Jump to content

Z beskidzkiego nieba do piekła.


Luk_

6,093 views

Godzina 5:40. Budzę się, o dziwo, samemu. Budziki nastawione na 6:00 i 6:15, ale czuję się w miarę "wyspany" - o ile to możliwe mówiąc po niecałych 5h snu ? Stwierdzam, że nie ma co dosypiać, bo mogę obudzić się totalnie zmulony. Wstaję.
Wlatuje śniadanko. Jajecznica, kanapki z serem, herbatka. Za oknem piękne, błękitne niebo. Termometr wskazuje 10 st. C. Eh... Gdyby taka temperatura panowała cały dzień? Na drogę przygotowuję sobie jeszcze kanapki i jabłuszko. Wody w bukłaku dwa litry - niewiele, ale styknie, bo dużo schronisk będę mijał po drodze. W trosce o moje zjechane po przedwczorajszym treningu nogi wsypuję słuszną ilość tabletek z magnezem. Oby mi moich biednych, zmasakrowanych pośladków nie odcięło na zbiegu? Po 6:30 jestem spakowany i gotowy do drogi. Kierunek - Sopotnia Wielka.
Po 7:20 dojeżdżam do celu - wylotu zielonego szlaku na Pilsko. Wytaczam się z auta - na pewno już 10 st. C nie ma ? Szybki zrzut zbędnych płynów, dopasowuje pas biodrowy i piersiowy plecaka, kijki w dłoń i....mogę ruszać ? Jest godzina 7:29.

IMG_20200726_072932.thumb.jpg.6103cffb10ac214764bb12311753f4ed.jpg

Na początku wycieczki towarzyszą mi dwie myśli: 1. Dobrze, że w Beskidach nie ma tak długich, tatrzańskich dolin, jak np. pojeb*na Chochołowska i mogę iść od razu pod górę; 2. Jak najszybciej zdobyć wysokość - toczyłem swoisty wyścig, co wzrośnie szybciej - moja wysokość n.p.m. czy temperatura powietrza ? Jak na godzinę 7:30 idzie mi się zaskakująco szybko. Jestem pod wrażeniem swojego tempa, a i tak się hamuję - wiem, że zbędne przyspieszenie, szarpnięcie odpokutuje na ostatnich kilometrach. Także staram się utrzymywać zimną krew ?
Zielony szlak jest w miarę przyjemny - dużo błotnistych fragmentów, na których muszę trochę zwalniać, by je przejść suchą stopą. Szlak szeroki, nie wiem czy nie jest nim czasami zaopatrywane schronisko na Hali Miziowej, nie trzeba przedzierać się przez chaszcze.

IMG_20200731_141653.thumb.jpg.6e766002c652b120c9c1e88224e1e613.jpg
Pierwsze, ładne widoczki zaczynają się po ok. 25 minutach marszu, co jest chyba jednym z rekordowych szlaków pod tym względem ? Momentami widzę też Pilsko, jak to daleko! Jednak ma to swoje minusy - jeśli są widoki, to znaczy, że w pobliżu nie ma drzew. A jak nie ma drzew to słonko sprawia, że momentalnie robi się turbo gorąco. Ale psychika pod tym względem też zahartowana - pocieszam się, że robiąc treningi w klatce schodowej bez okien, w której jest wilgotno jak cholera jest dużo, dużo gorzej. Dopóki nie będzie 35 stopni to nie stanę ?

IMG_20200731_141739.thumb.jpg.2afc61f96b1250b5f448f55487f06a98.jpg

W pewnym momencie zatrzymuję się przed skrzyżowaniem. Standardowo - oznaczeń brak. Prosto czy w lewo ? (w prawo na pewno odpada, bo w dół, jeszcze nie teraz ?). Dobra, niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba ? Idę w lewo, ale po 3 minutach coś mnie tknęło. "Oby nie było powtórki z Banikova, Łukasz" - myślę sobie. Zachowawczo wyciągam więc telefon, odpalam mapkę i wszytko staje się jasne - poszedłem źle, powinienem iść prosto ? Chwila namysłu, cofać się czy iść dalej? "Eee, to Beskidy, po drugiej stronie tej górki jest dalej szlak, poradzę sobie" - pomyślał głupi Jaś i poszedł ? A tak poważnie to moje przemyślenia były słuszne - zameldowałem się na wierzchołku tej górki, skręciłem w lewo (cały czas szedłem wyraźną drogą), po czym odbijając lekko w lewo ścieżką zbiegłem do czarnego szlaku.

IMG_20200731_141819.thumb.jpg.3aff74a9f0b21604c19ccc3ff53d6a5d.jpg

IMG_20200726_080908.thumb.jpg.1ad8a6decd95a66e06389958baf55df1.jpg

"Kurde, jak to Pilsko i końcowe podejście rośnie w oczach" - myślę sobie, widząc już stromy fragment od Hali Miziowej na szczyt.

IMG_20200731_141859.thumb.jpg.923160bc58fdd9fdb9d37bdd8ef59cdb.jpg

Odbijam w prawo i po 2 minutach melduję się na Przełęczy Buczynka, skąd bez zatrzymywania się ruszam dalej. Po paru minutach mijam rozległą Halę Górową, Pilsko już na wyciągnięcie ręki. Mijam też pierwszych ludzi.

IMG_20200731_141938.thumb.jpg.14d23082d7252f15987ac3eebf9f2924.jpg

Biegnie się przyjemnie, póki co, pośladki i dwugłowe uda nie przeszkadzają. Ale co to by był za luksus, gdyby w 100% były sprawne! ? Wbiegam w las, płaskie podejście i zanim się obejrzałem melduję się na skraju Hali Miziowej. Nieźle, zajęło mi to niecałą godzinkę.

IMG_20200731_142029.thumb.jpg.1820c3386400220b36354fa70016e949.jpg

IMG_20200726_082945.thumb.jpg.51a436e060ce591f67de5a70bd3e9284.jpg

Po dwóch minutach jestem pod schroniskiem. Zerkam na szlakowskazy - Pilsko, szczyt Polski, 30 minut. Hm... chyba da się szybciej ? 

IMG_20200726_083115.thumb.jpg.d22f97863894aca90e85e527026d4d9e.jpg

IMG_20200802_235208.thumb.jpg.fc0b91d03d5ab132df103196aaa989f5.jpg

Biorę łyka wody i zaczynam to co sprawia mi największą przyjemność. Jedna, wielka KOSA pod górę ? 

