemy ad hoc czwórkowy zespół: Gaba, Marek, Janusz i ja. Gaba to narzeczona Janusza Radziwona, mieli się pobrać wiosną, wyznaczyli termin ślubu, ale na przeszkodzie stanęła północna Mięgusza.
              Z relacji ratowników wynikało, iż partnerka Janusza podczas feralnej wspinaczki wykazała się pasywnością czy wręcz bezradnością, Gaba ciągle to rozważa mając przekonanie, iż w analogicznej sytuacji zrobiłaby wszystko, aby uratować partnera. To prawda, dobrze nam się z Alą wspinało, bo wiedzieliśmy oboje, że w razie czego każde z nas będzie do końca walczyło o życie drugiego.
              Na początek fundujemy sobie Cubrynę via normale. Następnego dnia podnosimy poprzeczkę  postanawiając ruszyć z Przełączki pod Zadnim Mnichem granią na zachód dokąd się da. Grań Cubryny wznosi się nad ową przełączką pionowym uskokiem, wprost pokonywało go się w tamtych czasach techniką hakową, niemniej owe trudności można obejść dwójkowym trawersem w prawo. Na przełączce jest całkiem ponuro, wąską przestrzeń między uskokami grani Cubryny i Zadniego Mnicha wypełnia szczelnie gęsta, zimna i mokra mgła, ale póki co nie leje. Gaba, Marek i Janusz wiążą się liną, ja rezygnuję z asekuracji – nie mam ochoty na ciągnięcie za sobą mokrej liny, znam dobrze ten uskok, tylko raz związałem się tu liną, gdy szedłem tędy na Cubrynę prowadząc swojego bratanka, który miał wtedy lat piętnaście. 
              Nie danym nam było dotrzeć tego dnia na wierzchołek, po pokonaniu mniej więcej jednej czwartej grani pogoda załamuje się kompletnie, na grani wyje wiatr miotając w nas lodowe krupy, co w końcu zmusza nas do odwrotu. Nad uskokiem zakładamy solidne stanowisko, pierwsza, asekurowana od góry schodzi Gaba. Potem schodzę ja wpięty na wszelki wypadek pętlą i karabinkiem do liny. W pewnym momencie postanawiam opuścić oślizgły gzyms i przejść na położoną poniżej znacznie wygodniejszą półeczkę, na której stoi skalna biblioteczka złożona z want różnego wagomiaru. Schodzę po tej biblioteczce niczym kot po gorącej blasze starając się nie wyjąć z niej ani jednego tomu. Po chwili stoję już na owej półeczce wiodącej nieco w górę ku siodłu przełączki. Ruszam w górę i odruchowo, a także i głupio odpycham się nieco dłonią od biblioteczki, ten minimalny nacisk sprawia, iż pół tony kamienia z potężnym łoskotem wali się w żleb. We mgle nie widzimy się nawzajem, a zatem rzucam we mgłę gromkie OK.!, aby inni się nie martwili, iż poleciałem razem z kamieniami.
              Dochodzę do Gaby, która zaczyna ściągać linę łączącą ją z Januszem. W tych warunkach wystarczy się zatrzymać nawet na chwilę, aby zacząć marznąć – jeszcze gorzej jest usiąść na mokrej i zimnej skale przepuszczając przez dłonie metry mokrej liny. Sięgam do kieszeni anoraka po tabliczkę czekolady, nieźle już rozkruszonej i karmię Gabę prosto z ręki. No cóż, nie mnie jednemu dziewczyna w górach jadła z ręki – Staremu Wilkowi też, vide Miejsce przy stole.




  11. Jerzy L. Głowacki
    Rodzinne wspinanie – preludium.
     
                Ciąg wydarzeń absolutnie przypadkowych. Lato 1963 – dochodzę na Mnichowe Plecy zastanawiając się, czy skręcić w lewo na Mnicha czy w prawo, na Mięgusza. Czasy to takie, iż chodzimy „umundurowani” – solidne wibramy, grube skarpety z „góralskiej”, wełny, pumpy, flanelowa koszula i na plecach słowacki plecak wspinaczkowy zwany horolezką, na głowie czerwona „marusarka”. Podchodzi do mnie rudowłosa, mniej więcej trzydziestoparoletnia dziewczyna, a więc dwukrotnie ode mnie starsza i pyta, czy znam drogę na Mięgusza. Po chwili prowadzę troje turystów, z których najstarszy, Darek nosi odznakę przodownika Górskiej Odznaki Turystycznej i to na Tatry, egzamin z topografii zdawał u samego Mistrza Paryskiego, ale teoria teorią, a praktyka praktyką. Na Mięgusza docieramy bez problemu, ale na Drodze po Głazach podąża za nami czwórka turystów prowadzona przez przewodnika, co prawda beskidzkiego. Przewodnik ów popełnia klasyczny błąd, zostaje ciężko ranny i wkrótce umiera jeden z jego podopiecznych, przewodnik ulega panice i w efekcie muszę objąć komendę nad całością oraz organizować akcję ratunkową. To zadecydowało o tym, iż Darek et consortes umawiają się ze mną na następny sezon w Tatrach.
                Za rok pewna dziewczyna o imieniu Alicja zauważa w lokalu PTTK w Warszawie ogłoszenie o organizowanym właśnie przez Darka obozie wędrownym w Karkonoszach i zgłasza swój akces. W Karkonoszach wysłuchuje opowieści o Mięguszu no i o mnie. Po obozie Alicja wraca do Warszawy do pracy, a Darek, Andrzej i jego brat oraz jeszcze jedna dziewczyna jadą w Tatry na spotkanie ze mną. A w Tatrach jak to w Tatrach, Mnich, Cubryna, Mięgusz, Pośredni Mięgusz, Wysoka, Gerlach, Ganek z Galerią tudzież pośledniejsze wyrypy. W listopadzie spotykamy się w Warszawie, a na to spotkanie zaproszona zostaje Alicja. Wiosna 1965 i Rajd Świętokrzyski po czym umawiamy się na wspólny sezon w Tatrach. W sierpniu tamtego roku po raz pierwszy zwiążemy się liną, Ala i ja, za dwa lata zostaniemy małżeństwem, co trwa po dzień dzisiejszy. W sierpniu 1980 roku po raz pierwszy zwiążę się liną w Tatrach z naszą ośmioletnią córką. Po upływie kilkunastu lat ulubioną ścianą naszej córki stanie się Zerwa czyli Kazalnica o Alpach i Wysokim Atlasie nawet nie wspominając.
                Moją bazą wypadową w Tatry od pięciu lat była stara, góralska chałupa na początku Drogi Walczaków, a od dwu lat konkretnie jej strych zapełniony sianem, na którym świetnie się sypia i gdzie przechowuję część sprzętu. Stamtąd jest blisko do Doliny za Bramką i Jasiowych Turniczek, mojego „poligonu” wspinaczkowego. Darek i Andrzej maja już doświadczenie z ubiegłego roku, dla Ali będzie to pierwszy sezon tatrzański. A zatem nauka zjazdów i asekuracji, oczywiście o samonastawnych stanowiskach nikt jeszcze nie słyszał, często asekuruje się „z ciała” przez hak stanowiskowy lub blok. Dwóch chłopów o łącznej wadze jakiś 170 kg solidnie rozpędzonych po stromym stoku to dobra symulacja odpadnięcia, ale daję plamę – nie sprawdzam, czy dziewczyna dobrze obciągnęła skafander asekurując „z bioder”, ślady po tym wyhamowaniu „lotu” będą widoczne jeszcze przez kilka dni.  Ale zatrzymała nas nie wylatując nawet ze stanowiska. Za kilka lat Ala jeden jedyny raz nie założy rękawiczek na stanowisku, a ja odpalę prosto w powietrze.
                Tatry Zachodnie to dobry teren do oswajania się z kruszyną, a ze Skibówek blisko jest też do Małej Dolinki pod Giewontem, a Żleb Kirkora z ominięciem dolnych progów to niezły, tatrzański klasyk. Idziemy we czworo, Ala i trzech dzielnych mołojców. Po drodze opowiadam barwnie o przeróżnych tatrzańskich tragediach, jakie w swoim czasie rozegrały się na Giewoncie. Gdy po przejściu Zachodu Pilotów stajemy nad żlebem dwóch mołojców trąbi na odwrót, a dziewczyna idzie dalej. Powód jest prosty, ołowiane niebo, żleb zabetonowany śniegiem, po którym ze specyficznym szelestem spływają co jakiś czas mini lawinki szutrowe. Andrzej wybiera lewą szczelinę brzeżną, a ja prowadzę Ale prawą, musimy też po drodze pokonać kilkunastometrowy tunel utworzony przez płat śniegu nakrywający skały. I już wiem, że miło będzie się z ta dziewczyną powłóczyć po Tatrach, tym bardziej, że bardzo mi się podoba. Za dwa lata kończąc pierwszy nasz „małżeński” sezon wrócimy na Giewont przechodząc żleb Szczerby z piątkowym wariantem.
                Zdjęcia: 1 – 2. Z Darkiem na Mnichu, lina jeszcze sizalowa; 3. Na Jasiowych Turniczkach; 4. W drodze na Szczerbę w Giewoncie, Blachy, 1967; 5. W drodze na Szczerbę – kozica.





  12. Jerzy L. Głowacki
    Rodzinne wspinanie, rok 1976.

                Lato 1976, opiekuję się przez pewien czas Tadkiem, moim piętnastoletnim wtedy bratankiem. Chodzić z nim po szlakach znakowanych – mało atrakcyjne dla młodego, sprawnego chłopaka, a dla mnie nuda. Poza tym jak się z kimś liną zwiążę to mam pewność (i komfort psychiczny), że nic zdrożnego się nie stanie. Jedziemy do Morskiego Oka, gdzie jako stały bywalec zawsze mogę liczyć na noclegi i to nie jeden w Starym Schronisku.  

                Co pokazać Tadkowi na początek? To, co urocze, Żabi Niżni. Wchodzimy na Owczą Przełęcz, moją ulubioną, trawers na Białczańską i ekspresowy kurs wspinaczki na Owczych Turniczkach, a następnie udajemy się na miły posiad na Żabim Niżnim. Siedząc na jego wierzchołku czujemy się jak w loży teatru mając przed sobą panoramę Morskiego Oka i Żabich Stawów Białczańskich.

                Nazajutrz pora na coś bardziej sytnego, ceprostrada, Dolina za Mnichem, Mnichowe Stawki i Zadnia Galeria Cubryńska. Z Galerii podchodzimy na przełączkę pod Zadnim Mnichem – to szczególne miejsce, z jednej strony 43 metrowy, pionowy uskok Zadniego Mnicha, a drugiej wysoki, bardzo stromy uskok zachodniej grani Cubryny.  Pierwsze przejście uskoku Zadniego Mnicha odbyło się techniką hakową w 1934 roku, a w czteroosobowym zespole byli dwaj wspinacze, których nazwiska zapisały się na zawsze w historii taternictwa: Stanisław Motyka i Stefan Zamkovski, tak, ten od Chaty Zamkovskiego.

                Uskok został „odhaczony” w 1946 roku przez Tadeusza Orłowskiego, Małgorzatę Serini-Bulską i Wandę Henisz-Kamińską. Tadeusz Orłowski to nie tylko jeden z najwybitniejszych wspinaczy w historii taternictwa, ale i profesor nauk medycznych, nefrolog, jeden z pionierów polskiej transplantologii, członek rzeczywisty PAN. Małgorzata Serini-Bulska to także profesor warszawskiej A.M. lecz także, jak Tadeusz lekarz Powstania Warszawskiego. Wanda Henisz-Kamińska to jedna z wybitniejszych taterniczek tamtej epoki.

                Uskok Cubryny ma z prawej strony słaby punkt, ciąg zachodzików doprowadza do kruchej rynny prowadzącej na łatwiejszy teren, pokonywany tym sposobem uskok jest tylko dwójkowy w przeciwieństwie do szóstkowego uskoku Zadniego Mnicha (stara szóstka, ale jara). Dalszy ciąg grani Cubryny to jedynka, ale próbując obchodzić jej fragmenty łatwo wejść w miejsca dwójkowe lub nawet lepiej, co się zresztą autorowi tych słów przydarzyło, gdy idąc solo chciał zdążyć przed deszczem. Pierwsze przejście tej grani wiąże się tez ze znanym nazwiskiem – Klemens Bachleda et consortes w 1904 roku.