IMG_20200731_142145.thumb.jpg.1cd1899a78dfca8dca295e5c2fb8eba1.jpg

IMG_20200731_142212.thumb.jpg.ae321e8f9d4e0af6d0b253118064366c.jpg

Tyle razy już tędy szedłem, że wiem czego się spodziewać, ale opowiem Wam w skrócie o co chodzi: Pilsko to ten typ góry, który potrafi robić w wała? Wychodzisz zza schroniska - patrzysz na to strome podejście - WTF, tam to chyba musi być polski szczyt. Podczas podchodzenia widzisz, że z lewej strony nagle znowu góra rośnie, podejście nie łagodnieje - "dobra, tam jednak musi być szczyt!". W końcu człowiek się doczłapie i JEB! na szczyt trzeba znowu trochę podejść. Już witasz się z gąską, a na tabliczce "Góra Pięciu Kopców" ? F*ck, dobra jeszcze chwilę i jesteś na Pilsku. W końcu, mijając kosówkę dochodzisz na właściwy, słowacki wierzchołek. Mnie na szczęście Pilsko już nie oszukuje (tak, dałem mu się zrobić w konia swego czasu z 2 razy?). 8:50 jestem na Górze Pięciu Kopców. Swoją drogą, zastanawialiście, gdzie jest te Pięć Kopców? Nie? To ja Wam podpowiem ? Jeden kopiec znalazłem na słupku granicznym ? Reszty poszukajcie sami ?

IMG_20200726_085008.thumb.jpg.3c0e5c25a056d065d4e4448eeb6d623a.jpg

Po kolejnych dwóch minutach już jestem na Pilsku, wierzchołku słowackim. Czas? Jak dla mnie niezły - 1h 23min z Sopotni, szybciej niż zakładałem ? Gdybym tam mieszkał, to co drugi dzień mógłbym wlatywać na Pilsko.

IMG_20200802_235526.thumb.jpg.ee45b92715e30aaeecd4040419647054.jpg

IMG_20200726_085258.thumb.jpg.9e3e28ee4031f7d003c482df00e87ced.jpg

A widoki ze szczytu... Jeśli ktoś uważa, że na Babiej ładniej to nie był na Pilsku? Przy dobrej widoczności widać Tatry, Małą Fatrę i kawałek Tatr Niżnych. A przy gorszej - Babią Górę, caaaaały Beskid Żywiecki i Śląski na czele ze Skrzycznem.

IMG_20200802_235647.thumb.jpg.359e0202e3f1f04615fa3f1ef7ad7dd2.jpgIMG_20200802_235720.thumb.jpg.401d8cba08f35fc349bd2d3159163f6a.jpgIMG_20200802_235617.thumb.jpg.e7bd1835cd3bb077da692ef0314d7fe3.jpg

Na szczycie prócz mnie nie ma nikogo, ale po dwóch minutach dociera państwo, z którymi spędzę kolejne 20 minut na rozmowie o bieganiu, Romanie Ficku i jego GSB w 107 godzin, panoramach, Tatrach i innych górskich rzeczach ? W międzyczasie wsuwam zasłużonego Snickersa (bardziej chyba temu by mieć lżejszy plecak, niż faktycznie potrzebowałem doładowania ?) i obserwuję pogodę. Strzelające w górę chmury Towering Cumulus nad Beskidem Śląskim podpowiadają mi, że faktycznie może być dzisiaj burzowo. Na szczycie spędziłem trochę ponad 20 minut, ale cóż, czas opuścić przyjemny wiaterek i chłód Pilska, i zacząć się kierować w dół, ku Rysiance i Lipowskiej, które świetnie też widać ze szczytu.

IMG_20200731_142350.thumb.jpg.de933db3a1a8a1009464754ebe34721e.jpg

O 9:15 zaczynam zbieg, szybko mijam Górę Pięciu Kopców, następnie w stronę wyciągu i cyk, odbijam w lewo na niebieski szlak, by ominąć Halę Miziową. Zatrzymuję się tylko, aby zerknąć na mój dzisiejszy cel - Wielką Raczę (to ta za tą górką, co wskazuje kijek. Przy okazji załapał się jakiś latający owadowaty ?) .

IMG_20200803_002724.thumb.jpg.fd061edc952817c1450378df6afe41f0.jpg

Temperatura wraz z utratą wysokości rośnie. "Te chmury wcale nie są takie złe, o ile przysłonią to słoneczko" myślę sobie, zachowując czujność na stromym zbiegu. Mniej więcej w tym czasie zaczynam toczyć dyskusję z moimi nie zregenerowanymi pośladkami i dwugłowymi mięśniami ud.
- Dacie radę?
- Póki co tak!
- Jak coś by było nie tak to mówcie!
- Na pewno pierwszy się o tym dowiesz!

Lecę dalej - środek sezonu, niedziela, a ludzi jak na lekarstwo. Stoicie dalej w kolejkach w Tatrach na Giewont albo na Kasprowy? O, jaka szkoda ? Ja w tym czasie popylam góra dół w Beskidzie na pustym szlaku? Mijam strome podejście na Hali Cudzichowej - raz stamtąd zjeżdżałem rowerem, po chwili miałem taką prędkość, że ludzi zauważyłem na 0,05 sek przed tym jak ich mijałem. Jak ja się wtedy nie wyjeb*łem to nie wiem. Zwłaszcza, że zjeżdżałem na lewo od szlaku, po trawie.

IMG_20200731_142441.thumb.jpg.cce43cef826020f1dcc9e0fc2462964e.jpg
Podejście się kończy, staje na szczycie pagórka o nazwie... Brst? Brvst? Coś w tym stylu. Tak czy siak, charakterystyczne miejsce, bo stoi tam ławeczka, przy której odpoczywa rowerzysta, z którym jeszcze się spotkam. No! To teraz w dół! Zbiegam aż miło, aż tu nagle szlak zamienia się w jakiś raj dla świń! "Kur*a, albo ja jestem jakiś odjeb*ny od rzeczywistości albo to nie jest szlak" - myślę sobie, podziwiając jedno, wielkie bagno.

IMG_20200726_095941.thumb.jpg.24b8068e9d7056d0f8804a847e9d4f2b.jpg

Jak to ominąć? Z lewej? Nie. Z prawej? Pff... Szanse jak w Totka... Dobra, próbuję. Stawiam prawą nogę w miarę stabilnie, lewa, prawa, ale gdzie tu postawić lewą? Dobra, są jakieś trawki, powinno być stabilnie. Stawiam lewą nogę i chlup! Bagienko pod spodem pochłania mi nogę. Wyskakuje jak poparzony, robię trzy kolejne kroki ale w końcu jestem po drugiej stronie. Kosztem uwalonego buta. W tym czasie mija mnie wcześniej spotkany rowerzysta - jemu to dobrze! No dobra, czas dokonać oględzin. Błoto w skarpecie to taka gra na czas - szybciej dobiegnę czy zatrę stopę? Chwytam garść trawy, próbuje trochę się wyczyścić. Nie jest źle, całkiem ładnie schodzi, w bucie bardziej woda niż błotko, ale kurde... JAK TO BŁOTO WALI! Nasrał tam ktoś czy co? A do bieżącej wody na Rysiance jeszcze trochę...

IMG_20200726_100240.thumb.jpg.efafa3cc3bceee050ced151600f9a7a4.jpg

Dobra, ruszam dalej, trzymając swoją lewą, śmierdzącą rękę jak najdalej od swojego nosa ? Btw, to błoto strzelam, że powstało przez quady i motory (o czym zresztą świadczą ślady), wiem że to częsta i popularna trasa. I spoko, rozumiem, że chcą spędzić czas w górach z moto, ale jest tyle spychaczówek, dróg. Jest gdzie jeździć, więc jeśli ktoś to czyta pomykający na moto - wybierajcie coś innego niż szlaki, naprawdę jest dużo innych opcji. I zamontujcie tłumiki, te Wasze pierdziawki nie należą do najprzyjemniejszych dźwięków lasu ?

Lecę dalej, do Przełęczy Trzy Kopce nie daleko. Rysianka i Lipowska rosną w oczach, tą drugą nawet już widzę ?

IMG_20200731_142646.thumb.jpg.d56ff1066d83c0a295d43e99a1afd7a9.jpg
Po chwili jestem już na Trzech Kopcach, teraz w dół, w stronę rezerwatu przyrody. Szlak przez rezerwat z roku na rok coraz bardziej zniszczony. Parę lat temu były kładki z poręczami, później były kładki bez poręczy, a teraz już momentami brakuje kładek.

IMG_20200726_100927.thumb.jpg.694645203f944bf035767f758e2709a0.jpg

Bagno jest tam zawsze, więc nie chce się narzucać, ale szlak powinien być szlakiem a nie poza-szlakiem. Od rezerwatu jeszcze chwilka i już jestem na skraju hali. Hala jest gigantyczna, a na wiosnę kwitnie tam masa krokusów (na zdjęciu krokusy z kwietnia 2019).

IMG_20190419_172513.thumb.jpg.34633e9eb141d3a1e310a02dd42441fb.jpg

Podchodząc nią mijamy się po raz trzeci ze spotkanym wcześniej rowerzystą. Podjazd jest słuszny, dlatego wcale mnie ten widok nie dziwi. Zamieniamy parę słów, dowiaduje się, że też startuje z Sopotni oraz, że mnie widział jak zaczynałem traskę, ale on wjeżdżał drogą. Przy tych podjazdach, mając w pamięci swoją własną przygodę rowerową w tych regionach zastanawiam się, czy w ogóle warto pchać się tu na dwóch kółkach. Wciągania tego żelastwa jest cała masa. Tak czy siak na pewno ostatni fragment jego trasy, która leci już tylko w dół, będzie dużo przyjemniejszy niż mój?
O 10:24 melduję się przed schroniskiem. Czas z Pilska 1:09, całkiem całkiem mimo bagna.

IMG_20200803_004401.thumb.jpg.a4ecf4c07e878f6cc4805a3d8851624f.jpgIMG_20200726_102437.thumb.jpg.5d702bfef12c6ec9f5a0938f3b936c7e.jpg

Teraz trzeba się posilić - zamawiam żurek. Kusi zimny browarek, jednak to nawet 1/3 trasy nie jest, więc planuje, że to złoto wleci pod koniec wycieczki ? Szybko zjadam pyszniutką zupkę popijaną chłodną coca-colą. Wcinam szybciutko, gdyż toaleta upomina się o swój towar ?Trochę czasu w niej spędzam, na szczęście Rysianka nie oszczędza na papierze i jest normalny, biały, a nie ten ścierny - szary ? Zbieram się do dalszej trasy, gdyż niebo coraz bardziej przykrywają chmurki. Fajnie - będzie chłodniej. Ruszam w stronę Lipowskiej w celu uzupełnienia wody. Najgorzej jest ruszyć po takiej przerwie. Moje pośladki i dwugłowe uda mówią w tym czasie do mnie:
- Stary, czy ciebie kompletnie powaliło?! Myśleliśmy, że na Rysiance koniec!
- Nie narzekajcie chłopaki! Marudzicie!
- Przecież był żurek! Posiłek jest przecież na koniec dnia!
- No to widzicie. Niespodzianka!
Na Lipowskiej melduję się po 5 minutach, wyciągam bukłak, uzupełniam wodę do ponad 2l. Chciałem wrzucić dwie tabsy magnezu, wleciały trzy. Kurde, będzie słodko. Pakuję plecak, biegnę dalej, ale chwilunia... Coś nie pasuje. Coś mnie obciera. Chyba czas... Użyć plastra na stopę i wazelinki na... ? Znajduję ustronne miejsca, robię to co trzeba, licząc na to, że nikt mnie nie zaskoczy w niezręcznej sytuacji ? Sprawdzam naoliwienie napędu - o tak, śmiga aż miło, mogę lecieć dalej? Teraz zaczyna się najprzyjemniejszy fragment trasy. 75% drogi z Rysianki do Ujsół to łąki i hale. Fragment baaardzo dobrze mi znany, nawet lepiej niż odcinek Pilsko - Rysianka. Znam tu niemalże każdy fragment trasy.
Mijam rozejście szlaku na Halę Boraczą, odbijając w lewo by podążać żółtym szlakiem, biegnę z minutkę, i nagle... robi się biało! Łowiecki!!! Staję przed nimi by je puścić a one stop!

 

Wyraźnie koleżanki nie chcą iść mimo zachęt swoich przewodników. Robi się patowa sytuacja, chyba przypadkowo zatrzymałem tą delegację. Usuwam się w bok, a one jak stały tak stoją. No dobra, sam rozwiążę ten problem, pomogę im - wchodzę pomiędzy nie, by ominąć newralgiczny zator. Mają zdecydowaną przewagę liczebną, ale albo ja taki straszny albo mój aromat sprawia, że ustępują mi miejsca? W końcu ruszyły dalej ? Zwierzątko w historii - zaliczone!

IMG_20200726_112123.thumb.jpg.1ebeee6f4ab8899e5469227ba185c245.jpg

Trasa żółtym szlakiem jest nadzwyczaj przyjemna. Wysokość wytraca się naprawdę powoli, więc biegnę patrząc na Wielkiego Rozsutca w paśmie Małej Fatry i na szczyty Beskidu Żywieckiego.