                 Na zdjęciach na Żabim po 20 i 30 latach od opisanej ekskursji.

    Cdn.   










  13. Jerzy L. Głowacki
    Pochwała Babiej Góry – ona najbardziej przypomina Tatry.

              Babia Góra w lapidarnym ujęciu podręcznikowym: Najwyższy szczyt w polskich Beskidach i najwyższy poza Tatrami. Jedyny masyw górski w Polsce, za wyjątkiem Tatr, charakteryzujący się prawie kompletnym układem pięter roślinności z reglem dolnym, górnym, piętrem kosodrzewiny i piętrem halnym(alpejskim). To ostatnie zredukowane do mniej więcej 75 metrów, brak jedynie piętra turniowego. Układ pięter jest na tyle wyrazisty, iż wpisano Babią do rejestru rezerwatów biosfery UNESCO. Na północnym zboczu wcale pokaźne, jak na Beskidy formacje skalne i czytelna rzeźba polodowcowa. Późnym latem i wczesną jesienią koloryt charakterystyczny między innymi dla Czerwonych Wierchów, a to z racji występującego tam zespołu muraw situ skuciny.

              Od zachodu grań główna Beskidów wnosi się w masywie Babiej piętrami, północne zbocze jest bardzo strome, południowe najbardziej łagodne, na wschodnią stronę stoki opadają najniżej, 1100 metrów poniżej wierzchołka rozpościera się bardzo płaska Kotlina Nowotarsko – Orawska. To specyficzne położenie i rzeźba rzutują na warunki klimatyczne, najbardziej charakterystyczne dla Babiej są szybkie, często zaskakujące zmiany pogody i to zarówno latem, jak i zimą. W nagłych, letnich załamaniach pogody ginęli już w przeszłości wolarze z Orawy, wypasający tam bydło, a byli to ludzie naprawdę zahartowani, gdyż nigdy na stokach Babiej nie budowano ani szałasów, ani szop pasterskich.

              Dla mieszkańców Orawy sylwetka Babiej służy za swoisty barometr, na podstawie jej wyglądu, gry chmur, barwy zachodu słońca stawia się prognozy pogody – na przykład bardzo czerwony zachód słońca zapowiada nadejście silnego wiatru.

              Konfiguracja terenu i warunki klimatyczne sprawiają, iż stosunkowo łatwo na Babiej popełnić o jeden błąd za dużo i znaleźć się w prawdziwych opałach.

              Luty 1935 roku, narciarski rajd gwiaździsty przez Beskid Wysoki z metą w Rabce. Spod Pilska rusza na nartach czworo młodych ludzi, w tym siostra jednego z organizatorów rajdu, ich celem jest nieistniejące już schronisko położone na wschodnim stoku sto metrów poniżej wierzchołka. Warunki są trudne, nawet bardzo trudne, nasila się wiatr, sypie śniegiem, nadciąga typowa kurniawa. Po drodze jest gajówka, gospodarze proponują nocleg, odradzają usilnie dalszy marsz. Ambicja młodych ludzi przeważa, idą dalej, choć gaździna rzuca za nimi: Zginiecie marnie w tej dujawicy!  Docierają na Babią, ale mijają o metry schronisko, opadają z sił, zamarzają, choć analizując ich postępowanie post factum, cały czas mieli szansę na uratowanie życia.

              Listopad 1979 roku, koło PTTK przy Wydziale Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Śląskiego urządza dwudniową wycieczkę w Beskidy. W schronisku Markowe Szczawiny większość uczestników zadawala się tym, co osiągnęli. Sześcioro tzw. zaawansowanych turystów chce czegoś więcej i o godzinie trzynastej wyrusza w kierunku Przełęczy Brona i Babiej Góry. Śniegu jest niezbyt wiele, bo dwadzieścia centymetrów na poziomie schroniska czyli na wysokości około 1200 metrów. Liderem grupy jest trzydziesto dziewięcioletni przewodnik beskidzki I klasy i instruktor Polskiego Związku Narciarskiego w jednej osobie, w grupie jest też drugi przewodnik beskidzki, dla odmiany III klasy. Ale z mojego prywatnego doświadczenia wynika, iż blacha przewodnicka w Polsce o niczym jeszcze w indywidualnym przypadku nie świadczy, a ta historia też mój osąd w całej rozciągłości potwierdza. Sześcioosobowy zespół dociera w pobliże kopuły szczytowej i zawraca. Pojawia się kłopot, wiatr zasypuje śniegiem ich własne ślady, pojawiają się problemy nawigacyjne. Utrata orientacji w terenie, zbytnie zbliżenie się do krawędzi północnego zbocza i tragedia gotowa: jedna ofiara śmiertelna, jeden ciężko ranny, udziałem innych są odmrożenia i wyczerpanie. Wielogodzinna akcja ratunkowa prowadzona przez osiemnastu ratowników z Suchej i Szczyrku ratuje pozostałym życie

              Wspólnym mianownikiem obu zdarzeń jest zlekceważenie Babiej Góry i niedostosowanie ubioru do warunków atmosferycznych. Jak pisał w Miejscu przy stole Andrzej Wilczkowski:  Człowiek mokry jest głupszy od suchego. Tym bardziej głupszym jest człowiek zziębnięty i przewiany wiatrem, otumaniony mgłą. Pojawia się wówczas imperatyw jak najszybszego schodzenia, aby znaleźć się w możliwie krótkim czasie w dobrze ogrzanym schronisku. A wtedy bardzo łatwo popełnić tragiczny w skutkach błąd. W miarę wychładzania organizmu imperatyw ten zastępowany jest stopniowo przez stan coraz głębszej apatii, jeszcze groźniejszy w skutkach.

              W naszym, tatrzańskim światku znana jest postać Młodego, który bynajmniej Młodym nie jest. Otóż raz Młody wybrał się na Babia o kulach, bo jak raz cos tam mu się przydarzyło. Wejść to wszedłem, ale jak samokrytycznie po tym stwierdził: Babcia mu nieźle w d… dała, szczególnie w zejściu.

              Obserwując od lat turystów stwierdzam, iż powszechnym grzechem jest wędrowanie po górach z małym plecaczkiem albo i bez niego – jak pogoda się załamie, to szybko zejdziemy w dół. Rzecz w tym, iż nie zawsze tak się da. Poruszając się samotnie trzymam się sztywno następującej reguły: to co mam w plecaku musi mi zapewnić przetrwanie co najmniej doby bez względu na warunki, innymi słowy daję czas ratownikom, gdyby zaszła potrzeba organizowania po mnie akcji. Zimą krytyczną sprawą jest posiadanie niezawodnego źródła światła, bo dzień jest krótki, a ciemność obezwładnia w terenie górskim. Ponieważ zaś nie ma czegoś takiego, jak niezawodne źródło światła, w moim plecaku zimą znajdują się zazwyczaj trzy czołówki Petzla, od najmniejszej, całkiem miniaturowej po solidne Duo. Są rejony na mapie polskich gór, gdzie zimą nie należy wybierać się bez kompasu i kartki z pomierzonymi azymutami, do takich miejsc należy na przykład Dolina Pięciu Stawów Polskich.

              Zmienność warunków na Babiej, wbrew pozorom podnosi jej atrakcyjność, każde na nią wejście jest inne, panoramy z niej oglądane są różnicowane przez mgły, chmury i śniegi. W jedynie słusznych czasach aparat państwowy propagował i organizował turystykę masową, jak to wyglądało wiedzą ci, którzy odpowiednio wcześniej się urodzili. Dziś odpowiednikiem turystyki masowej jest armia tych, którzy wierzchołki zaliczają i dziwią się, iż są tacy, którzy po raz n+1 wchodzą na daną górę. Babią odwiedziłem już wiele razy różnymi drogami i bezdrożami  i ani razu warunki oraz doznania estetyczne nie powtórzyły się. Częste włóczenie się po tej górze ma również swój aspekt praktyczny. Posłużę się tu prostym, choć tragicznym w swej wymowie przykładem. Dwóch taterników, rodzonych braci, wracało czy też wycofywało się ze wspinaczki zimową porą. Zeszli już w dolinę, znaleźli się w strefie lasu. Napotkali potok i ruszyli w dół jego korytem, co znacznie utrudniało i spowalniało marsz. Jeden z nich dotarł do cywilizacji w stanie skrajnego wyczerpania, drugiego znaleziono martwego w potoku, a kilkadziesiąt metrów powyżej koryta potoku przebiegała wygodna droga, która by mu życie uratowała. Gdy nad Babią nadciągnie kurniawa nie ma co liczyć na powrót po własnych śladach, tyczki kierunkowe łatwo zgubić, ale wpisana w pamięć konfiguracja terenu znakomicie ułatwia odnalezienie właściwej drogi.

              Inny przykład. Kiedyś w doskonale znanej mi dolinie natrafiłem na bardzo rzadki rodzaj mgły, która powiększa i to znacznie obrazy najbliżej położonego terenu, na przykład duża wanta przybiera pozornie rozmiary sporej turniczki, co człowieka kompletnie zbija z pantałyku. Aby bezpiecznie zejść w dół musiałem znać własne położenie z dokładnością do mniej więcej pięćdziesięciu metrów, a potrafiłem w tych warunkach określić je z dokładnością nie lepszą, niż ćwierć kilometra. Pałętałem się po sinusoidzie po dolinie, nie bardzo wiedząc, gdzie dokładnie jestem, aż wpadł mi w oko znajomy fragment skalny, początek dość popularnej drogi wspinaczkowej. Teraz wystarczyło wyznaczyć sobie kierunek we mgle i starać się z niego nie zboczyć, aby po paru minutach trafić na początek właściwej drogi zejściowej.

              Otwieram sezon 2009 na Babiej pod koniec kwietnia, ciągła pokrywa śnieżna zaczyna się od 1200 metrów, sam wierzchołek jest już wytopiony ze śniegu z racji gołoborza i silnej operacji słonecznej. Na wierzchołku silny wiatr i samotność, mam górę wyłącznie dla siebie.

              Na początku maja wracam na Babią, jest zimno i pochmurno, włóczą się mgły, nikt poza mną nie próbuje wejść na Babią od wschodniej strony. Opuszczam ścieżkę i dla treningu chodzę po stromych trawkach, śniegu, blokach skalnych, wynajduję przejścia przez łany kosodrzewiny. Mija miesiąc i prowadzę znajomych na Babią. Dla odmiany jest słonecznie i pięknie, nie jesteśmy sami na perci. Gdy docieramy na taras podszczytowy grupka turystów usiłuje bezskutecznie obejść stromy płat jeszcze twardego o tej porze dnia śniegu, zrezygnowani schodzą w dół, gdzie się spotykamy. Dobrze, że nie próbowali sforsować płata wprost, większość z nich obuta jest w adidasy, o poślizgnięcie nie byłoby trudno, a konsekwencje zjazdu po tym śniegu byłyby zapewne bardzo poważne. Na pobliskim kamieniu siada dziewczyna i mówi z żalem: A do wierzchołka było tak blisko. Znam ten ból, kiedy trzeba się wycofać w ostatniej chwili, uśmiecham się i mówię: Macie dzisiaj szczęście, wybiję wam stopnie.

    Po chwili jestem już na śniegu, buty mam wprawdzie miękkie, ale po dwóch, trzech uderzeniach stopień jest gotowy.

              Mija kolejny miesiąc i idę na Babią     z wnukiem. To już pełnia sezonu, na Babiej sporo turystów, obchodzimy więc wierzchołek wkoło i schodzimy na taras podszczytowy. Mieszko daje upust swoim ciągotom, swobodnie trawersuje strome trawki, wspina się po wantach tam, gdzie nie tak dawno wycofali się starsi o lat kilkanaście turyści.

              We wrześniu ruch turystyczny słabnie, to dobra pora, aby po latach odwiedzić Markowe Szczawiny i północny stok Babiej Góry. Na Markowe Szczawiny docieram z Lipnicy przez wierzchołek Babiej i Przełęcz Bronę. Po drodze krótka, acz treściwa rozmowa z dwoma starszymi ode mnie turystami. Zostałem zagadnięty dość obcesowo w następujący sposób: Czy nie uważasz, że góry są teraz wyższe? Moja odpowiedź zaskakuje interlokutorów: Wprost przeciwnie, są niższe!  Dlaczego niższe? Dzięki nabytemu doświadczeniu, intuicji, doszlifowanej technice poruszania się, nowoczesnemu sprzętowi, ale także dzięki erozji turystycznej i wspinaczkowej, która kreśli w terenie dość wyraźnie nie tylko zwykłe drogi z gatunku wysokogórskich tur, ale i drogi wspinaczkowe. Konsekwencją wieku jest natomiast drastyczny spadek szybkości poruszania i naturalne odczuwanie wspinaczkowej skali trudności, trudno to teraz trudno, a nie łatwo, jak jeszcze tak niedawno.