IMG_20200803_004504.thumb.jpg.04dd10d43ca70c26bb3f07de8a0eb1c0.jpg

Tempo na tym odcinku 5'30/km, całkiem ładne jak na dystans, który już mam w nogach ? Dobiegam do Hali Redykalnej, dalej w dół, następnie pod górę, mijam dwie kałuże, których się spodziewałem, bo są tam zawsze. Następnie chwilę po równym i w dół zakosami, po fragmencie szlaku, który służył do zwózki drewna. Truchta się po tym naprawdę nieprzyjemnie, gdyż oprócz dużej ilości luźnych kamieni jest również dosyć błotnisty. Widzę też mój kolejny cel, pie*rzony Muńcuł. Trafiam też w końcu na pierwsze zabudowania - zawsze mnie zastanawia, czy np. dzieci, by się pobawić z rówieśnikami, muszą dymać, góra dół do np. Złatnej. I wyobraźcie to sobie xD Jesteście np. 10-latkiem i wychodzicie z domu by popykać w gałę czy coś. Schodzicie na dół przez 40 minut i nagle sobie uświadamiacie, że nie pamiętacie czy zamknęliście drzwi do domu na klucz (bo każdy kiedyś cofał się, by sprawdzić czy drzwi są zamknięte?). Więc zawracacie. Zajmuje Wam to  godzinę, drzwi oczywiście zamknięte, więc popylacie kolejne 40 minut w dół. I dwie godziny wyjęte z życia ? Chyba, że taki bąbel lubi widoczki, może one taki wysiłek rękompensują.

IMG_20200803_004532.thumb.jpg.a26d3ec8e73242427eceee55f8806ab3.jpg

Mijam kolejny dom, słyszę szczekanie - oho, ciekawe czy to nadal ten sam, biało-czarny pies, który czasami wylatuje w moja stronę. Kawałek dalej, po lewej stronie jest coś na kształt RODOS, a po kolejnym kawałku traski jestem na Kręcichłostach. Po prawej Chata na Zagroniu, w której kiedyś coś było, później nic nie było, później było, a teraz już sam nie wiem, czy coś jest ? W tym miejscu żółty szlak skręca w prawo, w dół, a czarny wiedzie dalej grzbietem. Ruszam dalej czarnym, który po chwili odbija w lewo w jakąś łąkę, więc robię użytek z tego co dźwigam w plecaku od początku wycieczki - preparatu na kleszcze i komary. Nóżki spryskane, mogę atakować. Szlak trochę zapomniany, uczęszczany od wielkiego dzwonu. W pewnym momencie mijam skrzyżowanie, oczywiście oznaczeń brak, ale to nie ma znaczenia, bo droga, którą wybrałem i tak schodzi do Ujsół.

IMG_20200803_005532.thumb.jpg.55d238ab27937f7517d595e18785be1a.jpg

W nogach niecałe 26km, zaczyna się asfalt, więc postanawiam kawałek sobie odpocząć w marszu. Dochodzę do głównej drogi, skręcam w lewo, po 50m w prawo i ląduje na szlaku na pie*rzony Muńcuł. Pierwszy, asfaltowy odcinek trasy (były dwa) przechodzę w ok. 10 minut i skręcam w lewo. Następna górka zaczyna mnie przerażać - w przeciwieństwie do Pilska ona w ogóle nie rośnie w oczach. Zaczynam (w końcu) jakieś podejście. Ten odcinek jest chyba tak samo uczęszczany jak z Targanic do Przełęczy Kocierskiej (kto wygooglował, jak ja, gdzie to jest ręka w górę!? ?‍♂️). Przedzieram się przez pozarastany szlak. Przyjemność z podchodzenia takie 2/10. Siły w nogach powoli zaczyna ubywać. Patrzę na zegarek, 27km za mną... Toż to jeszcze połowy trasy nie ma! Psychika powoli zaczyna klękać. Kolejna rozmowa z ciałem:
- Ja chcę schabowego - mówi brzusio.
- Ja to napiłabym się zimnego, obiecanego browarka - dodaje psycha.
- A my to najchętniej już byśmy zeszły - wtrącają się pośladki w duecie z udami.
- Ej, stary, w ogóle dupa wołowa z ciebie, krople do nosa by mi się przydały na to pylenie traw - dodaje nos.
- Dobra, macie mnie - odpowiadam.
Siadam na polanie. Wyciągam czekoladę by uzupełnić energię i dać odetchnąć nogom. Dawno nie byłem tak styrany psychicznie podejściem pod górę. Nad Słowacją widzę deszcz, ehhh, gdyby tu tak trochę popadało. W odpowiedzi dostałem trzy, nic nie znaczące krople wody z nieba ? Po jakiś 5-10 minutach ruszam dalej. Motywuję się obiadkiem, zimnym browarkiem i coca-colą w Bacówce na Rycerzowej. Miałem nawet w głowie plan, co i w jakiej kolejności spożyję. Do następnej przerwy 9km. Podchodzę dalej na ten pie*rzony Muńcuł. Trafiam na swoją schodząca ze szczytu rodzinkę. Robimy deal - oddaje im dwa snickersy i trochę czekolady w zamian za trzy łyki wody. Swojej namagnezowanej, słodkiej powoli zaczynam mieć dosyć. Na szczęście już nie daleko. Mijam polankę, którą kojarzę z map. Spoglądam z niej na drogę którą przebiegłem - Pilsko, Rysiankę i Lipowską.

IMG_20200803_005456.thumb.jpg.04aaa9d28d91b82163b467f45933f459.jpg

14:02 melduje się na szczycie pie*rzonego Muńcuła. Dobra dobra, ale dlaczego ja go tak w sumie nazywam? Już wyjaśniam. Patrząc na tabliczkę dociera do mnie, że nigdy, przenigdy, nie widziałem żadnych zdjęć ze szlaku na niego, nikt nigdy mi go nie polecał, żadnych opisów przebiegu szlaku, itp. I ja się wcale nie dziwię. Nikt o zdrowych zmysłach tam się nie pcha. Podejście żmudne i zapomniane, widoki, mimo wysokości, bardzo przeciętne, a szczyt? Heh, szczyt? Gdyby nie powalone drzewo, które musiałem obejść, to poszedłbym tak, jak pokazywał szlakowskaz i nawet bym nie wiedział że na nim jestem, bo wierzchołek prezentuje się tak:

IMG_20200726_140213.thumb.jpg.21296c605e90caf28478919266d690a8.jpgIMG_20200726_140210.thumb.jpg.ab6858650d0b21746fc4f28c9f38de7a.jpg

Ten Muńcuł był tak wspaniały, że nie spędziłbym nawet 0,00001 sek więcej niż to konieczne. Teraz prawie 200m w dół w kierunku Przełęczy Kotarz. W międzyczasie typowe, beskidzkie atrakcje - do omijania błota już się przyzwyczajam. Psychika coraz bardziej zmęczona. Po 20 minutach docieram do przełęczy. Ech... niby tak blisko do Rycerzowej, a niby tak daleko... Siadam na chwilkę na pieńku i mówię do swoich kończyn:
- Damy radę?
- My, uda z pośladkami, dostajemy mocno, dlaczego nie dałeś nam odpocząć ?
- Ehh, sorry chłopaki, może te przysiady z wyskokiem na koniec trenigu nie były dobrym pomysłem ?
Zakładam nogę na nogę, by je przez chwilę odciążyć. Posiedziałem dosłownie dwie minuty, pociągnąłem przedostatni łyk wody z bukłaka i ruszyłem dalej. Na szczęście podejście, moje uda się ucieszą. Im bliżej celu tym czas wolniej leci. Trasa biegnie przez las, nic się nie dzieje. Na dodatek to też nie jest chyba zbyt uczęszczany odcinek, cały w lesie, więc jest totalna nuda. Podczas płaskich odcinków, czuję, że biegnąc moje stopy snują się coraz bliżej ziemi. W końcu dołącza żółty szlak z mojej lewej strony - do Bacówki niedaleko. Biorę ostatni, przesłodzony łyk wody. W głowie tylko browar i schabowy. I chwila leżingu na trawie. Punktualnie 15:00 wchodzę do schroniska, 35,5km za mną.

 

IMG_20200726_150007.thumb.jpg.3467efa990b5c4c14a2570e64f250d9f.jpg

Wyłączam zegarek, podpinam go wraz z telefonem do powerbanka. Na sztywnych nogach podchodzę do bufetu, zerkam w menu. Kotlet, kotlet, kotlet... NIE MAJĄ TU SCHABOWEGO??? Co, jak?! Jest bigos, jakieś racuchy, ale kotlet gdzie? Co to ma być ? ? Motywacja zrobiła kolaps... Z ostatnią nutką nadziei pytam panią w bufecie:
- To są wszystkie pozycje w menu?
- Tak.
Z braku laku zamawiam racuchy z sosem borówkowym.
- A piwo z lodówki jest?
- Nie ma.
Nie dałem po sobie poznać, jak bardzo zabolała mnie ta informacja. Z kamienną twarzą domawiam jeszcze coca-colę i dwie butelki wody. Siadam przy stole i to, co wtedy zaczęło się dziać wychodzi poza zmysły... Moje nogi zaczynają boleć. Ale to nie jest tak, że czuję mięśnie czy coś. Żaden automasaż, stanie czy siedzenie nie pomaga. Ból w czwartym wymiarze, niewyczuwalny, ale obecny. Co to do cholery jest? Zbyt szybko usiadłem, zmęczenie, jakieś niewyczuwalne skurcze? Abstrakcja. Jeśli to nie przejdzie to się stąd nie ruszę. Zaciskam zęby z bólu, próbując zająć myśli uzupełnieniem wody w bukłaku. W końcu przychodzi mój posiłek. Prezentuje się nieźle.

IMG_20200726_151853.thumb.jpg.abfd757c45f2b043b186f289fdc7c730.jpg

Jem, próbując nie oszaleć z bólu. Jednak wraz ze znikającymi racuchami powoli ból ustępuje. Nie spieszę się z dalszą częścią biegu, bo szczerze powiedziawszy mam nadzieję przeczekać prognozowany deszcz w tym rejonie. Po posiłku zmierzam do WC by zrzucić parę zbędnych kilogramów. Hehe, siedziałem tam z 20 minut, sam nie wiem, gdzie ja tyle dzisiaj zjadłem ? Wychodzę przed bacówkę i się kładę. Dzwonię do mojego ziomka Pitera, by dał parę wskazówek co do trasy i proszę go o "osłonę meteo" ? Pozostałą trasę już znam, więc wiem, że leci głównie przez las, przez który ciężko obserwować pogodę. O 16:08 ruszam dalej, niestety poniosłem pierwszą stratę w sprzęcie - urwał się pasek od zegarka ? Posiłek i relaks zrobiły swoje - mogę cisnąć.
Zaczynam podchodzić na Rycerzową. Oho, znowu współczynnik tarcia się zwiększył ? Zerkam za siebie, ludzie daleko, ale jeszcze przyspieszam, by mnie nikt nie zaskoczył. W lesie znowu wjeżdża wazelinka. Noooo, tak to można działać ? Z przerwą na smarowanie na Rycerzowej melduje się po 16 minutach i schodząc tracę zegarek ?

IMG_20200726_162407.thumb.jpg.672cba7f19f6759ddbf85c61667f6a82.jpg

Całe szczęście, odnajduję go po minucie w krzakach. Chowam go w oddzielnej kieszonce, aby nie wypadł. Ciało trochę odpoczęło, ta godzinka regeneracji pozwoliła mi cisnąć na jakieś 70% początkowych możliwości. Tylko ciało, ciałem, a szlak szlakiem. Ścieżka wąska, więc nie za bardzo jest gdzie się rozpędzić. Poza tym zaczyna się znowu błoto, które na tak wąskiej ścieżce naprawdę utrudnia sprawę. No trudno. Na odcinku do przełęczy Przegibek więcej szedłem niż biegłem. Przy okazji spotkałem drzewko jak to z Krzywego Lasu. Mniej więcej w połowie zacząłem też słyszeć mruczenie nieba po swojej prawej stronie.

IMG_20200803_124130.thumb.jpg.4b54d703fc7926a44476038f9b72eade.jpg

Sprawdzam radary, burza około 20km na północ ode mnie, głównie nad Beskidem Śląskim. Przemieszcza się na północny wschód, więc jestem w miarę bezpieczny. Obrywam tylko rykoszetem. Dosyć intensywny deszcz pozwala mi się schłodzić. Niby mam przeciwdeszczową kurtkę w plecaku, ale taki deszczyk działa kojąco. Jednocześnie utrudnia trochę marszobieg, bo trasa staje się coraz bardziej śliska. W głowie rozważam dalsze możliwości - zbiegać do Rycerki przez Bendoszkę Wielką z charakterystycznym krzyżem na szczycie czy cisnąć dalej na Wielką Raczę? W międzyczasie wcinam jabłuszko, bo przy ilości kalorii jaką spalam, głodny się robię co niecałą godzinę. Docieram na Przełęcz Przegibek, przestaje padać.