              Z Przełęczy Brona schodzę na Markowe Szczawiny, las na północnym stoku w kiepskiej kondycji, zmiany klimatyczne nie służą świerkom. Wokół schroniska charakterystyczny dla placu budowy bałagan, nowe schronisko już stoi, wykańczane są jego wnętrza. Śpię w starej, drewnianej goprówce, w której wygospodarowano dwa małe, ale siedmioosobowe pokoiki dla turystów. Rano wychodzę na zewnątrz, aby zapalić. Na stercie drewna siedzi sobie góral w mniej więcej moim wieku i kurzy papierosa. Podchodzę do niego i witam się. Od słowa do słowa zaczyna się rozmowa. Pochodzi spod Nowego Sącza i od trzydziestu ośmiu lat buduje bądź remontuje schroniska. Okazuje się  wnet, iż mamy niejednego wspólnego znajomego w górach, jest więc o czym i o kim pogwarzyć.

              Po śniadaniu ruszam Percią Akademików na Babią. Perć ta to najciekawszy szlak znakowany w Beskidach, wiodący stromizną północnego zbocza i przecinający dość ciekawą formację skalną. Przed laty umieszczono tu nawet dwie klamry, aby ułatwić przejście, co było nie lada ewenementem. Dziś ze zdziwieniem przyglądam się całkiem pokaźnej ilości żelastwa, jaką przyozdobiono tą perć. No cóż, kiedyś nie był to szlak zbyt uczęszczany, a teraz wędrują tędy istne gąsienice turystów – tak to literalnie z góry wygląda, w górę zbocza sunie różnobarwna, długa gąsienica. Na wierzchołku wyjątkowy tłok, okazuje się, iż natrafiłem na szkolny rajd babiogórski z metą na Zosiakowej Polanie po stronie Kiczor i Lipnicy Wielkiej. Oznacza to, że będę miał liczne towarzystwo w zejściu. Organizatorzy rajdu zadbali wyjątkowo starannie o to, aby młodzież nie wyszła spod kontroli na Babiej. Podczas prowadzenia wycieczek w górach szczególnie istotną sprawą jest szczelność tzw. zamka. W gwarze przewodnickiej iść na zamku oznacza iść na końcu wycieczki i pilnować, aby nikt nie pozostał z tyłu. W grupach, które mijałem, na zamku szli strażnicy leśni, graniczni, policjanci i dobrzy znajomi nauczycieli, pochodzący z Orawy.

              Dwudziestego drugiego września żegnam się z Babią, pożegnanie ma być mocne – ruszam najdłuższą drogą na wierzchołek startując, jak zwykle ze Stańcowej, gdzie pozostawiam samochód. Szybko przechodzę na słowacką stronę i schodzę długo do podnóża Babiej, okrążam Babią od południa i wchodzę na Cyl czyli Małą Babią Górę, skąd przez Przełęcz Brona docieram na wierzchołek Babiej. Pora jest już stosunkowo późna, wierzchołek jest bezludny. Do samochodu docieram po ośmiu i pół godzinie, nieźle, czas przewodnikowy to siedem godzin z małym okładem, a przecież jadłem i odpoczywałem po drodze. Jaskrawy kontrast z poprzednim wypadem, przez prawie pięć godzin wędrowania po słowackiej stronie  napotkałem jedynie troje turystów, a teren to piękny. Właśnie tam, po południowej stronie Babiej Góry najdłużej uchowała się prastara puszcza karpacka, której ślady pozostały do dnia dzisiejszego w postaci wspaniałych okazów świerków. Tu najpóźniej trafili osadnicy, gęstość zaludnienia po dzień dzisiejszy jest najmniejsza. Ale nad tym terenem wisi realna groźba w postaci kornika, osłabiającego zwartość lasu i narażając go na skuteczne uderzenia silnych wiatrów.


     





  14. Jerzy L. Głowacki
    Przysłop Miętusi.

                Gdy przeciętny turysta podążając ścieżką nad Reglami lub idąc z Gronika wchodzi na siodło Przysłopiu Miętusiego to urzeka go panorama Czerwonych wierchów , ale nie wie, jaka jest historia tego miejsca. Przysłop to w języku Wołochów przełęcz, a Wołosi to pasterze przemieszczający się ongiś wzdłuż łańcucha Karpat, Przysłop Miętusi, bo niejaki Miętus z Cichego dawno, dawno temu otrzymał przywilej wypasania tu owiec.

                Około roku 1935 rozpoczęło tu, nieco poniżej siodła  działalność maleńkie schronisko przebudowane z jednego czy dwóch pasterskich szałasów goszcząc tatrzańską wiarę dość długo, bo jeszcze w 1974 roku w nim spałem. Nocleg zapewniało taki, jak w czasach Towarzystwa Tatrzańskiego, Towarzystwa Tatrzańskiego, jeszcze nie Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego.

                Ze schroniskiem tym związana była przede wszystkim osoba Stanisławy Staszel-Polankowej (1912 – 1988), nieoficjalnej mistrzyni świata w narciarstwie z 1929 roku, ośmiokrotnej mistrzyni Polski, ratowniczki TOPR, kurierki na trasie Zakopane – Kraków – Warszawa w czasie okupacji, sanitariuszki baonu Kiliński A.K. w powstaniu Warszawskim, damy Krzyża Walecznych.

                Dwie izby, w pierwszej stół i ławy, zaplecze kuchenne, serwowany przepyszny piernik z wodą źródlaną zaprawioną sokiem malinowym bez konserwantów. W drugiej izbie prycze, początkowo na sześć miejsc, później na więcej. Schronisko PTT na Hali Pysznej zostało zniszczone ogniem haubic podczas niemieckiego natarcia na oddział partyzancki stacjonujący w Dolinie Kościeliskiej. Zastąpiło je otwarte w  roku 1948 schronisko na Hali Ornak liczące wówczas 95 miejsc noclegowych. Trzecim punktem noclegowym w rejonie Doliny były pokoje nad restauracją Harnaś w Kirach. Tak dla przykładu – w 1950 roku Hala Ornak udzieliła 7305 noclegów, Przysłop 699, Harnaś 635.

                Przez szereg lat Przysłop był bazą nie tylko dla turystów, ale i grotołazów – z oczywistego względu, do jaskiń było z niego bardzo blisko.

                Owce pasły się na dnie Doliny Miętusiej, w Litworowej i Mułowej, na Twardym Upłazie i na stokach Małołączniaka. Z Przysłopem Miętusim  wiąże się też epizod górniczy – w 1840 roku w tym rejonie poszukiwano rud miedzi i srebra, wcześniej w Dolinie Mietusiej powstały dwie sztolnie, z których wydobywano limonit zawierający około 10 – 12 % żelaza. Najbogatsze były rudy w rejonie Tomanowej, do 30 % Fe. Do końca okresu wydobywanie rud w Tatrach Polskich, a więc do roku 1880 uzyskano   łącznie do 200 ton żelaza.

                Wydanie X, ostatnie kompletne przewodnika „Po Tatrach” Tadeusza Zwolińskiego polecało w tym rejonie dwie wycieczki „poza szlakowe” do Wielkiej Świstówki przez Wantule i Małą Świstówkę ze zwiedzeniem Piwnicy Miętusiej.   Cały ten teren to moje chłopięce terminowanie i przyzwyczajanie się do samotnych wyryp: Wantule, obie Świstówki, Dziurawe, Dolinki Litworowa i Mułowa.

                Pożegnanie z Przysłopem – z górskiego notatnika:

    14.08.1974 Nocleg na Przysłopie;

    15.08.1974 Przysłop – Kira Miętusia – Hala Pisana - Wąwóz Kraków – Zadnie Kamienne – Jaskinia Lodowa w Ciemniaku – Przełączka pod Chudą Turnią – Dolina Mułowa – Kozi Grzbiet - Krzesanica – Ciemniak – Piec – Wołowy Żleb – Wyżnia Rówień Upłaziańska – Przysłop i nocleg.

                Atmosfera wieczorów na Przysłopie była niepowtarzalna, siadywaliśmy na drewnianym tarasie i wpatrując się w ciemniejące kształty wierchów prowadziliśmy długie rozmowy. To już se ne vrati, a szkoda. Czego najbardziej żałuję, ano tego, że nie zdecydowałem się w tamtych czasach na wejście w ścianę Kazalnicy Miętusiej. To wspaniała ściana – zamieszczam o niej skan z przewodnika Włodka Cywińskiego.

                Stare zdjęcia różnych autorów wzięte z Internetu.












    5.webp
  15. Jerzy L. Głowacki
    Jak się drzewiej wspinało – patenty.
    Dziś w górach patentuje się drogi, kiedyś prawie wszystko. W dawnych, już dziś zamierzchłych dla wspinającej się młodzieży czasach tylko nieliczni z nas szczęśliwcy mogli się znaleźć w Chamonix. I jak bajki o żelaznym wilku słuchaliśmy ich opowieści, jak tam można było ot tak po prostu wejść do sklepu i poprosić o skompletowanie sprzętu na taką, a taką drogę na jednej ze ścian masywu Mont Blanc.
    Sklepów internetowych oczywiście nie było, a zarabialiśmy te marne 15 – 20 $ na miesiąc. W związku z powyższym wszystko to, co wiązało się ze wspinaczką od nakrycia głowy począwszy po namiot i jego najbliższe otoczenie na taborze związane było mniej czy więcej z przeróżnymi „patentami”. Chodzenie „na zielono” na słowacką stronę i biwakowanie tam też wiązało się z różnymi patentami. Na ostatnich stronach niejednego ze „śpiewników” czyli tomików Starego Mistrza Topografii czyli WHP mam do dziś szkice i informacje na temat koleb.
    Zacznijmy od nakrycia głowy, które przeszło swoistą ewolucję od kaszkietu i kapelusza, „marusarkę” czyli wełnianą czapkę z obowiązkowym pomponem dyndającym na sznureczku przez kask górniczy, budowlany i motocyklowy aż po kask wspinaczkowy. Osobiście byłem pod tym względem oryginałem, bo przez ładnych parę lat wspinałem się w kasku hokejowym. Pompon od marusarki stanowił, jak sam to stwierdziłem dodatkowy atut tej czapeczki, gdyż stanowił wykrywacz strefy silnie zjonizowanego powietrza, co pozwalało odpowiednio wcześniej dać dyla z piku czy grani, aby gromowładnego Zeusa vel Jowisza nie zagniewać bezczelnie dzwoniąc pękiem haków nadzianych na uczciwe, stalowe karabinki. Z kronikarskiej sumienności zaznaczę, iż po kasku górniczym, hokejowym, budowlanym oraz motocyklowym zacząłem dobrze już łysiejącą łepetynę przyozdabiać fioletowym Campem, a potem biało-szarym Petzlem.
    Kask górniczy w porównaniu z kaskiem budowlanym miał znacznie większą wytrzymałość, co wynikało ze specyfiki pracy pod ziemią. Kask budowlany nie poddany odpowiedniej modyfikacji polegającej na obcięciu daszka i przerobieniu „uprzęży” miał poważną wadę. Tragicznym tego dowodem był tragiczny bo śmiertelny wypadek na jednej z budów. Monter pracujący na wysokości 30 metrów upuścił śrubę wraz z nakrętką. Nakrętka spadała pierwsza i trafiła przechodzącego robotnika w daszek kasku stawiając go na jego głowie prawie pionowo. Śruba trafiła robotnika w nieosłonięta część głowy zabijając go.
    Byłem też światkiem, jak kamień rozbił kask na dwie połowy – gdyby miał większą masę lub też spadał z większej wysokości skutek byłby tragiczny.
    Przyznaję, że kiedyś ze zwykłego lenistwa nie obciąłem daszka w takim kasku, co zaowocowało tragikomiczną sytuacją. Opuszczam wygodne stanowisko w nyży wychodząc na prawie pionową ściankę, chwyty dobre, ale stopy bardziej na tarcie. Lina gdzieś się przyblokowała, wiercę się, aby ją odblokować. Wyżej zaczyna się rysa – est modus in rebus, pomysł a la Mariusz Zaruski („Na bezdrożach tatrzańskich”, opis III przejścia klasycznej na Zamarłej). Przetrawersowawszy w ten sposób w lewo ku górze 4 m, wciskamy się w malutką niszę na końcu konia, w której zapieramy się lewą nogą i głową (Górny Trawers). No i zaparłem się głową, lewą ręką linę uwolniłem, chcę iść dalej, a tu kasku wraz z głową z rysy wyjąć nie mogę. Ręce słabną, kask nie puszcza, za chwile powieszę się na własnej szczęce. W ostatniej chwili kask mi się na głowie przekręcił, z rysy wyskoczył i z głowy też – złapałem go w zęby i jak aportujący pies zlazłem na stanowisko i dość długo „buły” strzepywałem.