IMG_20200803_123958.thumb.jpg.fb6caeae8f964e2d3c7a08086447d86c.jpgIMG_20200803_124032.thumb.jpg.d328a2912ab1fe2d3453c584e1313f04.jpg

Zasięg taki o, dzwonię do Pitera.
- Stary, potrzebuję prognozy na mniej więcej dwie godziny w przód. Tyle potrzebuję by być na Raczy.
- Słuchaj Łukasz, wg prognoz burza na Wielkiej Raczy powinna być po 20.
- A deszcz?
- Jeśli będzie padać to tak jak przed chwilą.
- A chmury Cb? Nic się na południowy-zachód nie buduje?
- Póki co jest git, ja bym biegł.
- Dobra stary, cisnę. Jak coś to dawaj mi znać tak co 30 minut, jakby miało coś się zmienić. Tutaj większość trasy jest w lesie, więc deszcz czy wybudowaną burzę to usłyszę na chwilę przed. Jak dasz mi czas na reakcję to zlecę w dół spychaczówką, bo parę z nich mijam po drodze.
Zerkam ostatni raz na południowy zachód. Tarcza słońca przebija się przez chmury. Wygląda to zachęcająco.
"Dobra, cisnę na Raczę. Potrzebuje 1:40-2:00 pogody, oby pykło" myślę zaczynając marszobieg z Przełęczy Przegibek. Po prawej widzę cały czas szalejącą burzę nad Beskidem Śląskim. Sił coraz mniej, stopy snują się coraz bliżej ziemi, ale psychika w dobrym stanie. Tam gdzie mogę - truchtam, jak jest podejście - idę. Szlak w sporej części w błocie. Wybiegam na polankę, którą kojarzę. Troszkę się ściemnia. Wbiegam z powrotem w gęsty las. Godzina 18:00 a jest trochę tak, jakbym miał zaraz wyciągać czołówkę. Przecinam spychaczówkę lecącą w dół, ku Rycerce. Wyciągam telefon. Wiadomość od Pitera z przed 15min "Jest git, ciśnij". Dzwonię.
- Piter, jak sytuacja? Trochę się ciemno robi.
- Stary wg prognoz i satelity póki co jest ok.
- Sure? Jak coś to mam właśnie spychaczówkę, w razie czego mogę nią cisnąć, a do Raczy potrzebuję jeszcze 40 minut. Więcej niż połowę odcinka mam już za sobą.
- Stary, w ciągu godziny prognozy mówią, że będzie git.
- Dobra, to lecę, jak będę miał burze w ciągu godziny to wisisz mi dużego browara.
- Haha, niech ci będzie.
Rozłączam się. Po dwóch minutach zaczyna delikatnie kropić, po kolejnych dwóch docieram do skraju lasu. Przede mną zaczyna się Hala Śrubita. Zerkam na południowy zachód... "Oooo ch*ju złoty, spieee*dalam" - myślę sobię widząc gigantyczną ścianę deszczu w odległości około kilometra, pędzącą w moją stronę niczym rozszalały walec. Robię w tył zwrot i w tym momencie zaczyna się cała magia. Odpala się instynkt "uciekaj albo walcz". Na moje piąstki nadciągająca burza chyba by się zaśmiała, więc wybieram pierwszą opcję. Moje nadnercza generują obłędne ilości adrenaliny. Jej zastrzyk powoduje przyrost energii. Zmęczenie? Jakie zmęczenie? Ponad 45km w nogach? Bolą cię? Pff.. Zapomnij. Odcinek, który przed chwilą zrobiłem delikatnym marszobiegiem, wciągnąłem nosem na raz. Deszcz mnie dopada. Przeskakuję potok, widzę spychaczówkę. Odbijam w lewo i dzida w dół. Zakładać kurtkę? Niebo pomogło mi udzielić odpowiedzi:
- Nie ma sensu, mordo. Myślisz, że kurtka by ci pomogła? Patrz na to.
Ściana deszczu jaka zaczęła mnie zalewać, spowodowała, że przestałem widzieć na prawe oko. Włączony tryb ultra speedu sprawił jedno - miałem totalnie w dupie czy będzie padało mocniej, bo już bardziej mokry być nie mogę. Aaa... Tak, gdy myślałem że już mocniej padać nie będzie, to natura po raz kolejny pokazała, kto na tym świecie rozdaje karty. Intensywność deszczu wtłaczała mi tak gigantyczne ilości wody do butów, że co krok wylewał mi się z nich potok. Nagle przed oczami zrobiło mi się jasno. Liczę czas... 1... 2... 3... Po 8-9 sekundach, usłyszałem grzmot z tyłu po lewej. Kur*a, jakoś 2,5km. Zwiększam tempo. Błoto? Że co, że wcześniej je omijałem? Teraz cisnąłem przez sam środek. Od początku deszczu minęło 5 minut. Powódź błyskawiczna? Jak najbardziej. Droga którą leciałem, zamieniła się w strumień. Ze zboczy po prawej strony tworzył się wodospad ściekającej wody. Takiego gniewu natury dawno nie widziałem. Kolejny grzmot.  Z tyłu. 7 sekund. Coraz bliżej. Zaczyna się asfalt. Rozglądam się za schronieniem. Jakiś daszek, domek, chatka, cokolwiek? Jest coś? Znowu robi się jasno. 5 sekund. Rozsądek hamuje rozpędzone nogi. Staram się omijać nowo powstałe potoki, aby w razie czego nie zostać porażonym w razie uderzenia. Skracam też długość kroku, aby napięcie krokowe było jak najmniejsze. Znowu błysk, 3 sekundy, przechodzę w marsz. Kur*a, parking, na którym jest dach już musi być niedaleko. Nagle widzę po raz piąty błysk po czym słyszę od razu grzmot. Grzmot, który brzmiał jak trzaśnięcie bicza. Dobra, stop. Najwyższy czas się zatrzymać. Odrzucam kijki. Staję pomiędzy dwoma, zdrowymi drzewami. Czekam. Mija minuta, dwie, przede mną kawałek otwartej przestrzeni a na jej skraju widzę paśnik. Iść czy nie iść? Czekam, nasłuchuję. Po kolejnych minutach stwierdzam, że spróbuję, idę. Po chwili docieram. Chociaż pod dachem sucho. Wyciągam telefon, na szczęście plecak w miarę wodoodporny. Wycieram ręce o drzewo, aby użyć telefonu. No fajnie, ale woda dalej ścieka po rękach, więc muszę też telefon wytrzeć o drzewo. 8% baterii, szału nie ma. Chyba od deszczu, albo jakiejś magii w ciągu 20 minut stracił jakieś 20%. Dalej telefon nie reaguje na moje paluchy. Hm... Mam przecież kurtkę przeciwdeszczową w plecaku! Na coś się przyda! Jej suchymi fragmentami wycieram ekran telefonu. W końcu udaje mi się dodzwonić do rodzinki. Oby tu tylko trafiła, bo inaczej będę musiał pukać po domach by wykonać telefon. Deszcz powoli słabnie, grzmot po którym stanąłem był na szczęście ostatnim. Z ciekawości zerknąłem jeszcze na radary. Aha, fajnie. Czas jaki minął od wykrycia tej komórki burzowej do opadu to jakieś 10-20 minut. W lesie wizualnie niemalże nie do zauważenia. Zbieram się. Pakuję rzeczy do plecaka. Ciało zastane, poziom adrenaliny tak szybko jak wzrósł podobnie opada. Ruszam truchtem w kierunku parkingu. Wow, ale szybko moje ciało zaczęło się wychładzać. Wyciągam zegarek, pasek zasięgu mruga. Cholera stracił sygnał, zatrzymał się po 7,5km od Rycerzowej. (Jak później sprawdziłem, to zdechł jakieś 10-15 minut przed początkiem opadu, może tak zareagował na burzę, co mnie dosyć zdziwiło, ale jednocześnie może być w przyszłości użyteczną wskazówką. O ile będę go miał na ręce ?). Po chwili docieram do parkingu. Do przyjazdu transportu mam jeszcze chwilę. Godzina 19:14.