  16. Jerzy L. Głowacki
    Goprówka na Danielkach.
     
                Na niektórych mapach Orawy widnieje obok Danielek miniaturka emblematu GOPR-u. Ten znak ma swoją historię. Cofnijmy się w lata osiemdziesiąte. Pewnego dnia schodząc z moreny Morskiego Oka zobaczyłem coś, co przypomniało mi natychmiast słowa Wieszcza: Hej Gerwazy, daj gwintówkę…! Gerwazego u mego boku nie było, gwintówki takoż, a palec wskazujący prawej ręki zgiął się bezradnie nie natrafiając na przepisowy opór dwudziestu niutonów. Co wyzwoliło u mnie tak ciepłe uczucia? Ano kilkunastu zomowców tuptających w ordynku po ceprostradzie. Profanacja!!!
     
                W Roztoce zapytałem Gazdę, po co cały ten cyrk. Odpowiedź była prosta i treściwa. Sam wiesz najlepiej, kto po górach chodzi to i ćwiczą. Nie powiem, poczułem się dowartościowany.
     
                Zomowców wprowadzało w Tatry trzech instruktorów. Jeden z nich, najlepiej mi znany rzecz określił samokrytycznie: sprzedałem się. Drugiego „sprzedawczyka” też znałem, o trzecim nie wiedziałem nic,  poznałem go dopiero latem 2007 roku na Danielkach. W wiadomym czasie stała się głośna w mediach sprawa tzw. Raportu Taterników, związanego z procesem plutonu specjalnego, biorącego udział w pacyfikacji Kopalni Wujek. Podobno raport ten powstawał w ten sposób, iż po wspinaczce dwóch instruktorów ostro piło z zomowcami, a trzeci, trzeźwy rzecz spisywał. Pili Hierzyk i Szafirski, a pisarzem był Jaworski. Jak tam było naprawdę to oni sami wiedzą, ale na pewno Jaworski jest postacią nietuzinkową. Zaczął się wspinać w 1965 roku, został instruktorem wspinaczki, był judoką w stosunkowo rzadkim wtedy stopniu 4 dan i trenerem w milicyjnym klubie. Kulturę Dalekiego Wschodu ponoć traktował tak poważnie, iż opanował japoński w mowie i piśmie, stał się abstynentem. Roninem jednak wcale szybko nie został, bo zdarzyło mu się podczas wojny polsko-jaruzelskiej też dowodzić plutonem specjalnym, ale nie kazał strzelać, a być może mu strzelać nie kazano. „Wypisał” się z milicji fingując wypadek narciarski i symulując poważne uszkodzenie mózgu, kupił dom na Danielkach i przyozdobił go emblematem GOPR-u. Gdy ostracyzm środowiska mu dopiekł („sprzedawczyki”) – wyjechał do Niemiec, ale ostatecznie wrócił na Danielki i na serio zajął się propagowaniem kolarstwa górskiego, co też czyni po dzień dzisiejszy odwalając kawał dobrej roboty.
     
                Danielki – śliczne miejsce, ale niewiele tam rodzin mieszka. Nic dziwnego, trudno tam mieszkać i jednocześnie gdzieś pracować, bo podczas tradycyjnej orawskiej zimy lepszy tam skuter śnieżny niż samochód, nawet terenowy. Od drogi Rabka – Chyżne idzie się latem trzy kwadranse, z Podszkla mniej więcej tyle samo. Widok na Tatry imponujący, a pola między Danielkami, a Pająków Wierchem trochę przypominają Nepal (minus Himalaje) z racji mini tarasików. Jesienią cała gama kolorów, bo z zielenią świerków mieszają się wszelkie odcienie żółci i czerwieni. Pośrodku przysiółka maleńka kapliczka i najmniejsza na Orawie dzwonnica. Takie dzwonnice, zwane burzowymi albo loretańskimi są typowym dla Orawy elementem krajobrazu – dźwięk loretańskich dzwonów miał rozpędzać burzowe chmury. Również w Podsarniu jest taka dzwonnica, a dźwięk dzwonu o określonych porach dnia jest codziennością, każda rodzina raz do roku płaci po dwadzieścia złotych dzwonnikowi, który bardzo sumiennie wywiązuje się ze swoich obowiązków. To już historia, przy kościele jest dzwonnica z dzwonami „full automat”.
     
                W Wigilię 1983 roku podarowałem małżonce gawędę krajoznawczą zatytułowaną „Orawą…Podhalem…Spiszem…” pióra Jerzego Młodziejowskiego. Ciężkie to były czasy i stać mnie było tylko na kupienie książki, ale co odwlecze to nie uciecze i ostatecznie kupiłem Ali dom na Orawie. Autor gawędy to postać cokolwiek się różniąca od bohatera pierwszej części tego rozdziału. Geograf, badacz stawów tatrzańskich, taternik, krajoznawca i fotografik, a także kompozytor i dyrygent. Wędrował po Babiej Górze i Orawie w latach trzydziestych, potem znalazł się w oflagu w Woldenbergu, skąd wrócił w Tatry i na Podtatrze. Po 37 latach przerwy wrócił na Babią i Orawę, a były to już lata siedemdziesiąte. Nawiasem mówiąc w moim przypadku analogiczna przerwa była dłuższa, bo liczyła sobie lat 41. Gawęda Młodziejowskiego wraz z opowieściami, co starszych sąsiadów pozwoliła nam, choć w części odtworzyć wygląd i obyczaje tej części Orawy. Przy okazji dowiedzieliśmy się, iż owa miniaturowa dzwonnica w Danielkach była sfotografowana i opisana w literaturze krajoznawczej już w 1931 roku. Jak już wspomniałem niektóre góry obrastają legendami – miała i swoją legendę Królowa Beskidów, bo jeszcze w XVIII wieku wierzono, że na wierzchołku Babiej istnieje jezioro. Z legendą ową rozprawił się ostatecznie nikt inny, jak Stanisław Staszic. Z biegiem lat coraz bardziej go podziwiam. Nie młody, by nie powiedzieć w podeszłym wieku mieszkaniec miasta wszedł jako pierwszy na Kołowy Szczyt w Tatrach, a na niełatwej przecież Łomnicy spędził na pomiarach całą dobę.
     
                Młodziejowski cytuje też innego klasyka, Ludwika Zejsznera, który w swojej relacji z podróży po Orawie Anno Domini 1853 odnotowuje: dziwną jak na góralską zapalczywość słodycz usposobienia Orawiaków i ich miły spokój duszy, oddychający wewnętrznym szczęściem domowym. Tu polecam przypatrzenie się kilku zdjęciom wykonanym przez Alę w Podsarniu, zdjęcia te pozostawiam bez komentarza.
     
                A teraz sam King, czyli Melchior Wańkowicz w Ziele na kraterze: Ziemia Orawska jest jak podpłomyk posmarowany miodem. Zielona, nagrzana słońcem, podana już ku południowemu morzu, ku winnicom, ku wartkiemu biegowi Wagu, płynącego do Dunaju, szczerbata po górskich uskokach ruinami zamków, połyskliwa parzenicami wyszywanymi na góralskich portkach, co wieś to inaczej, z zatulonymi w zieleń odwiecznych drzew stromymi drewnianymi kościółkami, rozśpiewana od ciepła i ciągnących woni polnych wieczorami, pilikająca na dudach, lipowych skrzypeczkach, zbyrcąca ciupagami, przewiewna w swych miodopłynnych równinach przez rześkie smrekowe ciągi z gór, mrugająca w dojezdne wieczory oknami karczmisk jak z „Legendy”, jak z „Sędziów” Wyspiańskiego, z szynkwasem, Żydem w jarmułce, tablicą i kredą, chłopami w serdakach, pociągającym lulki i alkierzem dla lepszych gości, gzie Żyd przynosi pejsachówkę, wino rodzynkowe i pstrągi. Uff, to naprawdę (na mój dusiu!) jedno zdanie. Cóż pejsachówki niestety już brak, w Podsarniu karczmę zastępuje sklep, a kredę i tablicę zeszyt (zapiszcie na zeszyt – b. wygodne, gotówki nie trzeba nosić). Po Jankielach ostał się ino kirkut w Podwilku, a resztki żydowskiego lasu idą na nowowznoszoną, katolicką plebanię i kościół. Serdaków się, na co dzień nie widzi, czasami tylko w święta i to też mało. Ale reszta się zgadza i dzięki pewnemu układowi z S. paszportu nie trzeba, aby pod stary zamek podjechać.
     
                Orawa i Tatry, dwa światy – to prawie motto tej kroniki. A co na to pan Melchior? Ano przewróćmy dwie kartki jego wspomnień i przeczytajmy: Zabawne to tak rozmawiać nad Morskim Okiem. Woda jest przejrzysta, powietrze rżnięte w ostry kryształ, skały przetchłe odwiecznością wyroków Bożych – a na tamtym końcu szeregu spraw ludzkich – confetti, kokoty, szampan, gigolaki, manekiny stąpające zabawnym, wymizdrzonym krokiem. Ba dodałbym tu parę myśli Dziadka vel Komendanta vel Marszałka, który nie pomny na szlacheckie urodzenie, a raczej na redagowanego przez siebie Robotnika poniektórych (delikatnie mówiąc) posłów RP nazywał wprost i szczerze sprzedajnymi dziwkami.      
     











  17. Jerzy L. Głowacki
    Morskie Oko i Popradzki Staw 1964. Część III.

                Wejście na Mnicha „przez Płytę” nie sprawia „warszawskiej ekipie” problemów – na wierzchołku chwila zastanowienia. W 1962 TOPR, a właściwie Grupa Tatrzańska GOPR zamontowała w Tatrach w paru miejscach stałe haki wykonane z pręta stalowego z koluchem, osadzane na ołów. Jeden z nich umieszczony nad przełączką między wierzchołkami służył mi w następnych latach jako hak zjazdowy – wystarczyło przewlec linę przez jego „oczko”. Ale z głównego wierzchołka trzeba zejść na przełączkę, co może być okazją do zanurkowania we wschodnią ścianę i ciężką robotę wyhisowania delikwentki lub delikwenta z powrotem na grań. Ponadto różnie bywało ze zjazdami nowicjuszy w kluczu Dulfera. Jest takie stare powiedzenie: kursant wszystko potrafi – wypuścić linę z rąk, chwycić za węzeł Prusika podczas takiego wypadnięcia itp.


     
                Postanowiłem zatem sprowadzić towarzystwo  pod blok szczytowy bez zjazdu wariantem opatentowanym przez Starego Mistrza Paryskiego bodajże w roku 1947, a już trzykrotnie na żywca przeze mnie wypróbowanego w poprzednich dwóch sezonach. Ze stanowiska pod wierzchołkiem w dół na północ wielkimi płytami przeciętymi potężną szczeliną aż na kolejne, wygodne stanowisko z blokiem, potem krótki trawers w lewo i po czym przez 4 ½ metrową ściankę na wielką platformę, a dalej to już łatwo. Jak ktoś ma 4 tomik WHP to może sprawdzić tę kombinację wariantów 529 J, 533 Z, 530 A. Na dobrą sprawę trudności nie odstają zbytnio od jedynki, dwójkowa jest ewidentnie owa ścianka, zresztą czwórkowa w wejściu, co stanowi pewien ewenement. Wariant nie tylko prosty i dogodny, ale i bardzo efektowny ze względu na spacer po północnej ścianie Mnicha.