IMG_20200726_191424.thumb.jpg.e5769fbf302c32cd86d252649a2bda83.jpg

Odejmując postój pod paśnikiem to ostatnie 4km zrobiłem trochę w ponad 20minut. Szok, jak warunki potrafią z nas wykrzesać dodatkową moc. Dobra nie ma co czekać. Wyciągam kurtkę przeciwdeszczową. Do wytarcia telefonu się nadała, ale na ciało to tak średnio, nic nie pomoże. Z braku laku ściągam bluzkę, na pewno szybciej wyschnę. By się z powrotem trochę rozgrzać po postoju w paśniku robię parę seryjek pompek, wymachy, truchcik, od razu cieplej. Z bluzki mogę wyciskać wodę tak, jakbym ją wyjął z wody. Burza tak szybko jak przyszła, tak szybko poszła. W końcu podjeżdża auto, do którego się ładuję. Zadowolenie miesza się z niedosytem. 40 minut. Tyle zabrakło mi do Wielkiej Raczy, na której bym tą burzę przeczekał i spokojnie sobie struchtał w dół. No i to obiecane sobie piwko nie pykło.

Pierwszy, górski ultramaraton zaliczony? Zaliczony, bo dystans powyżej 42km. Pokonana trasa około 50km +/-200m, bo GPS padł. Niedosyt jest? Jest, bo prawdopodobnie nie pękła "pięćdziesiątka". Dosłownie zabrakło mi chyba 200m. Ale ważne, że wiem, że jestem w stanie taki dystans pokonać. Kolejna bariera psychiczna przesunięta. Poza tym, chciałem obskoczyć jeszcze tą Wielką Raczę. Następnym razem na nią wbiegnę ? Wraz z całym Beskidem Żywieckim, a co! ?
Czy polecam tą trasę? Tak, oprócz odcinka Ujsoły - Muńcuł - Hala Rycerzowa. Jeśli macie możliwość - omijajcie ten koszmar szerokim łukiem. Czy powtórzę tą trasę? Ze względu na powyższy fragment raczej nie? Chyba, że z jakimś supportem, bo psychicznie dawno nie byłem zjechany tak, jak wtedy.

Słowem zakończenia, super przygoda. Zacząłem trasę przy pięknej pogodzie, skończyłem w totalnym, pogodowym szale. Muszę parę rzeczy pozmieniać (np. nie katować nóg na treningu na dwa dni przed - sądziłem, że będzie git?). I trzeba poprawić trochę regenerację po takim wysiłku. Następnego dnia wiozłem taczkę z drewnem na ognisko. I albo to, albo źle wyprofilowane klapki, które podbijają mi stopę na zewnętrznej krawędzi sprawiły, że do leczenia poza zakwasami i odsciskami doszedł mi uraz kostki albo coś takiego. Ale tak czy siak, apetyt rośnie w miarę jedzenia ? Na pewno to nie jest mój ostatni taki bieg w tym sezonie. Tylko doleczę kostkę i mogę cisnąć ? A w porównaniu do ostatniego biegu z Tatr. Jak dla mnie ten bieg był o jakieś dwa poziomy trudniejszy. Przewyższenie podobne, ale tam było mimo wszystko 14km po w miarę płaskich dolinach, a cała magia działa się powyżej schronisk. Tutaj, mimo podobnego przewyższenia to jednak dystans, temperatura, rodzaj nawierzchni (dużo ruchomych kamieni), pofałdowanie terenu, przedzieranie się przez chaszcze i omijanie błota sprawiło, że było dużo, dużo ciężej. I w Tatrach jak już się jest wyżej, to widoki są niemalże non stop, a tutaj yyyy... różnie ?

Trasa: Sopotnia Wielka - Hala Miziowa - Pilsko - Hala Cebulowa - Hala Rysianka - Hala Lipowska - Ujsoły - Muńcuł - Hala Rycerzowa - Rycerzowa Wielka - Przełęcz Przegibek - Hala Śrubita - Rycerka Górna.
Dystans: ~50km
Przewyższenie: ~2700m ↗ ~2700m↘
Czas w ruchu: 8h 40min
Czas wliczając w to większe przerwy: 11h 43min
Na czasie dało się zbić sporo, przede wszystkim na posiłkach i ogarnianiu meteo. A chyba najwięcej na postojach w WC ?Jeszcze jakby doszedł na czas filtr do wody, to w bukłaku nie dźwigałbym więcej niż 1,5l, co na pewno by się przełożyło na tempo ?

P.S. Sorka za niektóre, ruszone zdjęcia. Na telefonie wydawały się w miarę git, a często foty robiłem nie zatrzymując się, więc stąd to rozmycie ?

  • Like ! 2
  • Wow 3
  • Haha 1

43 Comments


Recommended Comments



Przeczytałam!!!???? Wszystko ok, tylko jak zaczęła się burza to mi się robiło jasno... ze strachu a gdybym była no Twoim miejscu...???? Graty za wyczyn i jeszcze większe za relacje?