     
                Wejście na MSW najkrótszą drogą to jest z Bańdziocha Czerwonym Żlebkiem na Siodełko w Filarze, kawałek filarem, a potem wariantem Janczewskiego to wyrypa bez historii. Cała filozofia takiego wejścia bez asekuracji liną (liną, bo po prawdzie to z asekuracją „własnym ciałem”, gdzie zachodziła taka potrzeba) to dokładne sprawdzanie chwytów i stopni, wskazywania ich wodzonym połączone w niektórych miejscach z puszczaniem ich przodem lub zabezpieczaniem „od dołu” na trawersach. I ustawiczna kontrola, czy jakiegoś błędu nie popełniają.


     
                Na tej drodze zdarzały się mi i całkiem nietypowe przygody. Razu pewnego na filarze na środku małej, trawiastej platforemki przywitała mnie łasiczka, oboje byliśmy bardzo zdziwieni. A w zejściu na południowym siodełku (2340m npm), gdzie Droga po Głazach łączy się z obejściem grani od Hińczowej napotkałem stadko kozic. One poszły w prawo (orograficznie) ku Hińczowej, a ja w lewo ku Chłopkowi.


     
               





  18. Jerzy L. Głowacki
    Fatum

    Z przyzwyczajenia śledzę warunki w Tatrach, podobnie, jak to czyniłem w Łodzi na parę tygodni przed zimowym wyjazdem w Tatry. Mały komentarz na ten temat. Codziennie ogłaszany jest przez TOPR komunikat lawinowy, ale komunikat ten daje jedynie uśrednioną ocenę zagrożenia lawinowego nie oddając z natury rzeczy rzeczywistego zagrożenia w danym miejscu i w danym czasie. Taką ocenę trzeba wypracować samemu, a jej podstawą jest znajomość terenu i warunków, w jakich w ostatnim okresie czasu kształtowała się pokrywa śnieżna. Margines błędu jest niestety dość szeroki, a jak twierdzą wybitni specjaliści od lawin najgorsze jest to, iż lawina nie wie, że ma do czynienia ze specjalistą. Nawiasem mówiąc zawsze twierdziłem, iż na mapie Europy są dwa miejsca, obydwa na terenie Szwajcarii, gdzie najchętniej pracowałbym przez długie lata. To CERN i Instytut Badania Śniegu i Lawin w okolicy Davos. Tak się jakoś składało przez dość długi okres czasu, iż przyjeżdżałem w Tatry przy lawinowej trójce, z której następnie szybko robiła się czwórka, a nawet piątka, co zmuszało mnie do całkiem sporego wysiłku intelektualnego, aby nie siedzieć w schronisku i aby liczba wyjść zgodziła się z liczbą powrotów na własnych nogach.

    19 II 2012, niedzielne przedpołudnie. Kolejka na Kasprowy nie kursuje z racji silnego wiatru, który przenosił duże masy śniegu, ocieplenie, lawinowa trójka ogłoszona przez TOPR i czwórka według oceny Horskiej Służby.  Na internetowej stronie Tygodnika Podhalańskiego ukazuje się poniższy komunikat:

    24tp.pl         2012-02-19 11:51:54

    Lawina w Tatrach. Obie narciarki odkopane. Jedna przytomna, stan drugiej bardzo ciężki

     Lawina w Dolinie Goryczkowej. Pod śniegiem znalazły się dwie narciarki. Pierwsza szybko odkopana przez ratownika z Kasprowego Wierchu trafiła do szpitala. Po kilkunastu minutach odkopano drugą. Nie dawała oznak życia. Później odzyskała tętno, lekarze cały czas walczą o jej życie.

     Lawina zeszła w okolicach Dol. Goryczkowej, niedaleko Świńskiego Kotła, w rejonie Żlebu Marcinowskich. Szlakiem narciarskim łączącym Goryczkową z Kondratową na nartach ski-turowych szły trzy osoby - dwie kobiety i jeden mężczyzna. Kobiety znalazły się pod śniegiem.

    Mężczyzna sam wydostał się spod śniegu i razem z ratownikiem TOPR z Kasprowego Wierchu odkopał  pierwszą z kobiet. Pod śniegiem straciła przytomność, ale później ją odzyskała. Śmigłowcem została przetransportowana do szpitala.

    - Po kilkunastu minutach udało się odkopać drugą z zasypanych. Nie dawała oznak życia. Rozpoczęliśmy jej reanimację. W takim stanie została przetransportowana do szpitala i przekazana ekipie specjalistycznej karetki pogotowia - powiedział na lądowisku śmigłowca Marcin Firczyk, ratownik  TOPR. Lekarze cały czas walczą o jej życie. Kobieta odzyskała tętno, ale nie jest przytomna.

    W akcji brało udział przeszło 20 ratowników TOPR. W Tatrach wieje dziś silny wiatr. Zatrzymał on kolejki w rejonie Kasprowego. Wzrosła temperatura. Nie kursuje kolejka linowa na Kasprowy. Obowiązuje trzeci stopień zagrożenia lawinowego.

    W rejonie Żlebu Marcinowskich przebiega nartostrada w stronę Hali Kondratowej. W 1956 r. żlebem zeszła lawina, która na Niżnej Goryczkowej Równi zabiła pięć osób, w tym gospodarzy znajdującego się tam wtedy schroniska.

    Dwa dni później Tygodnik podaje wiadomość o śmierci drugiej z zasypanych narciarek, mija trochę czasu i media podają jej nazwisko: Joanna Wolf – Szczerba, natychmiast wracam pamięcią do dnia sprzed lat.

              13 VIII 1992, naszą bazą wypadową w Tatry jest, jak zwykle, Stara (poczciwa) Roztoka, Magda mieszka na taborze na Starych Szałasiskach (trochę powyżej Włosiennicy) i dzielnie się wspina. Tego dnia spotykam Magdę na ceprostradzie, ma w planie Międzymiastową na Mnichu, a ja wejście na Mięgusza granią od Hińczowej. Piękny, słoneczny dzień, ciepły granit na grani, długi, samotny posiad na wierzchołku – sielanka. Zaczynam schodzić i po paru chwilach dobiega do moich uszów dźwięk, który nie wróży w Tatrach niczego dobrego, głuchy warkot łopat wirników śmigłowca. Denerwuje mnie to, iż nie mogę określić, czy dźwięk ten dochodzi z otoczenia Doliny za Mnichem, gdzie miała się wspinać Magda czy z otoczenia Czarnego Stawu. Nie ma co deliberować, zdejmuję plecak, aby mieć większą swobodę ruchu, ustawiam go na grani i wchodzę w ścianę kopuły szczytowej Mięgusza. Po iluś tam metrach trawersu docieram do punktu, z którego dostrzegam lądujący nad Czarnym Stawem śmigłowiec – oddycham z ulgą, o Magdę mogę być spokojny. Wracam na grań, powoli i ostrożnie, a tam nad moim plecakiem stoi dwoje dwukrotnie ode mnie młodszych wspinaczy wyraźnie martwiących się losem właściciela plecaka. Nie dziwię się im, sam na ich miejscu martwiłbym się i to bardzo. Sielanka trwa dalej, niedługo potem rozstaję się z młodymi, oni schodzą prosto granią, a ja dla urozmaicenia dość skomplikowanym orientacyjnie obejściem grani. Tuż nad Hińczową Przełęczą rozsiadam się wygodnie i zapalam fajkę. Po pewnym czasie dochodzą do mnie ci sami taternicy, z którymi niedawno się rozstałem, są zdziwieni widząc nad przełęczą dziadka z nieco już posiwiałą brodą, pada pytanie: To obejście grani jest krótsze? Moja odpowiedź zapewne nie była dla nich satysfakcjonującą: Skądże, jest dłuższe. No cóż, mimo upływu lat ciągle jestem tu u siebie.

              Kolejny posiad na dobrze podgrzanej słońcem Zadniej Galerii, kontemplacja chylącego się do zajścia za grań słońca, schronisko, kufel zimnego piwa. Postanawiam odwiedzić Magdę na taborze, gdy dochodzę do Starych Szałasisk zapada właśnie zmrok. Na środku obozowiska płonie watra otoczona wianuszkiem taborowiczów. Magda rozpoznaje moją sylwetkę, zrywa się i podbiega do mnie, poczucie sielanki pryska w jednej chwili, gdy dostrzegam jej zapłakane oczy, padają słowa, które w różnych odmianach już nieraz w Tatrach słyszałem: Jasiek Wolf zginął dziś na Kazalnicy.

              Wypadki takie, jak ten robią na innych szczególne wrażenie. Po pierwsze Jasiek należał do ścisłej czołówki tatrzańskiej, odnosił też poważne sukcesy w alpinizmie zimowym. Po drugie wypadek nie wydarzył się podczas samej wspinaczki, a podczas powrotu pod ścianę. Ongiś, w klasycznym okresie taternictwa wspinaczka kończyła się prawie zawsze na wierzchołku. W miarę upływu czasu na takich ścianach, jak Kazalnica czy Czołówka MSW zaczęto po pokonaniu zasadniczego ciągu trudności zjeżdżać na linie pod ścianę, pojawiły się stałe, pewne stanowiska zjazdowe. Nawiasem mówiąc zjazdy w takich warunkach są zwykle bardziej bezpieczne, niż kontynuowanie wspinaczki w łatwym, ale trawiastym i kruchym terenie, kiedy asekuracja staje się iluzoryczna bądź w ogóle jej brak. Podana wyżej nazwa Czołówka MSW jest również symbolem upływu czasu, dawniej mówiło się: ściana czołowa północno-wschodniego filara Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego.

              Tym razem jednak jeden ze zjazdów zakończył się lotem Wolfa aż do tafli Czarnego Stawu z tylko jednym, śmiertelnym w skutkach odbiciem się od skał. Co było przyczyną? Do końca nie wiem, choć niektórzy z ratowników TOPR-u sugerowali, iż Wolf dojechał do końca liny, a że nie było na jej końcu zabezpieczającej kluczki to poleciał w powietrze. Kiedyś w ściśle dobranym gronie nie raz żartowaliśmy: Jak się gdzieś w Tatrach ubijemy to dopiero nas Sałyga obsmaruje! Rzecz w tym, iż ówcześnie kronikę TOPR-u prowadziła Krystyna Sałyga – Dąbkowska, która miała zwyczaj prawie każdemu pośmiertnie coś wytknąć. Dziś kronikę prowadzi Adam Marasek i również pro publico bono błędy pośmiertnie wytyka.

              Tragizmu wypadkowi na Kazalnicy dodało to, iż Jasiek zginął na oczach własnej żony, która wcześniej ukończyła inną drogę na Kazalnicy. Joanna była drugą żoną Wolfa, wspólnie wychowywali dwoje dzieci, jedno ich obojga, drugie z poprzedniego małżeństwa Jaśka. Pierwszą żoną Wolfa była Dobrosława Miodowicz – Wolf „Mrówka”, absolwentka etnografii na UJ-jocie, jedna z najlepiej wspinających się dziewczyn, siostra Kostka Miodowicza, również taternika, który zapewne ku niezadowoleniu ojca, szefa OPPZ działał w opozycji i poszedł w politykę. „Mrówka” zginęła podczas odwrotu z partii szczytowej K2 w Karakorum latem 1986 roku.

              Joanna Wiglusz – Wolf - Szczerba ukończyła geologię na tej samej uczelni, świetnie wspinała się w skale, w połowie lat dziewięćdziesiątych była prezesem Klubu Wysokogórskiego Warszawa, do którego należała i Magda. Wcześnie przeżyła pierwszą tragedię, jej chłopak z okresu studiów, a być może i mąż, Staszek Bagiński zginął na wspinaczce w Alpach Francuskich. Joanna w ostatnich latach szukała możliwości przeniesienia się bliżej gór, w ubiegłym roku udało jej się przenieść wraz z rodziną na Podhale – podjęła pracę w Nowym targu jako kurator sądowy. Los sprawił, iż zginęła nie na wspinaczce lecz podczas z pozoru niewinnego spaceru narciarskiego. Została pochowana w Zakopanem na Nowym Cmentarzu przy ulicy Nowotarskiej. Na Magdę i jej partnera parę dni po śmierci Jaska spadł smutny obowiązek dokończenia w pewnym sensie jego pogrzebu – podchodząc pod drogę Długosza na Kazalnicy natrafili na miejsce, w które on uderzył, a gdy ktoś z nas po długim locie odbija się od skał to z reguły coś w nich pozostawia.