  • Like ! 1
  • Thanks 1
Link to comment

Dzięki @vatra! ? Nie moja pierwsza burza w górach, ale na szczęście nigdy nie było tak, by pioruny zastały mnie na grani/grzbiecie ? Jak już ostro naparza to jestem dużo poniżej ? I oby tak zawsze było ? 

  • Like ! 2
Link to comment

Też przeczytałam, na raty. Jak Ty to wszystko zapamiętałeś? Bo jak przebiegłeś, to juz wiem. Brawo, gratuluje wyczynu.

Świetna relacja, umiesz zaciekawić opowieścią, ładne zdjęcia, I nóżki jak u sarenki (gdyby ktoś nie znał tego suchara to- nie, nie takie ładne, takie owłosione)

Edited by wjesna
  • Like ! 2
  • Haha 1
Link to comment

Jak zapamiętałem? Bieg był tydzień temu, spisałem to z 4 dni temu, także wszystkie wspomnienia były bardzo świeże ? A rozmowy przytaczam tak "mniej więcej", ważne by zachować ich sens ? 

Dziękuję bardzo, ten żarcik o sarenkach jest mi znany ? Do tego dodałbym jeszcze, że ubłocone ;) 

  • Like ! 1
Link to comment
40 minut temu, vatra napisał:

a gdybym była no Twoim miejscu...??

to byś powiedziała burzy Нас не догонят

a burza na to  догонят догонят

Tak bez żartów, to burza jest straszna, nawet siedząc w domu  z głową pod poduszką. a co dopiero, gdy do domu daleko..

  • Haha 2
Link to comment

Tak, straszna, ale również piękna ? Uwielbiam obserwować burzę, ale z odpowiedniej odległości. Zwłaszcza jak się buduje, a później zaczyna szaleć ?

  • Like ! 1
Link to comment

Nooooooo?? ! Brakło mi słów? Musiałam przeczytać dwa razy żeby wszystko zapamiętać?

Szacun za tempo w jakim pokonałeś ten dystans, kondycję masz świetną a relacja taka obrazowa że poczułam się jakbym Cię oglądała w tych górach a nie czytała.

Jedno mi tylko nie daje spokoju.......do czego ta wazelinka ??

  • Haha 2
Link to comment

Ale po co Ty to chcesz zapamiętywać ? 

Do "świetnej" kondycji jeszcze długa, bardzo długa droga ? A co do obrazowości relacji, chciałem cyknąć jak najwięcej zdjęć by mieć też z tego jakąś pamiątkę ? Żebym sam mógł sobie przypomnieć, jak to się biegało ? 

No jak to do czego ? Przecież wiadomo, że po to, by nawilżyć suchą skórę ? 

  • Haha 2
Link to comment
12 minut temu, Luk_ napisał:

 

No jak to do czego ? Przecież wiadomo, że po to, by nawilżyć suchą skórę ? 

Aha? no to mogłam nie wiedzieć bo ja nie mam suchej tylko mieszaną?

  • Haha 2
Link to comment
23 minuty temu, Zośka napisał:

Musiałam przeczytać dwa razy żeby wszystko zapamiętać

@Luk_ bo @Zośka chyba chce powtórzyć to samo na żywo, tylko ta wazelinka...?

  • Haha 2
Link to comment
20 minut temu, vatra napisał:

@Luk_ bo @Zośka chyba chce powtórzyć to samo na żywo, tylko ta wazelinka...?

@vatraCzytałam ze jest dobra na suche pięty i pomaga w zdjęciu sztucznych rzęs oraz zmyciu wodoodpornego makijażu ale @Luk_ chyba nie.....a może....??

Edited by Zośka
  • Haha 2
Link to comment

Nic nie powiem, nic nie powiem ?

Powiem tylko, że jak chciałem oddać tą pożyczoną wazelinę siostrze, to nie chciała przyjąć ? Nie rozumiem dlaczego, w końcu ja tylko użyłem jej do zmycia wodoodpornego makijażu ?

  • Haha 2
Link to comment

Muszę sobie zapisać żeby teraz ze sobą zabierać w góry a jak spotkam jakiegoś biegacza to dopytam?

  • Haha 2
Link to comment

Myślę, że na jakiś forach biegowych znajdziesz odpowiedź ? Poszukaj pod frazami "bieganie, makijaż, wazelina" ?

  • Haha 1
Link to comment
6 minut temu, Zośka napisał:

Muszę sobie zapisać

Pozostałe rzeczy chcesz zapamiętać to musisz zapisać???!??

  • Haha 2
Link to comment
14 minut temu, vatra napisał:

Pozostałe rzeczy chcesz zapamiętać to musisz zapisać???!??

Tamtego też nie zapamiętałam w całości....muszę trzeci raz przeczytać?

No chyba ze ta wazelina na pamięć też dobrze robi ??

Edited by Zośka
  • Haha 2
Link to comment

Nawet bardzo dobrze robi na pamięć! Jak raz zapomnisz i się zatrzesz to już zawsze będziesz pamiętać! ?

  • Haha 2
Link to comment

Widzisz, ja jestem umysłem ścisłym, ale gwarantuję Ci, że doświadczenia są tak samo uniwersalne ? niezależnie od predyspozycji ?

  • Haha 1
Link to comment

@jaaga76 dzięki i nie ma za co ?

Zawsze była dyskusja o zwierzątku, a tym razem, wyjątkowo, wszyscy o wazelinie ? Tego się nie spodziewałem ?

  • Haha 3
Link to comment
4 godziny temu, Luk_ napisał:

@jaaga76 dzięki i nie ma za co ?

Zawsze była dyskusja o zwierzątku, a tym razem, wyjątkowo, wszyscy o wazelinie ? Tego się nie spodziewałem ?

Tyle tu wszyscy pisali co zabrać ze sobą w góry a o wazelinie jakoś tak nikt....ciekawe dlaczego ?? ?

  • Haha 2
Link to comment

Może to jakiś temat tabu w społeczeństwie, nie wiem ? a to są istotne rzeczy! Trzeba o nich dyskutować! ?

Wazelina potrafi uratować tyłek... dosłownie ?

Edited by Luk_
  • Haha 2
Link to comment
8 minut temu, Luk_ napisał:

 

Wazelina potrafi uratować tyłek... dosłownie ?

W takim razie to rzeczywiście poważna sprawa i nie można jej mieć w...........nosie??

  • Haha 1
Link to comment

Guest
Add a comment...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...