              Wolf był matematykiem, matematykiem jest także znany szeroko z wielkiej polityki Janusz Onyszkiewicz, doskonały speleolog i alpinista, prezes Polskiego Związku Alpinizmu od 2001 do 2016 roku (rekordzistą w PZA jest profesor Andrzej Paczkowski, rozsądny człowiek w IPN-ie, który zaliczył siedem kadencji na tym stanowisku). Onyszkiewicza prześladował pech, pierwszą żonę, Witosławę Boretti – Onyszkiewicz stracił w jednej z jaskiń Kaukazu w 1967 roku, drugą, Alison Chadwick – Onyszkiewicz na Annapurnie jedenaście lat później. Później dał spokój wspinającym się dziewczynom, ożenił się po raz trzeci i przedłużył po kądzieli ród Piłsudskich.

    PS. W kilka lat po osiedleniu się na Orawie pewnego razu stanąłem przed dylematem, krótsza droga zejścia czy znacznie dłuższa, ale połączona z ewentualną i wątpliwą przyjemnością schodzenia w mroku przy świetle małej, awaryjnej czołówki. Ostatecznie wybrałem drogę dłuższą unikając tym sposobem małej, ale gustownej lawinki śnieżno-kamiennej, która ruszyła samoczynnie nie doczekawszy się mnie – obserwując jej bieg z bezpiecznego miejsca sam sobie gratulacje złożyłem. To tak na marginesie.

  19. Jerzy L. Głowacki
    Morskie Oko i Popradzki Staw 1964. Część V.

                Dzień piąty nad Popradzkim Stawem.  W piękną pogodę wyruszamy we troje kierując się ku Dolinie Batyżowieckiej. Krótki odpoczynek nad Batyżowieckim Stawem, podejście w górę doliny i już pniemy się ku Batyżowieckiej Próbie. Nikt poza nami nie podchodzi na Gerlach, ani  nikt  z niego nie schodzi więc szybko osiągamy wierzchołek. To jeszcze nie czasy tłumnych wejść na „Króla Tatr” – na wierzchołku zastajemy tylko kilka osób.

                Dziewięć lat później postanawiam pokazać czternastoletniemu braciszkowi mojej małżonki, jak się po Tatrach chodzi w stylu à la ksiądz Stolarczyk. Łysa Polana, Dolina Białej Wody i biwak w kolebie w Dolinie Kaczej. Dolina Litworowa, Polski Grzebień, Dolina Wielicka i kolejny biwak – w małej, przytulnej kolebie w Dolinie Batyżowieckiej. Rano jemy śniadanie, zostawiamy depozyt w kolebie i hajda na Gerlach przez Batyżowiecką Próbę. Na wierzchołku dość tłoczno, zabawa się zaczyna, gdy naraz ponad trzydzieści osób decyduje się na schodzenie do Batyżowieckiej. Wówczas komendę nad całością przejmuje wiekowy już przewodnik ze Spisza znający słowacki, czeski i niemiecki. Ale narodowości w tej zgromadzonej ad hoc grupie jest ze sześć albo i więcej. W skrajnym przypadku przewodnik wydaje komendę po niemiecku, ktoś tłumaczy to na angielski, a kolejna osoba na hiszpański. Gdybym całą tę ekskursję sfotografował, a zdjęcie zamieścił na FB to w oczy rzuciłoby się to, iż nikt na głowie nie miał kasku ani liną nie był związany. Ale przezorny zawsze ubezpieczony – biorąc poprawkę na wiek Andrzeja wrzuciłem do horolezki linę, tak na wszelki wypadek, gdyby np. pogoda nagle się załamała. Wieść górska głosi, iż sam Guyla Komarnicki, jeden z najlepszych w swoim czasie wspinaczy idąc na Rysy od południa tez na wszelki wypadek Line do plecaka wrzucił mając lat już ponad osiemdziesiąt.  Trzeci biwak i po własnych śladach wracamy się na Łysą.

                Dzień szósty. Większość poprzedniego dnia spędziliśmy z Andrzejem bez koszul, a o kremach z filtrem UV nikt jeszcze tu nie słyszał. Skutek wiadomy, w nocy trapią nas dreszcze i gorączka, rano mowy nie ma o wzięciu plecaka na grzbiet, starujemy zatem na lekko na Krywań. Droga nudna, krówska perć, ale widoki piękne. Krówska perć, bo podobno jeden ze słowackich vodców założył się z kumplami o okrągłą sumkę, iż krowę na Krywań wprowadzi i zakład ten wygrał. Między Bogiem, a prawdą jestem skłonny w to uwierzyć, bo za zamierzchłych  czasów poznałem możliwości krów Jaśka Murzańskiego pasących się na Morskim Okiem – możecie mi wierzyć, jedynka nie stanowiła dla nich problemu. A szopy miały tam, gdzie dziś jest tabor – na Starych Szałasiskach.

                W drodze powrotnej raczymy się piwem w Szczyrbskim, aż zapada zmrok. Baterie w tamtych czasach miały wyjątkowo małe pojemności, żarówki w latarkach żarły prąd, jak się patrzy, a zatem obywaliśmy się bez nich paląc w kolebach wyłącznie świeczki i tłukąc się po perciach po ćmoku.  Ujmujemy się pod łokcie i przez Dryganta ruszamy na ostatni już nocleg w Popradzkim.  Andrzej co jakiś czas potyka się o jakąś wystającą wantę, a ja co pewien czas spadam z perci – Ewa jest miotana na przemian raz w lewo raz w prawo. I tak się kończy ten sezon.



  20. Jerzy L. Głowacki
    Morskie Oko i Popradzki Staw 1964. Część IV.


     
                Zbliża się koniec sezonu, Darek wraca do Warszawy, a Ewa, Andrzej i ja wsiadamy na Łysej Polanie do autobusu jadącego do Popradu. W Popradzie kupujemy linę – już wykonaną z nowoczesnego włókna, 10 mm średnicy i 60 m długości. Ale wciąż nie mamy haków i karabinków. Poprad, Szczyrbskie i Popradzki Staw, sześcioosobowy pokój w górskim hotelu, a mamy za sobą noce w sianie bez śpiworów na strychu starej, góralskiej chałupy i prycze we Franz Hilton Hotel w MOku. Teraz czekają na nas puchowe kołderki na wygodnych tapczanikach, białe firanki, balkon i prysznic z ciepłą wodą. Na dole kelnerzy w smokingach z białymi serwetami na przedramionach, czaj w platerowanych dzbanuszkach i porcelanie, ale na to już nas nie stać, gotujemy obiadokolację na balkonie zapominając niestety o tym, iż przed chwilą wzięliśmy gorący tusz, co już nocą odczujemy. Nazajutrz dzień bez historii, to znaczy bez żadnych emocji wchodzimy na Wysoką przez Pazdury z Wagi, a schodzimy przez Złomiska, co samo w sobie jest górską, estetyczną ucztą.


     
                Dzień trzeci – pogoda się psuje, a jest to czas nie goretexu, a brezentu, zwiedzamy zatem Symboliczny Cmentarz pod Osterwą i Szczyrbskie Pleso. 

                Dzień czwarty. Ewa jest niedysponowana, zostaje w schronisku, a Andrzej i ja ruszamy do Złomisk mając pewien plan.  Tu mała dygresja. W zakopiańskim światku i nie tylko znany był szeroko Konstanty Stecki, człowiek wielu talentów – między innymi przewodnik i grotołaz oraz popularyzator Tatr, który niejedną książkę dla młodzieży popełnił o tej tematyce. W jednej ze swoich książek opisał, jak to drzewiej ze swoimi przyjaciółmi cierpiąc na brak wszelakiego haczywa wybrał się śladami W.H.Paryskiego et all, który to Mistrz tatrzańskiej topografii szwendał się po masywie Ganku podczas głębokiego załamania pogody usiłując się ze ściany wyplątać. Jak wieść gminna głosiła WHP zostawił podczas tej eskapady niejeden hak w ścianie, a Konstanty miał na te haki apetyt. Jak to przeczytałem to ryknąłem donośnym śmiechem, bo ruszyliśmy z Andrzejem na Galerię Gankową nie tylko w celach krajoznawczych lecz także po haki.


     
                 Zaczęliśmy rzecz jasna od Gankowej Przełęczy i Ganku, zeszliśmy z powrotem na znany wszystkim tym, którzy się tam włóczą zachód i przetrawersowaliśmy na Wschodnią Rumanową Przełęcz, gdzie po ocenieniu ekspozycji jako słusznej związaliśmy się na wszelki wypadek liną. Po kilkunastu minutach byliśmy już na Galerii Gankowej, na której krawędzi myśli o szukaniu haków na ostatnim wyciągu dróg tam wyprowadzających kompletnie nam z głowy wyparowały. Z Gankiem jest tak – niby łatwo i prosta orientacja, a jednak… . Jakieś cztery lata temu pewien doświadczony skądinąd przewodnik PTT pomylił żleb Gankowej przełęczy ze żlebem spadającym z Pośredniej Gankowej Przełączki, różnica istotna – zamiast 0+ trudności II lub V.


     
                Razu pewnego spałem samotnie na Polanie pod Wysoką, koło północy obudziły mnie  jakieś dziwne dźwięki i światła, ale nie chciało mi się wychodzić z namiotu. Rano ze zdziwieniem dostrzegłem stojący na skraju taboru Land Rover Defender i dwa rozstawione namioty. Okazało się, iż przybyła ekipa młodych chłopaków z sudeckiego GOPR-u mająca zamiar wejść przez Pustą Ławkę na Galerię Gankową, z niej na Wschodnią Rumanową Przełęcz, przetrawersować do żlebu spadającego z Gankowej Przełęczy i wejść na Ganek. Zapytali mnie, czy zajmie im to sześć czy może osiem godzin – odpowiedziałem, aby nie liczyli, że Zejda poniżej ośmiu. Wyruszyli o ósmej rano, a wrócili po północy wywołując u mnie pewne emocje, czy nie zalarmować Horską Służbę. Ale ostatecznie poszło ich sześciu i cokolwiek sprzętu ze sobą zabrali, co mnie koniec końców uspokoiło, choć nie do końca. Na Ganek nie dotarli, pomylili żleby i pięć godzin się wycofywali.


     
                Na zdjęciach kolejno: Korona Wysokiej z Ganku, na Ganku, Gerlach z Galerii Gankowej, na Galerii Gankowej.

               






  21. Jerzy L. Głowacki
    Rodzinne wspinanie – część II.

                Dziewiątego sierpnia ruszamy na słowacką stronę Tatr, wpierw autobusem na Łysą Polanę, przesiadka do „czechosłowackiego” autobusu, ČSAD, a jakże i wysiadamy w Matlarach, skąd zaczynamy podejście do schroniska nad Zielonym Stawem Kieżmarskim, wtedy znanego jako „chata, známa aj ako Brnča, Brnčala, alebo Brnčalka” od Alberta Brncala (1919-1950), profesora wychowania fizycznego, wychowanka tatrzańskiego Klubu Wspinaczkowego IAMES, który 1 sierpnia 1950 roku zginął podczas wspinaczki z Jastrzębiej Doliny na Jastrzębią Przełęcz, a ponadto był uczestnikiem Słowackiego Powstania Narodowego.

                Mżawka, lekka mgiełka z której co rusz wyłania się jakiś Słowak lub Czech niosący na ramieniu narty. Ki diabeł? Pory roku im się pomyliły? Za dużo piwa z rumem dołu wypili? Wyjaśni się to za parę dni. Schronisko robi na nas miłe wrażenie, otoczenia praktycznie nie widzimy, to nie czas goretexu i innych udogodnień, nie warto się moczyć bez sensu – popołudnie i wieczór spędzamy uczciwie w chacie. Następnego dnia pora na lekki rozruch, wchodzimy na Jagnięcy trochę szlakiem, trochę obok szlaku, a schodzimy wprost nad Białe Stawki, nad którymi stoi jeszcze Kieżmarska Chata – za parę lat się spali i nie zostanie odbudowana. Pogoda załamuje się ostatecznie, zimno, niżej deszcz, wyżej pada śnieg. W piątek trzynastego ruszamy z chaty z ambitnym planem wejścia na Baranie Rogi. Dolina Dzika wita nas opadami śniegu i snującymi się mgłami, temperatura koło zera albo i całkiem ujemna – flanelowa koszula, sweter, brezentowy skafander nie chronią przed zimnem, dobrze, że rękawice mamy. Rozległe pole śnieżne, a na nim rozstawione tyczki slalomowe – teraz wiemy, po co tym schodzącym do Matlar narty były potrzebne: z Baraniej Przełęczy aż po próg doliny można było na nich zjechać. Mozolnie pniemy się w kierunku przełęczy, 20 – 30 świeżego śniegu leży na tym, co pozostał z zimy. Tam, gdzie świeży śnieg został wywiany wybijam stopnie młotkiem lodowym firmy INCO – to był jedyny w PRL-u prywatny koncern.

                Próba wejścia na Baranie Rogi kończy się fiaskiem – skały są pokryte cienka warstwą wodnego lodu, musimy zatrąbić na odwrót. Jesteśmy już nieźle przemarznięci i jak najszybciej chcemy zejść z przełęczy. A zatem czas na dupozjazdy, ale bez przesady – nie będziemy ryzykować. Wiążemy się z Andrzejem liczącym całe 60 metrów lanem, jeden z nas siedzi na stanowisku, a drugi jedzie na pełną długość liny i zakłada kolejne stanowisko. Ala i Wiesiek, brat Andrzeja wpinają się pętlami węzłem Prusika do liny i schodzą jak najszybciej. Jak zgarnie się warstewkę świeżego śniegu i nabierze prędkości na tym z zimy, a lina podciągnie skafander, sweter i koszulę do góry podczas szybkiego zjazdu to robi się naprawdę gorąco – jesteśmy związani skrajnym tatrzańskim tuż pod pachami. Gdy teren się wypłaszcza rozwiązujemy się z liny i zaczynamy ją klarować, a Ala bez słowa rusza szybko w dół do schroniska.  Patrzymy na siebie z Andrzejem – no to mamy dziewczynę z głowy, chyba nie pójdzie już z nami w góry. I jesteśmy zaniepokojeni, czy trafi na właściwą drogę zejściową na dno doliny. Gdy dochodzimy do schroniska zastajemy Alę gotującą dla nas obiad na zewnątrz chaty. Następnego dnia znowu pniemy się razem w kierunku Doliny Dzikiej.




  22. Jerzy L. Głowacki
    Rodzinne wspinanie, rok 1976. Część IV.


     
                O kruszyźnie na Cubrynie ciąg dalszy. Moja córka Magda schodziła kiedyś, wracając ze wspinaczki prawym zachodem Abgarowicza i to w czwórkowym zespole: Tata, nie bierz nikogo na Abgarowicza, idź tam sam. Dla niezorientowanych: droga ta, nieco trudna (I) wyprowadza z Zadniej Galerii Cubryńskiej na zachodnią grań Cubryny – do jej wierzchołka pozostaje wtedy jeszcze całkiem sporo wędrówki. Gdy kończy się płytowa część tego zachodu po przejściu kilku czy kilkunastu dalszych metrów wyłamują się pode mną dwa skalne bloczki, rzecz jasna jestem na to przygotowany i „przesiadam” się szybko na nowe stopnie. Patrzę w dół, a owe bloczki odbijając się od płyt lecą po zachodzie dobre sto metrów , po czym dopiero zbaczają w lewo i spadając wolno w powietrzu piękną parabolą walą w piargi pod ścianą. Zgoła nieciekawie byłoby, gdyby nie to, iż idę samotnie. Gdy osiągam grań jeden rzut oka wokoło utwierdza mnie w przekonaniu, że grozi solidne załamanie pogody. Wpadam na głupi pomysł obejścia części grani, aby szybciej osiągnąć wierzchołek. W efekcie z jedynki robi się dwójka, potem trójka i zamiast zyskać na czasie to go tracę wykonując trawers z powrotem na grań. Ale głupi ma czasem szczęście – pogoda wytrzymuje i to aż do powrotu do bazy wysuniętej w przemiłej Roztoce, gdzie czeka na mnie Ala i roztocka kopanija całkiem wesoła.

                Błędy na Cubrynie nie tylko ludzie popełniają – pod uskokiem grani Cubryny jednego roku znalazłem dorodną kozicę, która z tego uskoku odpadła i to latem. Podczas kolejnych dwóch lat ubywało jej kości w żlebie – swoiste memento.

                Wracając do lata 1976. Mamy już dość z Tadkiem zatłoczonego MOka i ciemnej, wilgotnej nory tam, gdzie dziś w Wozowni vel Starym Schronisku mieszczą się dziś toalety, zapachu chloru ze sławojek na tyłach Wozowni. Najwyższa pora ruszyć do mojej najbardziej ulubionej koleby, Wyżniej Kaczej Koleby w Dolinie Kaczej.  Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać – nie czeka nas muzyka łatwa, lekka i przyjemna w podejściu do Kaczej.

                Śpiwór Tadka, mój komplet biwakowy złożony z kurtki puchowej i nogi słonia czyli krótkiego śpiwora sięgającego pod pachy uszyty nie z lekkiej tkaniny syntetycznej lecz z solidnego inletu technicznego, haki i karabinki z czystej stali, palnik benzynowy z racji swego pochodzenia zwany breżniewką, benzyna w puszce po oleju silnikowym, osiemdziesięciometrowa, dwubarwna lina zwana podciągiem z Bielska, swetry z wełny, brezentowe skafandry, konserwy w puszkach ze stali stanowiącej produkt uboczny przy produkcji czołgów. I dwuosobowy materac pneumatyczny ważący całe pięć kilogramów – o plecakach nawet nie wspomnę, dwa transportowe i dwa wspinaczkowe, u dołu obszyte skórą, znane jako horolezki.

                Poganiani przez przelotne opady i burze i popołudniem do koleby, aby ugrząźć w niej na całe trzy dni ciągłych, intensywnych opadów. To powtórka dla mnie sprzed dwóch lat, gdy po dojściu do tej koleby prosto z pociągu musiałem wytrzymać w niej całe, kolejne trzy dni opadów mając za towarzystwo jedynie wesołą i przymilną łasiczkę oraz od czasu do czasu i lisa przecherę.

    Zdjęcia: siedemnaście lat później, biwak w Wyżniej Kaczej Kolebie w drodze do Złomisk przez Żelazne Wrota i ranek w Złomiskach przed Szarpaną Kolebą. Kolejne zdjęcia: 5 – roztocka kompanija, 6 – z lewej ja z Magdą, z prawej Ala, 7 – w kuchni miło jest posiedzieć w słotny czas, 8, 9, 1o – początki tatrzańskiej edukacji wnuka, jada lenka, Dolina Za Mnichem, Zamka już wiek XXI.











  23. Jerzy L. Głowacki
    Rodzinne wspinanie, rok 1976. Część III.


     
                Z kruszyną na Cubrynie zapoznałem się  dużo wcześniej (ab ovo – jak mawiali Rzymianie), bo w roku 1962 podczas pierwszego na nią wejścia. A było to tak.

    22.08.1962 Opuszczam wczesnym rankiem moją Mamę na Skibówkach, Kuźnice, Hala, Żleb Kulczyńskiego, Granaty, Krzyżne, skąd via Stawy schodzę do Roztoki, gdzie nocuję. Zimno, mgła, niepogoda.

    23.08.1962 Pogoda się poprawia, a zatem MOko, Dolina za Mnichem, Mnich przez Płytę, zejście górnym fragmentem klasycznej bez zjazdu – to zadania bliższe mówiąc jezykiem wojskowym. Zadanie dalsze: Zadnia Galeria Cubryńska, Przełączka pod Zadnim Mnichem, Dolinka Piarżysta, Cubryńska Przełączka, Cubryna i zejście przez Przełęcz Hińczową i Galerie. A zatem wejście drogą pierwszych zdobywców Cubryny – Karola Potkańskiego (autor drugiego wejścia na Mnicha nomen omen w roku 1887), Kazimierza Bednarza i Jana Fedora, tatrzańskich przewodników 6 IX 1984 roku.

    Podchodząc w kierunku Zadniej Galerii napotykam dwóch schodzących z niej turystów, starszego, około pięćdziesiątki i młodszego, trzydziestolatka. Szukali drogi na Cubryne i nie znaleźli, nie dziwota, 58 lat temu zejście z Zadniej na Małą Galerię nie było tak ewidentne, jak dziś. Proponuję im mój pomysł na wejście na Cubrynę, młodszy ma dosyć i schodzi do MOka, a ze starszym ruszam w górę stoku. Mój towarzysz  okazuje się księdzem, profesorem teologii na KUL-u, za młodu po Alpach chadzał, a teraz sobie górskie rzemiosło przypomina. Mimo drastycznej różnicy wieku muszę mu mówić po imieniu, bo jak twierdzi „panowanie” w górach to obraza.

    Stary Mistrz Topografii W.H.Paryski rzecze: Cubryńska Przełączka z Piarżystej to droga łatwa, ale uciążliwa, w lecie wymagająca zwykle rąbania stopni w śniegu i chodzenia po ruchliwym piargu. Fakt, najpierw wędrówka po sporym polu twardego śniegu, potem stromy żleb, a tam, gdzie śnieg już się wytopił to skalny rumosz i szuter. No ale modestia nasza męstwu była równa, pomimo braku czekanów i raków sprawnie osiągamy wierzchołek, gotujemy na nim herbatę na skondensowanym spirytusie i bez trudu znajdujemy w zejściu drogę przez Hińczową i Galerie.

    24.08.1962 Załamanie pogody. Roztoka – Psia Trawka – Jaszczurówka – Zakopane, a następnego dnia wyjazd do Łodzi, bo nie za długo zaczyna się ostatni mój, maturalny rok szkolny.  A miał być Mięgusz z księdzem profesorem i liną pożyczoną od pana Czesia Łapińskiego.

    Ta sama menażka z Cubryny służy mi do dzisiaj, na zdjęciu pięćdziesiąt sześć lat później na butanowym palniku na taborze pod Wysoką.







  24. Jerzy L. Głowacki
    Rodzinne wspinanie – część V. Rok 1965, MOko.

                Dzień trzeci. O czym tu dumać na paryskim bruku, pardon, nad Morskim Okiem. Cztery enerdowskie stalowe karabinki, pięć haków z grubszej, giętej blachy, stylonowa, rodem z Bielskiej Fabryki Lin i Pasów  zjazdówka fi 6 mm, turystyczne wibramy, gołe łebki nie licząc wełnianych czapeczek i jedna porządna, słowacka czy też czeska lina – ot cały sprzęt na dwie  dwójki, bo dołączył do nas Antek, twardy górnik. Po raz trzeci ruszam na Pośredniego Mięgusza, drugi raz spod Chłopka, tym razem związany z Alą, a drugi zespół tworzą Andrzej i Antek. Andrzej waży ponad 100 kg, ja tylko 66 kg tak więc my na zjazdówce, oni na czeskim lanie. Cóż można napisać o tym wejściu – bez historii i emocji jak wiele innych, sprawnie poszło.

                Dzień czwarty. Pogoda, jak podczas wielu dni tego lata nieszczególna co narzuca nam Zadniego Mnicha, bo w razie czego komfortowy odwrót i sporo koleb pod bokiem. Aby uatrakcyjnić tę eskapadę po przejściu pierwszej ścianki odbijam na prawo od krawędzi grani na jakieś cztery do pięciu metrów, a wyżej trzymam się ostrza grani. Schodzimy zaś najłatwiejszym wariantem bez zjazdu. Nie wiemy jeszcze z Alą, iż za siedem lat urodzi nam się córka Magda, z którą za lat dwadzieścia i trzy ponownie wejdę na Zadniego Mnicha, upłynie jeszcze parę lat i Magda wróci na Zadniego, ale tym razem północną jego ścianą drogą Orłowskiego (V+).

                Dzień piąty. Pogoda stabilniejsza, zatem hajda na Cubrynę i Mięgusza  w specyficzny sposób, bo kompania nabrała już doświadczenia. Jak urozmaicić turystyczne wejście bez asekuracji na Cubrynę i Mięgusza? Dla mnie to proste, choć poprzeczka sięgnie tym razem dwójki – purystom przypominam, iż TANAP w swoim regulaminie wspinaczkę jako taką definiuje od trójki wzwyż. Przełączka pod Zadnim Mnichem i obchodzimy uskok zachodniej grani Cubryny po prawej stronie, przemykamy się półeczkami do kruchej rynny i w górę. Z wolna i z ostrożna bo na żywca, drobiazgowo sprawdzam stopnie i chwyty wskazując je reszcie kompanii, aby ktoś katastroficznego błędu nie popełnił, o co wcale nietrudno. Przez Przełaczkę nie raz i nie dwa przechodziłem na zielono łamiąc granicę państwową. Razu pewnego znalazłem tam w linii spadku owej rynny martwą kozicę, dorodną i zdrową, która tam odpadła, choć mistrzynią w tym terenie była. Innym razem słysząc, jak trójkowy zespół wspina się tą rynną starannie się asekurując zboczyłem w lewo i całkiem słusznie, bo po chwili w miejsce, gdzie regulaminowo powinienem podchodzić walnął spory kamień. No cóż, starego wróbla na plewy nie nabierzesz, ale się chłopcy nieźle przestraszyli, że mnie ubili.

                Jeszcze innym razem wycofując się z tego uskoku podczas załamania pogody zlazłem z jednej półki na drugą jak kot po gorącej blasze po misternej piramidce want po czym głupio się lekko o nią oparłem dłonią i co najmniej pół tony kamienia poszło z hukiem w żleb ze smrodem siarki. Sama grań to muzyka lekka i przyjemna, choć jedynkowa. Na Hińczowej niespodzianka, żleb zabity śniegiem od ściany do ściany i całkiem niemiły do schodzenia, ale nic to, jak mawiał imć pan pułkownik Wołodyjowski - mam plan B w zanadrzu.

                Potem zachodnia grań Mięgusza, w której się zakochałem jak w dziewczynie od pierwszego wejrzenia i wierzchołek, odszukiwanie swoich kilku wpisów z ubiegłych dwóch lat. Było już dość późno – czas schodzić jak najkrótszą drogą i tak, aby było dydaktycznie. Obejściem grani po południowej stronie na siodełko przed Mięguszowiecką Turniczką i wariantem Janczewskiego na Siodełko w Filarze, Klimkową Ławką na Wielką Galerię Cubryńską,  Mała Galeria i już zbiegamy Mnichowym Żlebem na Nadspady. A z Nadspadów klasycznie starą percią wzdłuż Dwoistej Siklawy na brzeg Morskiego Oka. Tak się zakończył dzień piąty.











  25. Jerzy L. Głowacki
    Miłośnikom wejść przeróżnych, a poza szlakowych polecam Kronikę Wyryp Rozmaitych zamieszczoną w

    pierwszym numerze Taternika wydanym we Lwowie 1 marca 1907.

    Kronika turystyczna za rok 1905.

    15./I. Prof. Dr. Karol Jordan i Janusz Chmielowski z przewodnikami: Klimkiem

    Bachledą, Janem Franz’em sen. i Pawłem Spitzkopfem na Szczycie

    Gierlachu. Wchodzono »Żlebem Karczmarza*, schodzono do Doi. Batyżowieckiej

    (I. wyjście w zimie).

    i./V I. Dr. Alfred Martin (sam) przechodzi ze Sławkowskiego Szczytu granią

    (nowa droga) na Przełęcz Sławkowską.

    3./VI. Tenże wychodzi (sam) od Przełęczy Lodowej na Mały Lodowy Szczyt

    (nowa droga).

    i i ./V I . Ernest Dubke z przewodnikiem Janem Franz’em sen. schodzi nową

    drogą ze szczytu Pośredniej Grani do Pięciu Stawów Spiskich.

    6./VTI. Alfred Grosz, Jerzy Gretzmacher, Alfred Thern i Koloman Rumancsik

    przechodzą (bez przewodnika), jako pierwsi, przez Przełęcz Litworową

    (między Szczytem Wielickim 2320 m. a Szczytem Litworowym 2431 m.)

    z Dol. Wielickiej do Doi. Litworowej.

    9./VII. Ernest Dubke i Hans Wirth z przewodnikiem Janem Franz’em sen.

    wychodzą z Doi. Mięguszowieckiej, jako pierwsi na »Basztową Przełęcz*

    (pomiędzy Zadnią Basztą a Hlińską Turnią 2334 m ), po czem okrążywszy

    Hlińską Turnię po stronie Dol. Młynicy, wydostają się na przełęcz

    między Hlińską Turnią a Szczyrbskim Szczytem; stąd najprzód

    granią a później koło grani, po stronie Dol. Hlińskiej postępując —

    wychodzą na Szczyrbski Szczyt, a następnie na turnię 2246 m. Powróciwszy

    na przełączkę między turnią 2246 m. a Szczyrbskim Szczytem,

    schodzą z niej nad Stawek Kolisty w Doi. Młynicy (wycieczka w całości

    nowa).

    10 ./VII. Maksymilian Broske z przewodnikiem Janem Hunsdorferem sen.

    wychodzi na zachodni i na główny (najwyższy, środkowy) szczyt »Wideł

    « (pierwsze wyjście).

    2 3 /VII. Prof. Dr. August Otto z przewodnikami: Janem Franz’em sen. i Janem

    Breuerem jun. wychodzi na Łomnicę od Zielonego Stawu Kieżmarskiego

    przez Niemiecką Drabinę (od 100 lat przeszło w zapomnieniu

    znajdującym się) szlakiem Dawida Frólicha.

    26./VII. Janusz Chmielowski, Prof. Dr. Karol Jordan, Dr. Adam Kroebl,

    Dr. Stanisław Krygowski i Prof. Tadeusz Łopuszański z Klimkiem Bachledą,

    Jakóbem Bachledą, Jędrzejem Marusarzem, Janem Stopką Ceberniakiem

    i Janem Karpiem schodzą z Żabiego Szczytu Wyżniego

    (2252 m.) do Stawu Czeskiego (nowa droga).

    27.VII. Janusz Chmielowski, Prof. Dr. Karol Jordan i Dr. Adam Kroebl

    z Klimkiem Bachledą i Jakóbem Bachledą, przechodzą z Dol. Czeskiej

    do Dol. Rumanowej przez Przełęcz Rumanową« (między Gankiem

    a Wysoką ; pierwsze przejście).

    28./VII. Ciż sami, z tymiż przewodnikami, a ponadto z Jędrzejem Marusąrzem, schodzą

     nową drogą ze »Żłobistego Szczytu« 2433 m. (po niem.:

    Martha Spitze) w stronę Żelaznych Wrót.

    28./VII. Klimek Bachleda i Jakób Bachleda wychodzą na niezwiedzony przedtem

    »Zachodni Szczyt Żelaznych Wrót«.

    2g./VII. Janusz Chmielowski i Prof Dr. Karol Jordan z Klimkiem Bachledą

    i Jędrzejem Marusarzem wychodzą nową drogą na Zmarzły Szczyt

    2400 m. (granią od Przełęczy pod Drągiem).

    29./VII. Janusz Chmielowski z Jędrzejem Marusarzem wychodzi na niezwiedzony

    przedtem Kościółek 2273 m. (dwiema drogami).

    30./VII. Janusz Chmielowski z Klimkiem Bachledą schodzi z Wielickiego

    Szczytu wprost nad Zmarzły Staw pod Polskim Grzebieniem (nowa

    droga).

    3./VIII. Włodzimierz Boldireff i Stanisław Porębski wychodzą (bez przewodnika)

    z Dol. Niewcyrki na grań Hrubego Wiechu pomiędzy punkty:

    2362 i 2370.

    5 /VIII. Zygmunt Klemensiewicz i Roman Kordys przechodzą (bez przewodnika)

    z Kościelca granią na Turnię Zawratową.

    l i ./V I I I . Dr, Alfred Martin z Janem Breuerem jun. znajduje nową drogę od

    północy na przełęcz pomiędzy Żółtym Szczytem a północno-zachodnim

    wierzchołkiem Pośredniej Grani (po niem.: »Katharinen Spitze«) i z przełęczy

    tej jako pierwszy schodzi do Dol. Staroleśnej.

    1 3 ./VIII. Tenże z tym samym przewodnikiem wychodzi na oba wierzchołki

    niezwiedzonej dotąd ^Szarpanej Turni«*) (około 2523 m.) w południowo-

    wschodniej grani Wysokiej (po niem.: „Moritz Dechy Sp.).

    14./'VIII. Tenże z tym samym przewodnikiem przechodzi ze Szczytu Rumanowego

    granią na Przełęcz Gankową (nowa droga).

    14 /VIII. Roman Kordys i Zygmunt Klemensiewicz wychodzą od Zmarzłego

    Stawu pod Zawratem na Przełęcz Mylną jako pierwsi turyści (bez przewodnika).

    15./VIII. Dr. Alfred Martin przechodzi (sam) z Polskiego Grzebienia granią

    na Gierlach (pierwsze całkowite przejście tej grani).

    I7'./VIII. Janusz Chmielowski i Kazimierz Bizański przechodzą z Klimkiem

    Bachledą przez Przełęcz Żabią (najniższe wzniesienie w grzbiecie między

    Rysami a Mięguszowieckiemi Turniami) od Czarnego Stawu nad

    Morskiem Okiem do Żabich Stawów Mięguszowieckich (nową drogą).

    23./VIII. Zygmunt Klemensiewicz i Jerzy Maślanka wychodzą (bez przewodnika)

    z Doliny Mięguszowieckiej nową drogą na »Basztową Przełęcz'1

    a następnie na niezwiedzoną przedtem Zadnią Basztę. Schodzą do Dol.

    Młynicy.

    16 ./V III. Tadeusz Hickiewicz i Antoni Jakubski przechodzą ze Stanisławem

    Stopką od Rakuskiej Przełęczy granią poprzez Mały Kiezmarski Szczyt

    (2520 m.) na Szczyt Kiezrmarski (2556 m ) (nowa droga).

    *) Wiadomość o istnieniu nazw „Szarpana Turnia« i »Złobisty Szczyt« zawdzięcza

    uprzejmości p. Dra Stanisława Eljasza Radzikowskiego.

    27./VIII. Roman Kordys i Jerzy Maślanka przechodzą (bez przewodnika) od

    ^Przełęczy pod Zieloną« (2038 m.) po części samą granią, po części zaś

    koło grani (po stronie Dol. Rówienek) na Mały Szczyt Jaworowy

    (2386 m.), z którego schodzą nową drogą do Doi. Staroleśnej-.

    i i ./IX. Janusz Chmielowski z Klimkiem Bachledą i Jędrzejem Marusarzem

    schodzi z Rysów granią zachodnią na Żabią Przełęcz (nowa droga).

    1 1 . /IX. Katarzyna Broske i Szymon Haberlein przechodzą (bez przewodnika)

    od Przełęczy pod Chłopkiem (2304 m.) granią (nowa droga) na Żabią

    Turnię Mięguszowiecką (2338 m.), tj. szczyt drugi na zachód od Żabiej

    Przełęczy, z którego schodzą do Żabich Stawów.

    12 ./IX. Ciż sami wychodzą (bez przewodnika) na »Żabiego Konia" (Szczyt

    przedtem niezwiedzony, leżący tuż na zachód od Żabiej Przełęczy).

    12 /IX. Janusz Chmielowski z Klimkiem Bachledą i Jędrzejem Marusarzem

    schodzi ze Szczytu Ganku poprzez środkowy i niższy jego wierzchołek

    na Przełęcz Rumanową (nowa droga; pierwsze zejście ku północy).

    15 ./IX. Katarzyna Broske, Maksymilian Bróske i Szymon Haberlein wychodzą

    (nowa droga) na Szczyt Spiczasty*) od strony południowej tj. z Doliny

    Staroleśnej i schodzą zeń granią wschodnią (również nowa droga)

    na Białą Ławkę.

    29./XII. Janusz Chmielowski z Klimkiem Bachledą i Józkiem Bachledą wychodzi

    na Kasprowy wierch (I. wyjście w zimie).

    Redagując umieszczoną powyżej »Kronikę«, będącą dalszym ciągiem

    »Kronik“ drukowanych poprzednio w »Pamiętniku Tow. Tatrz.«, mogłem

    wobec wielkiej obfitości materyału uwzględnić jedynie wycieczki nowe, t. j.

    wyprawy na szczyty lub przełęcze, przedtem niezwiedzone, oraz nowe drogi

    na szczyty i przełęcze, już znane. Z wycieczek zimowych podległy rejestrowaniu

    tylko wyprawy przedsięwzięte w ogóle.


×
×
  • Create New...